Bajki Majki: „Kocia Szajka i ucho różowego jelenia” Agata Romaniuk

Może zacznę od opinii mojej Majki, lat 5:

„Mamo, pierwsza część też mi się podobała, ale ta jest jeszcze bardziej super!”

I chyba wyczuła to od pierwszej chwili, bo kiedy tylko weszłam do jej pokoju z informacją, że przyszła nowa część „Kociej Szajki”, zaczęła skakać po łóżku z radości.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części czeka nas (i koty!) kryminalna zagadka do rozwiązania.

Tym razem w śledztwie od samego początku prym wiodą dziewczyny. Lola i Poziomka, podczas sesji kociej jogi w kawiarnianym ogródku zostają świadkami zbrodni – nieznany sprawca dopuścił się zamachu na uroczy i cieszący się powszechną sympatią symbol Cieszyna – różowego jelonka. Misternie zaplanowana zbrodnia, czy zwykłe chuligaństwo? Kto byłby zdolny do popełnienia takiego przestępstwa i jakie powody mogły nim kierować? I przede wszystkim – czy zagadka tego kalibru będzie wystarczająca, by przykuć uwagę osławionej Kociej Szajki, która przecież ostrzyła już sobie pazurki na zdecydowanie bardziej poważnych zagadkach?

„Powinnością kotów jest bronić rzeczy dobrych i pięknych!”

Kiedy do kocich detektywek dołącza aspirantka Walerka, powodzenie śledztwa wydaje się być przesądzone. Nie zabraknie jednak podążania tropem przestępcy, analizowania śladów i przesłuchiwania świadków. W końcu nawet najmniejszy, pozornie nic nie znaczący detal może się okazać kluczem do rozwiązania sprawy! Czeka nas również spływ kajakowy, frytowane szproty, czepek w krokodylki, różowe kocie pazurki, jednorożce, obalanie stereotypów płci, połączenia przez koci internet, salto mortale i spora dawka girl power. No i fantastyczne ilustracje oczywiście, to wciąż jedna z najbardziej efektownych pod względem wizualnym książek na majkowej półce! A kiedy doprawimy to wszystko sporą dawką poczucia humoru, wyjdzie książka, od której nie sposób się oderwać. Gdyby tylko moje gardło temu podołało, moja przedszkolaczka przymusiłaby mnie do przeczytania jej całej jednego wieczora, co samo w sobie może stanowić najlepszą rekomendację.

Tylko w następnej części zamawiamy trochę większą rolę dla naszej najulubieńszej bohaterki – Bronki od Cieślarów. Zaczynamy już nawet troszkę rozumieć cieszyńską gwarę!

Po raz kolejny polecamy kociarzom, fanom detektywistycznych zagadek i wielbicielom genialnych ilustracji. A poza tym to po prostu świetna przygoda!

Agata Romaniuk, Malwina Hajduk, Kocia Szajka i ucho różowego jelenia, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2021, 128 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 2” S. L. Leśna

Znacie to uczucie, kiedy zakończenie jest tak bardzo idealne i doskonale pasuje do całej historii, a w pewien sposób i tak łamie wam serce? Jeśli nie, to po tej książce będziecie je znać już bardzo dobrze.

Drugi tom „Tam gdzie topnieje lód” zamyka historię nie tylko Suena i Asury, ale również Kahena i Hakana oraz Vildara i Rakku. Przyznajecie się, kto liczył, że którakolwiek z tych par doczeka się szczęśliwego zakończenia? Obawiam się, że prawie wszyscy będą zdziwieni tym, jak potoczą się losy poszczególnych bohaterów i komu jest pisane „i żyli długo i szczęśliwie”. Albo chociaż „żyli”, bo „szczęśliwie” to w końcu bonus, który w surowym klimacie A-Hanu mało się trafia.

Na książkę składa się III i IV księga historii, fabuła jest kontynuowana bez żadnego dodatkowego wprowadzenia i przypomnienia, dlatego polecam przed lekturą powtórzyć sobie pierwszy tom i czytać ciągiem. Jest też spora niespodzianka – w przeciwieństwie do poprzedniej części, w tej zostały zachowane sceny erotyczne. Można wobec tego odczuć znaczący kontrast między tomami i nie jest to już książka dla stroniących od dosłowności, ale nie oszukujmy się – wszyscy dobrze wiemy, po co tu jesteśmy.

Z drugiej strony jednak nie ma obaw – amory nie przyćmiewają fabuły. Jasne, romanse kwitną i sercowych dram nie brakuje, ale i poza tym sporo się dzieje – Suen będzie musiał odnaleźć się w rzeczywistości Wilczej Twierdzy, wywalczyć w niej miejsce dla siebie i zdobyć szacunek plemienia, a ani szaman, ani wódz nie będą mu tego ułatwiać. Ani właściwie żaden inny Ragh, jeśli mamy być szczerzy. Poza Asurą, ale i on będzie miał sporo na głowie – od lęku o zdrowie brata, przez wciąż nierozwiązaną tajemnicę ataku Kuruk, spory z ojcem i Radą Plemienia aż po walki o władzę i równie przerażające obowiązki wynikające  z przedłużeniem rodu. Tymczasem Pożeracz nie odpuszcza i ma nad swoim nosicielem coraz większą władzę, odzyskanie wspomnień to nie taka prosta sprawa a prawda może wcale nie być upragnionym wyzwoleniem. Ponadto moc Uzdrowiciela stale rośnie i rozwija się w nie do końca bezpiecznym kierunku. Szykuje się niejedna wojna i niejedna ofiara.

Jestem bardzo zadowolono zarówno z rozwinięcia i zakończenia historii, jak i z samego wydania – korekta jest świetna, nie dopatrzyłam się żadnych błędów, tekst jest bardzo wygodny do czytania, a Asura na okładce prezentuje się perfekcyjnie.

Ta historia, choć z różną intensywnością, towarzyszyła mi przez wiele lat – najpierw jako niszowe blogowe opowiadanie pojawiające się w odcinkach, a następnie jako pełnowymiarowe książki. Jakoś wciąż do mnie nie dociera, że to już koniec, jak ostateczny by nie był. Będzie mi brakowało lodowatych ziem i zimnych obyczajów Raghów, ale z pewnością jeszcze kiedyś wrócę do tej opowieści, będzie bezpiecznie czekać na półce.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 2, 2021, 336 s.

Pierwsze rozdziały i dodatki do historii możecie znaleźć na blogu autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: „Zodiaki” Magdalena Kucenty

Łał, że tak powiem.

Sięgnęłam po tą książkę zaintrygowana opisem całkowicie innym od tego, co zwykle czytam. Nie przepadam za sci-fi, ale tym razem biopunkowa antyutopia wyrosła na cywilizacji zmiecionej z powierzchni ziemi przez podejrzaną pandemię zadziałała na mnie jak płomień na ćmę. I przy tym aż do ostatniej chwili byłam przekonana, że to będzie dziobak – ciekawa powieść „mająca coś w sobie”, wymykająca się wszelkim standardom i klasyfikacjom, trochę dziwadło. I przede wszystkim książka dla młodzieży. Ale czegoś takiego to się nie spodziewałam.

2771 rok. Bardzo dobrze dopracowany, przerażająco zimny, bezwzględny i brutalny świat z elitarystycznym społeczeństwem pozbawionym wyższych (żeby nie powiedzieć „jakichkolwiek”) zasad moralnych. Odizolowane od skarżonego świata zewnętrznego miasta-państwa skupione pod kopułami, gdzie wszystko co ludzkie jest też sztuczne. Ze ścisłym systemem klasowym, groteskowymi inspiracjami światem antyku i wysoce ambiwalentnymi zasadami postępowania. Z jednej strony panująca wszechobecnie pochwała czystości genetycznej, która po zagładzie związanej z rozmaitymi mutacjami, rasą nadczłowieka uczyniła po prostu człowieka. Choć prawdę mówiąc „człowiek” u Magdaleny Kucenty nie ma już zbyt wiele wspólnego z człowieczeństwem. Można dojść do wniosku, że im bardziej jest ludzki, tym mniej. Z drugiej strony natomiast bardzo szeroko zakrojone eksperymenty na ludziach w celu utworzenia rasy nadludzi. Poprzez mutacje.

„Po epidemii mutacyjnej cały świat jest tylko karykaturalnym zlepkiem dawnych kultur”.

Tytułowe Zodiaki są właśnie takimi eksperymentami. Ludźmi pozbawionymi pełnego człowieczeństwa i związanych z nim praw już na etapie planowania, udoskonalonych, wyposażonych w rozmaite nadludzkie umiejętności szczurami laboratoryjnymi składanymi i rozkładanymi na części. A przy tym posiadającymi ludzkie uczucia i emocje, szukającymi sensu swojej egzystencji i nie zawsze potrafiącymi pogodzić się z narzuconymi im ograniczeniami. A świat, który przychodzi czytelnikowi poznawać ich oczami i często okaleczonymi, zdeformowanymi umysłami ze strony na stronę robi się coraz bardziej przerażający, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

„- Jestem i chcę być tylko człowiekiem (…). Zresztą nie ja jedyny. Cały kult czystości genetycznej wyrósł wokół tęsknoty za człowieczeństwem”.

Postapokaliptyczna wizja przyszłości mająca w sobie coś z sennego koszmaru Matrixa, nieuchronności Terminatora i rozpaczliwej bezradności jednostki wobec systemu, którą tak dobrze znamy Roku 1984.

Dawno mnie tak książka nie przeczołgała, a zupełnie się przecież tego po niej nie spodziewałam. Co tam się działo… I oczywiście to dopiero pierwsza część, więc jak na razie nie ma co sobie robić nadziei na katharsis.

Smutna. Straszna. Hipnotyzująca.

Serio liczę na to katharsis w kolejnej części. Bo bez tego będzie słabo.

Magdalena Kucenty, Zodiaki, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Spadkobierca” Agnieszka Pruska

Mam strasznie mieszane uczucia względem tej książki.

Przez mniej więcej połowę (czyli około 300 stron, bo to niezły tłuścioszek!) strasznie się męczyłam, był nawet moment, kiedy myślałam, że nie przebrnę. I to nie dlatego, że zaczęłam przygodę z Uszkierem od czwartego tomu i minęła dłuższa chwila, nim zapamiętałam wszystkie nazwiska, dowiedziałam się dokładnie kto jest kim, z kim i dlaczego bo to odrębna historia i spokojnie można czytać kolejne tomu niezależnie – nie było wielu odniesień do wcześniejszych książek – ale ze względów stylistycznych. Rozpaczliwie brakowało mi synonimów – i to w nietypowy sposób, bo jedno słowo (zwłoki, zwłoki, złwoki…) jest uparcie powtarzane (czasami dwa razy w jednym zdaniu!), by stronę dalej zostać pięknie zastąpione wyrazami bliskoznacznymi. Do tego praktycznie co drugie zdanie miało strasznie dziwną konstrukcję (coś pomiędzy Mistrzem Yodą, a Czesławem Mozilem), najchętniej zupełnie poprzestawiałabym w nich wyrazy. Myślałam już, że może Agnieszka Pruska ma po prostu taki styl, który mi akurat nieszczególnie odpowiada, kiedy w okolicach połowy książki, problem zupełnie zniknął. I chociaż wciąż gdzieniegdzie pojawiały się literówki (raczej często, niż rzadko, ale do przeżycia), to pod względem stylistycznym miałam wrażenie, że nagle czytam zupełnie inną książkę. Może od tego momentu inna osoba robiła korektę? Chyba nigdy wcześniej nie trafiłam na taki przypadek.

Niemniej jednak momentalnie zaczęłam czerpać przyjemność z lektury, bo i pomysł na zbrodnię jest bardzo ciekawy – specyficzne upodobanie do pewnego rodzaju okaleczeń pojawia się w różnych morderstwach i pobiciach Gdańszczan na przestrzeni… 80 lat. Jak to możliwe, że jeden sprawca działa w tak dużej rozpiętości czasowej, a miedzy popełnianymi przestępstwami robi przerwy „na jedno pokolenie”? Co wspólnego mają ze sobą ofiary i jaki może kryć się za tym motyw, skoro pozostał aktualny przez taki szmat czasu?

„Spadkobierca” nie jest jednym z tych kryminałów, które czyta się jednym tchem, siedząc jak na szpilkach i podskakując panicznie na każde kota miauknięcie, bo wydawało nam się, ze to morderca stoi za naszymi plecami, a akcja galopuje od masakry do masakry, wręcz przeciwnie. Autorka zabiera nas na komisariat i daje nam wgląd za kulisy policyjnego śledztwa – zdecydowanie bardziej żmudnego, niż emocjonującego, opartego na niekończących się rozmowach z sąsiadami i znajomymi rodziny, rozpatrywaniu wątków i odtwarzaniu zdarzeń. A biorąc pod uwagę międzypokoleniowy aspekt sprawy, mnóstwo tu również „grzebania w historii” i analizowania materiałów archiwalnych. To trochę inne podejście do kryminału, jakoś tak bardziej życiowe. Ale bez obaw, będą też pościgi, porwania, tortury i filmowe ucieczki.

Podobały mi się wplecione w fabułę informacje o aikido, będącym pasją głównego bohatera. Zawsze też fajnie czytać powieść, której akcja toczy się w moim mieście, chociaż zgubiłam się podczas jednego samochodowego pościgu.

Zakończenie zostawiło mnie z pewnym niedosytem, ale gdyby nie zgrzyty redakcyjne (chyba?), oceniłabym jako całkiem dobrą propozycję, a tak, to trochę mi się dłużyło, szczególnie na tym nieszczęsnym początku. Na pewno jednak zrobię drugie podejście do Pruskiej, bo „Żeglarz” czeka w kolejce.

„Spadkobierca” to na pewno świetny wybór na Czasy Kwarantanny Narodowej, bo i główny bohater zmaga się z podobnym zniewoleniem. Można cierpieć w towarzystwie!

Agnieszka Pruska, Spadkobierca, Gdańsk: Wydawnictwo Oficynka, 2018, 618 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach akcji Book Tour „Spadkobierca” zorganizowanej przez Przeczytanki ~

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarne morze” Karolina Macios

Bardzo niepokojąca pozycja z pogranicza thrillera psychologicznego i horroru.

Joanna nie ma swojego miejsca na świecie – naznaczona piętnem choroby psychicznej i nieuchwytnego nadprzyrodzonego daru od dzieciństwa skazana jest na wieczne ucieczki i ciągłe przeprowadzki. Zła passa zdaje się minąć, kiedy wyjeżdża z Trójmiasta do Wrocławia, gdzie zakochuje się w synu swojej lekarki, z którym zakłada dom i szczęśliwą rodzinę. Jednak im starsza jest jej córka, tym bardziej stabilny dotąd stan Joasi zdaje się pogarszać. Coraz częściej nawiedzają ją koszmary i nie do końca zdefiniowane wspomnienia zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Całe z mozołem poukładane życie zmienia się diametralnie podczas rodzinnego spaceru po orłowskim klifie i następującego po nim wypadku samochodowego. Krótkotrwała amnezja, mająca być skutkiem wstrząśnienia mózgu, zdaje się tylko pogłębiać. Asia ma coraz większe zaniki pamięci krótkotrwałej, a pełne krwi i poczucia zagrożenia koszmary mieszają się z jawą. Nie może pozbyć się przeczucia, że podczas wspinaczki na klif wydarzyło się coś złego, a mąż nie chce powiedzieć jej całej prawdy. Co gorsza, nie pozwala jej zobaczyć się z córką.

DSC_0280

Jakie tajemnice kryje przed nią jej rodzina? Komu wierzyć, kiedy nie można zaufać nawet sobie samej?

Nie do końca przekonał mnie wątek fantastyczny z tajemniczym „darem widzenia” objawiającym się przy dotknięciu innej osoby – trochę za dużo skojarzeń z Rouge z X-Menów. Moim zdaniem tego rodzaju element nadprzyrodzony nie był potrzebny, bo wytwory umysłu i cały ciąg przyczynowo skutkowy związany z chorobą psychiczną i reakcją na traumę wystarczająco przemawia do wyobraźni. Ale też ta nuta niewyjaśnianego jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała.

Podobnie, jak główna bohaterka, czytelnik stoi przed karkołomnym zadaniem oddzielenia schizofrenicznej wizji od wspomnień i koszmarów od rzeczywistości. Z tej potwornej mieszanki wyłania się powoli tragiczna opowieść o rodzinie, która nie może otrząsnąć się z traumy. Czemu towarzyszy ciągły strach. I to ten najstraszniejszy ze wszystkich – strach o dziecko.

Karolina Macios, Czarne morze, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 304 s.
(premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: PATRONAT „Bajkowe lulanki” Agnieszka Tyszka

Witajcie w tętniącym życiem leśnym poszyciu. Poznacie tu mnóstwo drobnych stworzonek, między innymi pomocną Wróżkę Lukrecję, opiekuńczą Szarą Ćmę, zagubione Elfiątko o niezaspokojonym apetycie na ciasteczka i jego cierpliwą mamę, odważną Biedronkę, porządnego Owadka, oczytanego Żuka… ach, to prawdziwa plejada osobliwych osobowości. Dzięki dziesięciu opowiadaniom, na które składa się ta książeczka poznamy ich niezwykłe przygody, przyjrzymy się łączącym ich relacjom i rodzącym się więziom. Można czytać po jednej historii każdego wieczora, albo połknąć całość w kilku kęsach. Dla starszych i dla młodszych, dla tych, co wierzą w elfy i dla kochających zapach lasu.

To bajki przede wszystkim o sile przyjaźni i nieocenionej wartości, jaką ma niesienie pomocy innym. I to nie ważne, czy tych innych lubimy, czy za nimi nie przepadamy, czy to nasi znajomi, czy widzimy ich po raz pierwszy w życiu. Jakby tego przesłania było mało, znajdziemy tu również co nieco na temat szkód, jakie wyrządzić może brak szacunku dla środowiska i poznamy największą życiową mądrość. Przeczytamy również kilka słów o pewności siebie, docenianiu tego, co się ma i szacunku dla drugiego stworzonka.

Wyjątkowego klimatu romantycznej niesamowitości, która tak mnie urzekła, dodają książce pełne księżycowego blasku ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch. Zielone lico złośliwej czarownicy, włochate nóżki ćmy, ostre nosy i podbródki niebieskoskórych elfów i groźna pajęczyca to tylko niektóre z przykładów, które mogą wzbudzić na plecach dreszczyk. Dreszczyk niepokoju, ale i fascynacji. W końcu to, co czai się w mroku jest nader wręcz ciekawe, choć poznanie tych tajemnic wymaga odwagi. Zdecydowanie warto się na to zdobyć, bo mieszkańcy lasu są nader sympatyczni!

P.S. Sugerowany wiek odbiorcy to 6+, ale moim zdaniem spokojnie można już czytać z czterolatkiem. Szczególnie, że opowiadania są różnej długości – już od kilku bogato przetykanych ilustracjami stron.

Agnieszka Tyszka, Bajkowe lulanki, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 96s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: PATRONAT „Gaming house” Dominika Smoleń

O twórczości Dominiki Smoleń pisałam już tutaj nie raz i, jak wiecie, mam do niej pewną słabość i sporo sentymentu. Do tego stopnia, że „Gaming House” ukazała się pod moim patronatem. Zdecydowałam się na ten krok nie dlatego, że jest najlepszą książką autorki (za taką wciąż zdecydowanie uważam „Bieg do gwiazd”), ale dlatego, że jest najtrudniejsza do zrozumienia. Jeśli spodziewacie się po niej lekkiej komedii pełnej błyskotliwego humoru, na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli nastawicie się na przyjemną, niezobowiązującą lekturę, na pewno będziecie rozczarowani. Bo w czytelniku, który ma już w miarę poukładane w głowie (nigdy nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek pomyślę o sobie w taki sposób…) „Gaming House” budzi irytację, niechęć i zażenowanie. Częściej, niż uśmiech wzbudza chęć mocnego potrząśnięcia bohaterami i wysłania ich na trochę do roboty w kopalni. Albo do wojska. Ot tak, wychowawczo.

Tytułowy Gaming House to coś w stylu współczesnej hipisowskiej komuny – ośmioro jego mieszkańców spędza młodość na wałkonieniu się, alkoholizowaniu i uprawianiu stosunków seksualnych z przypadkowymi partnerami i sobą nawzajem. Tym, co różni ich od prawilnych dzieci-kwiatów, jest silne uzależnienie od gier komputerowych i wyjątkowo emocjonalne podejście do spraw błahych i, przynajmniej z punktu widzenia kosmosu, zupełnie nieznaczących – jak na przykład ranking w LOLu i stały dostęp do internetu. Sprawy te mają dla nich oczywiście znaczenie elementarne.

To wyjątkowo smutny obraz części pokolenia kompletnie nieprzystosowanego do prawdziwego życia, niezaradnego, rozchwianego emocjonalnie, pozbawionego wyższych zasad i wartości, nie robiącego planów, nie mającego ambicji, hedonistycznie skupionego na sobie i chwilowych przyjemnościach. Jeśli mieszkańcy GH mieliby sporządzić swój manifest, brzmiałby on zapewne „Seksu i internetu!”. A przy sporządzaniu go zdążyliby się pięć razy pokłócić, dwa razy urządzić orgię, poobrażać się na siebie i zrobić błąd ortograficzny. I trwałoby to dobry tydzień.

Nasuwa się zatem pytanie – po co męczyć się z tymi zakałami społeczeństwa jeszcze w książce, skoro jest tyle innych, mniej frustrujących pozycji? Odpowiem na to prosto – ta pozycja jest potrzebna. Bo tego rodzaju hikikomori (posługując się tak lubianymi przez bohaterów domu gier słówkami pochodzenia japońskiego) mnożą się coraz bardziej rosnąc pomału do rangi poważnego problemu społecznego. I do takiej młodzieży (i w sumie każdej innej też) nie ma się co zbliżać z umoralniającymi monologami. Co innego podsunąć im pozycję o klawym życiu fikcyjnych (mam taką nadzieję!) bohaterów, którzy „mają niezłe przypały”. I pozwolić im samym wyciągnąć wnioski. Bo ta wymarzona ucieczka od wyzwań dorosłości okraszonej prawdziwymi problemami okazuje się tak naprawdę strasznie żałosna. A wyśniona Arkadia jest tylko wydmuszką – strojną, ale pustą w środku.

Powieść dydaktyczno-moralizatorska na miarę epoki LOLa.

Dominika Smoleń, Gaming house, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2019, 370 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa WasPos i autorki.