Wakajki Majki: Toruń cz. 1 – interaktywnie, legendarnie i pachnąco piernikami

Do Torunia mamy przysłowiowy „rzut beretem” (nieco ponad dwie godzinki drogi), a że to miasto urocze, było więc w czasach studenckich naszym sprawdzonym miejscem na dłuższe randki. Przynajmniej raz w roku wybieraliśmy się po zapasy pierników, na obowiązkowe piernikowe lody i spacer urokliwymi uliczkami niewielkiego Starego Miasta. Dlatego też w czasach pandemicznej odwilży wpadliśmy na pomysł jednodniowej wycieczki „na pierniki” – po raz pierwszy z Mają. I bardzo szybko okazało się, że Toruń tak bardzo obfituje w fantastyczne atrakcje dla dzieci, że jeden dzień to stanowczo za mało, by się nim nasycić – szacuję, że idealnie byłoby zatrzymać się w Toruniu na 3 dni, to mogłoby być super miejsce na długi weekend z przedszkolakiem. Dlatego też do Torunia z pewnością wrócimy jeszcze nie raz i to najchętniej w najbliższym czasie a nasze wycieczki będą tematyczne.

Tematem pierwszym uczyniłam więc toruńskie legendy, bo to świetny początek poznawania miasta. I został bardzo fajnie wykorzystany w toruńskich atrakcjach. Zapraszam więc na polecanko fajnych miejsc do odwiedzenia z dzieckiem przeplatane rekomendacjami dobrych książek na uzupełnienie tematu. Nie tylko dla najmłodszych!

Wstępem do wycieczki był towarzyszący nam podczas podróży audiobook „Legendy Toruńskie wierszem” Doroty Kazimierczak, czytany przez Katarzynę Piechocką-Empel. Kupiłam tą płytę przy jakiejś okazji w taniej książce i okazała się świetnym przygotowaniem „merytorycznym” do zwiedzania miasta. Na płycie znajduje się 12 legend – króciutkich, bo trwających od nieco ponad minuty do maksymalnie niecałych trzech. Co zaskakujące, to w zupełności wystarczy, bo opowiedzieć historię, szczególnie wpadającym w ucho, płynnym wierszem. Poznamy między innymi opowieść o krzywej wieży i powstaniu nazwy, kilka historii okołopiernikowych, o kocie – obrońcy miasta i sprytnym kucharzu Jordanie, o ratuszowym kalendarzu i aniele w herbie Torunia. Nie są to może wyjątkowo rozbudowane utwory, ale na sam początek przygody idealne.

Dorota Kazimierczak, Legendy Toruńskie wierszem – płyta CD audio, Toruń: Wydawnictwo Literat.

Legendy legendami, ale wycieczki do Torunia nie można nie zacząć spektaklem w Planetarium – oglądanie jasnych punkcików gwiazd na sferycznej powierzchni kopuły tego kolistego, ciemnego pomieszczenia to chyba jedno z moich najsilniejszych toruńskich wspomnień z dzieciństwa. Chyba udało mi się zapewnić takie i Majce, bo to jedna z pierwszych atrakcji, które wspomina pytana co widziała na wycieczce.

Na pierwszy raz wybrałam spektakl „Cudowna podróż”,  który na oko nie różni się wiele od moich wspomnień z wycieczek z tatą i okazał się idealny dla przedszkolaka. Warto pamiętać o wcześniejszej rezerwacji biletu, bo te znikają jak ciepłe pierniczki.

Tym razem nie zgłębiliśmy wszystkich kosmicznych tajemnic Planetarium, bo i nie byłam pewna czy ta tematyka Maję zainteresuje, ale koniecznie musimy wrócić tam kolejnym razem – na następny spektakl i multimedialne wystawy.

Drugim przystankiem była wizyta w Żywym Muzeum Piernika, gdzie przebrani w stroje z epoki edukatorzy (była nawet Korzenna Wiedźma!) podzielili się z nami historyczną wiedzą na temat przypraw i ich właściwości oraz metody wyrabiania ciasta i wypiekania ozdobnych pierników. Również pod względem praktycznym, bo każdy mógł wypiec swoje własne pachnące miodem ciasteczko. Dowiedzieliśmy się też co nieco na temat wypiekania pierników w XIX wieku, już z użyciem wielkich, ale jakże zmyślnych maszyn oraz zdobienia ciasteczek lukrem. Maja skusiła się również na samodzielne ozdobienie jednego z pierniczków (ta atrakcja jest dodatkowo płatna – 5 zł, o ile dobrze pamiętam). Ja tymczasem kupiłam na spróbowanie wypiekanych w muzeum pierniczków i okazały się najpyszniejsze na świecie, kolejnym razem koniecznie muszę zrobić większy zapas!

Jeszcze w samym sklepiku muzealnym wpadła mi w oko cudowna kartonówka Agnieszki Frączek „Toruńskie pierniki” z całkiem nowej serii „Legendy polskie”. Nie skusiłam się na nią, bo jednak Maja już dawno wyrosła z tego typu literatury, ale obiecałam sobie upolować ją z biblioteki po powrocie.

I było warto, bo poza absolutnie uroczymi ilustracjami Magdaleny Jakubowskiej znajdziemy w środku rymowaną opowiastkę o piekarzu Edku. Edek tym wyróżniał się spośród innych piernikarzy, że choć całymi nocami dwoił się i troił by upiec jak najwięcej pysznych pierniczków, klepał biedę, bo jakimś cudem rankiem nic z efektów jego pracy nie zostawało. Miał bowiem piekarczyk dobre serce i dokarmiał swoimi wypiekami wszystkie stworzenia, które się do niego zwracały – zarówno realne, jak i zupełnie bajkowe – pszczółki, mrówki, biedroneczki, ale też strachy na wróble czy smoki. I to właśnie oni, odwdzięczając się za edkową dobroć, pomogli mu przygotować najpyszniejsze – bo po raz pierwszy z dodatkiem miodu – smakołyki na wizytę króla.

Ze wszystkich pierniczkowych legend ta jest najprostsza i tak naprawdę najmniej z niej wynika, ale jest prześliczna wizualnie, bardzo baśniowa, melodyjnie opowiedziana i bezpieczna dla małego czytelnika (oraz odporna na jego ślinę i ząbki) – szczerze więc ją polecamy najmłodszym pierniczkożercom.

Agnieszka Frączek, Legendy polskie. Toruńskie pierniki, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2021, 22 s.
~Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Łącząc temat pierniczków, legend i audiobooków, młodszym czytelnikom gorąco polecamy też nasze małe biblioteczne odkrycie – „Toruńskie pierniki”, tym razem z serii „Baśnie polskie”, czyli pierniczkową baśń pełną gębą – z krasnoludkami, wizytą króla i wielką miłością wyrażaną w katarzynkowych pierniczkach z serduszek. Opowieść ta została oparta o legendę o królowej pszczół, którą znaliśmy już w krótszej wersji z audiobooka pełnego toruńskich wierszyków.

Chociaż ta pozycja również jest całokartonowa – z grubej tektury i z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, ma zdecydowanie więcej tekstu. Dodatkowym atutem jest dołączona do książeczki płyta z całkiem przyjemnym audiobookiem – można więc słuchać bajki zarówno w aucie, jak i podczas przeglądania książeczki. A później poprosić o przeczytanie mamę, żeby upewnić się, czy aby na pewno drukowany tekst jest taki sam, jak na płycie.

Liliana Bardijewska, Ola Makowska, Baśnie polskie. Toruńskie pierniki, Kielce: Wydawnictwo Jedność, 2013, 20 s.

~Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Po przerwie obiadowej (wciąż nie umiem robić zdjęć jedzeniu, ja jedzenie zjadam. Pożeram. Pochłaniam) czekała nas ostatnia interaktywna atrakcja – Dom Legend Toruńskich. W jego piwnicach czekają opowiadacze dawnych historii, którzy przy pomocy rekwizytów i krótkich scenek odgrywanych przy czynnym udziale publiczności wprowadzili nas w nieco baśniowy, momentami zabawny, momentami trochę straszny świat toruńskich legend. Chyba każdy z uczestników miał szansę by wcielić się w jakąś postać – mieszczki, krzyżackiego rycerza, dzwonnik czy nawet… końskich kopytek. Maja byłą flisaczką, Łukasz trafił do lochu za bliżej nie sprecyzowane przewinienia, a mi przypadła rola Bachusa. Wiadomo, ma się ten pociąg do wina! Super wciągająca przygoda, polecamy bardzo.

A toruńskie opowieści zaintrygowały nas tak bardzo, że w „sklepiku muzealnym” nabyliśmy drogą kupna pięknie wydany „Legendarny Toruń” Nikodema Pręgowskiego. To gratka tym razem dla nieco starszych czytelników – zbiór 9 legend opowiedzianych na nowo – od tej najwcześniejszej, o założeniu Torunia w XIII wieku, przez krzyżackie, pierniczkowe, kopernikowe, kocie i żabie aż po opowieść o słoniach i zeppelinach z czasów międzywojnia. Jak na Agnieszkę Łakomczuszkę przystało, najbardziej lubię legendę o katarzynkach, Maja szczególnie upodobała sobie „O pladze żab” i dzielnym flisaku, który wywiódł płazy z miasta grą na praprzodku skrzypeczek. Ta książka to fantastyczny pomysł na wartościową pamiątkę z Torunia – każda z legend zakończona jest ciekawostką historyczną, wprowadzającą czytelnika w realia epoki, na marginesach wytłumaczono trudniejsze słówka (np. dawny instrument smyczkowy, prapradziadek skrzypiec to Fidel), a całość zakończona jest słowniczkiem występujących w książce postaci historycznych. A wszystko to w przepięknej, bardzo klimatycznej oprawie graficznej, pełnej działających na wyobraźnię ilustracji, na grubych, kremowych kartkach i w twardej oprawie. Aż muszę się rozejrzeć za podobnym wydaniem legend Gdańskich, bo jest mega.

Nikodem Pręgowski, Legendarny Toruń, Toruń: Wydawnictwo Na przykład, 2021, 80 s.

Jeśli jednak głód toruńskich opowieści wciąż Wam doskwiera, starszym czytelnikom polecam twór przedziwny i bardzo oryginalny – „Piernikajki czyli toruńskie piernikowe bajki” Katarzyny Kluczwajd. To całkiem obfita garść krótkich bajek, zupełnie współczesnych, ale opartych na legendach, prawdziwych historiach opowiedzianych ze swadą i wielką dawką słowotwórstwa, które tak lubię – pod tym względem chyba odnalazłam w autorce bratnią duszę! Wraz z sympatycznie magicznym TORasiem i innymi bohaterami poznamy co nieco faktów z dziejów Torunia, zwrócimy uwagę na detale, również te niemal całkiem na przestrzeni dziejów zapomniane, jak zegar słoneczny z toruńskiego ratusza, dowiemy się kim są piernikony czy pogrążymy się w domysłach na tematy wszelakie – od różnych wersji atrybutów herbowego anioła aż po kosmiczne dodatki potencjalnie stosowane przez piekarczyków podczas pierniczenia. A większość z historii poparta została dowodami ikonograficznymi w formie zdjęć – szkoda tylko, że głównie czarno-białych miniaturek, tylko kilka z nich znalazło się w pełnej krasie na kolorowej wklejce. A szkoda, chętnie bym się archiwaliom poprzyglądała bliżej. Na spragnionych większej dawki naukowego pierniczenia, czeka na końcu całkiem obfity wykaz tematycznej literatury fachowej i naukowej. Dla zagubionych znajdzie się również słowniczek pierniczkowej nowomowy w książce stosowanej oraz cały zbiór faktycznych faktów, osób i cytatów, które zostały wykorzystane i pojawiają się w piernikajkach mniej lub bardziej gościnnie.

Katarzyna Kluczwajd, Piernikajki, czyli toruńskie piernikowe bajki (niekoniecznie dla najmłodszych), Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 240 s.

~Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Podczas spaceru na piernikowe lody będące ukoronowaniem dnia majkową uwagę przykuły szczególnie trzy miejsca – najwięcej czasu, bo dobre 20 minut i to z przystankiem w obie strony – spędziliśmy przy fontannie z żabami i Flisakiem, czyli bohaterem ulubionej toruńskiej legendy Mai. Wolno moczyć łapki, wrzucić grosik na szczęście, zatykać żabkom pyszczki i chlapać rodziców, czy może być coś lepszego?

Również pomnik Mikołaja Kopernika przed toruńskim ratuszem wzbudził zainteresowanie mojej przedszkolaczki, ale bardzo szybko został przyćmiony przez stojącego w pobliżu złotego osiołka, wymarzonego kompana do zdjęć i głaskania na szczęście, choć siadania na nim raczej nie polecamy. A to dlatego, że sympatyczny osioł stoi przy rynku na pamiątkę pręgierza o podobnym kształcie, o czym przypomina ostra krawędź ciągnąca się przez cały osi grzbiet, wykorzystywana do jednej z okrutnie pomysłowych średniowiecznych tortur.

A skoro już przy torturach jesteśmy, pamiętajcie, by mieć w zanadrzu jakiś czaoumilacz, by oczekiwania na posiłek albo upragniony pucharek z lodami (piernikowymi – gwóźdź programu!) ze zmęczonym przedszkolakiem nie zmienił się w czas jęczących tortur właśnie. Warto połączyć przyjemne z pożytecznym i plastycznymi łamigłówkami utrwalić zdobytą wiedzę – bardzo polecamy książeczkę z zadaniami „Poznaj Toruń”. Wśród zadań znajdziemy między innymi mapę centrum miasta, gdzie można pokolorować odwiedzone miejsca, herb i aniołki do pokolorowania, łączenie Kopernika po kropkach, poszukiwanie różnic, wykreślankę, labirynty z osiołkiem i pieskiem Filusiem, pierniczki do zdobienia, smoka, krzyżackiego rycerza i oczywiście flisaka z jego żabami do pokolorowania i szukania cieni.

Niestety książeczka jest całkiem spora – formatu A4 – wymaga więc przechowywania w maminej torebce, przyzwyczaiłam się już jednak do roli wielbłąda.

Krzysztof Tonder, Poznaj Toruń, Toruń: Wydawnictwo Literat, 32 s.

Planując wycieczkę „do miasta” pod kątem atrakcji dla dzieci, warto sprawdzić, czy miejscowość, do której się wybieracie figuruje w pełnym inspiracji i fenomenalnie ilustrowanym „Atlasie miast Polski”. Słupska, czyli miejsca naszej poprzedniej wyprawy akurat, nie było, za to Toruń już jak najbardziej.

Tym, co przyciąga wzrok do „Atlasu Miast Polski” jest jego genialne wydanie – duży format, świetne kolory i rewelacyjna szata graficzna (ten pomysł ze znaczkami pocztowymi z każdego miasta na okładce i w spisie treści jest przefantastyczny!). Książka składa się z 30 rozkładówek – każda z nich poświęcona innemu miastu. Poza króciutkim opisem, dana miejscowość została przedstawiona za pomocą miniaturek atrakcji z podpisami. A wybór owych wspaniałości skomponowany został w taki sposób, aby zainteresować dzieci. Kiedy między muzeami narodowymi, sławnymi postaciami i pomnikami znajdują się lokalne przysmaki (to coś dla mnie!), najlepsze lodziarnie, pijalnie czekolady, aquaparki, parki trampolin, teatry lalek, instytucje organizujące warsztaty dla dzieci, ogrody zoologiczne, parki, dinozaury w różnych formach i muzea zabawek i zabawy, dziecko nie ma możliwości nudzić się podczas rodzinnej wyprawy. 

Anna Rudak, Anna Garbal Atlas miast Polski, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 64 s.

Podczas kolejnej wizyty koniecznie musimy poświęcić więcej czasu na dokładniejsze zwiedzenie Planetarium i poświęcić więcej uwagi Kopernikowi.

Planujecie wyjazd do Torunia? A może byliście niedawno w okolicy?

Czas na czytanie: „W samym sercu morza” Jojo Moyes

„Zostawiłyśmy wszystko, wszystkich, których kochamy, nasze domy, nasze bezpieczeństwo. W imię czego? Żeby nas napadnięto i nazwano ladacznicą (…)? Żeby przeklęta marynarka wojenna odpytywała nas z przeszłości jak jakieś przestępczynie? Żeby płynąc tak daleko, a na końcu usłyszeć, że cię tu nie chcą? Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, prawda?”

Jeśli chodzi o książki idealne na wakacje, bez najmniejszych wątpliwości polecam pozycje Jojo Moyes – przyjemne, babskie, wciągające, zawsze z piękną historią miłosną, sporą dawką girl power i choć odrobiną humoru. Tak jest i tym razem.

Po zakończeniu II wojny światowej Królewska Marynarka Wojenna organizowała transport tak zwanych „wojennych żon” – kobiet, które w czasie wojny wyszły za brytyjskich żołnierzy poza granicami kraju. Najczęściej wykorzystywano do tej misji luksusowe liniowce i wojskowe transportowce, odbył się jednak jeden wyjątkowy kurs – 2 lipca 1946 roku jeden z ostatnich rejsów żon z Australii do Wielkiej Brytanii odbył się na pokładzie lotniskowca HMS Victorious, brała w nim udział babcia autorki. To właśnie w owym czasie, na tym statku Jojo Moyes umieszcza fabułę powieści inspirowanej tymi niezwykłymi wydarzeniami.

Cztery dziewczyny, które dzieli wszystko – od statusu społecznego i majątkowego, przez wiek, doświadczenie życiowe, plany na przyszłość czy wykonywany zawód aż po charakter i wyznawane wartości – w normalnych warunkach nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Zadzierającą nosa, rozpieszczoną Avice, niedojrzałą, pełną entuzjazmu Jean, ciepłą i swojską Margaret oraz wycofaną i szorstką w obyciu Frances łączy jednak wspólna kabina podczas rejsu mającego odmienić ich życia.

Rywalizacja, zawiść, strach o przyszłość, nadzieja na lepsze jutro, całkowity brak wpływu na własny los, zależność od nieobecnych mężów, mężczyzn przebywających z nimi na statku i bezmiaru oceanów oraz nawiązywane niepewnie przyjaźnie – ponad 600 młodych kobiet stłoczonych na nieprzystosowanej do tego niewielkiej przestrzeni wojskowego okrętu przez prawie dwa miesiące, traktowanych jak towar, który trzeba dostarczyć do adresata to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Na pewno nie będzie więc nudno! Podczas lektury będziecie świadkami niejednego ludzkiego dramatu, mnóstwa emocji i zaskakujących, jak na takie warunki wydarzeń (jak na przykład wybory miss pięknych nóg, wyrzucanie samolotów za burtę czy wiązanie szalup ratunkowych nylonowymi rajstopami). I gwarantuję, że będziecie kibicować dziewczynom z całych sił podczas tej podróży w nieznane, choć nie koniecznie podczas konkursów piękności.

Zastrzeżenia? Dawno nie widziałam okładki tak nieadekwatnej do treści książki. To historia o trudach i niebezpieczeństwach podróży na okręcie wojennym o bardzo zaawansowanym stopniu zużycia, gdzie widmo i trauma wojny wciąż jest żywe. O samotności i niepewnej przyszłości. Pełna nierozbrojonych bomb, plam paliwa lotniczego i smaru, moralnych dylematów, spoconych mechaników, tropikalnych upałów i piekielnych maszynowni. A na okładce umieszczono uśmiechniętą i w pełni zrelaksowaną babeczkę w niewielkiej łódeczce do pływania po stawie. Jeśli chodzi o okładkę, jestem na nie.

Ale sama książka jest bardzo dobra i świetnie zbilansowana – jest przygoda, jest trudna przeszłość i lepsza przyszłość na horyzoncie, są emocje i nuta romansu. A inspiracja prawdziwymi wydarzeniami tylko dodaje powieści niesamowitości. W końcu najbardziej niezwykłe historie pisze życie.

Jojo Moyes, W samym sercu morza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 544 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Bajki Majki: „Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” Dominik Wieczorkiewicz

Całe dzieciństwo spędziłam z nosem w książkach opisujących przetrwanie na bezludnych wyspach, odkrywanie nieznanych lądów i (nie zawsze zamierzony) pęd ku tropikalnej przygodzie. Z tym, że w za moich czasów (ależ poczułam się staro!) oznaczało to „Przygody Robinsona Cruzoe”, kolejne części podróży Tomka Wilmowskiego i książki Juliusza Verne’a. A dzisiaj bez problemu możemy znaleźć książki dla dzieci napisane przez dzieci opisujące przygody owych dzieci na wszystkich krańcach świata, czego najlepszym przykładem jest Nela Mała Reporterka. Co prawda autor trzymanej przeze mnie pozycji należy już do tych starszych (jest starszy nawet ode mnie!) ale to niewielkie pocieszenie. Szczególnie, że wspomniane wyżej krańce świata eksploruje na… hulajnodze.

Nie rozsmakowałam się dotychczas w literaturze podróżniczej, ale nie ma na mnie lepszego wabika niż smoki. A jeśli ktoś opisuje miejsce, gdzie można smoki spotkać, to będę o tym czytać bardzo!

Super, że choć autor odwiedza miejsce chyba najegzotyczniejsze z egzotycznych, to jednak jego korzenie tkwią w Polsce – to tu zaczyna i kończy swą podróż. Co prawda praca leśnika i edukatora ma w sobie co nieco z niezwykłości, ale jednak przygoda zaczyna się zupełnie prozaicznie – od podreperowania hulajnogi i hamaka, przekonania żony do szalonego pomysłu, spakowania pluszowego misia i zrobienia kawy do termosu.

Choć opisana lekkim i przyjemnym językiem podróż pełna jest zabawnych sytuacji, zapierających dech w piersiach widoków, legend pobudzających wyobraźnię, zdumiewającej fauny i flory (szczególnie flory!) i egzotycznych smaków, to nie brakuje w niej również całkiem poważnych tematów. Wyspa pod arabskim panowaniem nie należy do bezpiecznych miejsc, a odwiedzenie jej graniczy z cudem – nie latają tam żadne samoloty ani nie pływają statki pasażerskie. Nie zabraknie więc opowieści o zupełnie prawdziwych i przy tym mało romantycznych piratach porywających białych ludzi dla okupu, handlu ludźmi, wojnie ani biedzie, z którymi podróżnik spotkał się „oko w oko” podczas swojej przygody.

Bardzo podoba mi się pomysł graficzny na tą książkę (a właściwie rozkręcającą się serię) – każda strona jest pełna kolorów, zdjęcia przeplatają się z ilustracjami i komiksowymi rysunkami i nigdy nie wiadomo, co czeka na następnej stronie. Czyli tak samo jak w trakcie zwariowanej podróży! Jest też przy tym bardzo dobrze zakomponowana. Pomijając fakt, że jak każde poprawne wypracowanie, ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie, to jest przejrzyście podzielona na niedługie rozdziały, opatrzona notatkami na temat odwiedzanych miejsc, a także uzupełniona ciekawym (nie tylko) dla młodego czytelnika opisem samej Sokotry, czyli tytułowej Smoczej Wyspy.

„Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” to druga książka autora i chociaż znajomość pierwszej części nie jest potrzebna, by rozeznać się w fabule, to jak zawsze polecam zacząć od początku. Szczególnie, że dwie tak ciekawie wydane książki to jeszcze lepszy pochoinkowy prezent, niż jedna!

Dominik Wieczorkiewicz, Hulajnogą przez Smoczą Wyspę, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „TO MY dzieci świata” Eliza Piotrowska

Po nieco złowrogich, ale jakże ciekawych sylwetkach Masajów z książki „W drogę!” posypała się cała seria pytań o ludzi żyjących w innych krajach.

Książka „TO MY dzieci świata” tylko czekała na taką okazję! Wraz z dwójką małych bohaterów – Igą i Gutkiem oraz ich psem Globusem przemierzamy kraje świata poznając elementy charakterystyczne dla odmiennych kultur i codzienności tamtejszych dzieci. Sudan, Nepal, Peru, Arktyka, Polinezja, Meksyk, Turcja, Czechy, Chorwacja, Madagaskar to tylko kilka z wielu przystanków na trasie ich wielkiej przygody.

Każda rozkładówka wypełniona jest ilustracją poświęconą innemu krajowi lub regionowi – nasi bohaterowie poznają na nich dzieci z różnych zakątków świata. Tekstu jest stosunkowo niewiele, ale dzięki komiksowej narracji „w dymkach” przekazuje on same istotne informacje. Dzięki nim możemy dowiedzieć się co nieco o przyrodzie, kulturze, strojach, językach i zwyczajach charakterystycznych dla różnych narodów. Dlaczego w Indiach należy łapać się za ucho? Jakiej witaminy dostarcza mleko wielbłąda? W jakim kraju koty nie maja ogonów? Czym różnią się Flamenco i Capoeira? W jakich butach powinno się wchodzić do dżungli, a w jakich na chorwackie plaże? I jak psy szczekają we Włoszech?

W ramach ciekawostki, mały czytelnik ma również szansę dowiedzieć się, którzy z bohaterów literackich pochodzą z danych krajów. Na kartach tej książki spotkamy bowiem między innymi Harry’ego i Hermionę, Pinokia, Pippi, Czerwonego Kapturka, a nawet samego Andersena i Braci Grimm!

Niezwykle barwna, sympatyczna książka o dzieciach dla dzieci. W niezwykle pozytywny sposób pokazuje różnorodność przy jednoczesnym podkreśleniu podobieństw między mieszkańcami różnych krajów. Choć dzieci różnią się wyglądem i zwyczajami, ich marzenia, sympatie i chęci do zabawy są bardzo podobne. A jako, że składa się z samych ciekawostek, nie sposób nudzić się nią przez chwilę!

Jednocześnie zaspokaja i pobudza ciekawość. Uczy otwartości na świat i drugiego człowieka oraz zmniejsza lęk przed odmiennością i nieznanym. A mnogość bohaterów, których należy odszukać w książeczce to dodatkowe ćwiczenie na pamięć, spostrzegawczość i koncentrację.

Pozycja obowiązkowa, tuż obok pierwszego atlasu.

Eliza Piotrowska, TO MY dzieci świata, Poznań: Wydawnictwo CED Edukacja, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED Edukacja.

Czas na czytanie: „Sprzedawca marzeń” Richard Paul Evans

„Myślałeś kiedykolwiek o tym, aby zacząć wszystko od początku? Zerwać z przeszłością i stać się kimś innym?”.

Podobnie jak w poprzedniej książce Evansa – „Ścieżki nadziei”, którą miałam przyjemność czytać, również ta promuje koncepcję pieszej wędrówki jako sposobu na odszukanie sensu życia i wewnętrzne oczyszczenie.

DSC_0180

Charles James jest młodym, sławnym i bajecznie bogatym biznesmenem zajmującym się marketingiem sieciowym, czyli wciskaniem ludziom kitu za całkiem sporą kasę. I jednocześnie bez większych wyrzutów sumienia doprowadzając ludzi do bankructwa. Poznajemy go w momencie kryzysu wyznawanych dotychczas wartości i zyskujemy możliwość wysłuchania jego historii.

„(…) zacząłem zwracać większą uwagę na różnice między ludźmi. Uświadomiłem sobie, że w Stanach istnieją kasty. Że istnieją podziały nie tylko ze względu na rasę, ale przede wszystkim ze względu na zamożność i sławę.”.

A ta opowieść to typowy amerykański sen – od zera do milionera. Jako wnuk nielegalnego meksykańskiego emigranta zaczynający każdy poranek od grzebania w śmietnikach, nasz bohater nie mógł mówić o szczęśliwym dzieciństwie. Mimo to kilka desperackich decyzji, sporo szczęścia i olbrzymie pokłady charyzmy czynią z niego jednego z najbardziej znanych i najbogatszych ludzi świata. Okazuje się jednak, że spełnianie ambicji i pomnażanie majątku nie jest równoznaczne ze szczęściem, a droga na szczyt może okazać się zbyt kosztowna. Życie na Olimpie potrafi być za to puste i niesatysfakcjonujące.

„Jesteś albo rzeźnikiem, albo bydłem. Nie ma trzeciej opcji.”

„Sedno życia w społeczeństwie. Celem jest dominacja nad drugim człowiekiem.”

Przy okazji jest to też historia pięknej miłości będącej jednocześnie spektakularną porażką.

„(…) małżeństwo to praca. Wszystkie związki wymagają pracy. Ale efekty są warte wysiłku. Ja wspieram ją, ona wspiera mnie. W naszym świecie, gdy ludzie idą po trupach do celu, to niebagatelna rzecz”.

Jak to zwykle u Evansa bywa, książkę czyta się lekko i przyjemnie, a jego bohater, ze wszystkimi swoimi kompleksami i słabościami, daje w siebie uwierzyć. Chociaż sama sytuacja wielkiego nawrócenia może budzić pewne wątpliwości.

„Po raz pierwszy w życiu odkryłem, jakie „pamiątki” zostawiło moje okropne dzieciństwo. (…) głęboko zakorzeniony głód sukcesu, którego zwykłe ego i ambicja nie są w stanie wytworzyć.”

Jeśli coś mam sobie na coś ponarzekać, to nie przekonuje mnie motyw proroczych snów – nawet jeśli umęczony natręctwami bohater podejmuje decyzje dostosowując się do obrazów widzianych koszmarów.

Chętnie sięgnę po kolejne części, bo zdecydowanie brakowało mi tutaj samej podróży. Mam szczerą nadzieję, że Evans uczyni z Route 66 pełnoprawnego bohatera swojej powieści.

Co ciekawe, podobno cała historia oparta jest na prawdziwych zdarzeniach, choć pierwowzór Charlesa pragnie zostać anonimowy. Brzmi intrygująco, ale chyba nie do końca dowierzam, czy to nie aby chwyt marketingowy.

„Dzisiaj jedyna różnica pomiędzy wiadomością a fikcją polega na tym, że fikcja, aby ludzie w nią uwierzyli, musi mieć podstawę w rzeczywistości.”.

Nie sposób nie docenić okładki, która, choć dziwna, ma w sobie coś pociągającego. Może to nasycone zielenie, turkusy i niebieskości, może zorza polarna, a może sama sylwetka mężczyzny osłaniającego się parasolem przed tym niesamowitym widokiem – nie wiem. Ale zdecydowanie robi wrażenie. A gdyby jeszcze wyrzucić tą Kasię Cichopek, to już w ogóle byłoby pięknie.

Richard Paul Evans, Sprzedawca marzeń, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.