Czas na czytanie: „Królowa cieni” Sarah J. Maas

Ostatnie tomy „Szklanego tronu” to prawdziwe cegły, nie trudno więc o lepszą lekturę na czas kwarantanny.

Już trzeci tom czytało mi się już naprawdę dobrze, akcja wreszcie się rozkręciła, więc  do tego usiadłam pełna entuzjazmu. I mogę Wam powiedzieć, że autorce udało się utrzymać moje zainteresowanie, bo przez ponad 800 stron ani razu nie poczułam zniechęcenia, czy nudy, chociaż tym razem akcja ponownie dzieje się na nowo tylko w dwóch miejscach – w Adarlanie, który widzimy oczami Aelin i w Morath, w którym przebywa Manon ze swoją Trzynastką. Oczywiście i jedną i drugą czeka na jej drodze mnóstwo problemów. Włącznie ze spotkaniem, które, jak można się spodziewać, nie przebiegnie w specjalnie pokojowej atmosferze.

Plany płomiennej królowej są dość określone: ocalić kuzyna przed egzekucją, obalić tyranię, zabić króla. Oczywiście wszystko tylko brzmi prosto, szczególnie kiedy najbardziej zaufana osoba w Ritfhold  nie pała do niej szczególnym entuzjazmem i obwinia o całe zło, które wydarzyło się pod jej nieobecność, najlepszy przyjaciel nosi w sobie demona, intrygi byłego mistrza oplatają ją niczym kokon, a jeden z legendarnych zabójców Maeve depcze jej po piętach.

Manon też nie ma lekko. Zmuszona do bezwzględnego posłuszeństwa babce ma coraz większe wątpliwości odnośnie jej poleceń. Wiedźmy nie są stworzone do wypełniania rozkazów kogokolwiek, a służenie królowi i życzenia księcia Perringtona budzą sprzeciw jej sabatu. Niepokonana Trzynastka jest o krok od wypowiedzenia dziedziczce władzy.

Kto okaże się przyjacielem, a kto prawdziwym wrogiem? Jakie okropieństwa kryją się w czeluściach twierdzy Morath? Do czego dąży król Adarlanu, a czego chcą Valgowie? Bo działania „czarnych charakterów” coraz mniej przypominają przygotowania do wojny, a coraz bardziej do eksterminacji

Niestety w tym tomie główna bohaterka znowu zaczęła mnie irytować. Nie aż tak, jak na samym początku (to właśnie ze względu na jej dziecinny i rozkapryszony charakterek porzuciłam tą serię), ale przebłyski dawnej Zabójczyni dały mi się we znaki. Mam szczerą nadzieję, że nie będzie szła w tym kierunku.

Porównując z poprzednią częścią, w tym tomie rzuciło mi się w oczy zdecydowanie mniej błędów. Zdarzały się literówki i powtarzające się wyrażenia, nie było to jednak na tyle nagminne, by przeszkadzać w lekturze.

Sarah J. Maas, Królowa cieni, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Królowa niczego” Holly Black

Lubię to, fajnie się skończyło! – jeśli to spojler, to przepraszam. Postaram się powiedzieć jak najwięcej zdradzając jak najmniej.

W ostatniej części trylogii jest co prawda mniej hipnotyzujących opisów elfowego świata, które mnie tak urzekły – przede wszystkim dlatego, że część akcji przeniosła się do krainy ludzi, a część na mroźną północ, gdzie o rozbuchaną, nieco nadgnitą przyrodę nieco trudniej, ale wszystko nadrabiają spiski, niecne plany i niespodziewane zwroty akcji.

Madok, zbuntowany dowódca armii, nie przebiera w środkach – zrobi wszystko, by obalić Cardana i zdobyć koronę. A jeśli przy okazji wywoła wojnę domową, to w sumie nawet lepiej, w końcu czerwone kaptury kochają przelew krwi i bitewny szał. I zjadać pokonanych przeciwników też. Tych kreatur poznamy więcej, więc fani brutalnej makabry z pewnością będą zadowoleni. Podobnie jak wielbiciele wielopoziomowych intryg, bo podstępy, zagadki i knowania towarzyszą elfom na każdym kroku. Czy Jude zdoła przejrzeć je wszystkie? I czy sprawi, że jej stanowisko faktycznie będzie coś znaczyć? A może popełni kolejny błąd, by stać się marionetką w dłoniach tych bezdusznych istot, albo pośmiewiskiem i krótką rozrywką w ich nieśmiertelnym życiu?

Będą wygnania, porwania, zabójstwa, niespodziewane ciąże, bitwy, podstępy, łamigłówki, biesiady, dochodzenia, elementy chrystologiczne/kanibalistyczne, wyroki, przewroty i romanse. Nawet pizza będzie.

Ta seria zrobiła na mnie piorunujące wrażenie jeszcze pod jednym aspektem – jest pełna silnych, świetnie skonstruowanych postaci kobiecych. Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za babeczkami w literaturze, z mało którą potrafię się utożsamić, jeszcze mniej wzbudza moją sympatię. A w trylogii o okrutnym księciu co kobieta, to świetna postać. I nie ważne, czy mówimy tu o śmiertelniczce z przerostem ambicji wydrapującej sobie szacunek pazurami, jej wiarołomnej siostrze (o tak, Taryn też bardzo zyskała w moich oczach w tej części), jej beztroskiej siostrze, a nawet nieświadomej istnienia magii dziewczynie siostry, nie dającej sobie w kaszę dmuchać służącej, nieszczęśliwie zakochanym szpiegu, wrednej antagonistce i konkurentce o serca króla, zimnej macosze, czy wyjętej spod prawa dowódczyni wojsk – mają swoje wady i zalety, słabości i atuty, ale każda babeczka, to żelazny charakter i po prostu nie sposób ich wszystkich nie polubić. To chyba faktycznie jakieś czary.

Z pewnością sięgnę po inne tytuły autorki – muszę się dowiedzieć, czy to specyfika tego świata, czy Holly Black po prostu czaruje słowem.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zły król” Holly Black

Pierwszą trylogii cyklu czytałam ponad rok temu i prawdę mówiąc nie do końca pamiętałam fabułę. Natomiast tym, co na dobre zapisało się w mojej pamięci i co jednocześnie zrobiło na mnie największe wrażenie, jest klimat stworzonego przez autorkę świata elfów. Świata czarownego, dusząco wilgotnego, pełnego niebezpieczeństw i bezwzględnego zarówno dzikością natury, jak i pełnym zepsucia okrucieństwem jego mieszkańców. Cudownie, że drugi tom nie tylko utrzymuje, ale nawet wzmaga atmosferę pierwszego – bo i poszerza baśniową krainę o śmiertelnie lodowate Królestwo Toni.

„Władzę znacznie łatwiej jest zdobyć, niż ją utrzymać”.

Szczególnie, kiedy nie możesz zaufać nikomu, a każdy tylko czeka, by wbić ci nóż w plecy. A potem wbić jeszcze raz, tak dla pewności. I kiedy tak łatwo pogubić się we własnej potrzebie kontrolowania wszystkich i wszystkiego wokół.

Nie zabraknie tu pałacowych spisków, najbardziej nawet bolesnych i podstępnych zdrad, hedonistycznych biesiad, skomplikowanej polityki, heroicznych pojedynków, wysokiego ryzyka publicznego blamażu, pogoni za uczuciami i złamanych serc. Ot, dzień jak co dzień, jeśli tylko żyjesz w tak potwornym miejscu, jak bezduszna kraina elfów. Nie sposób zazdrościć nawet samym elfom, nie wspominając nawet o śmiertelnikach. Jude świetnie sobie radzi w całej tej dworskiej żonglerce sprawowania władzy nad nieprzewidywalnym, ale jej upór i przywiązanie do tego świata z każdą stroną zdumiewają mnie na nowo. Cóż, może to jest właśnie bohaterstwo? Chociaż bardziej chyba syndrom sztokholmski.

Zdecydowanie najbardziej pozytywnym zaskoczeniem tej części jest Cardan, który bardzo zyskał w moich oczach, kiedy tylko przez chwilę musiał zacząć sam się sobą zajmować. I chociaż pod względem romansowym wciąż pozostawia co nieco do życzenia (a może po prostu drażni mnie, że Jude jednak nie jest w stanie radzić sobie ze wszystkim?), to jednak największym rozczarowaniem okazał się wątek zdrady – widać coś zawsze musi być tendencyjne i przewidywalne.

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem tego, jak lekko o szybko minęła mi lektura, najwyraźniej książki tej autorki faktycznie czyta się jednym tchem. A ręka sama wyciąga się po kolejny tom.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Okrutny książę” Holly Black

Spotkałam się z tak wieloma pełnymi zachwytów opiniami na temat tej książki, że kiedy dostałam ją na święta, nie mogła czekać długo na przeczytanie. Szczególnie, że to gatunek i tematyka, do których mam słabość.

Nie da się ukryć, że książka wchodzi tak dobrze, że praktycznie czyta się sama. Mimo sporej objętości i konstrukcji świata, w której trzeba się odnaleźć, po prostu znika w oczach i najchętniej odłożyłabym ją dopiero po przeczytaniu. Ale chociaż całkiem mi się podobała i za jakiś czas chętnie sięgnę po drugą część, to nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, że entuzjazm aż mnie roznosi. Raczej poczekam, aż kolejny tom trafi do biblioteki, niż pobiegnę do empiku w dniu premiery.

DSC_1533.jpg

Nastoletnia Jude zostaje we wczesnym dzieciństwie porwana do świata elfów i to właśnie w tym czarownym, śmiertelnie niebezpiecznym i niegościnnym miejscu przyszło jej dorastać. A że przy tym nie ma specjalnej ochoty, by głowę nosić dostatecznie nisko, aż prosi się o kłopoty. I, wedle życzenia, dostanie ich całkiem sporo.

Największe zalety? Dworskie intrygi, czyli coś, co uwielbiam, a tutaj znalazłam ich sporo i to nieźle zagmatwanych, choć kazały na siebie trochę czekać. I sam pomysł na elfy, które, choć oczywiście niebezpiecznie czarujące i bezdyskusyjnie zjawiskowo piękne, są również zielonkawe, rogate, kopytne, ogoniaste, czy porośnięte mchem. Nieoczywiste piękno i znacznie większy związek z naturą są właśnie tym, czego od tych stworzeń oczekuję, natomiast elfom będącym po prostu ładniejszymi ludźmi mówię zdecydowane nie. A im bardziej są przy okazji są cudownie wredne, brutalne i rządne krwi, tym bardziej jest baśniowo.

Minusy? Mocno przewidywalny wątek romantyczny i tendencyjny czarny charakter będący bardziej bohaterem romantycznym, niż materiałem na prawdziwego badassa z charakterkiem.

„Okrutny książę” to trochę baśń z gatunku tych bez cenzury, trochę perypetie licealistki, której dokuczają wredni koledzy, i trochę Gra o Tron.

Przez większość czasu jest ciekawie, czyta się świetnie, a plastyczny język opisu bardzo pomaga wczuć się w świat. Warta uwagi.

Holly Black, Okrutny książę, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 425 s.

Czas na czytanie: „Korona w mroku” Sarah J. Maas

Mniej więcej dwa lata temu czytałam pierwszą część i zupełnie nie przypadła mi do gustu, porzuciłam więc tą serię bez żalu. Spotkałam się jednak z wieloma opiniami, że z każdym kolejnym tomem jest lepiej, a seria jako całość jest świetna i przestając ją czytać przegrywam życie. Jako, że „Dwory” bardzo lubię, postanowiłam i Celaenie dać jeszcze jedną szansę.

Zaczęłam od powtórzenia sobie „Szklanego Tronu” i niestety za drugim razem był tak samo męczący i nieciekawy, co za pierwszym. Ale kiedy już przez niego przebrnęłam, faktycznie jestem skłonna podejrzewać, iż zadziałała tu tzw. „klątwa pierwszego tomu”.

Bo dalej faktycznie jest lepiej. I ta różnica jest zauważalna już od pierwszych stron „Korony w mroku”.

Przede wszystkim główna bohaterka, choć wciąż zarozumiała i irytująca, przestaje być taką gęsią. Oczywiście mają na to wpływ wydarzenia radosne i wydarzenia traumatyczne, ale nie jestem pewna dlaczego akurat teraz – w końcu i jednych i drugich dotychczas w jej życiu nie brakowało. Najprawdopodobniej ten jej paskudny charakter zaczął irytować również samą autorkę, więc Celaena musiała się zmienić. Dobrze, że stosunkowo szybko!

Poza tym nareszcie zaczęło się coś dziać. Nasza zabójczyni dostaje królewskie zlecenia, odcina głowy, rozpracowuje konspiratorów, znajduje swój sposób na bunt (oczywiście bardzo nieprzemyślany i niesamowicie lekkomyślny…), a nawet udaje jej się zdecydować na się na jednego z adoratorów!

W wolnych chwilach natomiast zgłębia katakumby, zapomniane korytarze i tajemne przejścia. A, jak wiadomo, wciskając nos w ciemne i podejrzane miejsca, możemy natrafić na coś, czego wcale nie mieliśmy w planie szukać…

Jest tu jeszcze więcej krwawych starć, demonów z innych wymiarów, brutalnych mordów i epickich pościgów. Chociaż turniej się skończył, czające się w okolicy zło wcale nie zamierza się oszczędzać – wręcz przeciwnie – dopiero się przeciąga.

Kim tak naprawdę jest Zabójczyni Adarlanu? Komu można zaufać? Przyjaciołom sprzed lat? A może niedawno odkrytym sojusznikom? Czy fakt posiadania wspólnego wroga automatycznie czyni sprzymierzeńcami? Kto tak naprawdę jest winien? I czy to tylko jedna osoba?

Świetnie, że Celaena przestała być wreszcie nadnaturalnie niezwyciężona (bo jak się okazuje, nadnaturalna nie przestanie być nigdy). W drugim tomie główna bohaterka nieznacznie odkrywa przed nami swoje karty – a mając niewielki nawet wgląd do jej przeszłości, łatwiej zrozumieć jej obawy i niezdecydowanie. Mamy też szansę poznać lepiej świat przedstawiony – jego konstrukcję, wierzenia i historię, czego bardzo brakowało mi w pierwszej części.

I mimo, że zakończenie nie wbiło mnie w fotel i nie zmusiło do natychmiastowego porzucenia wszystkich obowiązków na rzecz dalszej lektury, to tym razem po kolejny tom sięgnę z przyjemnością i lekkim zainteresowaniem. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej i lepiej, bo postępem, jaki uczyniła autorka między pierwszą, a drugą częścią jestem bardzo mile zaskoczona.

Sarah J. Maas, Korona w mroku, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2014, 494 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

 

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Pierwszy Rok” Rachel E. Carter

Wrzesień rozpoczęłam aresztem domowym z powodu anginy, którą Majka postanowiła inaugurować nowy rok przedszkolny. W związku z przymusowymi pobudkami, absorbującą obolałą trzylatką i ogólnym poddenerwowaniem własnym i otoczenia zaczęłam się rozglądać za lekką, ale wciągającą lekturą z na tyle nieskomplikowaną fabułą, by móc ją odłożyć w dowolnym momencie (maaaaamo pić!/boli!/a koty się biją!/a czemu Elsa ucieka?/mogę czekoladkę?…) i bez problemu wrócić do czytania bez konieczności przypominania sobie wszystkich przeczytanych wcześniej wątków. W ten sposób uszczknęłam nieco jesienno-zimowe zapasy i w ramach reaktywacji akcji #nadrabiammłodzieżówki sięgnęłam po serię „Czarnego Maga”.

Do świata wykreowanego przez Rachel Carter nie trzeba się przyzwyczajać, uczyć się go, czy z nim oswajać. Już od momentu otwarcia „Pierwszego Roku” miałam wrażenie, że jestem świadomym uczestnikiem akcji, a nie takim, który stoi na środku i rozglądając się wokół zagubionym wzrokiem zastanawia się co tak właściwie się tutaj wyprawia.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że świat ten nie jest szczególnie rozbudowany. Realia są mniej więcej średniowieczne – z królewskim dworem i pospólstwem, gdzie szansą na dobre życie jest dla młodego człowieka kariera rycerza albo wstąpienie do zakonu. Tylko nieliczni mają odwagę marzyć o wstąpieniu do osławionej Akademii Magów – nie tylko dlatego, że by się tam dostać, trzeba mieć szczególny dar. Poza talentem do władania magią trzeba przetrwać rok morderczego, pełnego bólu i upokorzeń treningu, który z ponad stu śmiałków wyłoni zaledwie piętnastu kandydatów do podjęcia właściwego szkolenia.

Jedną ze śmiałków jest porywcza, uparta do granic możliwości Ryiah, która wraz z bratem bliźniakiem próbuje swoich sił w murach Akademii. Jest naszą przewodniczką po szkole, w której od samego początku radzi sobie raczej przeciętnie, w raz z nią przeżywamy zarówno sadystyczne lekcje, jak i typowe nastoletnie kłopoty nie tak do końca typowego, ale wciąż „szkolnego życia”, jak poszukiwanie przyjaciół, porywy serca, nienadążanie z pracą domową, czy złośliwości „bogatych dzieciaków”.

W związku z tym jest to lektura w dużej mierze przewidywalna i tendencyjna, wiecie – przystojni, zadufani w sobie książęta emanujący mroczną tajemnicą aż kolana miękną, złośliwe zołzy gotowe na każdym kroku podstawić Ci nogę, stałe ryzyko publicznego blamażu, historie w stylu od nienawiści do przyjaźni i ciężka praca, która się opłaca. Trochę nastoletnich fochów i błahych dramatów, ale warto pamiętać, że bohaterowie mają po 15 lat, choć wybrali sobie ścieżkę kariery łzami i krwią wybrukowaną, to właśnie na tyle się zachowują. I mimo, że tak naprawdę czytelnik od początku przeczuwa, jak to wszystko się skończy, to jednak nie sposób Ryiah nie kibicować (a kiedy doceniam kobiecą postać, to jest to już wydarzeniem samym w sobie!) – jest na tyle uparta, zawzięta i zdeterminowana, że nie da się nie podziwiać jej samozaparcia. A przy tym czyta się sprawnie, łatwo i przyjemnie. Z pominięciem tej chwili strasu przedegzaminacyjnego.

Lekka, choć całkiem emocjonująca magiczna historia o nie poddawaniu się, przyjaźni, wierze we własne możliwości i pokonywaniu własnych słabości.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Pierwszy rok, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Smocza straż. Gniew Króla Smoków” Brandon Mull

Jeśli po lekturze pierwszego tomu ktokolwiek wciąż waha się przed sięgnięciem po kontynuacje, a sam argument pt. „SMOKI! MNÓSTWO SMOKÓW” to dla niego za mało, zdradzę kilka odjechanych szczegółów, zaostrzających apetyt.

Mamy tu bowiem do czynienia z jeszcze większa ilością smoków. Smoki są wszędzie, są groźne, krwiożercze, bardzo gadzie i bardzo zbuntowane. I ani trochę nie chcą już siedzieć w azylach, kiedy alternatywą jest przejęcie władzy nad światem. Przeczytacie o walkach smoków, ucztowaniu ze smokami, uciekaniu przed smokami, wojnie ze smokami i smoczym porwaniu. Do puli szałowych akcentów dorzucam też mrocznego jednorożca o powalającej urodzie i wrednym usposobieniu, roślinę zdolną skopiować każdego człowieka, z którą ma kontakt i łuk zdolny posłać trzysta strzał jednocześnie. Jeśli Knox ma też swoich fanów, to nie będą rozczarowani, bo chłopiec wreszcie przejrzy na oczy i zobaczy świat Baśnioboru takim, jaki jest. A potem zdrowo w nim namiesza. Są spiski, zdrady, upadające porządki, fantastyczne stworzenia, widmo nadciągającej śmierci i mnóstwo magii. Jest świetnie!

Wciąż mając w głowie wrażenia towarzyszące mi podczas lektury pierwszego tomu i sugerując się zmianą wydawnictwa na poświęcone wyłącznie książkom dziecięcym (pierwszy tom został wydany przez W.A.B, ten już przez Wilgę – oba należą do Grupy Foksal) dość pochopnie zakwalifikowałam drugą część Smoczej Straży do kategorii Bajki Majki. Zdecydowanie na wyrost, ale myślałam o tej serii bardziej jako o książkach dla dzieci i młodszej młodzieży, niż stricte młodzieżowych. I na tym polu spotkało mnie pewne zaskoczenie, bo „Gniew Króla Smoków” jest zdecydowanie bardziej brutalny, niż pierwszy tom serii. Tym razem mamy już do czynienia z masakrą. Jest ona oczywiście uzasadniona trwającą wojną, ale jakoś mimo wszystko nie spodziewałam się plastycznych opisów zabijania. A trup sieje się gęsto. Nie wiem, czy w „Baśnioborze” było podobnie, ale pod względem krwawej jatki kontrast między pierwszym, a drugim tomem „Smoczej Straży” jest spory.

Na szczęście autor wciąż zachowuje umiar, a ponury klimat walki o przetrwanie rozjaśnia rozbrajające poczucie humoru i barwne charaktery bohaterów.

Bardziej mroczna, ale wciąż doskonale wyważona powieść przenosząca czytelnika na zupełnie nowy poziom wyobraźni. Magiczna przygoda na wyciągnięcie ręki!

Brandon Mull, Smocza straż. Gniew Króla Smoków, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 416 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Smocza straż” Brandon Mull + „Księga wyobraźni”

Raz na jakiś czas lubię sobie zrobić przerwę od tej potwornie stresującej dorosłości. Czasami udaje mi się wygospodarować dwie godzinki podczas wyjątkowo długiej majkowej drzemki, kiedy po prostu niczym się nie przejmuję i nic nie muszę. Robię sobie wtedy kakao ze zdecydowanie zbyt słodkimi, piankami rozpuszczającymi się sukcesywnie od gorąca napoju, rozszczelniam okno, by w kontrolowany sposób wpuścić do mieszkania nieco zimowo-jesiennego chłodu, moszczę się wygodnie w puchatym kocyku i sięgam po jakąś magiczną lekturę.

Pierwsze chwile takiego odprężenia w 2018 roku spędziłam czytając „Smoczą Straż” i od razu mogę Wam zaspoilerować, że sprawdziła się świetnie.

DSC_0447

Nie ma co ukrywać – smoki zawsze były moją straszną słabością. Uwielbiam książki młodzieżowe czerpiące pełnymi garściami z powieści fantasy (bo na przykład za sci-fi do dziś nie przepadam – chyba Pan Lem zrobił mi traumę w dzieciństwie). Lasy pełne niesamowitych stworzeń, wróżek, jednorożców, czarodziei, centaurów i innych hybryd, przy których tworzeniu autora ograniczała wyłącznie wyobraźnia to krajobraz, w którym czuję się jak w domu. No i smoki. Pamiętam, jak ponad 10 lat temu, z wypiekami na twarzy czytałam Eragona (pamiętam również, że z jakiegoś powodu robiłam to z latarką pod kołdrą – zapewne odbywałam akurat jeden z moich słynnych szlabanów na czytanie – to jakby ktoś jeszcze nie wiedział z jakiego powodu noszę okulary) – najnowszy cykl Mulla sprawił, że jeszcze raz poczułam się jak książkożerna małolata odkrywająca kolejny zaczarowany świat. I przypomniał mi jakie to fajne uczucie!

„Smocza Straż” otwiera nową, pięciotomową serię, której akcja toczy się w świecie „Baśnioboru”. Martwiłam się z początku, że będą to trochę odgrzewane kotlety, bo jednak tasiemce mają to do siebie, że w pewnym momencie formuła i pomysł się wyczerpują i autor stara się wszystko ciągnąć trochę na siłę. Zapewniam jednak, że ten moment jeszcze nie nadszedł – choć trzymam w dłoniach pierwszy tom serii będącej kontynuacją innej serii, to wciąż jest to porywająca przygoda przypominająca nieco grę w podchody, gdzie każda wskazówka kieruje nas do kolejnej, a do ich znalezienia wykorzystać trzeba sporo sprytu i umiejętności. Smoki przyciągają, to fakt, ale kto raz odwiedził Baśniobór, nie będzie chciał go opuścić – jest niezwykle malowniczy, baśniowy, bardzo rozbudowany i bogaty w przeróżne stworzenia, a jednocześnie rządzi się jasno określonymi, choć momentami naprawdę skomplikowanymi zasadami.

To kolejny cykl skierowany do młodszej młodzieży, który za kilka lat bez wahania podsunę mojej córce – emanujący poczuciem zagrożenia, niepewności i licznych niebezpieczeństw, ale jednoczenie pozbawiony elementów poważnej grozy i masakry, charakterystycznej na przykład dla serii „Pax”. Choć śmierć i żałoba są obecne, oszczędzono młodemu czytelnikowi plastycznych opisów drastycznych scen i widoków. Występują zombie, widma, ożywieńcy i demony, ale nie przyprawią małych moli książkowych o przewlekłą bezsenność. Jedną z niewątpliwych zalet tego autora jest umiejętność znalezienia złotego środka. Podobnie jest z wątkiem romansowym, który występuje w niewinnej, mocno emocjonalnej, ale nie zbyt naiwnej i wyidealizowanej formie (chociaż mnie osobiście zawsze trochę wkurzało, kiedy nadnaturalne, kilkusetletnie istoty zakochują się w nastolatkach, jakoś jest w tym dla mnie coś niewłaściwego).

Kolejnym aspektem, który przypadł mi do gustu jest fakt, że opisywane dzieci cały czas są dziećmi – rozumują i zachowują się jak dzieci. Popełniają błędy, bywają impulsywne, zazdrosne, czy nierozważne. Przejmują się głupstwami i miewają szalone pomysły. A jednocześnie wciąż uczą się, dojrzewają, pokonują własne słabości. To sztuka napisać całkiem niegłupią książkę dla kilkunastoletniego odbiorcy, przekazać określone wartości i wykreować swoich bohaterów jako wzór dla czytelników nie wciskając im jednocześnie dorosłych w dziecięcych przebraniach.

Czego nie lubię? Czekania na kolejny tom. Jednak najprzyjemniejsze na świecie uczucie to to, kiedy przeczytasz naprawdę wciągającą książkę ze świadomością, że na półce czekają kolejne części. Niestety w tym przypadku trzeba będzie poczekać na ich napisanie, chociaż autor obiecał utrzymać tempo jednej książki rocznie. Ale dla mnie to wciąż strasznie dużo czekania!

Na innych równie zniecierpliwionych czeka niespodzianka – „Baśniobór. Księga Wyobraźni” osłodzi czas oczekiwania wciągając fana serii w proces tworzenia tego niezwykłego świata. To zbiór kreatywnych zadań dla młodszych fanów serii. Przed otwarciem warto zaopatrzyć się w dobrze wyposażony piórnik!

Znajdziemy w nim zarówno proste i powszechnie znane aktywności, jak labirynty, kolorowanki, rebusy, czy modele do wycinania i sklejania, jak i bardziej zaskakujące pomysły, jak na przykład instrukcja wiązania węzła ratowniczego, tkania pajęczej sieci, a nawet przepisy kulinarne (i to nie tylko na niepokojąco składem eliksiry i czarodziejski szlam). Są zadania, które rozbawią, nad którymi trzeba będzie się pogłowić i takie, które wystawią na próbę zdolności manualne książkowych moli.

A wszystko to uzupełniono inspirującymi cytatami i klimatycznymi ilustracjami. Szczególnie spodobały mi się kolorowanki – są niebanalne szczegółowe oraz możliwość umieszczenia swojego imienia na okładce – tuż pod nazwiskiem autora (a to jest już COŚ!). Pozytywnie zaskoczył mnie również pomysł wyzwania książki na pojedynek spojrzeń jako trening cierpliwości.

Brandon Mull, Smocza straż, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017, 385 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Książkę przeczytałam biorąc udział w Olimpiadzie Czytelniczej.

Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.