Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarne morze” Karolina Macios

Bardzo niepokojąca pozycja z pogranicza thrillera psychologicznego i horroru.

Joanna nie ma swojego miejsca na świecie – naznaczona piętnem choroby psychicznej i nieuchwytnego nadprzyrodzonego daru od dzieciństwa skazana jest na wieczne ucieczki i ciągłe przeprowadzki. Zła passa zdaje się minąć, kiedy wyjeżdża z Trójmiasta do Wrocławia, gdzie zakochuje się w synu swojej lekarki, z którym zakłada dom i szczęśliwą rodzinę. Jednak im starsza jest jej córka, tym bardziej stabilny dotąd stan Joasi zdaje się pogarszać. Coraz częściej nawiedzają ją koszmary i nie do końca zdefiniowane wspomnienia zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Całe z mozołem poukładane życie zmienia się diametralnie podczas rodzinnego spaceru po orłowskim klifie i następującego po nim wypadku samochodowego. Krótkotrwała amnezja, mająca być skutkiem wstrząśnienia mózgu, zdaje się tylko pogłębiać. Asia ma coraz większe zaniki pamięci krótkotrwałej, a pełne krwi i poczucia zagrożenia koszmary mieszają się z jawą. Nie może pozbyć się przeczucia, że podczas wspinaczki na klif wydarzyło się coś złego, a mąż nie chce powiedzieć jej całej prawdy. Co gorsza, nie pozwala jej zobaczyć się z córką.

DSC_0280

Jakie tajemnice kryje przed nią jej rodzina? Komu wierzyć, kiedy nie można zaufać nawet sobie samej?

Nie do końca przekonał mnie wątek fantastyczny z tajemniczym „darem widzenia” objawiającym się przy dotknięciu innej osoby – trochę za dużo skojarzeń z Rouge z X-Menów. Moim zdaniem tego rodzaju element nadprzyrodzony nie był potrzebny, bo wytwory umysłu i cały ciąg przyczynowo skutkowy związany z chorobą psychiczną i reakcją na traumę wystarczająco przemawia do wyobraźni. Ale też ta nuta niewyjaśnianego jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała.

Podobnie, jak główna bohaterka, czytelnik stoi przed karkołomnym zadaniem oddzielenia schizofrenicznej wizji od wspomnień i koszmarów od rzeczywistości. Z tej potwornej mieszanki wyłania się powoli tragiczna opowieść o rodzinie, która nie może otrząsnąć się z traumy. Czemu towarzyszy ciągły strach. I to ten najstraszniejszy ze wszystkich – strach o dziecko.

Karolina Macios, Czarne morze, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 304 s.
(premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: PATRONAT „Bajkowe lulanki” Agnieszka Tyszka

Witajcie w tętniącym życiem leśnym poszyciu. Poznacie tu mnóstwo drobnych stworzonek, między innymi pomocną Wróżkę Lukrecję, opiekuńczą Szarą Ćmę, zagubione Elfiątko o niezaspokojonym apetycie na ciasteczka i jego cierpliwą mamę, odważną Biedronkę, porządnego Owadka, oczytanego Żuka… ach, to prawdziwa plejada osobliwych osobowości. Dzięki dziesięciu opowiadaniom, na które składa się ta książeczka poznamy ich niezwykłe przygody, przyjrzymy się łączącym ich relacjom i rodzącym się więziom. Można czytać po jednej historii każdego wieczora, albo połknąć całość w kilku kęsach. Dla starszych i dla młodszych, dla tych, co wierzą w elfy i dla kochających zapach lasu.

To bajki przede wszystkim o sile przyjaźni i nieocenionej wartości, jaką ma niesienie pomocy innym. I to nie ważne, czy tych innych lubimy, czy za nimi nie przepadamy, czy to nasi znajomi, czy widzimy ich po raz pierwszy w życiu. Jakby tego przesłania było mało, znajdziemy tu również co nieco na temat szkód, jakie wyrządzić może brak szacunku dla środowiska i poznamy największą życiową mądrość. Przeczytamy również kilka słów o pewności siebie, docenianiu tego, co się ma i szacunku dla drugiego stworzonka.

Wyjątkowego klimatu romantycznej niesamowitości, która tak mnie urzekła, dodają książce pełne księżycowego blasku ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch. Zielone lico złośliwej czarownicy, włochate nóżki ćmy, ostre nosy i podbródki niebieskoskórych elfów i groźna pajęczyca to tylko niektóre z przykładów, które mogą wzbudzić na plecach dreszczyk. Dreszczyk niepokoju, ale i fascynacji. W końcu to, co czai się w mroku jest nader wręcz ciekawe, choć poznanie tych tajemnic wymaga odwagi. Zdecydowanie warto się na to zdobyć, bo mieszkańcy lasu są nader sympatyczni!

P.S. Sugerowany wiek odbiorcy to 6+, ale moim zdaniem spokojnie można już czytać z czterolatkiem. Szczególnie, że opowiadania są różnej długości – już od kilku bogato przetykanych ilustracjami stron.

Agnieszka Tyszka, Bajkowe lulanki, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 96s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: PATRONAT „Gaming house” Dominika Smoleń

O twórczości Dominiki Smoleń pisałam już tutaj nie raz i, jak wiecie, mam do niej pewną słabość i sporo sentymentu. Do tego stopnia, że „Gaming House” ukazała się pod moim patronatem. Zdecydowałam się na ten krok nie dlatego, że jest najlepszą książką autorki (za taką wciąż zdecydowanie uważam „Bieg do gwiazd”), ale dlatego, że jest najtrudniejsza do zrozumienia. Jeśli spodziewacie się po niej lekkiej komedii pełnej błyskotliwego humoru, na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli nastawicie się na przyjemną, niezobowiązującą lekturę, na pewno będziecie rozczarowani. Bo w czytelniku, który ma już w miarę poukładane w głowie (nigdy nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek pomyślę o sobie w taki sposób…) „Gaming House” budzi irytację, niechęć i zażenowanie. Częściej, niż uśmiech wzbudza chęć mocnego potrząśnięcia bohaterami i wysłania ich na trochę do roboty w kopalni. Albo do wojska. Ot tak, wychowawczo.

Tytułowy Gaming House to coś w stylu współczesnej hipisowskiej komuny – ośmioro jego mieszkańców spędza młodość na wałkonieniu się, alkoholizowaniu i uprawianiu stosunków seksualnych z przypadkowymi partnerami i sobą nawzajem. Tym, co różni ich od prawilnych dzieci-kwiatów, jest silne uzależnienie od gier komputerowych i wyjątkowo emocjonalne podejście do spraw błahych i, przynajmniej z punktu widzenia kosmosu, zupełnie nieznaczących – jak na przykład ranking w LOLu i stały dostęp do internetu. Sprawy te mają dla nich oczywiście znaczenie elementarne.

To wyjątkowo smutny obraz części pokolenia kompletnie nieprzystosowanego do prawdziwego życia, niezaradnego, rozchwianego emocjonalnie, pozbawionego wyższych zasad i wartości, nie robiącego planów, nie mającego ambicji, hedonistycznie skupionego na sobie i chwilowych przyjemnościach. Jeśli mieszkańcy GH mieliby sporządzić swój manifest, brzmiałby on zapewne „Seksu i internetu!”. A przy sporządzaniu go zdążyliby się pięć razy pokłócić, dwa razy urządzić orgię, poobrażać się na siebie i zrobić błąd ortograficzny. I trwałoby to dobry tydzień.

Nasuwa się zatem pytanie – po co męczyć się z tymi zakałami społeczeństwa jeszcze w książce, skoro jest tyle innych, mniej frustrujących pozycji? Odpowiem na to prosto – ta pozycja jest potrzebna. Bo tego rodzaju hikikomori (posługując się tak lubianymi przez bohaterów domu gier słówkami pochodzenia japońskiego) mnożą się coraz bardziej rosnąc pomału do rangi poważnego problemu społecznego. I do takiej młodzieży (i w sumie każdej innej też) nie ma się co zbliżać z umoralniającymi monologami. Co innego podsunąć im pozycję o klawym życiu fikcyjnych (mam taką nadzieję!) bohaterów, którzy „mają niezłe przypały”. I pozwolić im samym wyciągnąć wnioski. Bo ta wymarzona ucieczka od wyzwań dorosłości okraszonej prawdziwymi problemami okazuje się tak naprawdę strasznie żałosna. A wyśniona Arkadia jest tylko wydmuszką – strojną, ale pustą w środku.

Powieść dydaktyczno-moralizatorska na miarę epoki LOLa.

Dominika Smoleń, Gaming house, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2019, 370 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa WasPos i autorki.

Czas na czytanie: „Wszystko jest niebieskie” Inga

Dzieli ich ponad 40 lat, łączy przypadek, jakiego nie powstydziłaby się żadna porządna komedia romantyczna.

DSC_0194.jpg

Daniel jest po siedemdziesiątce, ma wnuczkę na progu dorosłości i świeżą historię zawałową. Nie oznacza to jednak, że planuje położyć się na kanapie i czekać na śmierć, wręcz przeciwnie. Nie ma przecież wiele do stracenia. Dlatego kiedy pojawia się okazja nawiązania głębszej znajomości z atrakcyjnym młodym chłopakiem postanawia korzystać z życia.

Arek ma 23 lata, demotywującą pracę, mnóstwo nauki na mało poważanym kierunku studiów i niecodzienne upodobania. On również nie waha się długo, gdy na jego drodze pojawia się okazja zrealizowania skrytych fantazji. Ale czy nosząc serce na dłoni można bez problemu wejść w niezobowiązującą relację?

Zaskakująco ciepła, kipiąca emocjami historia romansu niemającego najmniejszej szansy na społeczna aprobatę. Historia pełna kontrastów, jak jej bohaterowie. Jednocześnie smutna i wypełniona uszczypliwym poczuciem humoru, subtelna i delikatna, choć zawiera „momenty”, od których mocno czerwienieją uszy. Pełna poplątanych emocji i prostego pożądania.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, fascynacji drugim człowiekiem, potrzebie uwagi i zrozumienia niezależnej od wieku. O starości i pragnieniu bycia zauważonym. O młodości i lęku przed utratą. O godności, poszukiwaniu siebie i podążaniu za pragnieniami. O ulotności życia i czerpaniu z niego ile tylko się da. Wreszcie o odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby.

Bawi i skłania do refleksji. Zachwyca sensualnymi opisami, szokuje dosadnością. I łechta moje gusta estetyczne malowniczą okładką.

Inga, Wszystko jest niebieskie, Szczecin, 2018, 113 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Gambit” Marcin Siembieda

Macie tak czasami, że idąc za prozą ulubionego autora sięgacie po gatunki, które nie leżą w sferze waszych zainteresowań? Robiłam w życiu kilka podejść do klimatów drugiej wojny światowej i zawsze raczej z miernym skutkiem. Aż do teraz. Bo z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gambit” to pierwsza powieść wojenna, która naprawdę mi się podobała. No, może poza „Kamieniami na szaniec”, ale to jednak trochę inny etap czytelniczego życia.

DSC_0115

Dwie poprzednie powieści Macieja Siembiedy polubiłam między innymi za jego głównego bohatera i początkowo było mi trochę żal, że kolejna książka nie należy do jednego z moich najulubieńszych cykli, ale jeśli już musze wymienić Jakuba Kanię na kogoś innego, to Wanda Kuryło jest idealnym pocieszeniem. Silna babeczka, snajperka, działaczka konspiracyjna, superszpieg – aż miło czytać, bo girl power zdaje się być jedną z myśli przewodnich tej powieści. I to w zupełnie naturalny, pozbawiony jakiejkolwiek nachalności sposób! Szczególnie, że to postać niepozbawiona wad, wątpliwości, popełniająca błędy, wychowana i żyjąca w tyglu kultur i narodowości. A do tego będąca na tropie bezcennego skarbu – tak innego od złota, dzieł sztuki i kosztowności, a jednocześnie jeszcze od nich cenniejszego, bo mogącego całkowicie odmienić losy wojny i, co za tym idzie, całego świata.

Ale wiecie co jest najbardziej niesamowite? Że poszukiwania owianego tajemnicą skarbu nie są tu wcale najbardziej emocjonujące i wbrew pozorom to nie one sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. To splątana i kompletnie nieprawdopodobna historia okołowojennych losów jej kilkorga bohaterów, nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Ktoś kiedyś powiedział, że fantastyka musi mieć w sobie co nieco z realizmu, bo inaczej ludzie nie chcieliby jej czytać, a najbardziej zdumiewające historie to te pisane przez życie. Tak jest i w tym przypadku, bo zdumiewające przypadki braci Ostrowskich w książce to historia oparta na faktach. I poznana krok po kroku w równie niezwykły sposób, co mityczne poszukiwania skarbów.

Styl autora jak zwykle nie pozostawia najmniejszego marginesu na jakiekolwiek krytyczne uwagi, a umiejętność ukazywania potworności wojny bez uciekania się do naturalistycznych opisów po raz kolejny mnie zdumiewa.

Trochę powieść wojenna, trochę szpiegowska, trochę detektywistyczna. Z subtelną nutą romansu, muśnięta przesądnym podmuchem łemkowskiej powieruchy. Być może jest też troszkę przeklęta, co kiedy już się po nią sięgnie, to nie sposób odłożyć aż do ostatniej strony.

Maciej Siembieda, Gambit, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 416 s.

Za kilka zarwanych nocy przy lekturze serdecznie dziękuję autorowi.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.

Czas na czytanie: „Nomen omen” Marta Kisiel

„(…) nieszczęsna dusza! Udręczona! Niezaspokojona! Przemierzająca po nocach zaułki miasta, by zaspokoić żądzę krwi niewieściej! Mroczne tajemnice wreszcie wychodzą na jaw! Po jednej stronie barykady młodzi kochankowie, których pragnie rozdzielić zły los… (…) …po drugiej zaś złowrogi szermierz śmierci! Kto zwycięży?”

Macie czasem coś takiego, że jednocześnie bardzo chcecie przeczytać jakąś książkę (teraz, już, natychmiast!) i jednocześnie bardzo nie chcecie mieć jej przeczytanej, bo macie świadomość, że nie ma już więcej? To właśnie ja przed ostatnią nieprzeczytaną książką Marty Kisiel.

„Nomen omen” spędziła dobre dwa miesiące na moim stoliku nocnym – zawsze na samym szczycie, bo mimo sentymentu do „dożywotniej” szaty graficznej, uwielbiam okładkę nowego wydania. Oglądałam, głaskałam, robiłam zdjęcia… Ale kiedy wreszcie zabrałam się za czytanie, to pożarłam w dwóch kęsach.

Salomea Klementyna Przygoda została pokarana przez los zdrowo szurniętymi rodzicami (chociaż tego świadomy jest każdy, kto tylko zerknie na jej dowód), pociesznym, acz mocno uciążliwym młodszym bratem i urodą będącą skrzyżowaniem Brienne z Tarthu z Sansą Stark. Po jednym z wyjątkowo niedyskretnych wybryków matki – pasjonatki seksu tantrycznego – postanawia dać sobie nieco odetchnąć od rodzinki i rozwinąć skrzydła w wielkim mieście. Znajduje więc spokojną pracę i wynajmuje pokój u miłej starszej pani. I w tym momencie jej życie dopiero zaczyna się robić ciekawe. Właściwie to wchodzi na zupełnie nowy poziom bycia ciekawym. Od papugi w łóżku, przez staruszki, które dwoją się i troją w oczach, przez nieplanowane kąpiele w Odrze i nocne przebieżki po cmentarzach. Miłość, śmierć, mitologia i Warcraft.

Ta część podobała mi się bardziej od „Toń” (jakoś zupełnie nie idzie mi czytanie w odpowiedniej kolejności, oj tam oj tam) – tam nieszczególnie podchodził mi motyw podróży w czasie, czego w tym przypadku szczęśliwie mi oszczędzono. Wiadomo, że krwiożercze umarlaki terroryzujące blondynki Wrocławia to zdecydowanie lepsza opcja!

Znalazłam tu wszystko to, co u Ałtorki lubię najbardziej – elokwencję zmuszającą mnie do internetowo-słownikowych poszukiwań, poczucie humoru, które sprawia, że pochrumkuję  radośnie między stronami, duża dawkę girl power, romantycznego bohatera, kompletnie zakręcone indywidua – jedno dziwniejsze od drugiego, i nutę nostalgii za zaprzeszłą przeszłością. No i oczywiście zjawiska bardzo nadprzyrodzone.

„Spełnienie! Odkupienie! Zemsta! Namiętność! I Papuga!!!”

Marta Kisiel, Nomen omen, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 366 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.