Czas na czytanie: „Kroniki Bane’a” Cassandra Clare

Tej książki nie mogłam się doczekać już od połowy Darów Anioła – w końcu trudno nie kochać Magnusa Bane’a, kolorowego ptaka, najbardziej pozytywną postać w uniwersum Nocnych Łowców. Jak na razie jest to też najsłabsza książka Cassandy Clare wchodząca w skład tej serii.

Z jednej strony trudno się dziwić – opowiadania nigdy nie wciągają mnie tak bardzo, jak powieści. Z drugiej spodziewałam się, że jednak wniosą nieco więcej do fabuły, a jego przygody, choć faktycznie szalone, będą trochę bardziej porywające. Chociaż nie można powiedzieć, że nie wnoszą nic i są tylko „sztuką dla sztuki”.

Książka składa się z 11 dość zróżnicowanych opowiadań – od imprez i hulanek na całym świecie, przez rozliczne miłości, miłostki i romanse, przyjaźnie wśród nieśmiertelnych i skomplikowane relacje z kolejnymi pokoleniami Nocnych Łowców aż po zawartość automatycznej sekretarki Magnusa tuż po rozstaniu z pewnym Nefilim.

Wraz z Magnusem odwiedzimy Peru, Londyn i Nowy Jork. Poznamy kulisy jego słabości do Herondale’ów, ból złamanego serca ciągnący się przez setki lat, historię Rafaela Santiago i wycinek złowrogiej działalności Kręgu. Poznamy też Nocnych Łowców oczami Podziemnego – i jak już możemy się domyślać po Diabelskich Maszynach, nie będzie to ani trochę pozytywny obraz. I jak zaskoczyło mnie ponure oblicze nieśmiertelnego życia czarownika, jakie zostało przede mną odmalowane, nie zabrakło również jego pozytywnych aspektów – epickiej ucieczki balonem z Marią Antoniną na pokładzie, rozlicznych przygód w słonecznym Peru, czy zakończenia pierwszej randki z Alexandrem Lightwoodem, której fragment został nam sprezentowany pod koniec „Miasta Popiołów”. Nie wspominając o rozlicznych i bardzo malowniczych opisach wyjątkowych kreacji Magnusa.

Spodziewałam się, że będzie bardziej zabawnie, ale takie słodko-gorzkie perypetie życia, które ciągnie się przez stulecia jednak bardzo pasuje do tego bohatera. Mimo to jest to dodatek, pisany raczej dla przyjemności i ciągnący na popularności serii, jego lektura nie jest tak naprawdę ani trochę potrzebna dla zrozumienia cyklu. To raczej taki „smaczek” dla fanów.

***

Kilka książek później, w posłowiu do „Czerwonych Zwojów Magii” – pierwszej części trylogii poświęconej przygodom Aleca i Magnusa, na której recenzję przyjdzie Wam jeszcze trochę poczekać – wyczytałam coś, co zupełnie mi umknęło, a pozwoliło mi spojrzeć na tą książkę w kompletnie innym świetle.

Mianowicie „Kroniki Bane’a” to książka z 2014 roku, a same „Dary Anioła” zaczęły pojawiać się od 2007 roku. I Magnus Bane jest jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą postacią serii książek dla młodzieży, która tak otwarcie mówi o swoim biseksualizmie, związkach z osobami obojga płci i wiążących się z nimi przygodach. W 2021 roku postacie homoseksualne nie budzą już aż takiego zgorszenia, jak jeszcze kilka lat temu i bez większego problemu jesteśmy w stanie kupić książkę o tej tematyce w pierwszej lepszej księgarni, więc sama odebrałam to jako zupełnie normalną treść – mamy już przecież Becky Albertalli, Adama Silverę, Andre Acimana a na gruncie polskim Weronikę Łodygę i Agatę Suchocką, która przekuła magnetyzm „Wywiadu z wampirem” w dosłowność, na którą Anne Rice nie mogła sobie w swoich czasach pozwolić, nawet w książkach skierowanych do dorosłego czytelnika. Chociaż najczęściej książki te to dramaty skupione na odkrywaniu i godzeniu się ze swoją orientacją, homoseksualni bohaterowie coraz częściej pojawiają się również w seriach przygodowych, gdzie orientacja nie jest jedynym czynnikiem, który ich definiuje – mimo, że wciąż są zwykle postaciami drugoplanowymi (np. u Leigh Bardugo). I w związku z tą dostępnością, powolną, ale jednak stale postępującą zmianą mentalności, jesteśmy już nieco rozpieszczeni. Tymczasem w momencie premiery, „Kroniki Bane’a” były bojkotowane w księgarniach i niedopuszczane przez biblioteki ze względu na ryzyko demoralizacji młodzieży. Nawet nie 20 lat temu! Magnus nie jest więc tylko intrygującą postacią, ale również swego rodzaju symbolem, ikoną i eksperymentem. A pisanie o takim bohaterze, nierozerwalnie związane z balansowaniem na granicy tego, co „akceptowalne społecznie”, to jednak inna para kaloszy. I dlatego coś, co dziś może mi (osobie rozpieszczonej, bo żyjącej już w nieco innych czasach) wydawać się mało porywające, te 10 lat temu było treścią rewolucyjną. I za to wielkie chapeau bas.

***

Cassandra Clare, Kroniki Bane’a, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2015, 496 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Mechaniczna księżniczka” Cassanda Clare

Zdecydowanie najlepsza część serii, kocham to zakończenie.

„Tworzyli we trójkę niezrozumiały węzeł, ale jedno było pewne: łączyła ich miłość”.

To powszechnie znany fakt, że nieszczęścia chodzą stadami, a jak się wali, to po całości. Nocnym Łowcom z Instytutu Londyńskiego będzie dane tylko kilka miesięcy względnego spokoju i oddechu, a wszystko to zaledwie cisza przed wielką burzą. Mimo obronienia prawa do kierowania instytutem, Chcarlotte traci wsparcie konsula, który zaczyna kopać pod nią dołki i posunie się do wszystkiego, by podważyć jej autorytet – od szantażu, przez rozstawianie własnych szpiegów w Instytucie, aż po odmowę pomocy. Tymczasem wzajemne uczucia Willa i Tessy nie słabną ani trochę, życie Jema rozpaczliwie szybko zbliża się ku końcowi, a niepokonana armia Mortmaina jest już gotowa, brakuje tylko ostatniego elementu, by ją zbudzić i rozpocząć rzeź – Tessy.

„Każdy potrzebuje lustra, żeby zobaczyć w nim swoje lepsze ja. Takim lustrem są oczy tych, którzy nas kochają. A czasami najpiękniejsze jest to, co krótkotrwałe”.

Poznamy wreszcie tajemnicę pochodzenia Theresy Gray i sekret działania jej anielskiego wisiorka. Będziemy uczestniczyć w procesie wynalezienia Bram i karkołomnej misji ratunkowej. Czeka nas też całkiem wyjątkowe rozwiązanie dla miłosnego trójkąta.

Każdy zyskał tu swoje zakończenie, szczęśliwe lub nie, a końcówka zręcznie przeplata się z wydarzeniami znanymi już czytelnikowi z „Darów Anioła”. Łowców czeka samotna bitwa z góry skazana na Chociaż osobiście zabrakło mi zamknięcia wątku i wyjaśnienia działań i motywacji Woolsey’a Scotta, ta postać to dla mnie wciąż jedna wielka zagadka.

Chociaż świat, w którym została osadzona akcja utworu jest zaledwie tłem dla rozgrywających się wydarzeń, zostały one w satysfakcjonujący sposób wpisane w nastroje przełomu wieków. Pewnych przemian nie było w stanie uniknąć nawet hermetyczne środowisko Nocnych Łowców, mimo ich zdystansowania do świata zwykłych ludzi. Od duszących konwenansów i unieszczęśliwiających podziałów społecznych,  przez zmianę postrzegania roli kobiety w społeczeństwie aż po wielkie odkrycia technologiczne.

Z szalonymi wynalazkami Henry’ego, przyjaźnią poza statusami i pod władzą Charlotte Londyński Instytut jest rewolucją lat około. 1900 w pigułce. Nowe miesza się ze starym, gotycka poezja z rozwojem technologii, a nowoczesność powoli, ale sukcesywnie wypiera skostniałe zasady poprzednich wieków.

Niby tylko kolejna powieść przygodowa dla młodzieży o przyjaźni, wspólnocie dusz, miłości, walce, bólu straty i przemijaniu, czyli w sumie standard, same uniwersalne wartości. A jednak wciąż można zrobić z tego oryginalną przygodę, która wciągnie na tydzień i nie będzie chciała puścić. Która i rozbawi (chociaż nie jest to ten sam poziom humoru, co w DA, tego trochę mi brakowało) i wzruszy i sprawi, że będziemy kibicować bohaterom z całych sił.

Jeśli coś mi się nie pasowało, to – podobnie jak w przypadku nie tylko poprzednich części DM, ale również „Darów Anioła” – mnogość błędów. Nie czytam książek w oryginale, nie jestem więc w stanie ocenić, czy kiepska jakość tekstu jest już wynikiem tłumaczenia, czy po prostu ktoś nie postarał się z korektą. Ta druga z pewnością mogłaby być dużo lepsza, bo choć w poprzednich dwóch częściach błędy się pojawiały, to w „Mechanicznej księżniczce” albo było ich więcej, albo zaczęły mnie wyjątkowo razić po oczach. Ale jakim cudem można nie wyłapać takiego zdania (pisownia oryginalna, s. 89):

„Nie jest głupią dziewczyną, prawdę mówiąc, uważa, że się za ponadprzeciętną inteligencję, ale jest zarozumiała i próżna, a między nią a moim bratem nie ma miłości”.

i to nie w przypadku zwykłego czytania, a podczas redagowania tekstu? Czyli nomen omen pracy, za którą otrzymuje się wynagrodzenie (może jaka płaca, taka praca, kto wie?).

Chociaż wybrałam dla Was przykład ekstremalny, to większych i mniejszych błędów składniowych, językowych i logicznych jest niestety sporo więcej. A szkoda, bo ta seria zasługuje na więcej. I wydaje mi się, że nie tylko ja „mam z tym problem” bo w bibliotecznym egzemplarzu, który czytałam, niektóre z błędów zostały już wcześniej poprawione różnymi kolorami długopisów i charakterami pisma. Gorąco liczę na kolejne, poprawione wydanie, wtedy zostanie już tylko sama przyjemność z czytania.

Cassandra Clare, Diabelskie Maszyny T. 3: Mechaniczna księżniczka, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Rządy wilków” Leigh Bardugo

„Może na tym właśnie polegała cała sztuka: żeby przetrwać, ośmielić się, zostać przy życiu, wykuć własną nadzieję, kiedy cała nadzieja już się skończyła”.

Wojna z lepiej uzbrojonym, zawziętym i bezlitosnym fierdańskim przeciwnikiem planującym nie tylko podbój, ale i eksterminację griszów, podczas gdy w kasie pustki i brak realnych szans na jakikolwiek sensowny sojusz? Co to dla Nikołaja Lancova!

W drugim tomie zdecydowanie mniej jest spotkań oko w oko z bogami i nadprzyrodzonych zmagań o mistycznym wydźwięku, choć aspekt religijny wciąż ma się dobrze i będzie miał swoje pięć minut. Zaczyna się wojna, dominuje więc wyścig zbrojeń i rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek przewagi. Jeśli nie militarnej czy liczebnej to chociaż przewagi sprytu, zasadzki i elementu zaskoczenia. Nikołaj dwoi się i troi, żeby nie dać rozszarpać Ravki na strzępy (i przy okazji nie dać się rozszarpać swojemu własnemu, wewnętrznemu demonowi) ale we Fierdzie mają już dowody na jego nieprawe pochodzenie, a w kark dyszy mu kolejny pretendent do tronu, tym razem naprawdę z rodu Lancovów. Zoya ze wszelką cenę usiłuje ocalić najbliższych i wciąż opłakuje każdego z utraconych przyjaciół broniąc się jednocześnie za całych sił przed emocjami i dziedzictwem przekazanym jej przez Jurisa. Nina w samym sercu obozu wroga oddaje serce komuś, komu zdecydowanie nie powinna. Tymczasem świat rozdziera plaga cienia niszcząca wszystko, co znajdzie na swej drodze. I nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie się pojawi.

Będą epickie bitwy, szaleńcze pomysły, moralne dylematy związane z przykładaniem ręki do rozwoju wojennego rzemiosła, będą wynalazki niosące śmierć i zniszczenie, będzie też rozpaczliwa walka o pokój, podczas której trudno przebierać w środkach. Będą śluby i pogrzeby, łzy i radości. To książka o Nikołaju, nie zabraknie więc zuchwałych przedsięwzięć. A nawet małej wycieczki do Ketterdamu, Wronom w odwiedziny. I smok, będzie smok!

Co mi nie pasowało? Pisałam o tym już w recenzji pierwszego tomu dylogii, ale mam straszny ból części zadniej, więc uzewnętrznię się i tutaj. Pierwszą trylogię Bardugo czytałam jeszcze w wydaniu Papierowego Księżyca i w poprzednim tłumaczeniu. Podobno to nowe jest lepsze, niestety miałam zbyt długa przerwę między seriami by móc to ocenić i mieć na ten temat własne zdanie. Ale obecne tłumaczenie nazw własnych to coś, z czym kompletnie nie potrafię się pogodzić. Kiedy czytałam „Króla z bliznami” nie miałam pojęcia co to jest ten cały „Zmrocz”, a kiedy już wreszcie zorientowałam się, że chodzi o Darklinga, plask mojego facepalma było chyba słychać na księżycu. Kto uznał, że przetłumaczenie „Darklinga” na „Zmrocza” to dobry pomysł? I dlaczego?

Nie widzę też najmniejszego sensu w tłumaczeniu nazwy statku Sturmhonda z „Volkvolny” na „Wołka Wołnego” (dobrze, że sam Stuhmhond nie został żadnym „Piesełem burzy” albo „Ogarem navalanicy”, żeby było bardziej stylizowanie, niż w oryginale…). Ani „Nikolai’a Lantsova” na „Nikołaja Lancova”. Po co, na co? Żeby pokazać, że coś się zrobiło? Żeby się na siłę odróżnić od poprzedniego tłumaczenia? A może po prostu się nie znam i jest w tym jakaś głębsza idea, która mi umyka? Czy jest na sali tłumacz, który mógłby mi to wytłumaczyć?

Te naciągane tłumaczenia to było coś, co mnie wymęczyło podczas lektury, poza tym świetnie było wrócić do uniwersum griszów, szczególnie na świeżo po serialu. I chociaż, mimo całego uroku Nikołaja, moje serce oddałam Wronom i Ketterdamowi, to i tak dobrze było odwiedzić Ravkę.

Leigh Bardugo, Rządy wilków, Warszawa: Wydawnictwo MAG: 2021, 576 s.

Czas na czytanie: „Angst with happy ending” Weronika Łodyga

Weronika Łodyga właśnie awansowała do grona moich ulubionych autorek. Serio, „Hurt/Comfort” bardzo mi się podobała, ale „Angst with happy ending” ją przerosła. I jak ta pierwsza była komedią romantyczną w lekki sposób poruszającą cięższe tematy, tak druga jest po prostu naprawdę ważna. Szalenie wartościowa. Bardzo prawdziwa. Obowiązkowa.

Rany, jak z wiekiem coraz mniej we mnie przywiązania do narodowości, tak tym razem jestem naprawdę dumna, że taki tytuł został napisany w Polsce.

Może jeszcze nie wszystko tu u nas stracone? Proszę, chowajmy młodzieży takimi książkami!

„Nigdy nie myślałam, że to się tak rozwinie, że ktoś faktycznie zrobi mu krzywdę. To było tylko takie durne gadanie. Głupie żarty. Nie chciałam, żeby stało mu się cokolwiek złego. No i przecież sama niczego złego nie zrobiłam, nie? Po prostu tam byłam. Z boku. Nie mieszałam się. Niczego nie powiedziałam, miałam czyste ręce”.

Aleks od dawna uważa, że jest martwy w środku. Po dość destrukcyjnym młodzieńczym buncie cięte riposty i całe swoje zdanie na temat otaczającego o świata trzyma głęboko w sobie w bezpiecznym garniturku konformisty o olewczym stosunku do rzeczywistości. I choć głęboko pogardza zachowaniem swoich kolegów – prześladowców słabszych, nigdy nie powiedział słowa sprzeciwu. To by przecież wymagało wysiłku, a on sam pragnie przecież tylko świętego spokoju. Nawet się nie spodziewa, jak bardzo pewna internetowa znajomość zmieni jego postrzeganie świata.

To książka przede wszystkim o reakcji na cudzą krzywdę. A raczej o jej braku. O myśleniu „to nie moja sprawa”, „przecież ja tak nie robię”, „nie ma po co się wtrącać”. O konsekwencjach obojętności i o zdumiewającej zmianie perspektywy, kiedy tylko zachowanie, które dotychczas mijaliśmy bez słowa sprzeciwu zaczyna dotykać naszych bliskich.

Ale to tylko jeden z poruszonych tu problemów. Znajdziemy w niej również takie tematy, jak ciężar życia w patologicznej rodzinie, słabo rozwinięta inteligencja emocjonalna, strach przed porażką, skomplikowane relacje rodzinne, depresję, poczucie niedopasowania do reszty społeczeństwa, brak tolerancji, przemoc, zdradzone zaufanie, ciężar wyrzutów sumienia i poczucie, że jest się niewystarczającym oraz aseksualnego bohatera.

„Złe rzeczy się zdarzają. Przeważnie dlatego, że się jest idiotą albo podejmie się złą decyzję. Jeśli zamkniesz się w pokoju, zawiniesz w koc i już nigdy spod niego nie wyjdziesz, to ten błąd zawsze będzie najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłeś. Ale jeśli zaczniesz żyć dalej, to prędzej czy później to się okaże tylko jedną z miliona decyzji. Akurat przypadkiem gównianą. Bywa”.

I jednocześnie po raz kolejny autorce udało się stworzyć książkę, przy której nie sposób się nie uśmiechać. Pełną poczucia humoru, ociekającego egzaltacją życia wewnętrznego nastolatków i wyrazistych, fenomenalnych bohaterów, co już wcześniej tak bardzo podobało mi się w „Hurt/Comfort” (spotkamy tu również bohaterów poprzedniej książki, choć występują oni raczej marginalnie, a akcja powieści dzieje się przed wydarzeniami z H/C). Ich odczucia wciąż jeszcze są mi bliskie, chociaż z przykrością zauważam, że nieco już wypadłam z obiegu. Nie tylko nie miałam pocięcia czym jest „furry”, ale nie znałam też wcześniej takiego określenia, jak „catfishing” (choć samo pojęcie nie jest mi obce, za moich czasów nie miało jednak takiego fancy określenia, a raczej wizualizowane było niepokojącym plakatem z hasłem „Cześć, jestem Wojtek i też mam 12 lat”). Czuję, że starość jednak nadchodzi!

„(…) jakby rozczarowywał bliskich samym faktem, że nie jest szczęśliwy. Jakby każde „jestem smutny” w ich uszach zmieniało się w „nie jesteście wystarczający” i „wasze uczucia nic dla mnie nie znaczą”. Miał ochotę krzyczeć i płakać, i obiecywać, ze to nieprawda, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, że docenia wszystko co ma, co dostaje, i czasem po prostu… po prostu coś jest nie tak”.

To prawda, że książka trochę moralizuje, a przez wewnętrzne monologi bohaterów może sprawiać wrażenie przegadanej. Ale z drugiej strony wszystko to, co się tam pojawia jest tak bardzo dobre, tak bardzo „w punkt”, że nie mogę się powstrzymać od wypisywania cytatów. A że przy tym sposób przekazu jest dostosowany cierpliwości czytelnika i wpisuje się w jednak wciąż lekki styl young adult, moim zdaniem wyszedł kawał naprawdę dobrej książki. Jak to możliwe, że upchnięto tak dużo treści w tak atrakcyjny sposób na niecałych 300 stronach!

„Zawsze uważał, że cały ten bój o to, by ludzie zwracali się do innych w odpowiedni sposób i zaliczali do właściwych grup, jest niepotrzebnym zamieszaniem i robieniem problemu z niczego, ale teraz wizja bycia częścią czegoś większego wydawała się kusząca i niosła ze sobą pewną ulgę. Jakby nagle, przez samo nadanie sobie odpowiedniej nazwy, automatycznie przestał być z tym wszystkim taki… samotny”.

To powinna być lektura!

Weronika Łodyga, Angst with happy ending, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 292 s.

Czas na czytanie: „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare

Z przykrością muszę przyznać, że to pierwsza z książek Cassandry Clare, która trochę mi się dłużyła, szczególnie w samym środku – już po wielu tragicznych wydarzeniach, ale w momencie oczekiwania na finałową bitwę i ostateczne rozwiązanie całej serii. 700 stron to mimo wszystko trochę za dużo radości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym zdecydowała się odłożyć książkę, wręcz przeciwnie – podobnie jak 5 poprzednich tomów, i ta wchodzi bardzo szybko i lekko, nawet mimo długaśnych momentów mozolnego brnięcia przez pustynię.

Sebastian wyposażony w kielich pozwalający stworzyć Mrocznych Nocnych Łowców wydaje się być niepokonanym przeciwnikiem – szczególnie, że „rekrutuje” swoją armię napadając i przemieniając Nefilim, a nie ma nic trudniejszego, niż walka z wrogiem noszącym twarze naszych najbliższych. Nawet, jeśli to tylko powłoka, której ukradziono duszę, któż byłby w stanie wycelować w nią miecz? Jakby tego było mało, jeden z sojuszników Clave szykuje się do zdrady dołączając do szeregów Morgensterna. Nie da się ukryć, że Valentine był przy swoim synu puszystym kociakiem – chciał odsunięcia Clave od sprawowania rządów, niepodzielnej władzy nad Mrocznymi Łowcami i zerwania Porozumień z Podziemnymi. Cel Jonatana jest znacznie prostszy – zniszczyć świat i rządzić jego popiołami. Koniecznie mając przy sobie siostrę – jedyną osobę, która ma dla niego jakąkolwiek wartość.

Ostatnia część nie tylko domyka historię Clary i Mrocznej Wojny, w którą została wplątana, ale przy okazji otwiera mnóstwo nowych wątków, które będą kontynuowane w kolejnych cyklach, a do głosu dochodzą kolejne rody – pojawia się rodzeństwo Blackthornów i Emma Carstairs z legendarnym mieczem u boku (otrzymali własną historię w trylogii „Mroczne Intrygi”), brat Zachariasz okazuje się jeszcze bardziej intrygującą postacią, niż wcześniej, ze Spiralnego Labiryntu wychodzi czarownica Tessa Gray, której historię możemy poznać w trylogii „Diabelskie Maszyny” (za którą lada moment się zabieram), a Magnus spisze kilka historii ze swojej niekrótkiej młodości („Kroniki Magnusa Bane’a”). Nie ma więc mowy o żadnych pożegnaniach. To dopiero zaproszenie do dalszej przygody.

I z przyjemnością to zaproszenie przyjmuję, bo świat stworzony przez Cassandrę Clare – świat niby najzupełniej normalny, a pełen wilkołaków, wampirów, czarowników i demonów schowanych przed wzrokiem zwykłych śmiertelników, z Nocnymi Łowcami mającymi w żyłach anielską krew i czerpiącymi siłę z magicznych znaków stojącymi na straży porządku – bardzo przypadł mi do gustu, do czego w dużej mierze przyczyniło się poczucie humoru bohaterów (za tak długie zdanie moja polonistka z gimnazjum zrobiłaby mi równie długi wykład, ale jakoś nie mogę go skończyć, to jeszcze dopiszę coś w nawiasie, zawsze miałam słabość do impresjonizmu). Strasznie się cieszę, że jeszcze tyle przede mną, choć jednocześnie długość Kronik Nocnych Łowców troszkę napawa mnie przerażeniem. Ale jestem pewna, że będzie fajnie!

Sporym minusem całej serii było dla mnie bardzo przeciętne tłumaczenie i niestaranna korekta – pojawiało się naprawdę sporo błędów i wyłapałam kilka może nie szczególnie ważnych, ale kulawo brzmiących błędów w tłumaczeniu. Na przykład zamiast słowa „brokat” pojawia się „błyszczyk”, w związku z czym Magnus pociera oko i w związku z tym palce lśnią mu od błyszczyku, pokój Isabelle jest cały obsypany błyszczykiem itp. Tego rodzaju nieznaczne, ale w całokształcie męczące szczegóły. Zwłaszcza, gdy pojawiają się w tekście niejednokrotnie.

W ostatnim tomie strasznie za to drażnił mnie pewien błąd rzeczowy – ważna dla fabuły jest pewna sala w Gard, która opisywana w następujący sposób:

„(…) zbudowana jak amfiteatr: półokrąg ław otaczający podium z dwiema mównicami, jedną dla Konsula, drugą dla Inkwizytora. Znajdujące się za duże prostokątne okna wychodziły na Alicante”.

I ja wiem, że w tym momencie pewnie jestem zbyt czepialska, ale tego rodzaju konstrukcja na planie półokręgu to teatr. Przedrostek „amfi-” oznacza podwojenie, czyli amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu (podwójny teatr). Jak na przykład Amfiteatr Flawiuszów, zwany potocznie Koloseum. I za pierwszym razem tylko trochę mnie to zirytowało, ale to porównanie pojawia się w tekście dwa lub nawet trzy razy, więc musiałam podzielić się frustracją :)

Podsumowując – było długo, ale fajnie i chcę więcej. To jedna z tych autorek, której książki właściwie czytają się same – bardzo łatwo wchodzą i nie wymagają od czytelnika zbyt wiele wysiłku, to po prostu czysta, dobra rozrywka. Świetnie mi się przy nich odpoczywa.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 6: Miasto niebiańskiego ognia, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2014, 704 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Serce trolla” Holly Black

Kiedy nastoletnia Val zostaje zdradzona przez najbliższych w wyjątkowo paskudy sposób, obraca się na pięcie, wychodzi z domu, wsiada do pociągu i pozwala pożreć się demonom wielkiego miasta. Już drugiego dnia na gigancie przyłącza się do grupki młodych bezdomnych koczujących na zamkniętej stacji metra. Szybko orientuje się, że towar, którym dilują nowi znajomi jest nie do końca z tego świata, jednak by w to uwierzyć, musi zobaczyć dowód na własne oczy. Czy istnieje łatwiejsza droga by wpakować się w kłopoty? Nadnaturalne kłopoty, o tym warto wspomnieć.

Chociaż sama książka nie jest długa, i jak zwykle czytało mi się błyskawicznie, ze wszystkich książek Holly Black, które dotychczas czytałam, ta podobała mi się najmniej. Z dwóch powodów.

Przede wszystkim u tej autorki najbardziej ze wszystkiego uwielbiam magiczną niesamowitość krainy elfów, z otumaniającą i niepokojącą siłą przyrody na czele. A tu kicha – cała akcja powieści toczy się w pełnym żelaza Nowym Jorku i tylko na kilka chwil przyjdzie nam zawitać na Dwór Termitów pod cmentarnym pagórkiem. Więc pod tym względem rozczarowanko.

Drugim zgrzytem jest moja nieco absurdalna obrzydliwość względem żył i igieł. Jest mi słabo na sam dźwięk tych słów, a kiedy występują w parze to już w ogóle mogiła. A to jest książka o narkomanii. Z pięknymi, plastycznymi opisami. Musiałam wyglądać bardzo zabawnie podczas lektury.

Czuć też trochę, że to jedna z pierwszych książek Holly Black – już orbitująca wokół tematyki, która niemal dekadę później znajdzie rozwinięcie w „Okrutnym księciu” i zdobędzie serca fanów, ale jeszcze sprzed ukształtowania charakterystycznego dla niej stylu. Niemniej jednak jest to historia warta uwagi – z jednej strony bardzo lekka do czytania, „na jeden wieczór” (chyba, że ktoś jest równie obrzydliwy jak ja), z drugiej porusza poważną tematykę zagubienia, bezsilności, utraty kontroli nad swoim życiem, opierania się uzależnieniu, odpowiedzialności i podejmowaniu walki o siebie i o to, co dla nas ważne. Z trzeciej zaś ciekawa wersja świata przedstawionego, gdzie elfowa potworna niesamowitość przenika do świata rzeczywistego, a zwykły człowiek nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa czyhającego na niego właściwie na każdym kroku.

Czy brak odpowiedzialności faktycznie jest tożsamy z wolnością?

Podobnie, jak reszta elfowej serii wydawanej przez Wydawnictwo Jaguar, doczekała się świetnej szaty graficznej, szczególnie w zestawieniu z pierwszym polskim wydaniem z 2007 roku („Waleczna”, wydawnictwo Dolnośląskie).

Holly Black, Serce Trolla, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 288 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto popiołów” Cassandra Clare

Jak w pierwszym tomie moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim powtarzające się co jakiś czas pojedynki z demonami, wampirami i innymi mrocznymi stworzeniami z pogranicza światów, tak tym razem na prowadzenie wysuwają się miłosne rozterki. Od samego początku mieliśmy w tej serii do czynienia z romantycznym trójkątem i przynajmniej trzema osobami utkniętymi we friendzone, a im dalej w las, tym sytuacja coraz bardziej się plącze, zamiast rozjaśniać. Chyba nie ma tu nikogo, kto obdarza uczuciami właściwą osobę, a nawet jeśli, to bez wzajemności. A jeśli z wzajemnością, to akurat tak się składa, że są rodzeństwem, więc dylemat natury społeczno-moralno-genetycznej jak się patrzy. I nikt tak właściwie nie wie czego chce, poza Simonem, ale on akurat dostaje tylko to, czego bardzo nie chce. Trochę w więc z „Miasta popiołów” opera mydlana, ale w sumie kto nie lubi takich klimatów od czasu do czasu? Wszyscy lubią, tylko nikt się nie przyznaje!

I może faktycznie byłoby to męczące, gdyby nie toczący się wokół konflikt. Zły ojciec rośnie w siłę i buduje armię gotową zrównać z powierzchni ziemi nie tylko Clave i wszystkich Podziemnych, ale również każdego wyznającego inne ideały. I każdego kto się nawinie też. Ponura Inkwizytorka dokłada wszelkich starań, by zrobić piekło z życia Jace’a (przy jednoczesnym ignorowaniu prawdziwego zagrożenia), bo jak powszechnie wiadomo to dzieci powinni być obarczani winą za zbrodnie rodziców, a pobudki osobiste zawsze powinny przeważać nad bezpieczeństwem ogółu. Natomiast jeśli chodzi o sprawy natury rodzinno-osobistej, to i rodzinę Lightwoodów czeka niemały kryzys, po tym, jak okazało się, że adoptowany przez nich chłopiec jest synem nie tego przyjaciela, co powinien. O bałaganie w życiu Simona nawet nie będę wspominać, zdradzę tylko, że będzie… mrocznie.

Będą ciemne lochy, demony żywiące się strachem, zuchwałe kradzieże i brutalne morderstwa, masa uczuciowego bałaganu i krwawa final battle bez nadziei na zwycięstwo. Nie zabraknie jednak i charakterystycznego poczucia humoru, które zdążyłam tak polubić.

A na końcu czeka uroczy bonus z pierwszej randki Magnusa i Aleca.

Bardzo podoba mi się pomysł autorki na magię zawartą w słowie pisanym, czyli run jako źródła siły, mocy i szczególnych umiejętności Nocnych Łowców. A że nadnaturalne zdolności, które powoli odkrywa w sobie Clary są z tym silnie związane, zapowiada się rozwinięcie tego tematu w kolejnych tomach, na co bardzo czekam.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 2: Miasto popiołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 464 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto kości” Cassandra Clare

W zeszłym sezonie zima-wiosna zmierzyłam się z monumentalną serią Sarah J. Maas „Szklany Tron” i myślałam, że na jakiś czas jestem nasycona fantastycznie magicznymi przygodówkami dla młodzieży. Ale minęło trochę czasu i strasznie zatęskniłam za moją prywatną akcją nadrabiania młodzieżówek. Tym razem biorę na warsztat kolejnego tasiemca, o którym słyszeli chyba wszyscy, a ja kompletnie nie wiem o co chodzi – „Kroniki Nocnych Łowców” Cassandry Clare. Z tego, co widzę, czeka mnie w sumie 21 książek, co już samo w sobie brzmi imponująco, a do tego są wcale grubaśne. Nie wiem, czy dam radę dotrwać do końca, ale pierwszy tom pierwszej serii pochłonęłam w dwa wieczory, a to dobra wróżba. Szkoda tylko, że recenzja po kilku miesiącach… Ale wreszcie jest, liczy się! :D

Bo i książka właściwie czyta się sama – jest napisana z lekkością i mało wymagająca, bardzo dobrze mi się przy niej odpoczywało.

„Wszystkie bajki są prawdziwe”.

Chociaż mamy tu do czynienia z fantastycznym światem – ze swoimi regułami, hierarchią, stworzeniami i brudnymi sekrecikami – całkiem łatwo przyswoić rządzące nim zasady i w miarę szybko ogarnęłam kto jest kim, z kim i dlaczego. Może z tego powodu, że świat Nocnych Łowców, wojowników broniących świata przed demonami, nakłada się na nasz – jest ukryty przed oczami zwykłych śmiertelników (zwanych tu „Przyziemnymi”) pozbawionych daru Widzenia i umiejętności zaglądania pod osłonę rzeczywistości. A tam się dzieje, oj dzieje.

Piętnastoletnia Clary Fray żyje w przekonaniu, że jest najzwyklejszą ze zwykłych dziewczyn. Musi jednak zrewidować ten pogląd, kiedy na jednej z imprez jest światkiem morderstwa. Tylko że nikt poza nią nie widzi napastników, a ciało ofiary rozpływa się w nicości. Kiedy następnego dnia jej mama zostaje porwana, a ją atakuje potwór rodem z koszmarów zostaje siłą wciągnięta w świat, o którego istnieniu nie zdawała sobie sprawy, choć jest z nim nierozerwalnie związana właściwie od urodzenia.

Kto grzebał w jej umyśle nakładając na niego kolejne blokady? Co ukrywała przed nią matka i dlaczego nigdy nie wspominała ani słowem o swojej przeszłości?

Jest tu sporo widowiskowych pojedynków z mrocznymi siłami i całkiem paskudnych stworów, są drobne rodzinne sekrety (ach, która rodzina nie ma trupa w szafie?) i spiski dążące do przewrotu i zachwiania ustalonym porządkiem. Są wredni, ale przystojni młodzi wojownicy o ciętym poczuciu humoru i swojski, oddany przyjaciel we frienzonie. Są bajkowe historie, wilkołaki, wampiry na demonicznych motocyklach, ekscentryczny czarownik i wróżka-oszustka. Jest intryga, poszukiwanie skradzionego skarbu, spora dawka przyjaźni (nawet jeśli ta czasami rodzi się zupełnie mimo woli) i heroiczna misja ratunkowa.

I miłosne rozterki, więc mamy właściwie wszystko, co potrzebne w dobrej fantastycznej przygodówce. Co prawda bywa trochę przewidywalnie – spodziewałam się kto będzie zdrajcą (uwaga, spoiler – będzie zdrada!), ale plot twist na końcu książki mnie zaskoczył. Całość okazała się też dobrze zbalansowana, bo chociaż jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, to z przyjemnością sięgnę po drugą część.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 1: Miasto kości, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 512 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~