Czas na czytanie: „Red, white & royal blue” Casey McQuiston

Witamy w równoległym wszechświecie, w którym prezydentką USA jest nie tylko kobieta z Teksasu, ale również była żona meksykańskiego imigranta. Czy w takim przypadku potrzeba jeszcze dodatkowych skandali? Tuż przed kolejnymi wyborami?

Z drugiej strony cóż to za polityka bez medialnej dramy? Kiedy Alex – nastoletni syn prezydentki marzący o zostaniu najmłodszym kongresmenem w historii – na weselu następcy tronu, w wyniku przepychanki ze znienawidzonym księciem Henrym, wpada z nim prosto w tort za miliony monet, międzynarodowy skandal jest już blisko. I trzeba będzie zrobić wszystko, by załagodzić sytuację. Czy z konieczności udawania zażyłej przyjaźni „pod publiczkę”, między najważniejszymi nastolatkami dwóch mocarstw może wyjść coś dobrego?  Na przykład nieheteronormatywny romans, który trzeba będzie ukrywać przed całym światem?  

W końcu dlaczego by nie zakochać się w swoim największym wrogu w najgorszym możliwym czasie?

Ten tytuł kojarzy mi się trochę z czytanym w dzieciństwie „Pamiętnikiem Księżniczki”, tyle że w tęczowej wersji i chyba jednak dla nieco starszego czytelnika, bo poruszającego trochę trudniejszą problematykę. Mamy tu jednak i spełnienie amerykańskiego snu „od dziecka imigrantów do Pierwszego Syna Ameryki” i bajkową miłość i cukierkowy happy end.

Żeby jednak nie było aż tak niefrasobliwie, znajdziemy tu również tematykę dyskryminacji na różnych polach, poznawania siebie i odkrywania swoich pragnień, ogromnej roli wsparcia ze strony rodziny, żałoby po śmierci najbliższych, potrzeby szczerości (zarówno z innymi, jak i z samym sobą) w świecie pełnym kłamstw i konwenansów, podejmowania własnych decyzji i mierzenia się z ich konsekwencjami, rozwodu rodziców, a nawet wykorzystywania seksualnego. A wszystko to wśród skomplikowanych meandrów amerykańskiej polityki i pod złym okiem konserwatywnej Królowej Babci.

Jak sama autorka pisze w posłowiu, ta książka miała być nieco ironiczną ucieczką łagodzącą szok związany z kierunkiem, w którym zaczął zmierzać świat. Skręcającą w kierunku utopii fantazją „ku pokrzepieniu serc”. I chociaż nie można odmówić jej naiwności i (przynajmniej na ten moment) braku realizmu, faktycznie spełnia swoją funkcję. Jeśli tylko nie będziemy traktować jej zbyt poważnie, a jedynie cieszyć się historią o bajkowej miłości zdolnej pokonać wszelkie przeciwności losu, łączącej narody, łagodzącej obyczaje i godzącej zwaśnionych członków rodziny, to pozostawi w nas z tym charakterystycznym ciepłem w klatce piersiowej i niewielkim uśmiechem – trochę pobłażliwym, ale bardziej jednak rozczulonym.

Sympatyczny, lekki i przyjemny romans ze sporą dawką autoironicznego poczucia humoru, które tak cenię.

Casey McQuiston, Red, white & royal blue, Warszawa: Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 2020, 476 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Zabójcza biel” Robert Galbraigh

Jeśli chodzi o kryminały, zdecydowanie jestem laikiem, zauważyłam jednak, że ostatnimi czasy coraz częściej po nie sięgam. Serię o Cormoranie Strike’u czytam w miarę na bieżąco i bardzo cenię fakt, że po niemalże dwóch latach od poprzedniej części nie muszę przypominać sobie dokładnie fabuły wcześniejszych książek. Mimo, że miniowe wydarzenia są wspominane i mają bezpośredni wpływ na sytuację bohaterów w czwartym tomie, jest to na tyle subtelne, by nie zmuszać czytelnika do usilnego przypominania sobie wyrywkowych faktów, o których czytał lata wcześniej.

Są śluby, rozwody, wielkie powroty byłych ukochanych i praca pod przykrywką. Są ciekawostki z życia koni, polityka, olimpiada i snobistyczne elity. Jest toksyczny związek, brak pewności siebie, trauma i ukrywanie problemów. Są zuchwałe, niezwykle pomysłowe morderstwa, porwania, nocne rozkopywanie grobów w głębi lasu i zbrodnie sprzed lat. A mimo to ta część wydaje mi się jakoś mniej makabryczna od ostatniej i to dla mnie spory plus, bo chyba jednak jestem większą fanką intelektualnej rozgrywki, w której to wszystkie zbierane po drodze poszlaki składają się w jedną całość, niż dokładnego opisu rozkładu zmasakrowanych zwłok. Chociaż zapewne jedno nie wyklucza drugiego.

Podsumowując, ciągle coś się dzieje, a urozmaicona tematyka nie pozwala się nudzić ani przez chwilę. Ponadto to jeden z tych kryminałów, które wciągają od pierwszych stron i nie potrzeba kilku rozdziałów na „wczucie się” – może dlatego, że to już kolejna część cyklu, a może wszystko zależy od stylu pisania. Wyraziści bohaterowie, odrobina poczucia humoru i świat, którego zupełnie nie znam – dla mnie tyle wystarczy, by dobrze się bawić. Zwłaszcza, że ponad 600 stron czyta się błyskawicznie.

Jakiś minus? W tej części było dla mnie trochę za dużo Robin, a za mało Cormorana – może dlatego bohaterka w pewnym momencie zaczęła nieco grać mi na nerwach. Na szczęście nie tak bardzo, żebym zdołała ją znielubić. Nieszczególnie podoba mi się też okładka, jakoś poprzednie trzy bardziej do mnie przemawiały.

Robert Galbraith, Zabójcza biel, Poznań: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2018, 647 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Czas na czytanie: „Prymityw. Epopeja narodowa” Marcin Kołodziejczyk.

„(…) potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciw polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą”.

Kiedy zobaczyłam na okładce słowa „Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści”, uznałam to za przewrotną zachętę i oczywiście nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie właśnie tej książki. A jednak trzeba było posłuchać ostrzeżenia.

DSC_1387

„Prymityw” to bardzo dziwny i ciężkostrawny twór – trochę antyutopia, trochę przerysowany (mam nadzieję!) obraz polskiego społeczeństwa, trochę kryminał, trochę historia nieszczęśliwej miłości, trochę załamywanie rąk nad polityczną niedojrzałością, trochę parodia, trochę kafkowska komedia absurdów i trochę „Z kamerą wśród zwierząt”. A właściwie „Z kamerą na warszawskiej Pradze”. I dużo czarnego humoru. W sumie, to nie wiadomo – śmiać się, czy płakać.

„Jest nieswojo i przedziwnie (…). Dzieją się jednocześnie rzeczy poważne i niepoważne”.

Główne pytanie, niepozwalające czytelnikowi na porzucenie tej lektury w połowie, to „Co uczynił Jan Kwas?”. Główny bohater, emigrant ekonomiczny z rodzinnej wsi do wsi Warszawa miota się w życiu jak ślimak posypany solą. Współczesny romantyk, konformista przytłoczony ciężarem egzystencji, własnych uczuć i szarej rzeczywistości. Pracownik fizyczny próbujący swych sił w branży chemicznej i funeralnej, przewlekle chorujący na polskość, wieczny wędrowiec, zakochany jeleń, prawie mesjasz.

„Przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”.

Poznając Janka, małymi kroczkami poznajemy również jego nowe środowisko północnopraskiej żulerii, gdzie każdy ma swoją własną historię, proste marzenia i własny sposób na miotanie się w osnowie rzeczywistości. Wiktoria Wiedeńska szukająca szczęścia w wielkim mieście, Robert Poczęty – ograniczony, ale pełen narodowo katolickich ideałów – idealny do polityki, Andrzej Drella – pół pisarz, pół pijak i cały korowód równie barwnych postaci ubarwiających swoją rzeczywistość denaturatem na parkowych ławkach. W końcu w Polsce nikomu nie jest lekko.

„Bo nie ma się co oczarowywać – cała ta Warszawa (…) to była istna spółka ZOO. Ludzie się głównie mijali, ale czasami na siebie wpadali i wówczas tworzyli nowe dzikie roje, które obrastały nowymi fatumami; niebieskie karty, policja i nuda siedzenia – tyle o tym”.

Ale tym, co sprawia czytelnikowi najwięcej cierpienia, jest język powieści. Stylizacja, której miałam serdecznie dość już po trzech stronach i do którą mój mózg nauczył się ignorować dopiero w ostatnich rozdziałach (w których okazało się, że może być jeszcze gorzej!). Bełkotliwa mieszanka, która jest przeintelektualizowana i rynsztokowa jednocześnie. Kosmiczne słowotwórstwo, zbrodnie gramatyczne, maksimum słów, minimum treści i całe rozdziały o niczym. To prawda, już na samym początku zostałam ostrzeżona, że „Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii” ale czegoś takiego się jednak nie spodziewałam. Wróciły moje licealne koszmary – kiedyś po nocach śnił mi się Gombrowicz, od dzisiaj będzie mnie prześladował Kołodziejczyk wraz ze swoimi gębami i szaleństwami.

„ Lecz nie ulegało wątpliwości, że dopóty dzban wodę nosi, dopóki człowiek z nim nie poleci na mordę ze schodów. Pozbawiona rozwoju dzisiejszość wcześniej czy później musiała znaleźć sobie jakieś najprostsze zapasowe ujście, dlatego że taka jest kolej rzeczy, że woda płynie w najprostszy dostępny sposób i każdy się powinien rozwijać, a nie stagnować się, tak, czy nie?”

Podobnie jest ze skaczącą narracją która, jak czkawka, urywa i dorzuca wątki by wrócić do nich, lub zupełnie je porzucić już kilka stron później.

W niesamowitych bólach zmęczyłam te niecałe 500 stron, a czuję się, jakbym przeczytała przynajmniej trzy razy tyle. I chociaż doceniam zawartą w nich przestrogę i ponurą diagnozę, to jednak nie da się ukryć, że to była droga przez mękę. Ale z epopejami narodowymi to tak już chyba jest, tak czy nie? Mam przynajmniej nadzieję, że cierpiałam za miliony.

„(…) patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym”.

Marcin Kołodziejczyk, Prymityw. Epopeja narodowa, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.