Bajki Majki: „Feluś i Gucio poznają emocje”, Katarzyna Kozłowska, Marianna Shoett

Dwa tygodnie temu pokazywałam Wam książkę o z opowiadaniami o emocjach dla starszaków, tym razem znani nam już i super sympatyczni Feluś i jego miś Gucio wprowadzą w świat emocji najmłodszych moli książkowych. W końcu maluchy to nie tylko wulkany energii, ale również uczuć, a jeszcze niekoniecznie potrafią okiełznać ten skomplikowany emocjonalny bałagan. Najłatwiej będzie im to zrobić poznając swoje reakcje na określone wydarzenia i ucząc się nazwać to, co się z nimi dzieje.

To już trzecia część przygód tych bohaterów – wcześniej pomagali maluchom oswoić się z przedszkolem i przypominali o zasadach dobrego wychowania. Tym razem również kierują swoje nauki do przedszkolaków.

Każda rozkładówka poświęcona została jednej z emocji. Większą część strony zajmuje ilustracja obrazująca sytuację, w której dziecko może odczuwać daną emocję (najczęściej w środowisku przedszkolnym), krótki opis tego uczucia oraz zadanie dla pluszowego Gucia, który porównuje emocje do zjawisk organoleptycznych – dowiemy się więc jak smakuje radość, jak brzmi spokój, jaką pogodą jest smutek, czy co mówi zdziwienie. W ten sposób przedstawiono radość, wstyd, przyjaźń, zniecierpliwienie, spokój, nudę, ciekawość, odwagę, smutek, szczęście, strach, dumę, złość, wdzięczność, zazdrość, współczucie, tęsknotę i zdziwienie, czyli całkiem konkretne tornado uczuć malucha – warto poznać je wszystkie! Wiemy w końcu, jak szybko uczucia dzieci przechodzą ze skrajności w skrajność.

Prym zdecydowanie wiodą tu delikatne ilustracje Marianny Schoett w stonowanych kolorach, tekst jest krótki, ale treściwy – nic dodać, nic ująć. A zakończenie wszystkiego zadaniem opisowym do wykonania razem z Guciem pomaga wyobrazić sobie, nazwać i zapamiętać dane odczucie.

Całość poprzedzona jest wstępem i wskazówkami dla rodziców, a zakończona kilkoma radami dla dziecka, które nie wie do końca co zrobić, gdy nie radzi sobie z przepełniającymi je emocjami.

Polecam ten tytuł przede wszystkim dla trzylatków, bo moja Majka (obecnie lat 4,5) szybko się nią znudziła – woli już pozycje z większą ilością tekstu. Chociaż oczywiście prostych i obrazowych definicji nigdy zbyt wiele, mam nadzieję, że co nieco z niej zapamiętała :)

„Pamiętajmy, że nie ma złych emocji, są tylko trudne. Wszystkie są równie ważne i naturalne. Nie trzeba się ich wstydzić, ani im zaprzeczać, bo zawsze czemuś służą”.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Shoett, Feluś i Gucio poznają emocje, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy”

O emocjach można mówić i mówić, a i tak nigdy chyba nie powie się wszystkiego. To trzeba poczuć. Problem w tym, że kiedy już je czujemy, okazuje się, że wcale nie tak łatwo sobie z nimi poradzić! Szczególnie, kiedy jest się dzieckiem. A i ja czasem czuję się wobec nich zupełnie bezbronna, choć według metryczki dzieckiem przestałam być już dawno temu.

Książka „12 ważnych emocji” to zbiór opowiadań, w których autorzy przybliżają młodym czytelnikom poczucie dumy, radość, wstyd, tęsknotę, strach, złość, zazdrość, bezradność, smutek, zadowolenie, zaskoczenie i współczucie.

To propozycja dla nieco starszego czytelnika – wytrwałego słuchacza, albo już nieco bardziej zaawansowanego samodzielnego czytacza. Opowiadania są całkiem rozbudowane, zajmują mniej więcej po 8-10 stron, dzięki czemu autorzy mieli szansę dokładniej zarysować daną sytuację, niemalże wyjętą z życia codziennego małolata, i stworzyć bohaterów, z którymi łatwo się identyfikować. A potem już na ich doświadczeniach odbiorca ma szansę nauczyć się, że strach ma wielkie (czasami sumie) oczy, że nie warto ciągle strzelać fochów i mieć much w nosie, a czasami satysfakcja z pomocy innym przysporzy nam więcej dumy, niż zwycięstwo, na które ciężko pracowaliśmy.

Chociaż czcionka nie jest zbyt duża, a same opowiada są raczej długie, nie szczędzono w nich również ilustracji. I chociaż styl Eluty Kidackiej nie jest moim ulubionym, ilustracje które obecne są na każdej stronie spełniają bardzo ważną rolę. Rozweselają i wspomagają wyobraźnię również w rozpoznawaniu emocji – w końcu mimika jest w tym przypadku bardzo ważna.

12 autorów połączyło siły, by udowodnić dzieciom, że nie ma czegoś takiego, jak złe emocje, trzeba tylko nauczyć się je rozpoznawać, czerpać z nich siłę i naukę oraz radzić sobie z ich konsekwencjami. Na tą lekcję nigdy nie jest za wcześnie. Ani za późno.

12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy, Poznań: Centrum Edukacji Dziecięcej, 2020, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Centrum Edukacji Dziecięcej.

Bajki Majki: „Jestem przy tobie” Smriti Halls, Steve Small

Znacie to uczucie, kiedy macie najlepszego przyjaciela na świecie, uwielbiacie go ponad wszystko i wszystko robicie razem, ale nie zawsze wychodzi tak, jak to sobie zaplanowaliście i momentami chętnie byście od niego odpoczęli? Albo kiedy to Wy jesteście czyimś najlepszym przyjacielem i nie widzicie świata poza swoim towarzyszem, ale w pewnym momencie wyraźnie zaczynacie go denerwować, chociaż nie rozumiecie dlaczego?

Miś i wiewiórka również dobrze to znają.

W końcu nawet największa przyjaźń potrzebuje od czasu do czasu chwili oddechu, a potrzeba samotności nie zawsze oznacza coś złego. Wie to z pewnością każda mama małej przylepy, a i przedszkolaki szybko uczą się poznawać te uczucia.

Uroczy picturebook z niewielką ilością rymowanego tekstu przybliża i oswaja sytuację, w której czyjaś bliskość, tak na co dzień pożądana, zaczyna nas przytłaczać. Uczy też, że nawet kiedy przez chwilę jesteśmy osobno, nie oznacza to końca przyjaźni, bo prawdziwi przyjaciele są zawsze przy nas – nawet, jeśli nie oznacza to fizycznej obecności non stop. A chwile tylko dla siebie pomagają docenić wyjątkowość momentów, które spędzamy wspólnie.

Prawdziwej przyjaźni niestraszne małe codzienne nieporozumienia, bo i nie ma takiej rzeczy, z którą nie można sobie poradzić wspólnymi siłami!

Duży format, bardzo sympatyczne ilustracje, wpadający w ucho, wierszowany tekst i piękne przesłanie w małej ilości słów. Jedna z bardziej poetyckich i przy tym zrozumiałych pozycji o emocjach dla maluchów.

Smriti Halls, Steve Small, Jestem przy tobie, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 40 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.

Bajki Majki: „Artek i bardzo długi tydzień” Magdalena Zarębska

Fakt, że mama jest Naczelnym Ogarniaczem Życia Codziennego jest niepodważalny. Co więc będzie z Artkiem, Sebą i tatą, kiedy Podpora Domowego Porządku będzie musiała pójść do szpitala? I to aż na cały tydzień?

Młodszy braciszek nie za wiele jeszcze rozumie, tata udaje, że sobie radzi, ale wszystkie złudzenia pryskają, kiedy przychodzi do nastawienia prania, a Artek… Artek przede wszystkim strasznie tęskni. I nie do końca potrafi sobie poradzić ze zmianą bezpiecznej rutyny. Bo chociaż pani Halinka jest kochaną opiekunką, a tata bardzo się stara, to jednak robią wszystko całkiem inaczej, niż mama. Zupełnie na opak.

Jak zakończy się męski tydzień w domu Artka? Czy chłopiec już zawsze będzie się spóźniał do przedszkola? Czym skończą się odwiedziny u dawno nie widzianych dziadków? Czy tata będzie musiał zmierzyć się również z prasowaniem? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź w nie tak długiej książce o bardzo długim tygodniu.

Ślicznie wydana książeczka z dużą czcionką i licznymi ilustracjami Kasi Nowowiejskiej podzielona została na trzynaście niedługich rozdziałów, dzięki czemu można dawkować lekturę w kilku, a nawet kilkunastu częściach i dopasować długość czytanego tekstu do możliwości i chęci malucha.

Historię kończy krótkie podsumowanie przypominające małym słuchaczom czego Artek nauczył się podczas swojej przygody – między innymi, że różnice pomiędzy zachowaniem rodziców są czymś pozytywnym, warto spędzać czas również z innymi członkami rodziny, i o tym, jak ważne są badania lekarskie.

Niełatwa sytuacja z życia przedszkolaka przedstawiona sympatycznie, na wesoło i z dużą dozą zrozumienia dla nie do końca zrozumiałych emocji rozpierających dziecięce serduszko. A i rodzic niejednokrotnie się uśmiechnie, gdy zachowanie Artura przypomni mu pomysły jego własnego szkraba. Mądrze, lekko i z humorem, na pewno sięgniemy po pozostałe tytuły z serii „Mój Mały Świat”.

Polecamy wszystkim małym mamoprzylepom!

Magdalena Zarębska, Artek i bardzo długi tydzień, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 104 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Yembi nie lubi się myć”, „Książę Aram nie chce być samodzielny”, „Hania wciąż się złości” Agata Giełczyńska-Jonik

Jeśli szukacie pomysłu na drobne upominki na Mikołajki, na przykład jako prezenty rozdawane w przedszkolu, ale niekoniecznie mają to być książeczki w świątecznym klimacie po raz kolejny z przyjemnością polecam książeczki z cyklu „Edukacyjne baśnie dla przedszkolaków”. Jest w nich całkiem sporo tekstu, sympatyczne ilustracje, a podejmowane tematy często znane są przez dzieci z autopsji. No i cena jest bardzo atrakcyjna, w niektórych księgarniach internetowych można je upolować już od 5 zł!

Całkiem niedawno pojawiły się trzy nowe tytuły, wychowywanie przez czytanie trwa! I trwa też magia, bo to bajki pełne latających dywanów, żyjących pagórków i tajemniczych stworków.

DSC_0390b

Problem z awersją do kąpieli znamy bardzo dobrze – Yembi nie lubi się myć! Taplanie w błocie, trawiaste charakteryzacje podczas zabawy i skoki do kałuży to specjalności tego małego urwisa. Ale kiedy przychodzi czas skończyć zabawę i zmyć z siebie brud przed kolacją, nasz bohater zawsze daje nogę i szuka najciemniejszej kryjówki, byle tylko uniknąć kontaktu z mydłem. Chociaż mama tłumaczy mu, że mycie pomaga zapobiegać chorobom, a nawet straszy go, że zarastanie brudem sprawi, iż zaczną na nim kiełkować krzaczki samosiejki, żadne argumenty nie są w stanie złamać jego uporu. Aż do mementu, gdy Yembi pozna kogoś, kto również nie słuchał dobrych rad związanych z myciem…

Agata Giełczyńska-Jonik, Yembi nie lubi się myć, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.

W pustynnym i niegościnnym królestwie księcia Arama każdy wie, jak poradzić sobie w trudnych sytuacjach, nikt nie boi się wziąć sprawy w swoje ręce i nie uchyla się od pracy. Pewnie dlatego wszyscy żyją w dostatku. Jest jednak ktoś, kto od dziecka wyręczany w każdej czynności, sam nie potrafi nic zrobić. I nawet jeśli coś bardzo mu nie pasuje, nie jest w stanie wyrazić własnego zdania. Ubierany, karmiony, myty, czesany, noszony w lektyce, wyręczany w nauce –  czy to wciąż chłopiec, czy już kukiełka? A może taniej i mądrzej byłoby posadzić na tronie prawdziwą lalkę, skoro różnica jest niemalże niezauważalna. Nie jestem pewna, czy Książę Aram nie chce być samodzielny, on po prostu tego nie potrafi. Nigdy nie dano mu takiej szansy! To bardzo pouczająca bajka, nie tylko dla dzieci, ale przede wszystkim dla rodziców. I dziadków!

„- Jeśli sam tego nie spróbuję zrobić, to nigdy się nie nauczę.”

Agata Giełczyńska-Jonik, Książę Aram nie chce być samodzielny, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.

Ostatni z tytułów – Hania wciąż się złości jest trochę straszny. Tak samo, jak straszny jest gniew naszej bohaterki, gdy tylko coś idzie nie po jej myśli. Na wszystkie niepowodzenia reaguje krzykiem, złorzeczeniami a nawet wyładowywaniem agresji na niewinnych przecież przedmiotach – niszczy nieudane rysunki, rzuca układankami i obraża się na rower gdy tylko ktoś jeździ szybciej, niż ona.

Trudno wyobrazić sobie jej zdumienie, gdy pewnego dnia dostrzega niewielkiego, ale ewidentnie wrogo nastawionego stworka, który zdaje się rosnąć i czerpać siłę z jej wybuchów gniewu i wzbierających w niej emocji. A im większy się staje, tym bardziej podobny do Hani.  Tymczasem sama Hania coraz bardziej się kurczy. Czy dziewczynka nauczy się poskramiać negatywne emocje zanim zniknie zupełnie? Albo nim jej złość po prostu ją pożre?

Agata Giełczyńska-Jonik, Hania wciąż się złości, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.

Która z książek najbardziej się Wam przyda? TUTAJ znajdziecie jeszcze poprzednie tytuły – o dbaniu o zabawki i nadmiernym upodobaniu słodyczy.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: „Dusia i Psinek-Świnek. Pierwszy dzień w przedszkolu” Justyna Bednarek, Marta Kurczewska

Chociaż Majka do przedszkola dzielnie uczęszcza już od ponad roku, książeczki przedstawiające przedszkolną rzeczywistość wciąż cieszą się u nas sporym powodzeniem. Niedawno trafiliśmy na kolejną pozycję, która bardzo łatwo podbiła nasze serca.

W porównaniu do książeczek ułatwiających adaptację, które czytaliśmy wprowadzając Bobasę w tematykę uczęszczania do przedszkola, „Dusia i Psinek-Świnek” to już naprawdę długa i zaawansowana lektura.

Choć przecudnie zadziorne ilustracje (a może przedstawiają po prostu psotnych bohaterów?) odgrywają tu bardzo dużą rolę pięknie dopełniając historię, mamy tu jednak zdecydowanie więcej tekstu, niż w standardowej książeczce dla maluszka. Nie da się ukryć, że przeczytanie jej na dobranoc za jednym zamachem to całkiem spore wyzwanie – i dla rodzica i dla małego słuchacza. Ale trudno przecież o piękniejsze chwile, niż te spędzone na czytaniu dziecku. Szczególnie tak sympatycznej opowieści.

Magdalena Felicja, zwana w skrócie Dusią, ma pewne obawy i niepokoje związane z pierwszą wizytą w przedszkolu. By dodać córeczce otuchy, mama postanawia uszyć jej przytulankę, by na tą nową przygodę mogła wyruszyć z przyjacielem. Jednak na skutek nieokiełznanego ziewnięcia, zamiast wymarzonego psiaka w kratkę, dziewczynka dostaje… prosiaka. I to w spodenkach w kwiatki! Szybko okazuje się on jednak wymarzonym kompanem zabaw. Szczególnie, gdy na swej drodze napotyka ukochaną zabawkę dusinego kolego z grupy – lśniący, czerwony czajnik kryjący w sobie prawdziwą krainę czarów!

Nie mniej zdumiewające jest samo przedszkole, gdzie mama Dusi spotyka kolegę z dzieciństwa, dziewczynka z pięknym warkoczem boi się masła, cicha dziewczynka gryzie, a chłopaki łobuziaki nie potrafią wysiedzieć w miejscu nawet pięciu minut niezbędnych do przełknięcia śniadania. To miejsce, gdzie nie tylko można poznać różnorodność dziecięcych charakterów oraz cały wahlarz emocji i reakcji na stresujące sytuacje, ale również moc przyjaźni i magię działania w grupie. I oczywiście świetnej zabawy! W końcu razem można przemienić się w dzielnego smoka, który uratuje księżniczkę przed groźnym rycerzem! A czas do powrotu rodziców minie w oka mgnieniu i przedszkole okaże się nie być wcale ani trochę straszne.

Pluszowy przyjaciel Dusi podtrzymuje ją na duchu w trudnych chwilach, ale momentami historia toczy się dwutorowo – kiedy nasza bohaterka, oswoiwszy się trochę z rówieśnikami idzie bawić się na dwór, Psinek-Świnek zostaje odłożony do czajnika Tomka, gdzie przeżywa swoje własne, zupełnie nieprawdopodobne przygody.

Rozbrajająca, zabawna i bardzo prawdziwa. Dusia zdobyła moje uznanie czajnikiem, a Majki fioletowym smokiem o brzuchu pełnym przedszkolaków. Znany i potrzeby temat, nieszablonowe podejście, kropla baśniowej niesamowitości, spora dawka humoru i pozytywny skutek, bo po takie przygody każdy chętnie wybrałby się do przedszkola.

Z przyjemnością sięgniemy po kolejne przygody dziewczynki dwojga imion i jej przytulankowego przyjaciela z myślnikiem!

Justyna Bednarek, Marta Kurczewska, Dusia i Psinek-Świnek. Pierwszy dzień w przedszkolu, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Mała Lama zbuntowana” Anna Dewdney

Tą książeczkę dostałyśmy w prezencie na dzień dziecka i nie ma co ukrywać – to był strzał w dziesiątkę dla mojej małej kumulacji buntu dwulatka. A teraz w dodatku przedszkolnego buntu dwulatka. A mimo to mam względem tej książki mieszane uczucia.

O tym, że lamy są super chyba nie trzeba nikomu mówić, szczególnie, że ostatnio (wraz z jednorożcami i leniwcami) przeżywają swój renesans i widujemy je na każdym kroku na każdym chyba możliwym gadżecie (na przykład na majkowym worku na przedszkolne buciki). Nie trzeba iść do ZOO i dać się opluć, by obcować z lamą.

Sama tematyka też zawsze będzie na topie – histerie dwulatków w centrum handlowym to widok, który obrósł już legendą. Mi na szczęście nigdy taka akcja się jeszcze nie zdarzyła w sklepie wielkopowierzchniowym (i z wielką publicznością), ale Bobasa dawała już popisy z rzucaniem się na podłogę w osiedlowym warzywniaku i na podjeździe, więc powoli zaczynam czuć ten klimat. Tym bardziej świetnie, że powstają książeczki na ten temat – będące pretekstem do rozmowy o problemie, kiedy już stres i nerwy opadną, w bezpiecznym i komfortowym otoczeniu wieczornych czytanek.

Mała Lama wybiera się z mamą na zakupy do prawdziwej świątyni handlu, czyli do olbrzymiego sklepu z mydłem i powidłem, gdzie musi grzecznie ścierpieć tłok, ścisk, hałas, przymierzanie gryzących sweterków i mozolne napełnianie wózka artykułami pierwszej potrzeby. A kiedy nuda i frustracja wypełnia Lamę po czubki uszu, mamy piękny przykład rozładowania nadmiaru dziecięcych emocji w sklepowym koszyku – z wyrzucaniem rzeczy, rozrywaniem zakupów, wrzaskiem i wiciem się.

Bardzo podoba mi się reakcja Mamy Lamy – nie jest nierealnie spokojna i pozbawiona emocji – mama ucisza synka, ale przede wszystkim udziela mu wielkiego wsparcia – przytula, tłumaczy i pomaga posprzątać bałagan. Samo przesłanie jest cudowne – kiedy jesteśmy razem, nie straszne nam nawet dłużące się zakupy.

I wszystko wydaje się być fajne – ważny temat, sympatyczni bohaterowie, ciepło i wsparcie psychiczne wobec nieokiełznanych emocji i happy end. Ale z drugiej strony ta książka jest strasznie dziwnie napisana. Rymy się nie rymują, zdania są podzielone w bardzo nienaturalnych miejscach, a niektóre z nich praktycznie nie mają sensu. Nie bardzo wiem, czy taki już jest styl autorki, czy to artystyczna wola tłumacza, ale książkę czyta się wyjątkowo nieprzyjemnie – tekst nie jest płynny, zdaje się być wydukany i kulawy, wobec czego ciężko go zapamiętać dorosłemu, a co dopiero maluszkowi. Może to sposób na pokazanie dziecięcego spojrzenia na świat i sposobu myślenia – zagmatwanego i nastawionego na odczucia i emocje, a nie na jasność komunikatu, ale nieszczególnie to do mnie przemawia.

Niemniej jednak Majka książkę kochała przez dobry miesiąc i czytałyśmy ją codziennie. A mimo to wciąż nie potrafię złapać rytmu ;)

Cieszę się, że ta trafiła na naszą półkę, ale raczej nie sięgniemy po dwie pozostałe części cyku.

Anna Dewdney, Mała Lama zbuntowana, Kraków, Wydawnictwo WAM, 2018, 34 s.

Książka na weekend: „Puch niemarny” Bożena Pajdosz

Co prawda zakończenie roku szkolnego jeszcze nie ma specjalnego wpływu na moją rodzinę, ale nie da się ukryć, że nareszcie zaczęły się wakacje. Jest to zatem idealny moment na nowy, wakacyjny cykl, czyli „Książka na weekend”.

W soboty będą pojawiać się recenzje książek, które uważam za idealne do zabrania ze sobą na wyjazd – takie, które ze względu na niewielką objętość nie będą ciążyły w torebce, lekkie i przyjemne, nadające się do czytania w różnym stadium zmęczenia podróżą – w sam raz do samolotu, czy pociągu, nie wymagające od czytelnika stałego dostępu do słownika (ani połączenia z internetem), ani nie wymagające dużego skupienia uwagi – dające się czytać podczas zerkania jednym okiem na taplającego się w baseniku bobasa albo szalejącego na rowerze starszaka. Te odrobinę mniej ambitne (poudawajmy przez chwilę, że wcale nie sięgam głównie po takie pozycje), co wcale nie znaczy, że mniej wciągające, za to genialnie pomagające w relaksie!

Dzisiejszy wybór nie jest wcale taki oczywisty, bo „Puch niemarny” niedokładnie okazał się tym, czego oczekiwałam. Jednak ze względu na niewielką grubość jest to idealna książka „do torebki” czy innego bagażu podręcznego, która całkiem dobrze wchodzi – podobnie jak wino będące pasją głównej bohaterki. Świetnie sprawdzi się jako towarzysz dłuższego lotu albo umili oczekiwanie na przesiadkę.

Drugim argumentem jest subtelna gloryfikacja wsi i pochwała małomiasteczkowego życia, które idealnie wpiszą się w wakacyjne plany wszystkich poszukujących ciszy i odpoczynku na łonie przyrody.

No i wino – trudno o coś bardziej wakacyjnego niż wino.

~~~

Czterdziestoletnia Małgosia ma spokojne, poukładane życie – stabilną pracę, całkiem dochodową pasję i samotność z wyboru. Jest wolna, niezależna, wykształcona i szczęśliwa. Potrafi czerpać radość z małych rzeczy, zachwycać się szczegółami codzienności i kochać swoją lokalną społeczność – jest osobą, która odnalazła swoje miejsce na ziemi.

DSC_0383

Pewnego dnia ulega wypadkowi w laboratorium, w którym pracuje, i tymczasowo traci sprawność obu dłoni. Dzięki temu trafia na doktora Olewczyka i okazuje się, że znalazła miłość swojego życia. Zakochała się i… coś ją opętało.

Z pewnej siebie kobiety zmienia się w nadwrażliwą histeryczkę ogarniętą obsesją na punkcie ukochanego. A książka zmienia się w studium marudności, depresji i dążenia do samozagłady.

To powieść o uczeniu się życia z drugim człowiekiem, o ustalaniu swoich priorytetów, radzeniu sobie ze zmianami i walce z przeciwnościami, które stawia nam na drodze własna psychika. O szukaniu kompromisu między ukochaną pracą, a czasem dla ukochanej osoby. O miłości i zaborczości, o wsparciu i jego braku.

Okazuje się, że dojrzałość nie zależy wcale od wieku, wykształcenia, czy inteligencji i czasami dojrzewa się dopiero po czterdziestce.

Są w tej książce elementy, które mnie ujęły – zachwyt przyrodą, wsią, czy lokalny patriotyzm. Uwielbiam też, kiedy lektura czegoś mnie uczy – dowiedziałam się czym jest dygestorium, szlachetna pleśń i łozy. Miałam jednak nadzieję, że dowiem się więcej o procesie powstawania wina i samym winie, pod tym względem czuję duży niedosyt. Brakowało mi też wrażeń organoleptycznych związanych z tym trunkiem – zapachów, smaków, kolorów, wrażeń na języku. A tak naprawdę wszystko ograniczyło się do jednego wykładu, poza tym bohaterka głównie się winem upija.

W książce pojawia się wiele emocji, które znam z doświadczenia, choć nie w tak zaawansowanym stopniu „popaprania”. Nie powiem, że nie robię mężowi scen, kiedy wybiera się w delegację na koniec świata, nie raz przecież żegnałam go ze łzami w oczach kiedy po prostu wychodził do pracy (szczególnie odkąd oznaczało to zostanie samej z krwiożerczą Bobasą) i często chciałbym, żeby po pracy od razu wracał do domu. Ale maniakalne nagromadzenie tych samych emocji połączonych z ciągłym marudzeniem i nie radzeniem sobie z konsekwencjami własnych decyzji uczyniło z zaborczej Gosi niesamowicie męczącą, niedojrzałą emocjonalnie bohaterkę szukającą zawsze najmniejszej linii oporu i ceniącą przede wszystkim własną wygodę.

W połączeniu ze stylem wymagającym jeszcze dużej praktyki, momentami czyni tą powieść trudną do przebrnięcia. Irytowały mnie nadużywane przez bohaterkę zdrobnienia (moim zdaniem dorosła kobieta powinna mówić o „pełnych brzuszkach” i „połamanych łapciach” wyłącznie w odniesieniu do dziecka, albo małego futerkowego zwierzątka), powtarzający się brak czasowników w zdaniach stosowany naprzemiennie z bezokolicznikami albo umieszczanie czasownika na końcu zdania.  Wiem, że to debiut i kibicuję dalszemu rozwijaniu warsztatu, ale w moim odczuciu nad ta powieścią można by jeszcze popracować, bo nie czyta się jej płynnie. Mam wrażenie, że to jeszcze nie był na nią czas.

Szczególnie, że wszelkim zjawiskom nadprzyrodzonym w powieściach obyczajowych mówię zdecydowane nie – nie ważne, czy są to anioły, kosmici, czy inne halucynacje. Nawet, kiedy są jedynymi istotami mówiącymi bohaterce kilka słów prawdy. Nie przekonało mnie również połączenie poezji z prozą i nadmiar pisanych kursywą przemyśleń bohaterów.

Książka jest życiowa, wzbudza emocje i serwuje sporo zaskoczeń. Mimo to z różnych powodów mniej więcej od połowy nie czytało mi się jej dobrze i raczej nie sięgnę po kolejne części cyklu. Ale przecież nie wszystko jest dla wszystkich.

Muszę podsunąć „Puch niemarny” mojemu mężowi – niech się przekona, że nie jestem wcale najgorszym przypadkiem!

Bożena Pajdosz, Puch niemarny. O tym, jak trudno być kobietą i jak jeszcze trudniej być z kobietą, Brzezia Łąka: Wydawnictwo Poligraf, 2018, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Bajki Majki: „Feralne urodziny ze Skarpetką” Benjamin Chaud

Zacznę od tego, że już sam tytuł nauczył mnie czegoś nowego – nie miałam pojęcia, że jest takie słowo, jak „feralne”, zawsze używałam „felerne”. Wiecie, jak w „A to feler – westchnął seler.” A tu się okazuje, że oba słowa jak najbardziej istnieją i oba znaczą mniej więcej to samo – pechowy.

W ilustracjach Benjamina Chauda zakochałyśmy się razem z córką już przy okazji dźwiękonaśladowczej serii o Lalo, Babo i Bincie, która bardzo długo zajmowała honorowe miejsce na podium najulubieńszych lektur Bobasy. Jednak po zgłębieniu jednej z przygód słonia Pomelo (miałyśmy „Pomelo i kolory”) mój entuzjazm znacznie osłabł – w stosunkowo grubej książeczce ilustracje zajmowały zaskakująco mało miejsca, były powtarzalne i nieco dziwaczne. I choć sam tekst momentami bywał zabawny, to miałam wrażenie, że moja dwulatka nie bardzo rozumie o czym czytamy. Pomyślałam wtedy, że Chaud jest dobrym ilustratorem, ale ktoś inny powinien mu najpierw napisać dobrą historię.

Po lekturze „Feralnych urodzin ze Skarpetką” wiem już, że byłam w wielkim błędzie.

Wyjątkowy format książki (jest nieco większa niż A4) pozwolił autorowi rozwinąć skrzydła swojego talentu. Bo Chaud opowiada przede wszystkim obrazem. Większość ilustracji w tej książce, to cudownie szczegółowe plansze wypełniające całe strony – tekst jest jedynie dopełnieniem historii i niewielkim objaśnieniem sytuacji, w jakiej znajduje się główny bohater oraz emocji, które odczuwa.

 

Nasz bohater wybiera się bowiem (wraz królikiem – niezawodnym kompanem każdej przygody) na urodziny swojej ukochanej Julii, która jeszcze ani trochę nie zdaje sobie sprawy z jego uczuć. Tego wieczoru jednak ma się to zmienić. Wyszykował się wyjątkowo starannie – przygotował własnoręcznie zrobiony prezent i obmyślił bardzo dowcipne przebranie. Wszystko jednak idzie nie tak – nikt nie powiedział mu, że nie jest jedynym zaproszonym gościem, nikt inny się nie przebrał, kunsztowny kwiatek z taśmy klejącej wczepił się Julii we włosy uniemożliwiając wręczenie romantycznego upominku, a już po kilku chwilach solenizantka tańczy z innym chłopakiem. Prawdziwa katastrofa z królikiem w tle.

„Feralne urodziny ze Skarpetką” to przesympatyczna, wyjątkowo zabawna historia o tym, że nie zawsze wszystko przebiega dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. I nie, wybuchy histerii nic na to nie pomogą – a wręcz przeciwnie – wszyscy będą tylko obserwować w zdziwieniu jak miotasz się po podłodze w spazmach nieopanowanej wściekłości i nikt nie będzie próbował cię pocieszyć. Przede wszystkim dlatego, ze nie wie o co ci chodzi. (Dla dwulatka to bardzo wartościowa lekcja i jestem autorowi nieopisanie wdzięczna za poruszenie tego tematu.). Ale mimo to nie należy się zniechęcać, bo przecież drobne niepowodzenia, a nawet zwykły, złośliwy pech nie są w stanie stanąć na drodze dobrej zabawie i prawdziwej przyjaźni, a każdą wpadkę można przekuć w coś dobrego.

Genialne, wielkoformatowe ilustracje to zdecydowanie wielka siła tej pozycji. Podobnie jak potężna dawka dobrego humoru i pozytywnej energii. Zapewniam, że rozbawi i dziecko i rodzica, bo ze Skarpetką po prostu nie można się nudzić. Chociaż on sam jest tylko królikiem baranem i tak naprawdę nie za wiele robi. Ale i tak jest super!

Benjamin Chaud, Feralne urodziny ze skarpetką, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2017, 36 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.