Czas na czytanie: „Wszystko jest niebieskie” Inga

Dzieli ich ponad 40 lat, łączy przypadek, jakiego nie powstydziłaby się żadna porządna komedia romantyczna.

DSC_0194.jpg

Daniel jest po siedemdziesiątce, ma wnuczkę na progu dorosłości i świeżą historię zawałową. Nie oznacza to jednak, że planuje położyć się na kanapie i czekać na śmierć, wręcz przeciwnie. Nie ma przecież wiele do stracenia. Dlatego kiedy pojawia się okazja nawiązania głębszej znajomości z atrakcyjnym młodym chłopakiem postanawia korzystać z życia.

Arek ma 23 lata, demotywującą pracę, mnóstwo nauki na mało poważanym kierunku studiów i niecodzienne upodobania. On również nie waha się długo, gdy na jego drodze pojawia się okazja zrealizowania skrytych fantazji. Ale czy nosząc serce na dłoni można bez problemu wejść w niezobowiązującą relację?

Zaskakująco ciepła, kipiąca emocjami historia romansu niemającego najmniejszej szansy na społeczna aprobatę. Historia pełna kontrastów, jak jej bohaterowie. Jednocześnie smutna i wypełniona uszczypliwym poczuciem humoru, subtelna i delikatna, choć zawiera „momenty”, od których mocno czerwienieją uszy. Pełna poplątanych emocji i prostego pożądania.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, fascynacji drugim człowiekiem, potrzebie uwagi i zrozumienia niezależnej od wieku. O starości i pragnieniu bycia zauważonym. O młodości i lęku przed utratą. O godności, poszukiwaniu siebie i podążaniu za pragnieniami. O ulotności życia i czerpaniu z niego ile tylko się da. Wreszcie o odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby.

Bawi i skłania do refleksji. Zachwyca sensualnymi opisami, szokuje dosadnością. I łechta moje gusta estetyczne malowniczą okładką.

Inga, Wszystko jest niebieskie, Szczecin, 2018, 113 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Gambit” Marcin Siembieda

Macie tak czasami, że idąc za prozą ulubionego autora sięgacie po gatunki, które nie leżą w sferze waszych zainteresowań? Robiłam w życiu kilka podejść do klimatów drugiej wojny światowej i zawsze raczej z miernym skutkiem. Aż do teraz. Bo z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gambit” to pierwsza powieść wojenna, która naprawdę mi się podobała. No, może poza „Kamieniami na szaniec”, ale to jednak trochę inny etap czytelniczego życia.

DSC_0115

Dwie poprzednie powieści Macieja Siembiedy polubiłam między innymi za jego głównego bohatera i początkowo było mi trochę żal, że kolejna książka nie należy do jednego z moich najulubieńszych cykli, ale jeśli już musze wymienić Jakuba Kanię na kogoś innego, to Wanda Kuryło jest idealnym pocieszeniem. Silna babeczka, snajperka, działaczka konspiracyjna, superszpieg – aż miło czytać, bo girl power zdaje się być jedną z myśli przewodnich tej powieści. I to w zupełnie naturalny, pozbawiony jakiejkolwiek nachalności sposób! Szczególnie, że to postać niepozbawiona wad, wątpliwości, popełniająca błędy, wychowana i żyjąca w tyglu kultur i narodowości. A do tego będąca na tropie bezcennego skarbu – tak innego od złota, dzieł sztuki i kosztowności, a jednocześnie jeszcze od nich cenniejszego, bo mogącego całkowicie odmienić losy wojny i, co za tym idzie, całego świata.

Ale wiecie co jest najbardziej niesamowite? Że poszukiwania owianego tajemnicą skarbu nie są tu wcale najbardziej emocjonujące i wbrew pozorom to nie one sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. To splątana i kompletnie nieprawdopodobna historia okołowojennych losów jej kilkorga bohaterów, nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Ktoś kiedyś powiedział, że fantastyka musi mieć w sobie co nieco z realizmu, bo inaczej ludzie nie chcieliby jej czytać, a najbardziej zdumiewające historie to te pisane przez życie. Tak jest i w tym przypadku, bo zdumiewające przypadki braci Ostrowskich w książce to historia oparta na faktach. I poznana krok po kroku w równie niezwykły sposób, co mityczne poszukiwania skarbów.

Styl autora jak zwykle nie pozostawia najmniejszego marginesu na jakiekolwiek krytyczne uwagi, a umiejętność ukazywania potworności wojny bez uciekania się do naturalistycznych opisów po raz kolejny mnie zdumiewa.

Trochę powieść wojenna, trochę szpiegowska, trochę detektywistyczna. Z subtelną nutą romansu, muśnięta przesądnym podmuchem łemkowskiej powieruchy. Być może jest też troszkę przeklęta, co kiedy już się po nią sięgnie, to nie sposób odłożyć aż do ostatniej strony.

Maciej Siembieda, Gambit, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 416 s.

Za kilka zarwanych nocy przy lekturze serdecznie dziękuję autorowi.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.

Czas na czytanie: „Nomen omen” Marta Kisiel

„(…) nieszczęsna dusza! Udręczona! Niezaspokojona! Przemierzająca po nocach zaułki miasta, by zaspokoić żądzę krwi niewieściej! Mroczne tajemnice wreszcie wychodzą na jaw! Po jednej stronie barykady młodzi kochankowie, których pragnie rozdzielić zły los… (…) …po drugiej zaś złowrogi szermierz śmierci! Kto zwycięży?”

Macie czasem coś takiego, że jednocześnie bardzo chcecie przeczytać jakąś książkę (teraz, już, natychmiast!) i jednocześnie bardzo nie chcecie mieć jej przeczytanej, bo macie świadomość, że nie ma już więcej? To właśnie ja przed ostatnią nieprzeczytaną książką Marty Kisiel.

„Nomen omen” spędziła dobre dwa miesiące na moim stoliku nocnym – zawsze na samym szczycie, bo mimo sentymentu do „dożywotniej” szaty graficznej, uwielbiam okładkę nowego wydania. Oglądałam, głaskałam, robiłam zdjęcia… Ale kiedy wreszcie zabrałam się za czytanie, to pożarłam w dwóch kęsach.

Salomea Klementyna Przygoda została pokarana przez los zdrowo szurniętymi rodzicami (chociaż tego świadomy jest każdy, kto tylko zerknie na jej dowód), pociesznym, acz mocno uciążliwym młodszym bratem i urodą będącą skrzyżowaniem Brienne z Tarthu z Sansą Stark. Po jednym z wyjątkowo niedyskretnych wybryków matki – pasjonatki seksu tantrycznego – postanawia dać sobie nieco odetchnąć od rodzinki i rozwinąć skrzydła w wielkim mieście. Znajduje więc spokojną pracę i wynajmuje pokój u miłej starszej pani. I w tym momencie jej życie dopiero zaczyna się robić ciekawe. Właściwie to wchodzi na zupełnie nowy poziom bycia ciekawym. Od papugi w łóżku, przez staruszki, które dwoją się i troją w oczach, przez nieplanowane kąpiele w Odrze i nocne przebieżki po cmentarzach. Miłość, śmierć, mitologia i Warcraft.

Ta część podobała mi się bardziej od „Toń” (jakoś zupełnie nie idzie mi czytanie w odpowiedniej kolejności, oj tam oj tam) – tam nieszczególnie podchodził mi motyw podróży w czasie, czego w tym przypadku szczęśliwie mi oszczędzono. Wiadomo, że krwiożercze umarlaki terroryzujące blondynki Wrocławia to zdecydowanie lepsza opcja!

Znalazłam tu wszystko to, co u Ałtorki lubię najbardziej – elokwencję zmuszającą mnie do internetowo-słownikowych poszukiwań, poczucie humoru, które sprawia, że pochrumkuję  radośnie między stronami, duża dawkę girl power, romantycznego bohatera, kompletnie zakręcone indywidua – jedno dziwniejsze od drugiego, i nutę nostalgii za zaprzeszłą przeszłością. No i oczywiście zjawiska bardzo nadprzyrodzone.

„Spełnienie! Odkupienie! Zemsta! Namiętność! I Papuga!!!”

Marta Kisiel, Nomen omen, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 366 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Samobójca” Agnieszka Ziętarska

Ocena tej książki to dla mnie twardy  orzech do zgryzienia (szczególnie, że jestem szczęśliwą nosicielką aparatu ortodontycznego…), bo okazała się być jednocześnie spełnieniem pokałdanych w niej oczekiwań, jak i sporym rozczarowaniem.

Niekwestionowanym plusem jest pomysł i kreacja magicznego świata. Niezmienni to długowieczne istoty obdarzone bliżej niezidentyfikowaną mocą, potrafiący wykorzystywać ją w jednej z czterech dziedzin swojej działalności – do tworzenia, nauczania, zsyłania koszmarów lub opieki nad duszami, czyli zwykłymi ludźmi, wśród których żyją. To hermetyczna społeczność, ograniczona restrykcyjnymi zasadami postępowania, nad którym władzę sprawują owiani tajemnicą, potężni Wieczni.

Felis – główny bohater historii, jest młodym Opiekunem i dopiero uczy się sprawowania pieczy nad duszami. Z inicjatywy nadambitnego ojca, chcącego przyspieszyć jego rozwój, jako pierwszą duszę otrzymuje Samobójcę – dziewczynę, której los z góry jest przesądzony. A niedoświadczony „anioł stróż”, zamiast zdystansować się emocjonalnie do powierzonego mu zadania, dopuszcza się całego szeregu najbardziej zakazanych zachowań – nie tylko poznaje swoją podopieczną osobiście, ale również zaczyna żywić do niej głębsze uczucia. A te są całkowicie odwzajemnione.

I tutaj jest pies pogrzebany – bo wątek romantyczny jest w moim odczuciu najsłabszą stroną powieści. A niestety jest wątkiem dominującym.

Z moją awersją do postaci kobiecych, mój brak sympatii dla głównej bohaterki nie jest niczym zaskakującym. Pokrzywdzona przez los, niekochana Flora po ciężkich przejściach nie mogła być wyjątkiem. Najbardziej irytujący jest jednak przebieg ich relacji. Oczywiście, jak to nastolatkowie w książkach dla nastolatów, ich uczucia, choć zakazane, pozornie zaczynają się od wzajemnej niechęci, ale jednak są natychmiastowe i nie do pokonania. A mimo to oboje szamoczą się jak płotki. Miłość Flo, bardzo zbliżona do syndromu sztokholmskiego, okazuje się być wrażliwa na najdrobniejsze problemy. On broni ją niczym lew i decyduje się na związek, mimo świadomości niebezpieczeństwa, Ona, mimo zaskakująco krótkich oporów szybko mu ulega. Następnego dnia(!!!) On w wyniku reakcji rodziny decyduje się z nią zerwać, Ona zostawia go nie słuchając tłumaczeń. On ją goni, Ona ucieka, Ona chce wrócić, On woli się od niej odsunąć by zapewnić jej bezpieczeństwo. On tęskni i chce wrócić, Ona nie chce, bo zdążyła w miesiąc ułożyć sobie nowe życie… i tak w koło Macieju. A wszystkie te wielkie dramy odbywają się na przestrzeni krótszej niż pół roku, w otoczeniu prześladowania mniej popularnych uczennic przez bogate snobki, szalonych imprez nastolatek rodem z kompleksów polskiej dziewczynki wychowanej na MTV (wiecie, party hard nad basenem z udziałem lodowych rzeźb i popularnych sportowców, prywatne stylistki, drogie ciuchy, luksusowe samochody itp.). Do tego maltretowanie i brak uczuć w gronie rodzinnym doprowadzone do granic absurdu, trauma z przeszłości i problemy psychiczne.

Może mamy tu do czynienia z  „klątwą pierwszego tomu”, ale trochę mi żal, że przeciętnie opisana nastoletnia miłostka całkowicie niemal przesłania wątki fantastyczne, gdzie wbrew pozorom dużo się dzieje. Bo owa moc wiąż nie została dokładnie zbadana i jej niestandardowe wykorzystanie prowadzi do nieoczekiwanych konsekwencji. A te natomiast, zmieszane ze sporą dawką młodzieńczego buntu i przyjaźni na śmierć i życie układają się w całkiem zgrabną, choć nieco niedopracowaną przygodę dążącą do poznania istoty magii i groźnych manipulacji ludzi dzierżących władzę. Bardzo mocno trzymam kciuki, by to właśnie ta tematyka została rozwinięta w kolejnych tomach, skoro burzliwy początek romansu głównych bohaterów mamy już za sobą.

Książkę czyta się lekko i szybko, mam jednak spore zastrzeżenia odnośnie korekty, bo błędów jest sporo i są łatwe do wyłapania. Warto byłoby jeszcze popracować nad tekstem. Za to bardzo podoba mi się okładka, więc znowu – są plusy i są minusy. Na dwoje babka wróżyła, bardzo dobrze – 3+.

Agnieszka Ziętarska, Samobójca, Warszawa: Wydawnictwo Dlaczemu, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dlaczemu.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)

Czas na czytanie: „Dziewczyna z dzielnicy cudów” Aneta Jadowska

Mimo usilnych starań nie potrafię ostatnio odpocząć od babskiej literatury – nawet kiedy sięgam po fantastykę, wychodzi kobieco.

Alternatywny świat wykreowany przez Anetę Jadowską w serii o Nikicie to bardzo specyficzna i kompletnie nieprzewidywalna mieszanka postapokaliptycznej Warszawy (a apokalipsa była magiczna!), słowiańskich wierzeń, obcych mitologii, fascynacji kulturą wschodu, gangsterskich porachunków i brutalnej strzelanki. A sama tytułowa postać to doprawdy zadziwiająca krzyżówka Geralta z Riwii i Lary Croft o wyjątkowo chłodnej rodzinie i traumatycznym dzieciństwie.
Tutaj zaklęcia i eliksiry mieszają się z nowoczesnymi technologiami, po magicznych burzach ludzie zmieniają się w bezrozumne potwory, a zawód zabójcy, czy burdelmamy jest wyjątkowo wysoko w społecznej hierarchii. Nie jest łatwo poczuć się w Warsie jak w domu! No, chyba że jesteś Nikitą i drzemie w tobie bestia.

To szczegół, ale wyjątkowo nie pasowały mi ilustracje. Pomijając zupełnie kwestie estetyczne – taki styl może się podobać lub nie – niektóre z nich były spoilerami! W pewnym momencie główna bohaterka otrzymuje tajemnicze pudełko i obchodzi się z nim bardzo ostrożnie przed otwarciem – osłuchuje, nawierca i wpuszcza do środka kamerkę. A my doskonale wiemy co jest w środku, bo zdradziła nam to ilustracja kilka stron wcześniej… Czujecie ten klimat? Nie mówiąc już o tym, że Nikita narzeka jak bardzo nie lubi wciągać spodni na wilgotną po prysznicu skórę, ale robi to, bo czas goni, a na ilustracji obrazującej kolejną scenę jest (szowinistycznie!) odziana w ledwie zakrywającą tyłek miniówę. W dodatku Nikita na okładce ma za dużo palców ;)

Jak na razie seria o Nikicie mnie nie porwała – mam nadzieję, że to po prostu klątwa pierwszego tomu, tak bardzo skupionego na przedstawianiu głównej bohaterki, świata i rządzących nimi praw (a było co przedstawiać!), że czas na faktyczną akcję przyjdzie w kolejnych częsciach. Na ten moment odniosłam wrażenie, że wszystkie jatki, intrygi, porwania i całe to machanie bronią były nieco na siłę. Podobnie jak bohaterowie – oczywiście jak zwykle nie udało mi się obdarzyć sympatią żadnej kobiety (ani egzaltowanej, nieasertywnej Nikity bawiącej się wiedźmina ani realizacji marzenia co drugiej gimnazjalistki fantazjującej o zostaniu gotką hikikomori, ani tym bardziej mieszkanek Dzielnicy Cudów), natomiast bohater, który zapowiadał się najciekawiej zginął zanim się tak naprawdę pojawił.

Niemniej jednak bardzo chętnie dam tej serii drugą szansę. Mam nadzieję, że akcja się rozkręci, a ja, znając już to całkiem skomplikowane uniwersum wsiąknę w drugi tom z prawdziwą przyjemnością.

Aneta Jadowska, Dziewczyna z Dzielnicy Cudów, Kraków: Wydawnictwo SQN Imaginatio, 2016, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Książka na weekend: PRZEPREMIEROWO „Tylko oddech” Magdalena Knedler

„Oboje ciągle czegoś od siebie oczekiwali, i może to właśnie okazało się ich największym błędem. Może raczej trzeba było odrzucić oczekiwania, a w zamian starać się do siebie dopasować – starać się o to przez całe życie, bo przecież człowiek ciągle się zmienia i osoba, z którą się żyje już piętnasty rok nie jest tą samą osobą, którą była w dniu ślubu, czy pierwszego spotkania.”

Tym razem dokonałam wyboru ze względu na miejsca akcji – chata w leśnej głuszy, Półwysep Helski i skansen w Sierpcu to wyjątkowo wakacyjne destynacje, choć bohaterowie powieści odwiedzają je w zdecydowanie innym celu. Książka ukarze się dopiero pod koniec sierpnia, ale uważam, że będzie idealna na koniec wakacji – gwarantuję, że sprowadzi Was na ziemię po wakacyjnych szaleństwach, skłoni do refleksji i zostawi z wieloma przemyśleniami.

Chociaż nie czytałam jeszcze wszystkich książek z dorobku autorki, z czystym sumieniem polecam je w ciemno, bo po „Dziewczynie z daleka” i „Twarzy Grety di Biase” zakochałam się bez pamięci w stylu autorki, jej podejściu do pisania, sposobie budowania historii i humoru tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.

I jej najnowsza książka nie rozczarowała mnie ani trochę, choć jest trochę inna, niż dwie wymienione powyżej.

Przede wszystkim początkowo miałam wrażenie, że nie ma w niej tematu przewodniego, jakim w „Grecie” była sztuka, a w „Dziewczynie” historia. Ale w końcu go odnalazłam – to rodzina. Czasami to, co najbardziej oczywiste zupełnie nam umyka. Szczególnie, że do pisania o niej nie przygotujemy się w archiwach

To książka o wyjątkowo skomplikowanej sytuacji rodzinnej, która wydaje się być zaczerpnięta rodem z brazylijskiej telenoweli, a jednocześnie nie miałam najmniejszego problemu, by w nią uwierzyć. W końcu sama mam wujka, który wymienił się na żony ze znajomym (ale to we Francji – inna kultura!). Książka o relacjach między poszczególnymi członkami rodziny i ich wpływie na kształtowanie się człowieka. O siostrzanych uczuciach i rodzicielstwie, o zdradzie i wyrzutach sumienia, o utracie i tęsknocie, o zbrodni i jej motywach. O rozczarowaniu życiem i układaniu go od nowa. O miłości, która zaskakuje człowieka w zupełnie nieodpowiednim miejscu i czasie. O szukaniu swojej drogi i uczeniu się, co to właściwie znaczy żyć. A nauka zazwyczaj bywa bolesna.

„Wtłoczyła się w schemat, zanim zasmakowała w chaosie, zanim pobyła ze sobą i zdecydowała, czego oczekuje od życia.”

Pełna emocji, które wręcz zjadają bohaterów i udzielają się czytelnikowi. Tak życiowa, że to aż przerażające.

„Póżniej nachodziły ją inne myśli. Że macierzyństwo bywa gorzkie, nierzadko wymaga rezygnacji z siebie, wykańcza psychicznie i fizycznie, że najdokładniej kobietę definiuje i wtłacza w rolę.”

Przyznaję, że ta lektura trochę mnie niepokoi. Znalazłam w niej tak wiele własnych uczuć i przemyśleń, że aż mnie przechodzi dreszcz. W końcu też mam siostrę. Sporo młodszą.

Magdalena Knedler, Tylko oddech, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 278 s. (premiera 27 sierpnia 2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.