Czas na czytanie: „Wigilia pełna duchów”

Po bardzo pozytywnym odbiorze zbioru świątecznych opowiadań kryminalnych „Cicha noc”, „Wigilia pełna duchów” okazała się nieco rozczarowująca. Do koncepcji świątecznego horroru podeszłam ze sporym entuzjazmem, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że najbardziej klimatyczny okazał się projekt okładki i blurb. Spokojnie więc można czytać przed snem bez obaw o koszmary.

Być może te kilka do kilkunastu stron to zbyt mało, by zbudować wciągające historie i sprawić, by czytelnik poczuł na plecach chłodny dreszcz, ale jednak w przypadku kryminałów nawet krótka forma opowiadania sprawdziła się bardzo dobrze. Tutaj natomiast duchy były zdecydowanie bardziej groteskowe, niż przerażające, a historie szyte grubymi nićmi, lub po prostu mało porywające. Ale mój największy zarzut dotyczy znikomego nawiązania do Świąt Bożego Narodzenia. W większości utworów budowanie „klimatu Świąt” ograniczyło się do zdawkowego wspomnienia, że historia ta wydarzyła się właśnie w okolicy Bożego Narodzenia. Niektóre z nich wykorzystywały raczej zabójczą siłę pory roku i nieubłagane okrucieństwo śniegu i mrozu zdecydowanie bardziej, niż świąteczne zwyczaje. A niektóre nie skorzystały ani z tego, ani z tego. Dlatego też taki pretekst zamknięcia opowiadań w zbiór uważam za trochę za bardzo naciągany i, co za tym idzie, budzący rozczarowanie, bo jednak oczekiwałam czegoś innego. Czegoś „bardziej”.

Nie można powiedzieć, że źle się czyta – wręcz przeciwnie, gdyby mi tego nie powiedziano, pewnie nawet bym się nie zorientowała, że te teksty pochodzą z XIX wieku. Większość jednak po prostu nie jest warta zapamiętania. Ot, prosta, chwilowa rozrywka po pracowitym dniu, kiedy już naprawdę nie ma sił na myślenie.

Tak naprawdę z 12 opowiadań wciągnęła mnie może połowa, a naprawdę podobały mi się trzy. Nie mogę więc zaprzeczyć, że czuję lekki niedosyt.

Wigilia pełna duchów, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne”

Z założenia nie przepadam za krótką formą, jaką są opowiadania – bardzo przywiązuję się do historii i bohaterów i zawsze mam złamane serce, kiedy w dobrej książce kończą się strony. A w opowiadaniach stron jest od kilku do maksymalnie kilkudziesięciu, więc najgorzej na świecie.

Kolejny raz okazało się jednak, że zbiór opowiadań jest rewelacyjnym wyborem na czas przedświątecznej bieganiny – kiedy między pieczeniem pierników i posypywaniem brokatem choinkowych dekoracji moje dziecię zajęło się sobą choć na krótką chwilę, mogłam usiąść pod udekorowanym drzewkiem i sięgnąć po książkę. Wiadomo, że te momenty sielskiego spokoju nie trwały dłużej niż pół kubka herbaty i dwadzieścia stron, ale zawsze udało mi się przeczytać choć jedno z opowiadań. A że w książce znajdziemy ich aż 15, na trochę mi starczyło. Dawno już nie czytałam tak długo jednej książki, jednocześnie czerpiąc z tego przyjemność.

Bo i takich autorów nie sposób nie docenić! Kiedy zbiór zaczął się świąteczną przygodą Sherlocka Holmesa, obawiałam się, że kolejne opowiadania mnie rozczarują – nie jest przecież łatwo dorównać kultowemu detektywowi. A jednak! „Cicha noc” to świetny sposób na mały rekonesans w świecie mistrzów klasycznego kryminału. Znajdą się tu próbki twórczości bardziej i mniej znanych autorów, ich „firmowi” bohaterowie i zupełnie poboczne historie osadzone poza słynnymi seriami. A że przed każdym opowiadaniem umieszczono krótką notę biograficzną, przybliżającą czytelnikowi postać pisarza i dającą wgląd w jego literacką karierę, jest to idealny punkt wyjęcia do dalszych poszukiwań, jeśli dane opowiadanie zaostrzy nam apetyt na dalsze zgłębianie twórczości autora. Kady znajdzie tu coś dla siebie – książka zaczyna się od łagodniejszych przestępstw – przede wszystkim zuchwałych kradzieży i zupełnie zaskakujących miejsc ukrycia łupu, stopniowo przechodząc do poważniejszych zbrodni – od zagadkowych śmierci aż po brutalne morderstwa. Będą spektakularne śledztwa i popisy błyskotliwej dedukcji, będą też przypadki nierozwiązane i sprytne ucieczki. Będą geniusze zbrodni, skrupulatnie planujący swoje przedsięwzięcia na wzór teatralnych spektakli, będą też średnio rozważni złodziejaszkowie popełniający przestępstwa pod wpływem chwili, lub przymusem okoliczności. Będzie strasznie i będzie zabawnie. A tym, co łączy całą ta mieszankę, jest zimowa, magiczna aura towarzysząca świętom Bożego Narodzenia – czas wybaczania i pojednania, czas wystawnych przyjęć i spotkań nie zawsze lubianej rodziny, czas, w którym świat schowany jest pod zaspami białego puchu, którego w tym roku za moim oknem trochę brakuje.

Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Czas na czytanie: „Pierwsze słowo” Marta Kisiel

Całkiem niedawno odkryłam przepis na szczęście. Okazuje się, że wystarczy odnaleźć fantastyczną pisarkę ze sporym dorobkiem i cieszyć się nadrabianiem czytelniczych zaległości. I w ten właśnie sposób radośnie, choć nie do końca po kolei, nadrabiam twórczość Pani Marty Kisiel.

Mam już za sobą serię „Dożywocie” i całkiem od niej odmienną książkę „Toń” i wydawało mi się, że poznałam już obie twarze autorki. Okazuje się jednak, że to dopiero czubek góry lodowej.

„Pierwsze słowo” to zbiór jedenastu opowiadań powstałych na przestrzeni lat. Poza tak dobrze mi już znanym humorem, sporym zaskoczeniem okazały się dla mnie historie mroczne, krwawe i ani trochę nie śmieszne. Szczególnie trzy z nich – dotyczące choroby i śmierci dzieci wstrząsnęły mną szczególnie. Może dlatego, że akurat jestem na takim etapie „początkującej matki”, że najmniejsze, nawet potencjalne cierpienie dziecka nie pozwala mi zasnąć w nocy. A może to właśnie specyfika krótkiej formy jaką jest opowiadanie – uciętej i niedopowiedzianej – wzmaga we mnie poczucie grozy i kolokwialnie mówiąc „robi robotę”. Albo to po prostu Marta Kisiel, która o czym by nie pisała, zawsze zrobi na czytelniku piorunujące wrażenie.

Niemniej jednak zawsze wiedziałam, że nieszczególnie umiem czytać opowiadania – kiedy zdążę wczuć się w klimat i dobrze związać z bohaterami, cała zabawa zazwyczaj się kończy. No, chyba, że to opowiadanie w styli „Dożywocia” właśnie – kiedy następuje po nim kilkutomowe rozwinięcie tematu.

Swoją drogą dwa opowiadania ze zbioru miałam przyjemność czytać całkiem niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku i myślałam, że po prostu przerzucę te kilkadziesiąt stron skupiając się na innych utworach. Byłam bardzo naiwna, jak mogłam sądzić, że przejdę obojętnie obok okołolichotkowych historii. Nie da się, musiałam je sobie odświeżyć (w końcu mogłam pozapominać już jakieś szczegóły!) i bawiłam się równie dobrze, co za pierwszym razem. Jednak ten lekki, pełen humoru styl pasuje mi bardziej, niż urywki z rodzicielskiego horroru ujętego zupełnie na serio, choć w realiach dalekich od rzeczywistości.

Chyba jednak muszę się przyzwyczaić do myśli, że Marta Kisiel zawsze mnie zaskoczy. A czeka na mnie jeszcze kilka wytworów jej szalonej wyobraźni, więc niejedno zaskoczenie przede mną. Już nie mogę się doczekać!

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Pensjonat pod Świerkiem. Opowiadania świąteczne”

Może trochę wstyd się przyznać, ale jeśli chodzi o twórczość polskich pisarzy, mam spore zaległości i poza kilkoma nazwiskami, które lubię i śledzę, nie bardzo jestem w stanie się na ten temat wypowiedzieć.

Dlatego, chociaż w gruncie rzeczy nie przepadam za krótkimi formami literackimi, ze sporym entuzjazmem sięgnęłam po antologię świątecznych opowiadań. To w sumie dwie pieczenie na jednym ogniu – z początkiem grudnia zacznę wprowadzać bożonarodzeniowe klimaty (co obiecałam sobie po zeszłorocznym buncie przeciwko ckliwym świątecznym powieściom) i zrobię mały rekonesans wśród polskich autorów. Bo to jednak było moje noworoczne postanowienie, a tu jak zwykle zaskoczył mnie grudzień…

DSC_1223

Tym też sposobem zafundowałam sobie próbkę twórczości ośmiu pisarzy płci obojga. Co prawda na nieco tendencyjny temat, ale moim zdaniem, jeśli ktoś potrafi oddać czar grudniowej nocy w zasypanym śniegiem pensjonacie na końcu świata, to warto się nim bliżej zainteresować. Jestem osobą wyjątkowo łasą na bożenarodzeniowy kicz, romantyzm i komerchę, więc wbrew pozorom wcale nie jest trudno mnie zadowolić. A mimo to mało komu się udało.

Motywem przewodnim jest średnio urokliwy, postkomunistyczny pensjonat w zapomnianej przez świat leśnej głuszy, prowadzony przez na wskroś dobre rodzeństwo – Ewę i Gabriela. To tam trafiają bohaterowie wszystkich opowiadań i dzięki temu niewielki, na wskroś typowy budyneczek staje się sceną dla niespodziewanych spotkań po latach, kilku tendencyjnych świątecznych cudów, powrotów nadziei, dobrych i złych decyzji i odrobiny tandetnej sensacji, gdzie tryskająca krew miesza się z dzikimi seksami i średnim poziomem literackim.

Bo niestety w większości przypadków jest kiepsko – i pod względem pomysłu i pod względem języka. Zdecydowanie wybijają się (zarówno pod względem fabuły, jak i stylu) dwa opowiadania Magdaleny Knedler, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo jej twórczość to jedno z moich największych odkryć mijającego roku. Czegoś takiego oczekiwałam – oryginalnego pomysłu osadzonego w trącącym nieco kiczem pachnącego piernikiem klimacie świąt Bożego Narodzenia. Może to kwestia gustu, ale jej historie w moim odczuciu stawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że reszta autorów po prostu przy niej blaknie. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że całą antologię przeczytam z podobną przyjemnością.

Drugim wartym wspomnienia nazwiskiem, jest Nina Richter, której opowiadanie bardzo mile mnie zaskoczyło i ma szansę stanąć na podium obok pani Knedler i wcale nie wyglądać przy tym jak szara myszka. I ono też jest tendencyjne – samotna starość, homofobia i wielkie świąteczne pojednanie po latach. A mimo to bardzo dobrze się czyta, a bohaterowie nie są wcale tak szablonowi, jak mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. I o twórczości tej autorki chętnie dowiem się więcej.

Poza tym nikt więcej niestety nie zdołał mnie zainteresować, a niektórzy wręcz zniechęcili.

Liczyłam na coś więcej, ale mimo to polecam jako lekką lekturę na przedświąteczny czas – świetnie sprawdzi się jako mała odskocznia w natłoku obowiązków albo czekadełko w kolejce po karpia. Szczególnie warto dla tych trzech wyjątkowych historii, które dodatkowo potrafią zaciekawić, czytają się z przyjemnością i zostawiają w serduchu to wyjątkowe świąteczne ciepełko.

Pensjonat pod Świerkiem, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 306 s.

Czas na czytanie: „Kolekcja nietypowych zdarzeń” Tom Hanks

Przyznaję uczciwie, że jeśli chodzi o filmy, to mam jakieś 25 lat zaległości, jestem więc pod tym względem niereformowalna ignorantką. I chociaż nazwisko i twarz Toma Hanksa jako tako kojarzę to potrafię wymienić całą jedną jego rolę. Która w dodatku mi się nie podobała. Zatem to nie sławne nazwisko było powodem, dla którego sięgnęłam po tą lekturę – tym, co zachęciło mnie do przeczytania kolejnej książki kolejnego celebryty były maszyny do pisania.

Oczywiście moja babcia też miała taką machinę. Żadnej renomowanej formy, z pogardzanymi w jednym z tekstów plastikowymi elementami i  niedziałającymi klawiszami, ale i tak dodała mojemu dzieciństwu sporo magii. A uczenie się literek na maszynie do pisania pozostawia jednak w człowieku głęboko zakorzeniony sentyment do takich hipsterskich vintage gadżetów.

„Kolekcja nietypowych zdarzeń” to siedemnaście niezwiązanych ze sobą opowiadań, dziejących się w różnych czasach i różnych miejscach, poruszające odmienną tematykę i grające na odmiennych emocjach. Jedynym, co je łączy jest właśnie motyw maszyny do pisania pojawiający się w każdym z nich – jako niewiele znaczący, zaledwie wspomniany element tła lub jako główny problem utworu.

Ta lektura uświadomiła mi dość brutalnie, że nie przepadam za opowiadaniami – po prostu za bardzo przywiązuję się do bohaterów. Każda z historii wydawała mi się jedynie zarysowaniem jakiegoś problemu, i choć niektóre z nich tworzyły spójną, zamkniętą całość, inne wręcz błagały o ciąg dalszy. Szczególnie, że tylko jedna grupka bohaterów (poza Felietonami Fikcyjnego Felietonisty) doczekała się aż trzech opowiadań ze swoim udziałem. Oczywiście akurat ta, która najmniej przypadła mi do gustu.

To takie trochę znęcanie się nad czytelnikiem – urywanie akcji w kulminacyjnym momencie i zostawianie go samego z burzą emocji. Niestety w związku z tym jest to ten typ książki, który bardzo łatwo porzucić w połowie, co i mi się zdarzyło – miniaturowy kac emocjonalny między opowiadaniami sprawił, że przerwałam czytanie na prawie miesiąc i jakoś nie mogłam wrócić do lektury.

Najtrudniej było mi przebrnąć przez sam początek – opowiadanie o niesamowicie irytującej bohaterce przytłoczyło mnogością kontekstów, których, jako osoba nieobeznana z kulturą i historią Ameryki nie byłam w stanie zrozumieć. I jak przez pierwszą stronę ambitnie próbowałam wszystko posprawdzać, tak bardzo szybko się poddałam i postanowiłam jednak pozostać ignorantką. Całe szczęście, że kolejne historie nie były aż tak najeżone niezrozumiałymi dla mnie nawiązaniami. Albo po prostu nauczyłam się je nieświadomie ignorować. Nieszczęśliwie męcząca bohaterka wraca jeszcze trzykrotnie i za każdym razem irytuje tak samo.

Pod względem tematyki to kompletny miszmasz – w jednej książce znajdziemy traumę wojny w Wietnamie, tęsknotę za kosmosem, problemy początkujących aktorów, dramat rozwodu, surfing na marsie, futurystyczne wizje podróży w czasie, miłość do kręgli, poczucie wyobcowania, zdrady, samotność, bezduszność, ignorancję… może jednak dobrze, że podzielono to wszystko na osobne opowiadania!

Moim zdaniem jak na debiut pisarski, jest to bardzo dobra książka – poprawna literacko, bardzo klimatyczna, wzbudzająca emocje, pełna ciekawych pomysłów. Ale jednocześnie kompletnie nie w moim guście – najchętniej przeczytałabym siedemnaście książek rozwijających rozpoczęte wątki. A tak, to wyszło trochę łapanie dziesięciu srok za ogon i lizanie cukierka przez papierek. Pysznego, cudownie pachnącego, ale jednak niedostępnego (cukierka, nie sroki). I jeszcze w dodatku szybko zabranego przez mamę – fanatyczkę zdrowego odżywiania.

P.S. Okładka jest piękna, cudownie minimalistyczna, elegancka, soczyście czerwona i zostawię sobie tą książkę na wieczną pamiątkę tylko po to, by popatrzeć sobie na nią co jakiś czas. Mistrzostwo świata!

Tom Hanks, Kolekcja nietypowych zdarzeń, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 400 s.

Recenzja powstała dzięki uprejmości Wydawnictwa Wielka Litera.