Czas na czytanie: „Pielęgniarki” Christine Watson

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie medyczne sprawy, jestem osobą raczej obrzydliwą. Pobieranie mi krwi, skutkuje traumą całego laboratorium i słabo mi nawet na samą myśl o serialu z chirurgami, czy innymi doktorami w roli głównej. I jednocześnie niesamowicie podziwiam ludzi, których nie tylko to wszystko nie rusza, ale są wręcz zafascynowani ludzkim ciałem i ratowaniem życia.

I z tego właśnie powodu, pomijając oczywiście najzwyklejszą ciekawość, sięgnęłam po moją pierwszą książkę w, tak ostatnio modnym, szpitalnym klimacie. Jakoś wydawało mi się, że opowieść o pielęgniarkach będzie łagodniejsza i bardziej przystępna, niż chociażby o lekarzach. Według mojego wyobrażenia w tej pracy miało być więcej spokojnej opieki, niż grzebania w bebechach. Oj jakże się myliłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo męczyłam jedną książkę. I ani trochę nie żałuję. Były takie rozdziały, które pochłaniałam jednym tchem i siedziałam do późna (w toalecie, żeby nie drażnić innych domowników światłem), byle tylko przeczytać jeszcze kilka stron i dokończyć wątek. A potem przychodziły takie, w połowie których zaryczana jak bóbr odkładałam książkę na trzy dni z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie wrócę, bo to nie na moje nerwy. I niby dlaczego mam to sobie robić. A potem poczucie beznadziei mijało i z zapartym tchem czytałam dalej.

Autorka prowadzi nas oprowadza nas po świecie opieki medycznej na różnych poziomach – zarówno przez kolejne etapy swojej edukacji i zainteresowania zawodem, jak i przez wszelakie specjalizacje – od pielęgniarki neonatologicznej, przez dziecięcą, ratunkową, aż do geriatrycznej. Od szpitala, do szpitala, od tez naukowych i inicjatyw zapoczątkowanych setki lat przed naszą erą, aż do najnowszych osiągnięć. Wraz z nią przyjrzymy się pracy instrumentariuszki biorącej udział w przeszczepie, przeżyjemy pierwszą asystę przy porodzie i pierwsze oporządzenie zwłok.

Poza olbrzymim doświadczeniem zawodowym, nie sposób nie docenić wyjątkowego talentu pani Watson do opowiadania historii. „Pielęgniarki” to bardzo osobista powieść, gdzie wspomnienia płynnie się przenikają, a filozoficzne, nieco nawet poetyckie rozważania na temat misji i wizji opieki nad drugim człowiekiem przeplatają się z naturalizmem opisu potwornych momentami schorzeń i przypadków.

To poruszająca opowieść o życiu, śmierci, miłości i empatii. O niesamowicie wymagającej pracy wraz z jej wszystkimi radościami i konsekwencjami. O osobach trwających przy człowieku w momentach, kiedy jest najbardziej bezbronny i samotny. O przewrotności losu, o niewyobrażalnych tragediach, które spotykają ludzi wokół każdego dnia. A pod tym względem jest to niesamowicie uświadamiająca lektura – nigdy nie wiadomo kiedy to właśnie ja stanę się osobą wymagającą pomocy i opieki. Obym trafiła wtedy na pielęgniarkę z powołania, choć w połowie tak oddaną drugiemu człowiekowi, jak Christine Watson.

Nie wiem, czy każda książka dotykająca tego tematu wywołałaby we mnie podobne emocje, czy po prostu ta jest tak dobrze napisana. Nieprędko się tego dowiem, bo jednak nie są to w moim odczuciu książki, które pochłania się jak czekoladki i w najbliższym czasie z pewnością nie sięgnę po nic podobnego. Taką opowieść trzeba dobrze przetrawić, bo m szansę zmienić postrzeganie świata.

Christine Watson, Pielęgniarki, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2019, 318s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.