Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarne morze” Karolina Macios

Bardzo niepokojąca pozycja z pogranicza thrillera psychologicznego i horroru.

Joanna nie ma swojego miejsca na świecie – naznaczona piętnem choroby psychicznej i nieuchwytnego nadprzyrodzonego daru od dzieciństwa skazana jest na wieczne ucieczki i ciągłe przeprowadzki. Zła passa zdaje się minąć, kiedy wyjeżdża z Trójmiasta do Wrocławia, gdzie zakochuje się w synu swojej lekarki, z którym zakłada dom i szczęśliwą rodzinę. Jednak im starsza jest jej córka, tym bardziej stabilny dotąd stan Joasi zdaje się pogarszać. Coraz częściej nawiedzają ją koszmary i nie do końca zdefiniowane wspomnienia zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Całe z mozołem poukładane życie zmienia się diametralnie podczas rodzinnego spaceru po orłowskim klifie i następującego po nim wypadku samochodowego. Krótkotrwała amnezja, mająca być skutkiem wstrząśnienia mózgu, zdaje się tylko pogłębiać. Asia ma coraz większe zaniki pamięci krótkotrwałej, a pełne krwi i poczucia zagrożenia koszmary mieszają się z jawą. Nie może pozbyć się przeczucia, że podczas wspinaczki na klif wydarzyło się coś złego, a mąż nie chce powiedzieć jej całej prawdy. Co gorsza, nie pozwala jej zobaczyć się z córką.

DSC_0280

Jakie tajemnice kryje przed nią jej rodzina? Komu wierzyć, kiedy nie można zaufać nawet sobie samej?

Nie do końca przekonał mnie wątek fantastyczny z tajemniczym „darem widzenia” objawiającym się przy dotknięciu innej osoby – trochę za dużo skojarzeń z Rouge z X-Menów. Moim zdaniem tego rodzaju element nadprzyrodzony nie był potrzebny, bo wytwory umysłu i cały ciąg przyczynowo skutkowy związany z chorobą psychiczną i reakcją na traumę wystarczająco przemawia do wyobraźni. Ale też ta nuta niewyjaśnianego jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała.

Podobnie, jak główna bohaterka, czytelnik stoi przed karkołomnym zadaniem oddzielenia schizofrenicznej wizji od wspomnień i koszmarów od rzeczywistości. Z tej potwornej mieszanki wyłania się powoli tragiczna opowieść o rodzinie, która nie może otrząsnąć się z traumy. Czemu towarzyszy ciągły strach. I to ten najstraszniejszy ze wszystkich – strach o dziecko.

Karolina Macios, Czarne morze, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 304 s.
(premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Wotum” Maciej Siembieda

W trzecim tomie przygód prokuratora Kani, autor nie zawahał się podnieść ręki na najświętszą z naszych narodowych świętości.

Pewnego grudniowego dnia 2012 roku, niepoczytalny sprawca usiłuje zniszczyć jasnogórski obraz Czarnej Madonny i tylko cud pancernej szyby chroni najsłynniejszy polski symbol chrześcijaństwa przed niechybną zagładą. To, skądinąd rzeczywiste zdarzenie rozpoczyna kolejne śledztwo mojego ulubionego Pana Samochodzika z IPNu. Na prośbę częstochowskich paulinów ma stwierdzić, czy za zamachem na Najświętszą Panienkę nie kryje się przypadkiem coś więcej, niż tylko religijny szaleniec, co zdają się potwierdzać telefony z pogróżkami skierowane nie tylko do Częstochowy, ale i do niewielkiej parafii w Bogorii. A tam, zupełnym przypadkiem, znajduje się obraz łudząco podobny do jasnogórskiego – pilnie strzeżona przez mieszkańców wsi przed jakąkolwiek ingerencją (a już badaniami szczególnie!), najstarsza kopia słynnej ikony. Oficjalnie, bo parafianie mają na ten temat swoje zdanie.

Który z obrazów ma moc sprawiania cudów? Czy uzdrawiającą moc świętych przedstawień da się zmonopolizować i wykorzystać do własnych celów? Czy istnieje sekta mająca na celu zakończenie kupczenia dewocjonaliami i wykorzystywania świętych wizerunków do bogacenia się? I co wspólnego ma z tym wszystkim bogaty przedsiębiorca fundujący renowację kościelnych fresków?

Będą porwania, uprowadzenia i zuchwałe kradzieże, będą zabójstwa, zakazany romans i historyczne tajemnice. Będzie też zwalczanie raka wahadełkiem i „rękoma, które leczą”, siła pieniądza i kontaktów, oraz uraza chowana w sercu przez całe życie.

Maciej Siembieda ma dla nas kolejną przygodę pełną historycznych ciekawostek, spektakularnych akcji służb specjalnych, bezwzględnych złoczyńców i nieustraszonych obrońców narodowego dziedzictwa z moim ulubionym detektywem-łakomczuchem na czele (dzięki Bogu wciąż z czystymi butami i ani trochę nie na diecie!). Tym razem z gościnnym udziałem potęgi wiary – nie tylko tej religijnej – na której można budować imperia.

Maciej Siembieda, Wotum, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 380 s.
(premiera 11.03.2020)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Agora.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO – „Ścieżki nadziei” Richard Paul Evans

Mam przyjaciółkę, która nie zaczyna czytać żadnej książki ani opowiadania, dopóki nie ma pewności, że ma ona szczęśliwe zakończenie. Dlatego zawsze zaczyna lekturę od zapoznania się z kilkoma ostatnimi stronami tekstu lub prosi o spoilery. W pewnym sensie postąpiłam podobnie zaczynając swoją przygodę z Richardem Paulem Evansem od ostatniego – piątego – tomu cyklu „Dzienniki pisane w drodze”. Dzięki zgrabnym nawiązaniem narratora do wydarzeń, które następowały w poprzednich częściach cyklu, znajomość wcześniejszych tomów nie jest niezbędna do zrozumienia wydarzeń i poznania historii Alana.

Główny bohater powieści – Alan Christoffersen – po tragicznej śmierci ukochanej żony stracił sens życia. Postanawia zatem pójść go poszukać – dosłownie. Spakował plecak i wyruszył w pieszą podróż przez Stany Zjednoczone, z Seattle aż na Key West, będący najbardziej wysuniętym fragmentem Florydy. W „Ścieżkach nadziei” czytelnik towarzyszy mu na końcowym etapie wędrówki, wraz z nim stawia ostatnie kroki nieubłaganie zbliżające do celu.

Tym, co już na samym początku rzuciło mi się w oczy, to fakt, iż jest to książka o mężczyźnie, pisana przez mężczyznę. Choć kipi od emocji, próżno by w niej szukać egzaltacji, pławienia się w nieszczęściu, nadmiernego rozpamiętywania, tak popularnych podczas pisania o uczuciach i doświadczaniu tragedii. Emocje, choć żywe i bardzo prawdziwe, są w pewien surowy sposób stłumione. Mężczyzna jest człowiekiem czynu i właśnie poprzez czyn sobie z nimi radzi.

Książka o pokonywaniu słabości, o poznawaniu samego siebie, o radzeniu sobie ze stratą, o zaskakującej prawdzie, że szukając siebie znajdujemy również innych, i wreszcie o tym, że kres wędrówki jest zaledwie początkiem kolejnej, a po każdej, nawet najciemniejszej nocy przychodzi kolejny dzień.

Fajna. Choć porusza te same znane i uniwersalne prawdy, jest inna, dla mnie to trochę powiew świeżości, ostatnio pochłaniam same babskie punkty widzenia ;)

W rozdziałach opisujących samą wędrówkę, narrator skupia się głównie na tym którędy szedł, co jadł i gdzie spał, i choć kocham i spać i jeść, to ta część odrobinę mi się dłużyła. W tej książce jest to na szczęście tylko niewielki fragment, i z aluzji do wcześniejszych wydarzeń wnioskuję, że w poprzednich częściach serii opisy wędrówki przetykane były licznymi przygodami, co tylko zachęca mnie bardziej do zapoznania się z wcześniejszymi losami Alana.

Tym, co bardzo mi zaimponowało, jest przygotowanie merytoryczne serii. Zbierając materiały i budując historię autor wybrał się wraz z córką w, bliźniaczą do doświadczonej przez Alana, podróż przez Stany. Choć w przeciwieństwie do swojego bohatera zrobił to samochodem. I kto teraz powie, że praca pisarza to nudy i siedzenie przed komputerem?

I jeszcze na koniec jak zawsze przyczepię się do okładki – pola fajne, droga fajna, ale ten wymuskany młodzieniaszek na pierwszym planie to masakra – za młody, czyściutki, gładko ogolony, prosto od fryzjera, w nowiutkich butach, bez plecaka, nawet nie przykurzony… nie widzę w nim nic z podróżnika.

Richard Paul Evans, Ścieżki nadziei, Kraków: Między Słowami, 2017, 304 s.
Premiera książki 1 lutego 2017.

Za przyjemność lektury dziękuję Wydawnictwu Znak.

PS. To pierwsza książka, którą udało mi sie faktycznie przeczytać przed premierą, jestem z siebie taka dumna! To chyba znak, że bobas mi rośnie :D