Czas na czytanie: „Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę” Raphaëlle Giordano

Lato to najlepszy moment, by spróbować czegoś nowego. Nigdy nie byłam entuzjastką mody na coaching, rozwój osobisty i całe to „szukanie rozwiązań wewnątrz siebie”. Zupełnie inaczej, niż mój mąż, który zrobił sobie nawet podyplomówkę z tego tematu. Dlatego kiedy zobaczyłam znacznie łagodniejszą i z pozoru nieco dziwaczną (uwielbiam dziwaczne rzeczy!) krzyżówkę poradnika z romansem opakowanego w przyjemną formę narracyjną, uznałam to za doskonałą okazję na przełamanie własnych uprzedzeń.

DSC_0795

Na dzień dobry zostałam dopieszczona genialnymi, obrazowymi opisami, które uwielbiam. Tą książkę naprawdę świetnie się czyta i momentami można zupełnie przegapić pełną pozytywów, sloganową mowę autorki-psycholożki.

Cała historia opisana jest, naprzemiennie, z perspektywy dwojga bohaterów – pełnej powołania Romane Gardener, właścicielki nowatorskiej firmy prowadzącej szkolenia z zakresu samodoskonalenia oraz autokratycznego i bezkompromisowego Maximiliena Vogue’a, szefa wielkiej korporacji, który przez naciski najbliższych stanie się klientem Romane. Wraz z nim przechodzimy przez rozbudowany kurs mający na celu rozbudzić empatię, nauczyć szanowania i słuchania drugiego człowieka przy jednoczesnym ograniczeniu egoistycznej postawy godząc się na, momentami naprawdę kuriozalne, metody prowadzącej.

„Romane opowiedziała słuchaczom o tym, co nazywała na swój użytek „dziesięcioma plagami bucowatości”; były to: pycha, pochopny osąd, egocentryzm, nieumiejętność słuchania, poczucie wyższości, potrzeba dominacji, skłonność do agresji, niecierpliwość, brak tolerancji, brak empatii i altruizmu.
– Nikt oczywiście nie kumuluje wszystkich tych wad, i całe szczęście! Praca, którą wspólnie podejmiemy, skłoni was do refleksji nad własnymi zachowaniami…”

Nie da się ukryć, że mam w sobie sporo cech buca, i ten kurs wydaje się być wręcz idealnie dla mnie. Mimo, że nazwa firmy głównej bohaterki momentalnie chwyciła mnie za serce (AntyBuc! Czy to nie brzmi dumnie?), podobnie jak główny Maximilien podchodziłam do terapii odbucowywania ze sporą dawką sceptycyzmu. Ale pan Vogue w końcu daje się w końcu przekonać, a ja jednak nie do końca.

To prawda, że książka niejednokrotnie zmusiła mnie do głębszej refleksji na temat własnego charakteru, zachowania, odruchów, czy sytuacji rodzinnej. Problemu bohaterów, również tych drugoplanowych bywają zarówno motywacją, jak i przestrogą, a ponadto są bardzo życiowe, dzięki czemu z samymi bohaterami wyjątkowo łatwo było mi się identyfikować. Z drugiej strony dość mocno demotywowały mnie niektóre ze sposobów terapii i część teorii. Z natury jestem raczej pragmatykiem, dlatego kryształki wody reagujące „pięknem” i „brzydotą” na ludzkie emocje, cudowna moc jadeitu, czy wyzwalanie swojego wewnętrznego klauna nieszczególnie mnie przekonują i niepokojąco brzmią mi jak kadzidełka i nauka alternatywna. Z drugiej strony takim pomysłom, jak zamiana stron i postawienie siebie, w roli swojej „ofiary” z chęcią przyklasnę. Dlatego jeśli chodzi o samą terapię, to przekonała mnie do siebie mniej więcej pół na pół.

Dobrze się bawiłam przy tej lekturze, dzięki niej przemyślałam sobie to i owo, ale coaching i koncepcje samodoskonalenia raczej na pewno pozostaną poza sferą moich zainteresowań. Wygląda na to, że jeszcze na jakiś czas zostanę bucem (rodzino, wybacz mi!). Myślę jednak, że jeśli ktoś chciałby zacząć swoją przygodę z rozwojem osobistym, albo jeszcze nie ma zdania na ten temat, taka fabularyzowana forma poradnika będzie jak znalazł. Na pewno warto spróbować, bo tego rodzaju kombinacje nie zdarzają się często.

Jest romans, zazdrość, introspekcja, traumatyczne doświadczenia i podła intrygantka. Są zabytkowe dworki i klauni, są emocje i ich powściąganie, są specyficzne (i wyjątkowo kosztowne, przez co nieszczególnie realne) metody terapii i problemy, które dotykają chyba każdego człowieka. Bywa tendencyjnie, ale przede wszystkim jest pomysłowo.

No i na koniec okładka! Jest tak zła, że aż genialna, nie mogę się na nią napatrzeć. W końcu lwy zobowiązują!

„Tymczasem ku swojemu zaskoczeniu stwierdził, że zmieniając się, może także zmieniać życie innych ludzi. To odkrycie wiodło go dalej, niż to sobie wyobraził.”

Raphaëlle Giordano, Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę, Warszawa: Wydawnictwo MUZA S.A, 2018, 416 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA.

Bajki Majki: „Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul

Powstaje coraz więcej książek o dziewczynach dla dziewczyn. I to nie tylko o grzecznych, ułożonych dziewczynkach marzących o księciu z bajki, ale o prawdziwych poszukiwaczkach przygód, awanturnicach zmieniających bieg historii. Oto jedna z nich – chyba najbardziej wyjątkowa.

To połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką ksiązki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Wspomnienia osobistych przygód autorki dopełniają inspirujące cytaty odważnych kobiet i bardzo skrótowe biografie bohaterek. I to właśnie przy tym elemencie chciałabym zatrzymać się na dłużej, bo w moim odczuciu jest genialny. Dotychczas, kiedy ktoś wspominał o wielkich kobietach, miał na myśli przede wszystkim oklepane ikony – Emilię Earhart, Marię Skłodowską-Curie, Fridę Kahlo, czy Artemisię Gentileschi. Osobowości wybitne, ale… od wielu lat martwe i przez to bardzo, bardzo odległe. A w tym przypadku, nie dość, że Caroline Paul wspomina naprawdę mnóstwo nietuzinkowych kobiecych postaci, to jeszcze wybrała przede wszystkim osoby nam współczesne, których losy można śledzić, do których można napisać choćby na facebooku! To bohaterki żyjące, dostępne, zmagające się z tą samą rzeczywistością, co my. I dzięki temu jeszcze bardziej prawdziwe.

Ponadto każdy z rozdziałów zakończony jest małymi wyzwaniami i przydatnymi wskazówkami – dzięki nim przećwiczymy radzenie sobie ze strachem, dowiemy się między innymi jak wiązać węzły, rozpoznawać rodzaje chmur, nakłonić drzewo do wyprodukowania wody, zmierzyć temeraturę za pomocą cykania świereszczy czy zapobiec wychłodzeniu w lesie. Pojawiają się również zabawne grafiki i psychotesty (na przykład odnośnie skakania z klifu) oraz fragmenty „dziennika” do samodzielnego wypełnienia, gdzie sporządzimy listę autorytetów, albo listę rzeczy, które bardzo chcemy w życiu zrobić.

W pierwszym odruchu nieszczególnie podobały mi się ilustracje – jestem wielką fanką starannych, rozmalowanych dzieł sztuki, a tutaj dostałam skreślone na szybko, schematyczne obrazki. Ale wraz z wsiąkaniem w lekturę coraz bardziej wczuwałam się w ich klimat – pośpieszne, nerwowe, sprawiające wrażenie powstałych „na kolanie” ilustracje są bardzo dynamiczne, pełne ruchu, niemalże wibrujące od energii. I przez to doskonale pasują do tej książki i samej Caroline.

Jako dziewczyna pochłonęłam tą książkę w kilka godzin i jestem nią zachwycona. Jako mama cieszę się, że moja córka jest jeszcze na nią za mała. Ale jestem pewna, że za kilka lat „Go girls” trafi w jej ręce, bo jest utrzymana w idealnej równowadze pomiędzy zachętą do działania, a rozwagą i pomyślunkiem. Nawet, jeśli nie każda wyprawa idzie zgodnie z planem. W końcu dlatego właśnie nazywamy je PRZYGODAMI.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.