Czas na czytanie: „Bezgwiezdne morze” Erin Morgenstern

Książka, która zachwyciła mnie od pierwszych stron, znużyła w połowie i udobruchała zakończeniem.

„Bądź dzielna (…). Bądź odważna. Nie bój się głośno mówić. Nigdy się nie zmieniaj, chyba że dla samej siebie (…). Nie trać czasu na nikogo, kto ci nie wierzy, kiedy mówisz, co czujesz”.

Cudownie napisana, od pierwszych zdań obiecuje wyjątkową przygodę i, co jeszcze ważniejsze, spełnia tą obietnicę.

Zachary Ezra Rawlins jest synem wróżbiarki, trochę odludkiem, fanem wymyślnych drinków, studentem „gier komputerowych” i zapalonym bywalcem biblioteki. Aż do dnia, w którym dowiaduje się, że jest także bohaterem niebanalnej opowieści. Tym bardziej niesamowitej, że dziejącej się naprawdę. O ile tylko zdecyduje się wziąć w niej udział.

„(…) jest wyznawcą słuchania z zapartym tchem opowieści, ekstazy z dzwonieniem w uszach na przeciągających się do późna koncertach i perfekcyjnych kombinacji przycisków w walkach z bossami. Że jego religia jest pod ciszą warstwy świeżego śniegu, w skrupulatnie sporządzonym koktajlu, między stronami książki gdzieś za początkiem, ale jeszcze przed końcem”.

Zdumiewająca kraina nad Bezgwiezdnym Morzem to prawdziwy raj dla bibliofilów, pełen nawiązań do najulubieńszych powieści, gdzie każdy szczegół to jest mrugnięciem oka w kierunku czytelnika. Gdzie baśnie mają własne życie, a życie jest baśnią i wszystko to przeplata się wzajemnie w ogromną fantasmagorię pochłaniającą bohaterów w całości i nieoddającą ani kosteczki. Gdzie tajemnica goni tajemnicę, inkluzywne mistyczne stowarzyszenia czekają na rozszyfrowanie, śmiertelnie groźni wrogowie depczą po piętach, a widmo zagłady wisi nad światem (jakże by inaczej?). Gdzie w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przewidzieć kolejnych zdarzeń, a co krok czeka nowe zaskoczenie.

Był jednak moment (mam silne podejrzenia, że autorsko zamierzony), kiedy tułaczka po tym niesamowitym świecie – choć coraz trudniejsza i potworniejsza, obfitująca w dramatyczne zwroty akcji – zaczęła mnie nużyć. Przyszedł moment, kiedy cały ten miód baśniowości zaczął mnie dławić i ulewać mi się uszami i chciałam już tylko jak najszybciej znaleźć wyjście z tej króliczej nory. W końcu jak to mówili w świecie Wiedźmina – każdy sen, nawet ten najpiękniejszy, zbyt długo śniony w końcu musi się zmienić w koszmar. Każda historia potrzebuje swojego finału, a każdy świat fantazji trzeba kiedyś opuścić, choćbyśmy nie wiem jak bardzo zżyli się z bohaterami. I Erin Morgenstern daje nam opowieść, która rozpaczliwie dąży do zakończenia.

„Finały nadają sens opowieściom”.

Zdecydowanie fantastyka, ale w kierunku baśniowej, romantycznej niesamowitości. Bardzo magiczna, niesamowicie erudycyjna, ze sporą rolą bibliotekarsko-detektywistycznego śledztwa i szczyptą romansu. Bo co to za opowieść bez romantycznego wątku? W końcu wszystkie historie tak naprawdę są o miłości.

„Dziwne, prawda? Kochać książkę. Kiedy wyrazy na stronie stają się tak ważne, jakby były częścią twojej własnej historii, którą zresztą są”.

I jeszcze ostatnie przemyślenie, które dotarło do mnie właściwie dopiero trochę po lekturze, a w sumie bardzo to doceniam – mianowicie główni bohaterowie są homoseksualni. I ten homoseksualizm został tu potraktowany jako fakt, a nie temat, czy problem. To chyba pierwszy raz, kiedy czytałam książkę, w której osoby nieheteronormatywne zostały potraktowane tak naturalnie – bez związanych z tym dramatów, zmagania się z nietolerancją i przeciwnościami losu, odkrywania tożsamości czy własnej wartości – po prostu jak każda inna książkowa para. Orientacja seksualna nie wybija się ponad ich charaktery, i nie dominuje nad opisanymi przygodami. Właściwie nie ma znaczenia, jest tylko jedną z wielu cech postaci. Śmiem rzec, że tą mniej znaczącą.

Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie nam żyć w czasach, w których nie będzie to niczym odmiennym ani zaskakującym. Czego życzę Wam i sobie.

Erin Morgenstern, Bezgwiezdne morze, Warszawa: Wydawnictwo Świat Książki, 2020, 608 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Władca cieni” Cassanda Clare

Powiedzieć, że podczas niemalże 900 stron „dużo się dzieje”, to trochę zrobić z siebie głupka, ale cóż począć? W drugim tomie „Mrocznych intryg” naprawdę dużo się dzieje, szczególnie podczas ostatnich 200 stron i finałowej potyczki, która podobnie jak w przypadku „Harry’ego Pottera”, u Clare występuje chyba w każdej książce.

Będzie wyprawa ratunkowa do sennej krainy Faerie (szkoda tylko, że ten sen to koszmar…), będzie sporo bardziej lub mniej zaskakujących romansów, walka z nieodpowiednimi uczuciami, niebezpieczny układ z Królową Jasnego Dworu, intrygi, pościgi i potyczki i poszukiwanie pewnej wyjątkowo niebezpiecznej nieumarłej. Będzie sporo Magnusa i Aleca, których tak uwielbiam, poleje się też sporo krwi i to nie tylko Blackthornów.

Jedną z głównych problemów poruszanych przez Cassandrę Clare w jej cyklach jest brak tolerancji wobec Podziemnych, czyli mówiąc wprost – rasizm. W poprzednich częściach pojawiał się również brak akceptacji dla homoseksualizmu, choć raczej marginalnie i zostało to dość szybko i bezproblemowo zaakceptowane. Tym razem zyskujemy szerszy ogląd na konserwatywność Nocnych Łowców – już w pierwszej części poznaliśmy ich zatrważający sposób traktowania osób z problemami psychicznymi, teraz dowiemy się, że właściwie wszystkie jednostki odstające od normy traktowane są jako „uszkodzone” i zyskują status „odpadów”. Szczególnie, że Clave nie tylko nie zezwala na stosowanie ludzkiej medycyny, ale nawet nie jest świadome osiągnięć Przyziemnych w takich dziedzinach jak psychologia czy psychiatria, bo i jest to wiedza, której nie wolno zgłębiać. Poza dramatem Juliana zmuszonego do ukrywania złej kondycji psychicznej wuja i chroniącego autystycznego Ty’a przed ostracyzmem społecznym, poznamy równie poruszającą historię transseksualnego Nocnego Łowcy zmuszonego ukrywać swoją tożsamość przed właściwie każdym i przez całe życie.

„Dała mi słowa, których nigdy nie znałam. To był dar. Po raz pierwszy usłyszałam słowo transgenderyzm. Wybuchnęłam płaczem. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, ile można komuś odebrać, nie pozwalając mu używać słów, których potrzebuje, żeby siebie opisać. Skąd masz wiedzieć, że są inni tacy jak ty, kiedy nie wiesz, jak samego siebie nazwać?”

W czasach Zimnego Pokoju, w już i tak zaściankowym, choć pomału dążącym ku zmianom świecie Nocnych Łowców wykształca się Kohorta – grupa ekstremistów, których faszystowskie poglądy przewyższają chyba nawet Krąg Valentina. Domagają się zerwania Porozumień i podporządkowania sobie wszystkich Podziemnych – między innymi rejestracji, ograniczenia i oznakowania czarowników, których moc uważają za zbyt potężną czy zamknięcia wilkołaków w rezerwatach. Ich pierwszym krokiem do ustanowienia nowego porządku jest przejęcie władzy nad instytutem w Los Angeles…

„- Kochałeś je i utrzymałeś przy życiu (…) Czasem to wszystko, co człowiek może zrobić”.

Czy i tym razem Julianowi, mistrzowi kłamstw i planowania uda się ochronić rodzinę?

P.S. Skoro już pochwaliłam pierwszy tom za całkiem staranna korektę, to drugi oczywiście przywitał mnie błędami. Tym razem przede wszystkim mylono imiona – Magnusa z Malcolmem, czy Julesa z Jamiem… :(

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.2: Władca cieni, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 2017, 864 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Pani Noc” Cassandra Clare

Nie sposób zaprzeczyć, że „Kroniki Nocnych Łowców” są o miłości. O zabijaniu demonów też, ale przede wszystkim o miłości. I to tej najciekawszej, bo zakazanej.

„Prawa są bez znaczenia (…). Nie ma rzeczy ważniejszej od miłości. I nie ma wyższego od niej prawa.”

Mieliśmy już romantyczne uczucie między wmówili-nam-że-jesteśmy-rodzeństwem i homoseksualizm w konserwatywnym środowisku w „Darach Anioła” oraz słabość do ukochanej najlepszego przyjaciela i miłość do dwóch chłopców jednocześnie (swoją drogą ten dylemat został bardzo zgrabnie rozwiązany) w „Diabelskich Maszynach”, a także związek między Nocnym Łowcą, a czarownikiem w obu seriach, choć w różnych stuleciach. Tym razem przyszła pora na złamanie jednego z najbardziej rygorystycznych praw Clave – zakochanie między towarzyszami parabatai.

Minęło pięć lat od Mrocznej Wojny i postanowienia Zimnego Pokoju wyrzuciły fearie poza nawias społeczeństwa i pozbawiły rodzeństwo Blackthornów Marka i Helen. Bez najstarszych z rodzeństwa, na barki Juliana, w wieku dwunastu lat spadła odpowiedzialność za resztę dzieciaków i utrzymania okaleczonej rodziny w całości. A żeby przypadkiem się przy ty nie nudził, odpowiedzialny za kierowanie kalifornijskim Instytutem wuj coraz bardziej niedołężnieje, w mieście zaczynają ginąć ludzie, co ma związek z podejrzanym ruchem kultystów, do drzwi puka (bardzo nielegalne) elfie poselstwo, upragniony powrót brata okazuje się nie do końca tym, co sobie wszyscy wymarzyli, a sam Jules zauważa u siebie wysoce nieodpowiednie i wprost proporcjonalnie silne uczucia względem Emmy, swojej parabatai i najlepszej przyjaciółki od wczesnego dzieciństwa. Tymczasem Emma, mimo upływu lat nie może pogodzić się z tajemniczą śmiercią rodziców i z powodu braku wsparcia Clave prowadzi prywatne śledztwo. Czy wszystkie te sprawy mogą być w jakiś sposób ze sobą związane? Serio, niby 800 stron, a nie sposób się nudzić.

To książka kipiąca miłością rozmaitą – przede wszystkim tą rodzinną, zarówno między rodzeństwem, jak i rodzicielską, związaną z opieką, troską, przywiązaniem i walką o dobrobyt bezbronnych, niewinnych maluchów już i tak porządnie doświadczonych przez los. Znajdzie się jednak również sporo miejsca na miłość romantyczną i łamiącą serce historię o uczuciu, krzywdzie i żałobie zdolnych popchnąć do potwornych czynów.

Ale żeby nie było – to nie tylko romansidło! Ze wszystkich książek tej autorki, jakie dotychczas czytałam, to ta ma najciekawiej skonstruowaną intrygę – zarówno pod względem śledztwa prowadzącego krok po kroku do ujęcia mordercy, jak i pod względem kierujących nim motywów. Nie zabraknie też potyczek z demonami przyprawionych szczyptą Dzikiego Polowania i nieodzownej „final battle”, przez którą od ostatnich 100 stron powieści nie sposób się oderwać. Pojawią się również, choć na moment bohaterowie znani nam z wcześniejszych serii – Magnus, Jace z Clary i Jem z Tessą. Dodatkowym kąskiem będzie bonusowe opowiadanie poświęcone przyjęciu zaręczynowemu Simona i Isabelle na końcu książki.  

W pierwszym momencie nie tylko „Pani Noc”, ale cała trylogia „Mroczne Intrygi” nieco mnie przeraziła swoją objętością. Każda z części ma ponad 800 stron! Nie wiem jednak po co się w ogóle martwiłam, jak już mnie wessało, to okazało się, że cztery dni i po książce. Clare w ogóle bardzo szybko się czyta, ale mam wrażenie, że w przeciwieństwie do poprzednich cykli o Nocnych Łowcach, w tym było zdecydowanie mniej błędów. Chyba to jednak była kwestia tłumaczenia, bo „Mroczne Intrygi” mają nowych tłumaczy. Mam nadzieję, że ta jakość utrzyma się przez wszystkie trzy tomy.

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.1: Pani Noc, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 216, 830 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman

Jak „Kroniki Bane’a” mnie rozczarowały, tak „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” okazały się wyjątkowo pozytywnym zaskoczeniem. Dawno już nie bawiłam się tak dobrze czytając opowiadania, w sumie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek.

Czy Simon ma wspomnienia ze swoich nadnaturalnych przygód, czy akurat doskwiera mu demoniczna amnezja, wciąż jest tym samym bezbłędnym Simonem. A Bezbłędnego Simona nie sposób nie kochać. I nie można odmówić mu niewątpliwego talentu w roli narratora.

Życie Simona Lewisa nigdy nie było łatwe i wygląda na to, że wcale nie zanosi się na poprawę w tej kwestii. Teraz jest bohaterem wojny, której nie pamięta, w świecie, o którego istnieniu nie ma pojęcia, a najlepsi przyjaciele są dla niego obcymi ludźmi. Szansą na odzyskanie wspomnień jest Wstąpienie – rytuał przyjmujący Przyziemnego do elitarnego grona Nocnych Łowców. Jednak by móc do niego przystąpić, śmiałek musi spędzić dwa lata pełnych znoju przygotowań w Akademii szkolącej kwiat młodzieży Nefilim. I nie zginąć. A nawet jeśli uda się przetrwać te lata morderczych treningów, samobójczych misji i przebywania z latoroślami szanowanych rodów Nocnych Łowców, to przy samym Wstąpieniu też można zginąć. Bardzo w styli filozofii YOLO.

Dużym plusem jest duża różnorodność opowiadań. Chociaż przede wszystkim dotyczą one Simona, niektóre z historii poświęcone zostały innym, mniej lub bardziej znanym nam bohaterom, a sam ex Chodzący za Dnia jest ich odbiorcą, albo pomniejszym uczestnikiem – w ten sposób poznamy opowieść o Zaginionym Herondale’u, posłuchamy o jednej z ciekawszych i bardziej medialnych misji Tessy i Williama w XIX-wiecznym Londynie, poznamy syna Tessy – Jamesa, który zdecydowanie lepiej radził sobie z książkami, niż z ludźmi (i sam nie do końca był człowiekiem), posłuchamy też o początkach Kręgu Valentina. Wraz z Simonem zagłębimy się w zrujnowane korytarze Akademii mającej czasy świetności już dawno za sobą, stawimy czoła całym zastępom szczurów i, co gorsza, zadufanych w sobie dzieci Nocnych Łowców, nawiążemy przyjaźnie i przeżyjemy nowe przygody –  spotkamy Marka Blackhorne’a podczas przypadkowej wyprawy do Faerie, będziemy świętować ślub Helen i świadkować podczas ceremonii parbatai Juliana i Emmy.

I jeszcze moje ulubione, superdługie i przekochane, opowiadanie poświęcone Alecowi, Magnusowi i pewnemu niebieskiemu znalezisku, które przyjdzie im przygarnąć pod swoje skrzydła.

Dla fanów uniwersum Cassandry Clare pozycja obowiązkowa. Szczególnie, że wiele opowiadań znajdzie swoje rozwinięcie w kolejnych Kronikach.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman, Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 656 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Kroniki Bane’a” Cassandra Clare

Tej książki nie mogłam się doczekać już od połowy Darów Anioła – w końcu trudno nie kochać Magnusa Bane’a, kolorowego ptaka, najbardziej pozytywną postać w uniwersum Nocnych Łowców. Jak na razie jest to też najsłabsza książka Cassandy Clare wchodząca w skład tej serii.

Z jednej strony trudno się dziwić – opowiadania nigdy nie wciągają mnie tak bardzo, jak powieści. Z drugiej spodziewałam się, że jednak wniosą nieco więcej do fabuły, a jego przygody, choć faktycznie szalone, będą trochę bardziej porywające. Chociaż nie można powiedzieć, że nie wnoszą nic i są tylko „sztuką dla sztuki”.

Książka składa się z 11 dość zróżnicowanych opowiadań – od imprez i hulanek na całym świecie, przez rozliczne miłości, miłostki i romanse, przyjaźnie wśród nieśmiertelnych i skomplikowane relacje z kolejnymi pokoleniami Nocnych Łowców aż po zawartość automatycznej sekretarki Magnusa tuż po rozstaniu z pewnym Nefilim.

Wraz z Magnusem odwiedzimy Peru, Londyn i Nowy Jork. Poznamy kulisy jego słabości do Herondale’ów, ból złamanego serca ciągnący się przez setki lat, historię Rafaela Santiago i wycinek złowrogiej działalności Kręgu. Poznamy też Nocnych Łowców oczami Podziemnego – i jak już możemy się domyślać po Diabelskich Maszynach, nie będzie to ani trochę pozytywny obraz. I jak zaskoczyło mnie ponure oblicze nieśmiertelnego życia czarownika, jakie zostało przede mną odmalowane, nie zabrakło również jego pozytywnych aspektów – epickiej ucieczki balonem z Marią Antoniną na pokładzie, rozlicznych przygód w słonecznym Peru, czy zakończenia pierwszej randki z Alexandrem Lightwoodem, której fragment został nam sprezentowany pod koniec „Miasta Popiołów”. Nie wspominając o rozlicznych i bardzo malowniczych opisach wyjątkowych kreacji Magnusa.

Spodziewałam się, że będzie bardziej zabawnie, ale takie słodko-gorzkie perypetie życia, które ciągnie się przez stulecia jednak bardzo pasuje do tego bohatera. Mimo to jest to dodatek, pisany raczej dla przyjemności i ciągnący na popularności serii, jego lektura nie jest tak naprawdę ani trochę potrzebna dla zrozumienia cyklu. To raczej taki „smaczek” dla fanów.

***

Kilka książek później, w posłowiu do „Czerwonych Zwojów Magii” – pierwszej części trylogii poświęconej przygodom Aleca i Magnusa, na której recenzję przyjdzie Wam jeszcze trochę poczekać – wyczytałam coś, co zupełnie mi umknęło, a pozwoliło mi spojrzeć na tą książkę w kompletnie innym świetle.

Mianowicie „Kroniki Bane’a” to książka z 2014 roku, a same „Dary Anioła” zaczęły pojawiać się od 2007 roku. I Magnus Bane jest jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą postacią serii książek dla młodzieży, która tak otwarcie mówi o swoim biseksualizmie, związkach z osobami obojga płci i wiążących się z nimi przygodach. W 2021 roku postacie homoseksualne nie budzą już aż takiego zgorszenia, jak jeszcze kilka lat temu i bez większego problemu jesteśmy w stanie kupić książkę o tej tematyce w pierwszej lepszej księgarni, więc sama odebrałam to jako zupełnie normalną treść – mamy już przecież Becky Albertalli, Adama Silverę, Andre Acimana a na gruncie polskim Weronikę Łodygę i Agatę Suchocką, która przekuła magnetyzm „Wywiadu z wampirem” w dosłowność, na którą Anne Rice nie mogła sobie w swoich czasach pozwolić, nawet w książkach skierowanych do dorosłego czytelnika. Chociaż najczęściej książki te to dramaty skupione na odkrywaniu i godzeniu się ze swoją orientacją, homoseksualni bohaterowie coraz częściej pojawiają się również w seriach przygodowych, gdzie orientacja nie jest jedynym czynnikiem, który ich definiuje – mimo, że wciąż są zwykle postaciami drugoplanowymi (np. u Leigh Bardugo). I w związku z tą dostępnością, powolną, ale jednak stale postępującą zmianą mentalności, jesteśmy już nieco rozpieszczeni. Tymczasem w momencie premiery, „Kroniki Bane’a” były bojkotowane w księgarniach i niedopuszczane przez biblioteki ze względu na ryzyko demoralizacji młodzieży. Nawet nie 20 lat temu! Magnus nie jest więc tylko intrygującą postacią, ale również swego rodzaju symbolem, ikoną i eksperymentem. A pisanie o takim bohaterze, nierozerwalnie związane z balansowaniem na granicy tego, co „akceptowalne społecznie”, to jednak inna para kaloszy. I dlatego coś, co dziś może mi (osobie rozpieszczonej, bo żyjącej już w nieco innych czasach) wydawać się mało porywające, te 10 lat temu było treścią rewolucyjną. I za to wielkie chapeau bas.

***

Cassandra Clare, Kroniki Bane’a, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2015, 496 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Mechaniczna księżniczka” Cassanda Clare

Zdecydowanie najlepsza część serii, kocham to zakończenie.

„Tworzyli we trójkę niezrozumiały węzeł, ale jedno było pewne: łączyła ich miłość”.

To powszechnie znany fakt, że nieszczęścia chodzą stadami, a jak się wali, to po całości. Nocnym Łowcom z Instytutu Londyńskiego będzie dane tylko kilka miesięcy względnego spokoju i oddechu, a wszystko to zaledwie cisza przed wielką burzą. Mimo obronienia prawa do kierowania instytutem, Chcarlotte traci wsparcie konsula, który zaczyna kopać pod nią dołki i posunie się do wszystkiego, by podważyć jej autorytet – od szantażu, przez rozstawianie własnych szpiegów w Instytucie, aż po odmowę pomocy. Tymczasem wzajemne uczucia Willa i Tessy nie słabną ani trochę, życie Jema rozpaczliwie szybko zbliża się ku końcowi, a niepokonana armia Mortmaina jest już gotowa, brakuje tylko ostatniego elementu, by ją zbudzić i rozpocząć rzeź – Tessy.

„Każdy potrzebuje lustra, żeby zobaczyć w nim swoje lepsze ja. Takim lustrem są oczy tych, którzy nas kochają. A czasami najpiękniejsze jest to, co krótkotrwałe”.

Poznamy wreszcie tajemnicę pochodzenia Theresy Gray i sekret działania jej anielskiego wisiorka. Będziemy uczestniczyć w procesie wynalezienia Bram i karkołomnej misji ratunkowej. Czeka nas też całkiem wyjątkowe rozwiązanie dla miłosnego trójkąta.

Każdy zyskał tu swoje zakończenie, szczęśliwe lub nie, a końcówka zręcznie przeplata się z wydarzeniami znanymi już czytelnikowi z „Darów Anioła”. Łowców czeka samotna bitwa z góry skazana na Chociaż osobiście zabrakło mi zamknięcia wątku i wyjaśnienia działań i motywacji Woolsey’a Scotta, ta postać to dla mnie wciąż jedna wielka zagadka.

Chociaż świat, w którym została osadzona akcja utworu jest zaledwie tłem dla rozgrywających się wydarzeń, zostały one w satysfakcjonujący sposób wpisane w nastroje przełomu wieków. Pewnych przemian nie było w stanie uniknąć nawet hermetyczne środowisko Nocnych Łowców, mimo ich zdystansowania do świata zwykłych ludzi. Od duszących konwenansów i unieszczęśliwiających podziałów społecznych,  przez zmianę postrzegania roli kobiety w społeczeństwie aż po wielkie odkrycia technologiczne.

Z szalonymi wynalazkami Henry’ego, przyjaźnią poza statusami i pod władzą Charlotte Londyński Instytut jest rewolucją lat około. 1900 w pigułce. Nowe miesza się ze starym, gotycka poezja z rozwojem technologii, a nowoczesność powoli, ale sukcesywnie wypiera skostniałe zasady poprzednich wieków.

Niby tylko kolejna powieść przygodowa dla młodzieży o przyjaźni, wspólnocie dusz, miłości, walce, bólu straty i przemijaniu, czyli w sumie standard, same uniwersalne wartości. A jednak wciąż można zrobić z tego oryginalną przygodę, która wciągnie na tydzień i nie będzie chciała puścić. Która i rozbawi (chociaż nie jest to ten sam poziom humoru, co w DA, tego trochę mi brakowało) i wzruszy i sprawi, że będziemy kibicować bohaterom z całych sił.

Jeśli coś mi się nie pasowało, to – podobnie jak w przypadku nie tylko poprzednich części DM, ale również „Darów Anioła” – mnogość błędów. Nie czytam książek w oryginale, nie jestem więc w stanie ocenić, czy kiepska jakość tekstu jest już wynikiem tłumaczenia, czy po prostu ktoś nie postarał się z korektą. Ta druga z pewnością mogłaby być dużo lepsza, bo choć w poprzednich dwóch częściach błędy się pojawiały, to w „Mechanicznej księżniczce” albo było ich więcej, albo zaczęły mnie wyjątkowo razić po oczach. Ale jakim cudem można nie wyłapać takiego zdania (pisownia oryginalna, s. 89):

„Nie jest głupią dziewczyną, prawdę mówiąc, uważa, że się za ponadprzeciętną inteligencję, ale jest zarozumiała i próżna, a między nią a moim bratem nie ma miłości”.

i to nie w przypadku zwykłego czytania, a podczas redagowania tekstu? Czyli nomen omen pracy, za którą otrzymuje się wynagrodzenie (może jaka płaca, taka praca, kto wie?).

Chociaż wybrałam dla Was przykład ekstremalny, to większych i mniejszych błędów składniowych, językowych i logicznych jest niestety sporo więcej. A szkoda, bo ta seria zasługuje na więcej. I wydaje mi się, że nie tylko ja „mam z tym problem” bo w bibliotecznym egzemplarzu, który czytałam, niektóre z błędów zostały już wcześniej poprawione różnymi kolorami długopisów i charakterami pisma. Gorąco liczę na kolejne, poprawione wydanie, wtedy zostanie już tylko sama przyjemność z czytania.

Cassandra Clare, Diabelskie Maszyny T. 3: Mechaniczna księżniczka, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Rządy wilków” Leigh Bardugo

„Może na tym właśnie polegała cała sztuka: żeby przetrwać, ośmielić się, zostać przy życiu, wykuć własną nadzieję, kiedy cała nadzieja już się skończyła”.

Wojna z lepiej uzbrojonym, zawziętym i bezlitosnym fierdańskim przeciwnikiem planującym nie tylko podbój, ale i eksterminację griszów, podczas gdy w kasie pustki i brak realnych szans na jakikolwiek sensowny sojusz? Co to dla Nikołaja Lancova!

W drugim tomie zdecydowanie mniej jest spotkań oko w oko z bogami i nadprzyrodzonych zmagań o mistycznym wydźwięku, choć aspekt religijny wciąż ma się dobrze i będzie miał swoje pięć minut. Zaczyna się wojna, dominuje więc wyścig zbrojeń i rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek przewagi. Jeśli nie militarnej czy liczebnej to chociaż przewagi sprytu, zasadzki i elementu zaskoczenia. Nikołaj dwoi się i troi, żeby nie dać rozszarpać Ravki na strzępy (i przy okazji nie dać się rozszarpać swojemu własnemu, wewnętrznemu demonowi) ale we Fierdzie mają już dowody na jego nieprawe pochodzenie, a w kark dyszy mu kolejny pretendent do tronu, tym razem naprawdę z rodu Lancovów. Zoya ze wszelką cenę usiłuje ocalić najbliższych i wciąż opłakuje każdego z utraconych przyjaciół broniąc się jednocześnie za całych sił przed emocjami i dziedzictwem przekazanym jej przez Jurisa. Nina w samym sercu obozu wroga oddaje serce komuś, komu zdecydowanie nie powinna. Tymczasem świat rozdziera plaga cienia niszcząca wszystko, co znajdzie na swej drodze. I nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie się pojawi.

Będą epickie bitwy, szaleńcze pomysły, moralne dylematy związane z przykładaniem ręki do rozwoju wojennego rzemiosła, będą wynalazki niosące śmierć i zniszczenie, będzie też rozpaczliwa walka o pokój, podczas której trudno przebierać w środkach. Będą śluby i pogrzeby, łzy i radości. To książka o Nikołaju, nie zabraknie więc zuchwałych przedsięwzięć. A nawet małej wycieczki do Ketterdamu, Wronom w odwiedziny. I smok, będzie smok!

Co mi nie pasowało? Pisałam o tym już w recenzji pierwszego tomu dylogii, ale mam straszny ból części zadniej, więc uzewnętrznię się i tutaj. Pierwszą trylogię Bardugo czytałam jeszcze w wydaniu Papierowego Księżyca i w poprzednim tłumaczeniu. Podobno to nowe jest lepsze, niestety miałam zbyt długa przerwę między seriami by móc to ocenić i mieć na ten temat własne zdanie. Ale obecne tłumaczenie nazw własnych to coś, z czym kompletnie nie potrafię się pogodzić. Kiedy czytałam „Króla z bliznami” nie miałam pojęcia co to jest ten cały „Zmrocz”, a kiedy już wreszcie zorientowałam się, że chodzi o Darklinga, plask mojego facepalma było chyba słychać na księżycu. Kto uznał, że przetłumaczenie „Darklinga” na „Zmrocza” to dobry pomysł? I dlaczego?

Nie widzę też najmniejszego sensu w tłumaczeniu nazwy statku Sturmhonda z „Volkvolny” na „Wołka Wołnego” (dobrze, że sam Stuhmhond nie został żadnym „Piesełem burzy” albo „Ogarem navalanicy”, żeby było bardziej stylizowanie, niż w oryginale…). Ani „Nikolai’a Lantsova” na „Nikołaja Lancova”. Po co, na co? Żeby pokazać, że coś się zrobiło? Żeby się na siłę odróżnić od poprzedniego tłumaczenia? A może po prostu się nie znam i jest w tym jakaś głębsza idea, która mi umyka? Czy jest na sali tłumacz, który mógłby mi to wytłumaczyć?

Te naciągane tłumaczenia to było coś, co mnie wymęczyło podczas lektury, poza tym świetnie było wrócić do uniwersum griszów, szczególnie na świeżo po serialu. I chociaż, mimo całego uroku Nikołaja, moje serce oddałam Wronom i Ketterdamowi, to i tak dobrze było odwiedzić Ravkę.

Leigh Bardugo, Rządy wilków, Warszawa: Wydawnictwo MAG: 2021, 576 s.

Czas na czytanie: „Żelazna kraina” Holly Black

Poprzedni tom – „Serce Trolla” – nieszczególnie przypadł mi do gustu i czułam się trochę zniechęcona, szczególnie, że pierwsza elfia trylogia Holly Black to jednak jeszcze nie ta jakość, którą osiągnęła lata później w serii o Okrutnym Księciu. Dałam jednak szansę „Żelaznej Krainie” i bardzo dobrze, bo zdecydowanie było warto.

W ostatnim tomie „Elfów Ziemi i Powietrza” wracamy do historii Roibena i Kaye. I chociaż, jak już sam tytuł nam to sugeruje, spora część akcji dzieje się w świecie ludzi, to jednak groza i czar elfowych dworów pojawia się tu w całkiem sporej dawce. Wraz z nie do końca świadomą praw rządzących elfowym ludkiem Kaye odwiedzimy cny Dwór Kwiatów i niecny Dwór Termitów, będziemy świadkami pojedynków na śmierć i życie, zostaniemy wpleceni w intrygę mającą na celu przejęcie korony i będziemy sobie łamać głowę elfowymi zagadkami. Czeka nas spora dawka złamanego serca, rola przynęty i porywacza, karkołomne pościgi, beznadziejne układy i bezradność wobec nieludzkiego okrucieństwa.

Akcja okazała się zdecydowanie bardziej wciągająca (znów wróciłam do czasów pożerania książek Holly Black jednego wieczora), a bohaterowie mniej męczący, niż w poprzednim tomie.

Nie znaczy to jednak, że można odpuścić sobie bardziej ludzkie w swych słabościach i nie tak porywające „Serce Trolla” i przeskoczyć od razu do „Żelaznej Krainy”, bo będziemy mieli wyrwę w całej historii. Szczególnie, że choć Ravus, Val i David dostają tutaj bardzo marginalne role, to Louis staje się całkiem znaczącą postacią. A i sytuacja zamieszkujących Nowy York elfów na wygnaniu nie jest bez znaczenia dla całej fabuły, warto więc wcześniej się z nią zapoznać.

Hitoria zostaje zakończona krótkim opowiadaniem z perspektywy Lutie-loo będącym zapowiedzią „Okrutnego Księcia”. Zawitamy więc na moment na Najwyższy Dwór i spotkamy tam Cardana, Nerissę, Balekina i Daina.

Holly Black, Zła królowa, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare

Z przykrością muszę przyznać, że to pierwsza z książek Cassandry Clare, która trochę mi się dłużyła, szczególnie w samym środku – już po wielu tragicznych wydarzeniach, ale w momencie oczekiwania na finałową bitwę i ostateczne rozwiązanie całej serii. 700 stron to mimo wszystko trochę za dużo radości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym zdecydowała się odłożyć książkę, wręcz przeciwnie – podobnie jak 5 poprzednich tomów, i ta wchodzi bardzo szybko i lekko, nawet mimo długaśnych momentów mozolnego brnięcia przez pustynię.

Sebastian wyposażony w kielich pozwalający stworzyć Mrocznych Nocnych Łowców wydaje się być niepokonanym przeciwnikiem – szczególnie, że „rekrutuje” swoją armię napadając i przemieniając Nefilim, a nie ma nic trudniejszego, niż walka z wrogiem noszącym twarze naszych najbliższych. Nawet, jeśli to tylko powłoka, której ukradziono duszę, któż byłby w stanie wycelować w nią miecz? Jakby tego było mało, jeden z sojuszników Clave szykuje się do zdrady dołączając do szeregów Morgensterna. Nie da się ukryć, że Valentine był przy swoim synu puszystym kociakiem – chciał odsunięcia Clave od sprawowania rządów, niepodzielnej władzy nad Mrocznymi Łowcami i zerwania Porozumień z Podziemnymi. Cel Jonatana jest znacznie prostszy – zniszczyć świat i rządzić jego popiołami. Koniecznie mając przy sobie siostrę – jedyną osobę, która ma dla niego jakąkolwiek wartość.

Ostatnia część nie tylko domyka historię Clary i Mrocznej Wojny, w którą została wplątana, ale przy okazji otwiera mnóstwo nowych wątków, które będą kontynuowane w kolejnych cyklach, a do głosu dochodzą kolejne rody – pojawia się rodzeństwo Blackthornów i Emma Carstairs z legendarnym mieczem u boku (otrzymali własną historię w trylogii „Mroczne Intrygi”), brat Zachariasz okazuje się jeszcze bardziej intrygującą postacią, niż wcześniej, ze Spiralnego Labiryntu wychodzi czarownica Tessa Gray, której historię możemy poznać w trylogii „Diabelskie Maszyny” (za którą lada moment się zabieram), a Magnus spisze kilka historii ze swojej niekrótkiej młodości („Kroniki Magnusa Bane’a”). Nie ma więc mowy o żadnych pożegnaniach. To dopiero zaproszenie do dalszej przygody.

I z przyjemnością to zaproszenie przyjmuję, bo świat stworzony przez Cassandrę Clare – świat niby najzupełniej normalny, a pełen wilkołaków, wampirów, czarowników i demonów schowanych przed wzrokiem zwykłych śmiertelników, z Nocnymi Łowcami mającymi w żyłach anielską krew i czerpiącymi siłę z magicznych znaków stojącymi na straży porządku – bardzo przypadł mi do gustu, do czego w dużej mierze przyczyniło się poczucie humoru bohaterów (za tak długie zdanie moja polonistka z gimnazjum zrobiłaby mi równie długi wykład, ale jakoś nie mogę go skończyć, to jeszcze dopiszę coś w nawiasie, zawsze miałam słabość do impresjonizmu). Strasznie się cieszę, że jeszcze tyle przede mną, choć jednocześnie długość Kronik Nocnych Łowców troszkę napawa mnie przerażeniem. Ale jestem pewna, że będzie fajnie!

Sporym minusem całej serii było dla mnie bardzo przeciętne tłumaczenie i niestaranna korekta – pojawiało się naprawdę sporo błędów i wyłapałam kilka może nie szczególnie ważnych, ale kulawo brzmiących błędów w tłumaczeniu. Na przykład zamiast słowa „brokat” pojawia się „błyszczyk”, w związku z czym Magnus pociera oko i w związku z tym palce lśnią mu od błyszczyku, pokój Isabelle jest cały obsypany błyszczykiem itp. Tego rodzaju nieznaczne, ale w całokształcie męczące szczegóły. Zwłaszcza, gdy pojawiają się w tekście niejednokrotnie.

W ostatnim tomie strasznie za to drażnił mnie pewien błąd rzeczowy – ważna dla fabuły jest pewna sala w Gard, która opisywana w następujący sposób:

„(…) zbudowana jak amfiteatr: półokrąg ław otaczający podium z dwiema mównicami, jedną dla Konsula, drugą dla Inkwizytora. Znajdujące się za duże prostokątne okna wychodziły na Alicante”.

I ja wiem, że w tym momencie pewnie jestem zbyt czepialska, ale tego rodzaju konstrukcja na planie półokręgu to teatr. Przedrostek „amfi-” oznacza podwojenie, czyli amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu (podwójny teatr). Jak na przykład Amfiteatr Flawiuszów, zwany potocznie Koloseum. I za pierwszym razem tylko trochę mnie to zirytowało, ale to porównanie pojawia się w tekście dwa lub nawet trzy razy, więc musiałam podzielić się frustracją :)

Podsumowując – było długo, ale fajnie i chcę więcej. To jedna z tych autorek, której książki właściwie czytają się same – bardzo łatwo wchodzą i nie wymagają od czytelnika zbyt wiele wysiłku, to po prostu czysta, dobra rozrywka. Świetnie mi się przy nich odpoczywa.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 6: Miasto niebiańskiego ognia, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2014, 704 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~