Grajki Majki: „Pizzeria” Jeffrey D’Allers, Maciej Szymanowicz

Jeśli chodzi o gry, w których strategia opiera się na liczeniu, to zawsze wygrywam pierwszą rozgrywkę (kiedy nikt jeszcze, do końca nie rozumie zasad i liczy się szczęście) by każdą kolejną przegrać z kretesem (kiedy już wszyscy zrozumieli zasady, a szczęście się wyczerpało). Strzelam wtedy straszne fochy, więc z zasady staram się takich gier unikać, żeby nie generować spięć w rodzinie.

Ale to jest pizza, a dla pizzy byłam gotowa na każde poświęcenie. I niczego nie żałuję!

W pudełku aż 69 kawałków pizzy, nóż i oferty specjalne do rozszerzonej wersji dla nieco bardziej zaawansowanych pizzożerców.

Z potasowanych kawałków kolejno układamy pizze, które następnie dzielimy na części i każdy z graczy po kolei wybiera jedną część. Następnie decyduje co zrobić z kawałkami pizzy ze swojej części – może je zjeść albo zostawić na później. I tu właśnie pojawia się strategia, bo każdy rodzaj pizzy jest inaczej punktowany, a punkty można zbierać na dwa sposoby.

Na każdym kawałku pizzy znajduje się numer, będący liczbą punktów – od 2 do 11. Te punkty można zdobyć zostawiając kawałki na później. Otrzymuje je jednak tylko ten, kto zgromadzi najwięcej kawałków danego rodzaju. Można też zjeść swoje kawałki – wtedy dostaje się punkt za każdy listek bazylii, który się na nich znajduje.

Dzięki tym prostym zasadom można spokojnie podsunąć grę już młodszym dzieciom – oczywiście musieliśmy naszej 4,5 latce dać nieco fory, ale bez problemu rozumiała, co i jak należy zrobić, a gra przy okazji okazała się doskonałym treningiem liczenia. Dla stale głodnych wrażeń przygotowano jeszcze karty z zamówieniami specjalnymi – dodatkowymi zadaniami i zasadami, które potrafią trochę namieszać w planie naszym i przeciwnika.

I chociaż gra w wariancie dwuosobowym, dla dwojga dorosłych jest nieco monotonna, trzy osoby już bawią się świetnie. Co ciekawe, przygotowano również opcję dla samotnego gracza – idealną na czasy pandemii – może on zmierzyć się z wirtualnym przeciwnikiem i spróbować uzyskać lepszy wynik od niego.

Ogromnym atutem gry jest jej forma – już samo układanie pizzy z kawałków jest atrakcyjne. Teoretycznie to prawie gra karciana z kartami o niestandardowym kształcie, a jednak kształt i pomysł robi różnicę! Jeśli dodamy do tego fantastyczną szatę graficzną Macieja Szymanowicza i bardzo staranne wykonanie, otrzymujemy naprawdę atrakcyjny tytuł. W sumie pizza to już argument sam w sobie!

Jedynym minusem jest spora górka kartonowych odpadów, które uzyskałam podczas pierwszego przygotowania gry, tego akurat mogłoby być nieco mniej.

Pizzeria
Autor: Jeffrey D. Allers
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-6
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Bójka na czytanie”, „Bójka na mnożenie”, Edgard Games

Dla nas to propozycje jeszcze trochę na wyrost, ale myślę, że świetnie się sprawdzą w czasach edukacji zdalenej i domowej. A ja wyjątkowo doceniam gry, przy których nauka jest właściwie „efektem ubocznym” dobrej zabawy.

„Bójka na czytanie” i „Bójka na mnożenie” to wariacje na temat popularnej gry dobble. Tylko jeszcze bardziej rozwijające i wymagające większego wysiłku, bo i nieco bardziej skomplikowane. Nie wystarczy tu w jak najszybszym czasie wypatrzeć dwa identyczne obrazki, co to, to nie! Tutaj trzeba dodatkowo czytać i liczyć!

DSC_0272

„Bójka na czytanie” to 31 kart pokrytych mieszaniną obrazków i słów – pisanych odpowiedników osób, zwierząt i przedmiotów przedstawionych na ilustracjach. Karty występują w trzech poziomach trudności: najłatwiejsze – żółte – poza ilustracjami zawierają słówka jednosylabowe (jak dom, kot czy ul) lub dwusylabowe z sylabami otwartymi (jak mama, czy ryba); średnie – różowe – to już słówka dwu- i trzysylabowe z sylabami otwartymi i zamkniętymi (jak wanna czy krokodyl) oraz poziom trudny – niebieski – gdzie znajdziemy słówka z polskimi znakami (jak gęś czy ślimak) oraz dwuznakami (mysz, czy kaczka).

Poza kartami do gry, w pudełku znajdziemy również karty pełniące funkcje słowniczka, na których umieszczono ilustracje z podpisami.

Gra polega na jak najszybszym odnajdywaniu par. Możemy szukać słówko-słówko, rysunek-rysunek lub słówko-rysunek. Chociaż pełna nazwa gry to „Bójka na czytanie na 3 sposoby”, tak naprawdę zaproponowano aż różnych 5 wariantów rozgrywek – łatwiutką dla dzieci uczących się czytać, grę na rozgrzewkę, grę na czas (to chyba najpopularniejsza wersja), grę w „na środku”, gdzie szukamy elementów wspólnych aż dla trzech kart jednocześnie, a nawet pojedynek, który czeka nas w przypadku remisu.

Bardzo podoba mi się szata graficzna – cała seria jest bardzo estetycznie zaprojektowana (a sprawdzić by karty, na których planuje kompletny chaos były jednocześnie czytelne i przejrzyste to wyzwanie!), ale ilustracje w „czytaniu” skradły moje serce!

„Bójka na czytanie na 3 sposoby”
Autor: Ewa Norman, Ewa Leszczyńska
Ilustracje: Joanna Gwis
Wydawnictwo: Edgard Games
Sugerowany wiek: 6+

„Bójka na mnożenie” analogicznie zawiera 31 kart, tym razem jednak znajdziemy na nich działania i liczby będące wynikiem owych działań. Również tutaj karty są na trzech poziomach trudności: poziom łatwy – żółty – obejmuje mnożenie przez 1, 2, 3, 4, 5 i 10; poziom średni – niebieski – to działania mnożenia przez 6, 7, 8 i 9; trudny poziom – fioletowy – to calutka tabliczka mnożenia w zakresie 100.

Poza kartami do gry, dołączono też czwarty rodzaj – zielony – będący „ściągą” z tabliczki mnożenia. I ja bardzo to szanuję, bo nie ukrywam, że to zawsze była moja pięta achillesowa i ta gra wciąż stanowi dla mnie wyzwanie, nawet 20 lat po osiągnięciu wieku minimalnego. Zasady gier są tak naprawdę takie same, jak w wersji z czytaniem – jest coś dla uczących się mnożenia, mała rozgrzewka, gra na czas, wersja z trzema kartami i remisowy pojedynek. A mimo to jakoś trudniej… Czymże byłoby jednak życie bez stawiania sobie wyzwań! Może w końcu będę miała tą tabliczkę mnożenia w „małym paluszku”, czego wymagano ode mnie zanim skończyłam podstawówkę. Nieskutecznie, choć nie bez starań.

W mnożenie można grać w więcej osób (6, zamiast 4, jak w czytaniu), chociaż prawdę mówiąc nie jestem pewna od czego to zależy.

„Bójka na mnożenie na 3 sposoby”
Autor: Ewa Norman, Patrycja Wysocka
Wydawnictwo: Edgard Games
Sugerowany wiek: 8+

Poza samą spostrzegawczością, obie gry rozwijają umiejętności czytania i liczenia, działania pod presją czasu, skupienia uwagi na szczegółach, szybkiego reagowania i… radzenia sobie z ewentualną porażką. Rozgrywki są dynamiczne, a całe partie nie grają długo, dzięki czemu nie tylko dziecko nie zdąży się znudzić, ale i rozkojarzyć, bo wbrew pozorom te gry są całkiem męczące – wymagają od dziecka sporo skupienia. Cóż, ta z mnożeniem nie tylko od dziecka…

Dodatkowym atutem jest „kieszonkowy” format. Sam kartonik, choć sam w sobie niewielki, można zostawić w domu, a spięte recepturką karty dorzucić do kosza piknikowego, plecaka lub torby i grać właściwie wszędzie.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Edgard Games.

Grajki Majki: Carotina, czyli nauka poprzez zabawę.

Na pewno znacie z autopsji taką sytuację, kiedy przychodzi co Was dawno nie widziana ciocia, albo znajomy rodziny, który wie, że macie na stanie malucha i chciałby sprawić mu jakąś drobną przyjemność, powiedzmy w granicy 20 zł, żeby nie przychodzić z pustymi rękami. Może sami jesteście czasami takim gościem i nie wiecie co by tu na wejściu dziecku sprezentować? Sytuacja wygląda podobnie w przypadku pomniejszych świąt, jak imieninki, Mikołajki, czy nadciągający Dzień Dziecka. Bardzo często wybór pada wtedy na słodycze (zazwyczaj średniej jakości, bo te wyglądają najbardziej atrakcyjnie. Dam głowę, że za moich czasów czekoladki Kidera miały lepszy skład!), na co rodzice coraz bardziej kręcą nosem, bo muszą potem dziecku cichaczem podjadać (przecież dzieci nie mogą jeść tak dużo słodyczy!), co kończy się nadprogramowymi kilogramami. Jeśli nie chcemy mieć grubych znajomych, zawsze dobrym pomysłem są bańki mydlane, naklejki, czy pomysłowe artykuły plastyczne. My bardzo chętnie przyjmujemy też puzzle, bo Majka ostatnio szczególnie ceni tą rozrywkę. A jeśli chcecie być bardziej pomysłowi, albo możecie podszepnąć swoim gościom pomysł na niewielki upominek, to przygotowałam dla Was listę gier i zestawów edukacyjnych Carotiny, które fanie sprawdzą się w roli atrakcyjnego drobiazgu dla dziecka nie będąc jednocześnie jakimś dużym, zobowiązującym prezentem.

„Piszę pierwsze słowa” to niewielki zestaw łączący dwie najbardziej chyba popularne propozycje wśród pierwszych gier maluszka – puzzle i loteryjkę – z nauką literek. Pierwszym zadaniem, które czeka na maluszka, jest ułożenie dziesięciu obrazków ze zwierzętami. Każdy z nich został podzielony na puzzle-paski, na których przedstawiono fragment ilustracji i jedną literkę. Puzzle mają różny poziom trudności – do wyboru są wyrazy trzy-, cztero- i sześcioliterowe, a poza znanymi zwierzętami, jak kot, czy pies, znajdziemy tu również bardziej „egzotycznych” delfina, czy murenę.

Tak ułożone puzzle staną się naszymi planszami do drugiej gry – loteryjki.  Kiedy gracze mają już przed sobą ułożone puzzle wraz z podpisem, naprzemiennie losują kartoniki z literkami. Jeśli wylosowana literka powtarza się z tymi na planszy gracza, może ją zatrzymać, jeśli nie, odkłada ją do pudełka. Wygrywa ten, kto jako pierwszy ułoży nazwę zwierzątka ze swojej planszy.

Proste i sprawdzone rozwiązania często są tymi skradającymi serca. Sympatyczna, edukacyjna i w cenie lepszej czekolady – dobry pomysł na drobny upominek. Dzięki niewielkiemu formatowi sprawdzi się również w podróży, czy podczas rodzinnego pikniku. Jedynym, czego mi zabrakło, jest woreczek do loteryjki – podczas losowania z pudełka moje dziecię strasznie podgląda!

Carotina. Piszę pierwsze słowa. Układanka i loteryjka „Czytam i piszę”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.
Grę możecie kupić TUTAJ.

Drugą bardzo trafioną propozycją dla maluchów o cenie i formacie przypominającym kartonik Ptasiego Mleczka, jest „Logika 3 w 1”. To 24 trzyelementowe puzzle, w których elementy dopasowuje się nie jako części większego obrazka, a na podstawie trzech różnych relacji logicznych.

Pierwszym z nich – oznaczonym kolorem niebieskim – jest konstrukcja ciągu przyczynowo skutkowego, czyli „przed i po”. Mamy tu do ułożenia w odpowiedniej kolejności na przykład trzy etapy palenia się świecy, albo proces wykluwania się pisklaka, gdzie na pierwszym elemencie mamy jajko, na drugim pękające jajko z wyłaniającym się dzióbkiem, a na trzecim pisklaka.

Druga zagadka –zielona – polega na dopasowywaniu narzędzi do przedstawicieli różnych zawodów, czyli „co jest czyje”. Na przykład do wędkarza należy dopasować wędkę i haczyk na ryby, do kucharza garnek i chochlę.

Trzecie zadanie – różowe – polega na grupowaniu zwierząt pod względem cech wizualnych, czyli „kogo to przypomina”. Należy połączyć ze sobą na przykład różne dzikie koty, owady, jaszczurki albo „rogate parzystokopytne”.

Pomysłowa układanka zmieniająca nieco nasze myślenie o puzzlach, jako o okładaniu podzielonego na części obrazka. Poza wspomnianej w tytule umiejętności logicznego kojarzenia faktów, ćwiczy również spostrzegawczość, zwracanie uwagi na szczegóły, skupienie i cierpliwość.

Carotina. Logika 3 w 1
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.
Grę możecie kupić TUTAJ.

Mieliśmy już grę oswajającą z literkami i grę rozwijającą logiczne myślenie. Nadszedł czas na kolejne umiejętności – ćwiczenie pamięci i koncentracji. Nie da się ukryć, że z koncentracją i cierpliwością u maluchów raczej krucho, byłam za to zdumiona umiejętnością zapamiętywania, jaką zauważyłam u mojej przedszkolaczki – ta mała gadzina potrafi ograć mojego męża w memory, a i mnie czasami uda jej się wyprzedzić! I to bez „dawania forów”! Bardzo zależy mi na podtrzymaniu i rozwijaniu tej umiejętności, dlatego też chętnie sięgam po tego rodzaju tytuły, a i Majka lubi gry oparte na mechanizmach szukania i zapamiętywania.

„Ćwiczę pamięć” na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl znaną grę „Bystre oczko”, jest bowiem oparta na tym samym schemacie. Zestaw składa się z 72 par kartoników z obrazkami podzielonymi na oznaczone kolorami kategorie  – zwierzęta, żywność, zawody, odzież, środki transportu i fantazja (my nazywamy je „bajkowymi) oraz planszy w kształcie kotka, na którego brzuszku przedstawiono 72 ilustracje odpowiadające tym na kartach. W pazurkach kotek trzyma spinner z ruchomą strzałką i kołem do losowania podzielonym na kolory odpowiadające kategoriom kart.

W takim przypadku pierwszym sposobem wykorzystania zestawu zawsze jest ulubiona gra mojego dziecka, czyli memory. Dopiero później możemy dowiadywać się co twórca gry miał na myśli. W tym przypadku gra pamięciowa jest urozmaicona o losowanie kategorii za pomocą spinnera, dzięki czemu w każdej rozgrywce wykorzystuje się tylko jedną talię kartoników jednocześnie, a nie wszystkich 72 za jednym zamachem, poza tym nie ma znaczących różnic podczas rozgrywki. I dobrze, bo kochamy tą grę taką, jaka jest!

Druga propozycja gry odbywa się z wykorzystaniem kociej planszy. W ty przypadku gracze naprzemiennie losują kartonik z obrazkiem, by jak najszybciej odnaleźć jego odpowiednik na planszy. Ten, kto znajdzie go jako pierwszy, zdobywa kartonik. Wygrywa osoba, która pierwsza zdobędzie 5 kartoników (albo 10, albo 15, jeśli chcemy, by gra była dłuższa). Oczywiście możemy też sami wymyślać kolejne warianty, na przykład losując kolor i starając się jak najszybciej odnaleźć i nazwać pięć przedmiotów z wylosowanej kategorii. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Poza treningiem pamięci, spostrzegawczości i cierpliwości, to również dobra powtórka słownictwa i ćwiczenie refleksu. Kolejnymi atutami są atrakcyjna forma (kotki zawsze cieszą się u nas powodzeniem) i niewielka cena (zazwyczaj poniżej 20 zł).

Carotina. Ćwiczę pamięć
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

Jeśli natomiast szukamy nieco większego prezentu (okolice 50 zł), albo chcielibyśmy na przykład jednym upominkiem zająć na dłuższą chwilę rodzeństwo, warto zwrócić uwagę na zestawy łączące w sobie kilka z wymienionych powyżej gier i rozwijających różne kompetencje.

„Labolatorium 20 gier” to zestaw pomagający poznać alfabet, pierwsze słowa i liczby, ćwiczący pamięć i logikę oraz wprowadzający pierwsze słówka w języku angielskim. Tematem przewodnim są tutaj owady (chociaż Majka mówi raczej „robale”), dlatego też znajdziemy stonogę z alfabetem, której trzeba podoczepiać zagubione słówka, gąsienicę z cyframi, motylka, który pomoże powtórzyć kształty i kolory, połączenie motylkowych memorów z kwiatkową loteryjką, a także ślimaka do nauki angielskiego i biedronkę do odkrycia z marchewką Carotiną, czyli elektronicznym piórem, które wydaje charakterystyczne dźwięki przy wybraniu prawidłowej lub błędnej odpowiedzi. Wszystkie elementy są dwustronne, dzięki czemu można wykorzystać je na różny sposób – często kolejnym poziomem zabawy są właśnie quizy z elektronicznym piórem w kształcie marchewki.

Jedyny minus jest taki, że quizy – zarówno angielskie, jak i polskie – w zdecydowanej większości wymagają umiejętności czytania, przez co rodzice nie uciekną do swoich spraw. My zostawiamy quizy na koniec – najpierw Maja sama składa wszystkie plansze, dopasowuje literki, cyferki i obrazki, liczy kropki biedronki, a na koniec wspólnie rozwiązujemy zagadki Carotiny. Myślę, że bardzo fajnie może się to sprawdzić, kiedy zaangażujemy do zabawy nieco starsze, czytające już rodzeństwo.

Carotina. Laboratorium 20 gier
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

A jeśli to wciąż za mało wrażeń, jest jeszcze „50 gier” i to zdecydowany faworyt mojej córki. Podobnie, jak w przypadku powyższego zestawu, dwustronne gry i plansze rozwijają różne kompetencje – oswajają z literami i liczbami, uczą myślenia logicznego i ćwiczą pamięć. Są też zadania stanowiące powtórkę kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Tym razem tematem przewodnim jest farma, i pod względem wizualnym ten zestaw podoba mi się najbardziej.

W opakowaniu znajdziemy między innymi memory (tym razem w formie kurczaczków), pawia z wielobarwnym ogonem, minipuzzle z wiejskimi zwierzątkami, kurkę-grę planszową, traktor wiozący całą menażerię, warzywne puzzle i wielką planszę pełną quizów z wykorzystaniem długopisu Carotiny. A instrukcja z propozycjami zabaw jest tak obszerna, że przypomina całkiem konkretną książeczkę!

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 3+, moim zdaniem niektóre aktywności spokojnie można zaproponować i młodszemu dziecku – na przykład proste puzzle, czy grę w pamięć.

Carotina. 50 gier
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

Oczywiście seria z Carotiną to wiele więcej tytułów dla maluchów w różnym wieku. Jeśli wciąż czujecie niedosyt, przypominam o starszych recenzjach:
Carotina Baby. Mata wodna do rysowania
Carotina Preschool. Alfabet. Słowa i liczby
Carotina Preschool. Tablica fluorescencyjna LED
Carotina Preschool. Gry dla przedszkolaków. Język angielski

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: „Liczyświnki” Agata Matraś

Ku mojemu rozczarowaniu i nieskrywanej radości męża Majeczkę od nauki literek i czytania zdecydowanie bardziej interesują cyferki i liczenie. Ale to nie jedyny powód, dla którego „Liczyświnki” zostały przyjęte w naszym domu z wyjątkowo dużym entuzjazmem. Świnki to wciąż jedno z najulubieńszych zwierzątek (obok kotków, foczek, szopów, wilków…), a humorystyczna koncepcja i rymowana forma książeczki nie pozwalają przejść obok niej obojętnie.

Każda strona prezentuje nam świnkową ciżbę i wyszczególnione w niej persony – w ilości zależnej od omawianej aktualnie cyfry. Najpierw mamy rozkładówkę wprowadzającą (na przykład z jedną świnką i zdaniem wierszyka), kolejna natomiast wypełniona jest zagadkami związanymi z daną cyfrą (na przykład „kto zebrał najmniej malinek?” gdzie odpowiedzią jest świnka, która ma jedną malinkę). Zadania są na spostrzegawczość, kojarzenie faktów, przeciwieństwa i liczenie oczywiście. Nie brak tu labiryntów i wypatrywania szczegółów. Każdej cyferce towarzyszy określony temat – wraz ze świnkami przejedziemy się komunikacją miejską, wybierzemy się do muzeum, do restauracji, na mecz, do parku, na plac zabaw i na przyjęcie urodzinowe. A co najciekawsze, wszystko to zrobimy… wierszem, bo i każda zagadka i każde zdanie w tej książeczce wpada w ucho dzięki wszędobylskim rymowankom.

Niewielka, bardzo kolorowa i niesamowicie zatłoczona i wyjątkowo ładnie ilustrowana kartonówka dla przedszkolaków. Bo chociaż twarde strony, stosunkowo niewielki ciężar i bezpiecznie zaokrąglone rogi pozwalają czytać ją i z zupełnymi maluszkami, to jednak mnogość szczegółów i niektóre z zadań wymagają już wprawy kilkulatka.

Urocza, przesympatyczna i pomysłowa, bardzo polecamy!

Agata Matraś, Liczyświnki, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Rymowane zagadki matematyczne” Elżbieta i Witold Szwajkowscy

„Samochody w korku stały.
Trzy na światłach przejechały.
Ile jeszcze nie zdążyło,
jeśli w korku dziesięć było?”

Nie ukrywam, że nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za matematyką i uczucie to było całkowicie odwzajemnione. Moje 38% z matury zostało osiągnięte wysiłkiem wręcz heroicznym i jestem z nich bardzo dumna! Mam nadzieję, że moja Majka nie będzie podchodzić do królowej nauk z podobną niechęcią, bo jednak nie oszukujmy się – liczenie to całkiem przydatna umiejętność. Chociaż wciąż czekam na ten moment, kiedy będę mogła wykorzystać w praktyce wzór na deltę.

Myślę jednak, że gdybym w odpowiednim momencie trafiła na taką książkę, jak „Rymowane zagadki matematyczne”, moje podejście mogłoby być całkiem odmienne. Może i tylko na samym początku edukacji, ale czy to nie solidne podstawy budują pewność siebie i u dziecka i u dorosłego?

Trudno mi określić czym tak naprawdę jest ta książka. Nie jest to bowiem podręcznik, choć znajdziemy w niej zarówno wprowadzenie w temat, jak i zadania do rozwiązania. Nie jest to również encyklopedia, choć odnajdziemy w niej definicje. Zarówno wstęp do świata liczb, wytłumaczenie takich zjawisk jak dodawanie, czy odejmowanie (zarówno dwóch, jak i większej ilości liczb), jak i same zadania są… rymowane. A jak już sam tytuł wskazuje, zadania do obliczenia przez malucha zostały przedstawione w formie zagadek. Trudno o lepszy sposób „wciskania wiedzy do głowy”, jak melodyjne rymy i wzbudzanie zainteresowania. (Jedyny moment, w którym autorzy nie zwracają się do nas rymem, to wskazówki dla rodzica ułatwiające pracę z książką). Szczególnie, że poza dążeniem do poznania wyniku, dziecko na każdym kroku zachęcane jest do poznawania świata. Zagadkom liczbowym towarzyszą bowiem pytania pomocnicze. Przy zadaniu z gitarą warto zapytać czym są struny, podczas liczenia jajek różnych gatunków ptactwa można zastanowić się które z nich są jadalne, a licząc rękawy ubrań koniecznie musimy wziąć pod uwagę czym jest kamizelka! Poza umiejętnościami dodawania i odejmowania książka rozwija również budowanie własnej wypowiedzi i ćwiczy abstrakcyjne myślenie. Nie liczy się tu bowiem sam wynik, ale również sposób, w jaki dziecko do niego doszło, a także prawidłowe zrozumienie wszystkich elementów składowych zadania – nawet tych kompletnie nie związanych z matematyką. Ufff… cóż to za cudowny odpoczynek od bezdusznego, zero-jedynkowego sposobu oceniania tak lubianych w szkołach (bo i najłatwiejszych do sprawdzania) testów.

Interdyscyplinarna, pełna rymu i rytmu, dopełniona wesołymi ilustracjami książka ni trochę nie sugeruje, jakoby matematyka miała być czymś trudnym. I może wcale nie jest jeśli tylko ma się do niej odpowiednie podejście?

Elżbieta i Witold Szwajkowscy, Rymowane zagadki matematyczne, Warszawa: Wydawnictwo Kapitan Nauka, 2019, 41 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.

Grajki Majki: Karty edukacyjne z pisakiem

Początki czytania i pisania wciąż są u nas tematem gorącym jak ciasteczka świeżo wyjęte z piekarnika – apetyczne i kuszące, a jednak potrafią nieźle sparzyć! Sinusoida chęci maluszka do nauki to się wznosi, to opada. Mamy za sobą już pierwsze sukcesy (od niedawna Majka potrafi się już oddzielnie podpisać!), pojawiły się też już pierwsze frustracje i zniechęcenia. Remedium na takie kryzysy okazuje się zwykle nowy sposób nauki. Jednym z przydatnych gadżetów, który świetnie sprawdził się nam podczas jednej z pierwszych jesiennych chorób, są karty zadań z pisakiem.

To nieskomplikowana, ale bardzo atrakcyjna alternatywa dla książeczek i gazetek z zadaniami do ćwiczenia rączki.

Każdy zestaw składa się z 24 sztywnych, śliskich, dwustronnych kart z zadaniami oraz suchościeralnego pisaka z „gumką”. Niewielki format i spora wytrzymałość kart sprawiają, że to bardzo fajnie sprawdzą się nie tylko w domu, ale również podczas podróży, czy wyjścia (do lekarza, czy restauracji) – wystarczy mieć pisak i choć kilka kart w torebce.

W zależności od wybranego tytułu – a te są trzy: „Szlaczki”, „Litery” i „Cyfry” – awers każdej karty jest wprowadzeniem – na przykład przedstawieniem danej cyfry, czy litery wraz z jej graficznym odpowiednikiem (dwoma skarpetkami przy dwójce lub ilustracją cebuli przy literce C), rewers zaś jest ćwiczeniem (rządkiem literek i cyferek do zapisania, wykropkowanym słowem lub prostym równaniem). W przypadku szlaczków na awersie mamy dwa rzędy wzoru do przećwiczenia, a z drugiej strony owe szlaczki występują jako element większego rysunku do uzupełnienia. A wraz z każdą kolejną kartą poziom trudności wzrasta.

Prosta forma i żywe kolory przyciągają uwagę dziecka, mnogość i różnorodność kart nie pozwala wkraść się nudzie, a możliwość wielokrotnego użytkowania to bardzo fajne rozwiązanie pod względem ekologii (któż z nas nie ma pełnego śmietnika uzupełnionych książeczek z zadaniami?).

Tero rodzaju ćwiczenia przygotowują dziecko do nauki pisania, ćwiczą sprawność małych rączek i cierpliwość małego człowieka. Szczególnie przydatna okazuje się być możliwość starcia błędu jednym ruchem chusteczki, co zapobiegło u nas niejednemu wybuchowi frustracji.

Chociaż sugerowany wiek użytkownika to 5+, moim zdaniem spokojnie można spróbować i z młodszym dzieckiem. Moja prawieczterolatka wymiata w szlaczki, a litery i cyfry budzą w niej zainteresowanie, którego za nic w świecie nie chciałabym przegapić. Jak na razie atrakcyjna forma zadań tylko podsyca tą fascynację. Oby ten stan trwał jak najdłużej!

Karty edukacyjne z pisakiem. Szlaczki; Litery; Cyfry
Firma: Wydawnictwo Aksjomat
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: Nauka liter i cyfr – książki i gadżety

Majka jest już przedszkolakiem pełną gębą i coraz poważniej podchodzimy do koncepcji poznawania liter i cyfr oraz nauki pisania, czytania i liczenia. Oczywiście wszystko bardzo stopniowo i poprzez zabawę, nastawiając się raczej na same przyjemności – ksiązeczki, gry i inne atrakcyjne pomoce naukowe, tak dalekie od wkuwanie literek i odpytywania z pamięci. Najchętniej w pięknej oprawie graficznej, bo powszechnie wiadomo, że dziecko musi mieć konkret – nie ma pojęcia ile jest 3-1, ale jeśli ma obiecane trzy bajeczki, a jedna już się skończyła, to doskonale wie, ile jeszcze zostało. Nieszczególnie znam się na tych wszystkich metodach nauczania maluchów, staram się więc po prostu oswoić Majkę z literkami i rozbudzić jej ciekawość. Okazuje się, że mnóstwo książek, układanek, czy książeczek z zadaniami pomaga mi w tym na co dzień. Z przyjemnością je więc wspólnie polecamy!

Książki:

„Od 1 do 10” Oli Cieślak to pierwsza książeczka o tej tematyce, która znalazła się w naszych zbiorach. Niewielka i całokartonowa trafiła w lepkie rączki Bobasy, kiedy ta miała zaledwie nieco ponad pół roku. I przeżyła w zaskakująco dobrym stanie, co samo w sobie świadczy o jakości wykonania. Nieco abstrakcyjne, „bazgrołkowate” ilustracje i krótkie, wpadające w ucho rymowanki ze zwierzątkami w roli głównej ślizgające się po granicy absurdu – idealnie wpasowały się w moje poczucie humoru. Podobno recenzje tej książeczki są bardzo różne, ale ja jestem bardzo na tak i polecam mocno!

Aleksandra Cieślak, Od 1 do 10, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014, 22 s.

Kolejnym naszym wyborem na książki oswajające z literami i cyframi zupełnego jeszcze maluszka, stały się całokartonowe, wielkoformatowe pozycje „Mój pierwszy alfabet. Słowniczek obrazkowy” i „Moje pierwsze liczby. Książeczka obrazkowa”. W pierwszej z nich każdą stronę zajmuje olbrzymia litera, a wogół niej umieszczono przedmioty i zwierzęta zaczynające się na daną literę. Drugą podzielono na rozkładówki – na jednej stronie umieszczono cyfrę wraz z jej wartością „w kropkach”, na drugiej zaś po cztery różne przykłady ilustracji odpowiadającej danej cyferce. Przy trójce są zatem trzy robaki, trzy lisy, trzy psy i trzy grzybki. Ostatnie strony zajmuje małe podsumowanie – cyfry od 1 do 10 wraz z ich odniesieniem w obrazkach i proste przykłady dodawania.

Książki okazały się naprawdę wytrzymałe, bo służą nam już dobre dwa lata i właściwie tego po nich nie widać. Są dość ciężkie, ale świetnie nadają się do oglądania na podłodze, a grube strony, wygodne do obracania, żywe kolory i uśmiechnięci, zwierzęcy bohaterowie zachęcają do samodzielnej lektury. A solidna, twarda oprawa i zaokrąglone rogi gwarantują bezpieczeństwo – i książki i malucha.

Beata Białogłowska-Piwko, Mój pierwszy alfabet. Słowniczek obrazkowy, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 26 s.

Anna Wiśniewska, Beata Białogłowska-Piwko, Moje pierwsze liczby. Książeczka obrazkowa, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 26 s.

W pierwszych próbach liczenia towarzyszyła nam pozycja Anity Bijsterbosch „Gdzie jest konik morski?”. Osią fabuły uroczej książeczki dla najmłodszych jest sytuacja, która mogła zdarzyć się tylko ojcu – konik morski zgubił jedno ze swoich dzieci. Rozpoczyna zatem szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą przetrząsając zakamarki morskich głębin i prosząc o pomoc każde napotkane stworzenie. Towarzysząc mu w poszukiwaniach zaginionego synka, mały czytelnik poznaje różnorodne morskie zwierzątka i utrwala liczenie do dziesięciu.

To nieskomplikowana, ale wciągająca historia za którą równie łatwo nadążyć, co się w nią zaangażować. Pomagają w tym przepiękne ilustracje, które przywodzą nieco na myśl perfekcyjnie wykonaną wycinankę-wyklejankę. Wspaniałe kolory – żywe, choć dalekie od podstawowej palety, duża szczegółowość przy jednoczesnym zachowaniu prostoty i przejrzystości ilustracji, budzący sympatię, uśmiechnięci bohaterowie. A do tego lekko usztywnione strony i okienka – oto klucz do sukcesu.

Bardzo lubię książeczki dla dzieci, w których bohaterem jest konik morski – nie oszukujmy się, tatusiowie wciąż są traktowani nieco „po macoszemu” jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi, a przecież sprawdzają się w tym świetnie. Chyba, że akurat gubią jedną z pociech :D Jednak jak by nie patrzeć, z tatą nie można się nudzić! A książka Anity Bijsterbosch pełna jest tatusiów trzymających pieczę nad swoją dziatwą (podczas lektury zawsze czuję się  jak na placu zabaw w sobotni poranek), którzy wspólnie szukają zaginionego konika morskiego, jak na facetów przystało, bardzo skrupulatnie – za kamieniami, muszlami i wodorostami, a nawet za lampką ryby-żeglarza.

Podobnie jak w przypadku historii Pana Hilarego i jego okularów, zguba znajduje się tam, gdzie powinniśmy byli zacząć szukać ;)

Anita Bijsterbosch, Gdzie jest konik morski?, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 28 s.

„Liczymy razem” Matsumasa Anno to wybitny przykład książki obrazkowej do nauki liczenia, przemyślana w każdym calu. Składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku.

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

„10 psotnych kotków” to książeczka-pamiątka jeszcze z mojego dzieciństwa, ale jej mechanizm jest ponadczasowy. Banda kociaków rozłazi się w zaskakująco szybkim tempie przy okazji ucząc dziecko odejmowania – jedno z kociąt zainteresuje motylek, i już z dziewięciu kotków mamy osiem. Kolejny pobiegnie za myszką, więc nagle kociaków mamy siedem… i tak dalej. Dopiero obietnica kolacji pomoże znów zebrać je wszystkie w jednym miejscu. To jedna z moich najukochańszych pozycji – zarówno ze względu na przepiękne ilustracje, wytrzymałą tekturę, która przetrwała już miłość trojga dzieci jak i sentyment. Z pewnością można jednak znaleźć obecnie niejeden tytuł oparty na tym samym schemacie.

Wolfgang Schleicher, 10 psotnych kotków, Zielona Góra: Wydawnictwo E. Jarmołkiewicz, 1997, 18 s.

Nieco inny pomysł przyświecał twórcom kartonowej wyszukiwanki „Peppa Pig. Poszukaj i znajdź”. Każdej planszy z pełnym szczegółów obrazkiem towarzyszy ściąga z wpisanymi przedmiotami, które należy odnaleźć i policzyć. Poza ćwiczeniem liczenia i oswajaniem się z cyframi, tego rodzaju zabawy to świetny trening spostrzegawczości, cierpliwości i skupiania się na zadaniu. A bohaterowie ulubionej bajki stanowią dodatkową zachętę i przykuwają uwagę malucha na dłużej.

Peppa Pig. Poszukaj i znajdź, Warszawa: Media Service Zawada sp. z.o.o, 14 s.

Natomiast wyjątkowo zaawansowanej matematyki dla przedszkolaków posmakować można w wyjątkowo zabawnej pozycji duetu Kes Gray & Jim Field (którego ilustracje pokochaliśmy już w książkach „Koala, który się trzymał” i „Mysz, która chciała być lwem”) „Ile mamy nóg?”. Pod niewinnym pretekstem zliczenia odnóży gości przybywających na przyjęcie – a goście są cokolwiek nietypowi!) nie tylko przekraczamy dziesiątki, ale i setki!

Kes Gray & Jim Field, Ile mamy nóg?, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Dla odmiany „Piąte przez dziewiąte” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i Wojciecha Widłaka pozwala odkryć ludzką twarz matematyki. To dziesięć króciutkich historii o dziesięciu cyfrach. A każda z nich ma swój własny charakter, problemy i przygody – zero ma znamiona depresji i kompleks mniejszości, jeden samotny wędrowiec w lesie to zwiastun kłopotów przygody, we dwoje raźniej, choć nie zawsze symetrycznie, trójka to cyfra iście bajkowa, z czwórką lepiej nie zadzierać, piąte też się czasem przydaje, szóstka czuje miętę do dwójki, siódemka nie zawsze jest cudem świata… i tak dalej.

Są wiewiórki, jamniki, chomiki, smoki, lwy, koty… cała menażeria. Są rycerze i bajkowe śluby, uczty, ośmiornice i żyli długo i szczęśliwie.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Wojciech Widłak, Piąte przez dziewiąte, Gdańsk: wydawnictwo Adamada 2018, 52 s.

Podobny pomysł narracyjnego podejścia – ale tym razem do literek – miała Katarzyna Marciniak, w książeczce „Alfabet wśród zwierząt”. W tym przypadku każdą literę kojarzymy ze zwierzęciem K klasycznie z kotem, L z lwem, a S ze stonogą. Każdemu zwierzęciu zaś poświęcono przezabawny, melodyjny, wpadający w ucho wierszyk otoczony bajecznymi ilustracjami. To jeden z tych przykładów aktywności, w której wiedza wchodzi do głowy w sposób zupełnie niezauważony.

Katarzyna Marciniak, Alfabet wśród zwierząt, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 48 s.

Książeczki z zadaniami:

Teoria teorią, nie zapominajmy jednak o ćwiczeniach praktycznych! Bo przecież poznawanie liter i cyfr to nie tylko rozpoznawanie ich na obrazkach, ale również pierwsze próby pisania! Ćwiczenie rączki, szlaczki i koślawe, poprzedzone setkami prób i błędów, ale już najprawdziwsze literki łączone pomału w proste słowa. W tych ćwiczeniach niezastąpione będą książeczki z zadaniami – atrakcyjne dla dziecka, pożyteczne ze względu na swój potencjał edukacyjny i ze względu na niewielki format idealne do torebki – świetnie sprawdzą się w podróży, czy podczas oczekiwania na posiłek w restauracji. Wybór tego rodzaju zeszytów ćwiczeń jest ogromny, przetestowaliśmy ich już mnóstwo, a wydaje się, że to wciąż kropla w morzu. Oto najciekawsze propozycje:

„Zwierzaki alfabeciaki. Kolorowanki dla dzieci z wierszykami i naklejkami” Tomasza Parnasa to swego rodzaju etap przejściowy między książeczką do czytania, a aktywnością. Podobnie jak w „Alfabecie wśród zwierząt” każdej literce przyporządkowano zwierzątko, któremu poświęcono króciutki wierszyk. Wierszykowi towarzyszy kolorowanka, a na koniec należy dopasować naklejkę z literką i zwierzątkiem.

Zupełnym maluszkom bardzo polecam tytuł z naszej ulubionej serii książeczek z naklejkami – „Obrazki dla najmłodszych. Naklejanki” towarzyszą nam (pod nadzorem bardzo uważnego rodzica!) odkąd Bobasa skończyła rok. Naklejanie naklejek to w końcu jedno z pierwszych zadań ćwiczących sprawność manualną małych paluszków, jeszcze zanim sięgniemy po ołówki i kredki. Jeden z trudniejszych tytułów tej serii poświęcony jest cyfrom.

Do ćwiczenia nieco bardziej precyzyjnych ruchów rączką zachęca seria „Maluch poznaje…” wydawnictwa Aksjomat. Przetestowaliśmy „Litery” i „Cyfry” i są to chyba najulubieńsze książeczki z zadaniami Majki. Ze względu na śliską powierzchnię są wielokrotnego użytku – zarówno jeśli chodzi o zmazywalny pisak, którym się je wypełnia, jak i naklejki, które dają się kilkukrotnie odklejać – może nie w nieskończoność, ale spokojnie można poprawić, jeśli coś wyjdzie krzywo. Uwaga! Do tej serii nie dołączono pisaka, trzeba więc zaopatrzyć się w niego na własną rękę, albo wykorzystać taki z  innego zestawu.

Na przykład z książeczek „Literki. Piszę i zmazuję” i „Cyferki. Liczę i zmazuję”. Te tytułu skierowane są już do nieco bardziej zaawansowanych przedszkolaków, którzy, opatrzeni już nieco z literami i cyframi, składają je w pierwsze słowa i równania. Tutaj na dziecko czeka więcej pracy, książeczka wymaga więc nieco większej umiejętności skupienia, wciąż jednak próby wspierane są przez pomocnicze wykropkowania, a dzięki śliskiej powierzchni stron łatwo można zmazać i poprawić ewentualne błędy.

Bardzo ciekawą opcją są dwie serie wspierające przyswajanie literek i cyferek, które – poza nielicznymi kolorowankami – w ogóle nie wymagają użycia przyborów do pisania. Cała nauka oparta jest na tym, co dzieci lubią najbardziej – na naklejkach. To właśnie naklejki są niezbędne do wypełniania prostych działań matematycznych, rozwiązywania krzyżówek, czy uzupełniania słów. Seria „Kreatywny przedszkolak” z której testowaliśmy tytuły „Lubię literki” i „Lubię cyferki”, a także książeczki „Lubię zabawy z literkami” i „Lubię zabawy z cyferkami” skierowane są do starszych grup przedszkolnych, w których dzieci poznały już w miarę wszystkie znaki graficzne, a proponowane zadania pomagają im je utrwalić. To właśnie one najlepiej sprawdzą się w podróży i, ze względu na nieco wyższy poziom trudności, będą świetnym pomysłem na wspólne spędzenie czasu z dzieckiem.

Gry i zabawki:

Nie ma nic przyjemniejszego, niż nauka poprzez zabawę! Szczególnie, że a jeśli musimy coś wyszukać, dopasować, czy połączyć, od razu łatwiej to zapamiętać. Jednymi z naszych sprawdzonych „pomocy naukowych” są puzzle wydawnictwa Aksjomat „Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary” oraz „Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary”. Oba zestawy składają się z par puzzli – cyferki z 10, literki z 24 (puzzle z cyferkami są sporo większe, niż te z literkami) – do dopasowania. W przypadku cyferek na jednym elemencie mamy kolorową cyfrę, na drugim zaś odpowiednią liczbę przedmiotów, np. do trójki należy dopasować trzy kotki, do ósemki osiem pszczółek. W przypadku literek łączymy literkę z obrazkiem – A z arbuzem, K z kotkiem i tak dalej. Oba zestawy uzupełnia książeczka z naklejkami, w której należy uzupełnić liczbę zwierzątek naklejkami właśnie, by pasowała do cyferki obok i podjąć pierwsze próby pisania literek i cyferek. Dużym plusem jest „kieszonkowy” format zestawów – spokojnie można zabrać je ze sobą do babci na wakacje. Ze względu na niską cenę świetnie nadają się również na drobny upominek dla malucha.

Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.
Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.

Nieco większym i bardziej rozbudowanym zestawem edukacyjnym, z którego korzystamy, jest Carotina preschool „Alfabet. Słowa i liczby”. To tak naprawdę trzy gry w jednym – zestaw zawiera 9 plansz z akwariami pełnymi rybek do wypchnięcia i cyfrę odpowiadającą ich ilości (wraz z pasującym foliowym woreczkiem), zestaw kart ze zwierzątkami i literkami, od których zaczynają się ich nazwy oraz tablicę do dowolnego układania słów. Zasada zabawy jest bardzo prosta. Zwierzątka, literki i cyferki wypychamy z plansz i układamy na nowo – zgodnie ze wzorem lub zupełnie dowolnie. Na przykład rybki: wersja podstawowa polega na szukaniu rybkom miejsce w akwariach i dopasowywania do nich cyfry. Można jednak z powodzeniem wejść na wyższy stopień zaawansowania i z cyfr układać liczby dopasowując do nich większą ilość rybek, a za akwarium może nam posłużyć kocyk, dywanik, czy kartka papieru.

Podobnie z literkami – każda literka ma odpowiadające mu zwierzątko, które musimy odnaleźć, lub odwrotnie – do zwierzątka dopasować literkę. Ponadto każdy obrazek jest podpisany do pomocy. Jest jednak pewien haczyk – w sumie nie wiem, czy to wada, czy zaleta – wybrano te mniej znane zwierzęta (a przynajmniej takie, które my mniej znamy). Na przykład pokazuję Mai obrazek, Maja mówi „krówka”. A to cielak. Pokazuję owada, Maja mówi „pszczółka”. A to osa! Zamiast strusia jest emu, zamiast małpki goryl i tak dalej. Z jednej strony to trochę frustrująca trudność, bo odpowiedzi nie są intuicyjne, z drugiej strony rozwijają słownictwo, a to jest super.

Wykorzystując tablicę można również stawiać pierwsze kroki w układaniu własnych wyrazów z wypchniętych z plansz literek.

Niezbędnym chyba gadżetem malucha są literki do układania wyrazów – pamiętam, że moje babcia wycinała z gazety i uczyła mnie składać wyrazy niczym anonimy z filmów gangsterskich. Obecnie wybór jest obłędny, a literki i cyferki są wszędzie. Za bobasa Majka miała gumowe klocki z cyframi i adekwatną ilością zwierzątek, później drewnianą układankę ze swoim imieniem, a obecnie używamy literek – magnesów. Co prawda po raz pierwszy w życiu mam w domu zabudowaną lodówkę, ale z powodzeniem można je przyklejać na kaloryferze, tablicy suchościeralnej, czy po prostu układać wyrazy na podłodze. Mamy zestaw literek z Lidla i jestem bardzo zadowolona zarówno z ceny, jak i z wykonania. A do tego jest naprawdę ładny. Ma tylko jeden minus – brak polskich znaków.

Nasz zestaw cyferkowo-literkowych gadżetów zamyka tablica do rysowania. Przez jakiś czas korzystaliśmy z suchościeralnej i kredowej, ale szybko się zniszczyła. No dobra. Po prostu po tym, jak za trzecim razem przewróciła mi się na dziecko, zrobiłam jej eksmisję w trybie natychmiastowym. Znacznie lepiej sprawdziła nam się zabawka Carotina Preschool. Tablica Fluorescencyjna LED. Sama forma zabawki jest super – to całkiem spora przezroczysta tablica z plexi otoczona wygodną do trzymania, grubszą ramką. W zestawie są również trzy sucho ścieralne pisaki w bardzo ładnych, nasyconych kolorach (żółty, czerwony i niebieski) i zestaw kartek z trzydziestoma zadaniami o różnym stopniu trudności – od prostych szlaczków w stylu „zaprowadź zwierzątko do domku/mamusi”, przez rysunki po przerywanej linii aż po trening pisania literek. Ponadto, po skończonym rysowaniu tablicę można oprzeć na nóżkach i, po naciśnięciu przycisku, podświetlić na jeden z ośmiu sposobów, dzięki czemu linie również zdają się świecić. jest interesującą alternatywą dla książeczek z zadaniami. Wielkim atutem jest jej możliwość jej wielokrotnego użycia oraz łatwego poprawiania błędów.

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Aksjomat i z Wydawnictwem Wilga.

Bajki Majki: „Liczymy razem” Matsumasa Anno

Książka „Liczymy razem” składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku. Całość dopełnia krótka biografia autora.

Wbrew pozorom ta książka wcale nie jest tak prosta w odbiorze, jak mogłoby się wydawać! Szczegółów jest dużo, a malarskie ilustracje to czasami naprawdę miniaturki i trzeba się porządnie skupić, żeby je wypatrzyć i policzyć. Również ze względu na sposób wydania polecam ją raczej przedszkolakom, niż zupełnym maluszkom – jest to książka papierowa w twardej oprawie z rogami bez zaokrąglenia, dlatego „czytanie” wymaga już pewnej wprawy w używaniu rączek i paluszków.

Wyjątkowo śliczna, logiczna i wciągająca historia. Uczy liczenia, miesięcy, pór roku i zegara, pomaga ćwiczyć koncentrację, cierpliwość, umiejętność porównywania i spostrzegawczość. A ponadto wyrabia dobry gust estetyczny. Polecam bardzo mocno.

Swoją drogą kto by się spodziewał, że książeczka o liczeniu może być taka ładna!

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Grajki Majki: Carotina preschool „Alfabet. Słowa i liczby”

Coraz ambitniej przygotowujemy się do nauki czytania. Na razie jeszcze wszystko poprzez zabawę, więc nastawiam się raczej na gry i inne atrakcyjne pomoce, niż wkuwanie literek, czy sylabizowanie. Nieszczególnie znam się na tych wszystkich metodach nauczania maluchów, staram się więc po prostu oswoić Majkę z literkami i rozbudzić jej ciekawość.

A ten zestaw sprawdza nam się doskonale. „Alfabet. Słowa i liczby” to tak naprawdę trzy gry w jednym – zestaw zawiera 9 plansz z akwariami pełnymi rybek do wypchnięcia i cyfrę odpowiadającą ich ilości (wraz z pasującym foliowym woreczkiem), zestaw kart ze zwierzątkami i literkami, od których zaczynają się ich nazwy oraz tablicę do dowolnego układania słów.

Zasada zabawy jest bardzo prosta. Zwierzątka, literki i cyferki wypychamy z plansz i układamy na nowo – zgodnie ze wzorem lub zupełnie dowolnie. Na przykład rybki: wersja podstawowa polega na szukaniu rybkom miejsce w akwariach i dopasowywania do nich cyfry. Można jednak z powodzeniem wejść na wyższy stopień zaawansowania i z cyfr układać liczby dopasowując do nich większą ilość rybek, a za akwarium może nam posłużyć kocyk, dywanik, czy kartka papieru.

Podobnie z literkami – każda literka ma odpowiadające mu zwierzątko, które musimy odnaleźć, lub odwrotnie – do zwierzątka dopasować literkę. Ponadto każdy obrazek jest podpisany do pomocy. Jest jednak pewien haczyk – w sumie nie wiem, czy to wada, czy zaleta – wybrano te mniej znane zwierzęta (a przynajmniej takie, które my mniej znamy). Na przykład pokazuję Mai obrazek, Maja mówi „krówka”. A to cielak. Pokazuję owada, Maja mówi „pszczółka”. A to osa! Zamiast strusia jest emu, zamiast małpki goryl i tak dalej. Z jednej strony to trochę frustrująca trudność, bo odpowiedzi nie są intuicyjne, z drugiej strony rozwijają słownictwo, a to jest super.

Wykorzystując tablicę można również stawiać pierwsze kroki w układaniu własnych wyrazów z wypchniętych z plansz literek.

Wszystkie elementy zostały wykonane z twardej tekturki z nadrukiem pokrytym folią z połyskiem. Co ważne – zostały bardzo dobrze wycięte. Tylko raz zdarzyło nam się, że obrazek naddarł się nieznacznie podczas entuzjastycznego wypychania z ramki – na szczęście na rewersie. Żywe kolory i sympatyczne, choć proste ilustracje umilają zabawę. A rybki i morskie zwierzątka to ulubiony temat mojej córy, więc jest szał.

Minusy? Niewielkie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie chciała czegoś ulepszyć – przede wszystkim fajniej by było, gdyby znalazły się dwa komplety literek – mamy co prawda cały alfabet, ale nie można ułożyć podstawowych dla dziecka słów, jak „mama, czy „tata”. Wydaje mi się, że podwójne literki to podstawa, cena spokojnie mogłaby być wtedy nieco wyższa.

Drugie niedociągnięcie znaleźliśmy w rybkach – mam wrażenie, że lepiej sprawdziłby się okrągły kształt puzzelków (zamiast owalu), które w ten sposób łatwiej byłoby wkładać. Teoretycznie wszystkie rybki pasują do wszystkich rybkowych otworów, w praktyce czasami trudno je wcisnąć, szczególnie, kiedy nie dopasowuje się idealnie prosto. A to dla małych paluszków i jeszcze mniejszej cierpliwości spore wyzwanie.

Ach i jeszcze w instrukcji zabrakło polskich liter – dorosły oczywiście odgadnie słowa bez większego trudu, ale odcyfrowywanie zasad, nawet tak nieskomplikowanych, bywa nieco uciążliwe.

Patrząc na całokształt zdecydowanie przeważają plusy – gra jest ciekawie skonstruowana, dobrej jakości, rozwijająca i stosunkowo niedroga. Fajny pomysł na prezent dla malucha.

Carotina preschool. Alfabet. Słowa i liczby
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n