Czas na czytanie: „Fangirl” Rainbow Rowell

Nie wiem, jak to jest możliwe, że przegapiłam tą książkę. Nastąpił chyba jakiś błąd w matrixie, całe szczęście, że jednak się odnalazłyśmy!

Wraz z pójściem do college’u życie Cath całkowicie się zmienia – opuszcza rodzinny dom i wymagającego opieki ojca, a jej siostra bliźniaczka, z którą dotychczas były nierozłączne, nie chce dzielić z nią akademika i znajomych i z każdym dniem oddala się coraz bardziej. Nowe otoczenie, nowe zajęcia i mnóstwo nieznajomych wokół to niezłe wyzwanie. A Cather nie przepada za zmianami i jest tak aspołeczna, że od razu ją polubiłam.

A jak się chwile później okazało, że jedyną stabilną rzeczą w jej życiu jest pisanie homo fanfików do jej ukochanej sagi o czarodziejach, to już musiała być przyjaźń na całe życie i pokrewieństwo dusz. Bo co, jak co, ale fanfikcję szanuję. I sagi o czarodziejach, i psychofanki też.

Super sympatyczna, zabawna powieść o dorastaniu, pasji, przyjaźni, pierwszej miłości i strachu przed rzeczywistością. O stawianiu czoła własnym słabościom, zaufaniu, szukaniu swojego miejsca, poczuciu braku dopasowania i problemach z opuszczeniem fikcyjnego świata. O młodych dorosłych, którzy nie za bardzo potrafią w życie i o starych dorosłych z takim samym problemem.  Okazuje się jednak, że i ta szara, zwyczajna rzeczywistość może być magiczna.

Jestem fangirl bardzo mocno, więc wszystko rozumiem.  Aż muszę sobie teraz poszukać jakiegoś dobrego fanfika . I w ten właśnie sposób góra książek do przeczytania jakoś się nie zmniejsza…

Rainbow Rowell, Fangirl, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2015, 456 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Wieża świtu” Sarah J. Maas

Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego przerywnikowego tomu Szklanego Tronu. Przede wszystkim, jak można przerwać akcję w takim momencie i na prawie 850 stron przenieść ją w zupełnie inny czas i miejsce? Poza tym obawiałam się, że tom poświęcony tylko i wyłącznie Chaolowi zanudzi mnie na śmierć, bo też nigdy nie przepadałam za bardzo za tym bohaterem wraz z jego dąsami, specyficznym podejściem do honoru i oddania oraz tendencją do obwiniania o wszystko każdego wokół siebie z mentalnym samobiczowaniem włącznie.

DSC_0275

I to nie tak, że były kapitan gwardii królewskiej Adarlanu zyskał moją sympatię, chociaż czekająca go walka nie tylko z kalectwem, ale przede wszystkim z demonami przeszłości i wyniszczającym poczuciem winy będzie go sporym wyzwaniem. Odświerzająca okazała się zmiana otoczenia. Kaganat z brutalnym sposobem dziedziczenia władzy, miasto pokoju, dobrobytu i uzdrowicieli, jeźdźcy ruków rodem z opowiadanych w Adarlanie baśni i tak lubiane przeze mnie dworskie intrygi. A do tego oczywiście egzotyczne romanse. I rola dyplomaty, tak bardzo niepasująca do głównego bohatera.

Cieszący się dobrobytem południowy kontynent, bezpiecznie oddalony do wojny, wcale się do niej nie spieszy. Szczególnie, że członkowie rodziny królewskiej zmagają się w z własną, osobistą tragedią i codzienną rywalizacją. Tymczasem nie ma kontynentu, na którym na naszych bohaterów nie czyhałoby pradawne zło. Czyżby sama ich obecność ściągnęła szpiegów Erawana, czy może jego macki sięgają aż tak daleko już od dawna, a pogrążona w wojnie północ to dopiero początek?

Kraina za Wąskim Morzem kryje w sobie znacznie więcej, niż tylko potęgę militarną. Czy to tutaj narodzi się szansa na ostateczne pokonanie Valgów?

Sarah J. Maas, Wieża świtu, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Imperium burz” Sarah J. Maas

Już wiem, dlaczego Aelin tak bardzo działała mi na nerwy w „Królowej cieni”! Po prostu wszystko szło jej tam zbyt łatwo! I chociaż wciąż nie dzieli się z nikim swoimi planami, a przyjaciół traktuje raczej przedmiotowo, niż jest wobec nich fair, to jednak zdecydowanie łatwiej mi ją lubić, kiedy nie wszystko idzie po jej myśli. A ta część to prawdziwe pasmo niepowodzeń. Może mam trochę duszę sadystki, ale czytanie, jak to zabójczyni idealnej nie wypala jeden plan, po drugim, było całkiem odświeżające. I dzięki temu znowu zaczęłam jej kibicować.

To już piąty tom serii i nareszcie co nieco zaczęło się wyjaśniać. Dowiemy się kto uknuł całą tą dziejową intrygę, skąd wypełzł Erawan, i dlaczego bogowie wtrącają się w życie bohaterów, a każdy z nich jest czyimś wybrańcem. Wyjaśni się też, dlaczego Aelin od już od małego ma tak bardzo pod górkę, komu została obiecana i jaką cenę przyjdzie jej zapłacić. Oraz za czyje błędy.

Im dalej w las, tym więcej mam sympatii dla pozostałych bohaterów. I jak Rowan, lądując pod pantoflem, sporo stracił w moich oczach, tak pod koniec książki ma szansę się wykazać. Obecnie jestem zdecydowanie #teamDorian, który znacznie zyskał na atrakcyjności, odkąd zaczął więcej myśleć i rzadziej się odzywać. No i zabijać przeciwników dusząc ich widmowymi dłońmi. Przywiązałam się też do Leandry, mam nadzieję, że nie zginie.

Ten tom jest zdecydowanie bardziej różnorodny od poprzedniego – zarówno, jeśli chodzi o działania wojenne, jak i o landszafty. Dlatego też jeśli „Królowa cieni” trochę was znużyła, to „Imperium burz” będzie dobre na rozruszanie.

Sarah J. Maas, Imperium burz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 862 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Królowa cieni” Sarah J. Maas

Ostatnie tomy „Szklanego tronu” to prawdziwe cegły, nie trudno więc o lepszą lekturę na czas kwarantanny.

Już trzeci tom czytało mi się już naprawdę dobrze, akcja wreszcie się rozkręciła, więc  do tego usiadłam pełna entuzjazmu. I mogę Wam powiedzieć, że autorce udało się utrzymać moje zainteresowanie, bo przez ponad 800 stron ani razu nie poczułam zniechęcenia, czy nudy, chociaż tym razem akcja ponownie dzieje się na nowo tylko w dwóch miejscach – w Adarlanie, który widzimy oczami Aelin i w Morath, w którym przebywa Manon ze swoją Trzynastką. Oczywiście i jedną i drugą czeka na jej drodze mnóstwo problemów. Włącznie ze spotkaniem, które, jak można się spodziewać, nie przebiegnie w specjalnie pokojowej atmosferze.

Plany płomiennej królowej są dość określone: ocalić kuzyna przed egzekucją, obalić tyranię, zabić króla. Oczywiście wszystko tylko brzmi prosto, szczególnie kiedy najbardziej zaufana osoba w Ritfhold  nie pała do niej szczególnym entuzjazmem i obwinia o całe zło, które wydarzyło się pod jej nieobecność, najlepszy przyjaciel nosi w sobie demona, intrygi byłego mistrza oplatają ją niczym kokon, a jeden z legendarnych zabójców Maeve depcze jej po piętach.

Manon też nie ma lekko. Zmuszona do bezwzględnego posłuszeństwa babce ma coraz większe wątpliwości odnośnie jej poleceń. Wiedźmy nie są stworzone do wypełniania rozkazów kogokolwiek, a służenie królowi i życzenia księcia Perringtona budzą sprzeciw jej sabatu. Niepokonana Trzynastka jest o krok od wypowiedzenia dziedziczce władzy.

Kto okaże się przyjacielem, a kto prawdziwym wrogiem? Jakie okropieństwa kryją się w czeluściach twierdzy Morath? Do czego dąży król Adarlanu, a czego chcą Valgowie? Bo działania „czarnych charakterów” coraz mniej przypominają przygotowania do wojny, a coraz bardziej do eksterminacji

Niestety w tym tomie główna bohaterka znowu zaczęła mnie irytować. Nie aż tak, jak na samym początku (to właśnie ze względu na jej dziecinny i rozkapryszony charakterek porzuciłam tą serię), ale przebłyski dawnej Zabójczyni dały mi się we znaki. Mam szczerą nadzieję, że nie będzie szła w tym kierunku.

Porównując z poprzednią częścią, w tym tomie rzuciło mi się w oczy zdecydowanie mniej błędów. Zdarzały się literówki i powtarzające się wyrażenia, nie było to jednak na tyle nagminne, by przeszkadzać w lekturze.

Sarah J. Maas, Królowa cieni, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Zagubione siostry” Holly Black

„Zagubione siostry” to niewielki objętościowo dodatek do trylogii „Okrutnego księcia”. Ma formę zbliżoną do listu z przeprosinami i ofiaruje czytelnikom nową perspektywę, bo jego autorką jest Taryn. Bohaterka opisuje w niej historię swojego zakochania i romansu z Lokim dając się trochę lepiej poznać i tłumacząc motywy swojego postępowania. Rzuca też odrobinę światła na wredne zachowanie „bandy Cardana” wobec Jude w pierwszym tomie.

Ze względu na krótką formę i skupienie na uczuciach, zabrakło mi trochę tego, co w tej serii uwiodło mnie najbardziej – rozbuchanego świata elfów pełnego odurzającego piękna i szokującej bezwzględności. Świetnie ma się za to baśniowość, dodatkowo tu podkreślona i okrucieństwo – zarówno fizyczne, jak i psychiczne – a tego w tym świecie zabraknąć przecież nie może.

Świetnie sprawdzi się jako szybkie przypomnienie pierwszego tomu, kiedy po dłuższej przerwie zapragniemy sięgnąć po kolejne części cyklu. Warto poświęcić godzinkę na tego rodzaju streszczenie jednego z ważniejszych wątków.

Książka została wydana wyłącznie jako e-book i niestety nie jest dostępna (a przynajmniej nie była na stronie Empiku) jako pdf – możemy wybierać między formatami MOBI i EPUB. Dużym plusem jest cena, bo można ją kupić za mniej, niż 5 zł.

Holly Black, Zagubione siostry, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 98 s.

Czas na czytanie: „Królowa niczego” Holly Black

Lubię to, fajnie się skończyło! – jeśli to spojler, to przepraszam. Postaram się powiedzieć jak najwięcej zdradzając jak najmniej.

W ostatniej części trylogii jest co prawda mniej hipnotyzujących opisów elfowego świata, które mnie tak urzekły – przede wszystkim dlatego, że część akcji przeniosła się do krainy ludzi, a część na mroźną północ, gdzie o rozbuchaną, nieco nadgnitą przyrodę nieco trudniej, ale wszystko nadrabiają spiski, niecne plany i niespodziewane zwroty akcji.

Madok, zbuntowany dowódca armii, nie przebiera w środkach – zrobi wszystko, by obalić Cardana i zdobyć koronę. A jeśli przy okazji wywoła wojnę domową, to w sumie nawet lepiej, w końcu czerwone kaptury kochają przelew krwi i bitewny szał. I zjadać pokonanych przeciwników też. Tych kreatur poznamy więcej, więc fani brutalnej makabry z pewnością będą zadowoleni. Podobnie jak wielbiciele wielopoziomowych intryg, bo podstępy, zagadki i knowania towarzyszą elfom na każdym kroku. Czy Jude zdoła przejrzeć je wszystkie? I czy sprawi, że jej stanowisko faktycznie będzie coś znaczyć? A może popełni kolejny błąd, by stać się marionetką w dłoniach tych bezdusznych istot, albo pośmiewiskiem i krótką rozrywką w ich nieśmiertelnym życiu?

Będą wygnania, porwania, zabójstwa, niespodziewane ciąże, bitwy, podstępy, łamigłówki, biesiady, dochodzenia, elementy chrystologiczne/kanibalistyczne, wyroki, przewroty i romanse. Nawet pizza będzie.

Ta seria zrobiła na mnie piorunujące wrażenie jeszcze pod jednym aspektem – jest pełna silnych, świetnie skonstruowanych postaci kobiecych. Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za babeczkami w literaturze, z mało którą potrafię się utożsamić, jeszcze mniej wzbudza moją sympatię. A w trylogii o okrutnym księciu co kobieta, to świetna postać. I nie ważne, czy mówimy tu o śmiertelniczce z przerostem ambicji wydrapującej sobie szacunek pazurami, jej wiarołomnej siostrze (o tak, Taryn też bardzo zyskała w moich oczach w tej części), jej beztroskiej siostrze, a nawet nieświadomej istnienia magii dziewczynie siostry, nie dającej sobie w kaszę dmuchać służącej, nieszczęśliwie zakochanym szpiegu, wrednej antagonistce i konkurentce o serca króla, zimnej macosze, czy wyjętej spod prawa dowódczyni wojsk – mają swoje wady i zalety, słabości i atuty, ale każda babeczka, to żelazny charakter i po prostu nie sposób ich wszystkich nie polubić. To chyba faktycznie jakieś czary.

Z pewnością sięgnę po inne tytuły autorki – muszę się dowiedzieć, czy to specyfika tego świata, czy Holly Black po prostu czaruje słowem.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zły król” Holly Black

Pierwszą trylogii cyklu czytałam ponad rok temu i prawdę mówiąc nie do końca pamiętałam fabułę. Natomiast tym, co na dobre zapisało się w mojej pamięci i co jednocześnie zrobiło na mnie największe wrażenie, jest klimat stworzonego przez autorkę świata elfów. Świata czarownego, dusząco wilgotnego, pełnego niebezpieczeństw i bezwzględnego zarówno dzikością natury, jak i pełnym zepsucia okrucieństwem jego mieszkańców. Cudownie, że drugi tom nie tylko utrzymuje, ale nawet wzmaga atmosferę pierwszego – bo i poszerza baśniową krainę o śmiertelnie lodowate Królestwo Toni.

„Władzę znacznie łatwiej jest zdobyć, niż ją utrzymać”.

Szczególnie, kiedy nie możesz zaufać nikomu, a każdy tylko czeka, by wbić ci nóż w plecy. A potem wbić jeszcze raz, tak dla pewności. I kiedy tak łatwo pogubić się we własnej potrzebie kontrolowania wszystkich i wszystkiego wokół.

Nie zabraknie tu pałacowych spisków, najbardziej nawet bolesnych i podstępnych zdrad, hedonistycznych biesiad, skomplikowanej polityki, heroicznych pojedynków, wysokiego ryzyka publicznego blamażu, pogoni za uczuciami i złamanych serc. Ot, dzień jak co dzień, jeśli tylko żyjesz w tak potwornym miejscu, jak bezduszna kraina elfów. Nie sposób zazdrościć nawet samym elfom, nie wspominając nawet o śmiertelnikach. Jude świetnie sobie radzi w całej tej dworskiej żonglerce sprawowania władzy nad nieprzewidywalnym, ale jej upór i przywiązanie do tego świata z każdą stroną zdumiewają mnie na nowo. Cóż, może to jest właśnie bohaterstwo? Chociaż bardziej chyba syndrom sztokholmski.

Zdecydowanie najbardziej pozytywnym zaskoczeniem tej części jest Cardan, który bardzo zyskał w moich oczach, kiedy tylko przez chwilę musiał zacząć sam się sobą zajmować. I chociaż pod względem romansowym wciąż pozostawia co nieco do życzenia (a może po prostu drażni mnie, że Jude jednak nie jest w stanie radzić sobie ze wszystkim?), to jednak największym rozczarowaniem okazał się wątek zdrady – widać coś zawsze musi być tendencyjne i przewidywalne.

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem tego, jak lekko o szybko minęła mi lektura, najwyraźniej książki tej autorki faktycznie czyta się jednym tchem. A ręka sama wyciąga się po kolejny tom.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Siła złego na jednego” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że znając już ten świat – jego absurdy, groteski i pokręcone charaktery bohaterów, drugi tom czyta się zdecydowanie łatwiej. Po prostu nie trzeba już zastanawiać się o co w tym wszystkim chodzi, całą energię poświęcając na cieszenie się tą niebanalną lekturą.

Drużyna ulega rozpadowi – większość Jasnych musi jechać do Dąbrowy, zdać władcy relację z podstępnej zdrady Wlariela. Świta Dirana kurczy się znacznie, ale chyba jedna elfka, jeden zmienny i jedna mroczna wystarczą, by doprowadzić nowego Władcę do szkoły? Oczywiście nudno nie będzie, bo, choć zmniejszona, wyprawa nie traci ani odrobiny ze swojej pechowej aury. Sytuacje, które w pierwszym tomie skutkowały sprzedaniem w niewolę, tym razem kończą się nieplanowanymi małżeństwami (a może to bez różnicy?). Di odkrywa w sobie pierwiastek, jakiego odkryć nigdy się nie spodziewał, a do tego przyrzeka uwolnić duszę swojego miecza od wiecznej niedoli. Ponadto spotyka kuzyna, który ewidentnie jest jego jasną bratnią duszą i mają szansę zostać bff. Cesarzowa Ciemności kontratakuje, ojcowie czuwają, a podstępny imperator Dobroziemi knuje kolejną intrygę.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części, fabuła wypełniona jest nie mającymi większego znaczenia zdarzeniami – ot tak, żeby podróż się nie dłużyła warto porobić poboczne questy dla rozprostowania skrzydeł, wyczerpania mocy i efektownego omdlenia. Jestem strasznie ciekawa, czy wszystkie te niepozorne zdarzenia prowadzą do jakiejś wielkiej puenty w ostatnim tomie, czy to po prostu przygody wzbogacające doświadczenie młodego bohatera.

Pojawią się akcenty, których dotychczas mogło czytelnikom zabraknąć – blond książęta jeżdżący na jednorożcach, zaginione boskie korony, karawany przez przeklęte pustkowia, olbrzymie robale, wyklęci rycerze przedwiecznych zakonów i porzucone demoniczne dzieci.

Czy najmłodszemu synowi Ciemnego Władcy uda się wreszcie dotrzeć do szkoły? Czy zawiązane przyjaźnie przetrwają? Czy uda się zapobiec wojnie? Czy Jaśni i Ciemni mogą się przyjaźnić? Nie niszcząc przy tym świata?

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Siła złego na jednego, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2019, 346 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.