Czas na czytanie: „Siostra księżyca” Marah Woolf

Podczas lektury drugiej części trylogii „Trzy czarownice” naprzemiennie byłam tą książką strasznie podekscytowana, by chwilę później mieć ochotę rzucić ją w kąt.

Zaczyna się bardzo dobrze, bo i „epicka bitwa z demonami”, na której rozpoczęciu skończył się pierwszy tom, jest pierwszym wydarzeniem w tomie drugim. Bardzo się cieszę, że autorka nie zdecydowała się na zabieg typu „tydzień później”, bo nie da się ukryć, że na magiczną potyczkę mocno czekałam, a ta okazała się całkiem satysfakcjonująca, choć nieco krótka.

Tym razem akcja przenosi się do królestwa demonów, gdzie intryga koni intrygę, a korytarze dosłownie wypełnione są potworami, a każdy spośród nich snuje swoje własne knowania, więc pod tym względem byłam bardzo usatysfakcjonowana, pałacowe spiski lubię bardzo. Nie da się ukryć, że dworskie niesnaski – od rozgrywek na najwyższym szczeblu, aż po złośliwe uszczypliwości powodowane zazdrością i złośliwością – wchodzą mi dużo lepiej niż mozolne polityczne przeciąganie liny. Siostry trafią do świata, którego zasad nie rozumieją, gdzie nie mogą zaufać nikomu, poza sobą nawzajem i z perspektywą potwornej przyszłości nadciągającą wielkimi krokami. A co za tym idzie, fabuła jest dużo bardziej dynamiczna, w porównaniu do pierwszego tomu, co jest dużym plusem.

Z drugiej strony wątek romantyczny zrobił się tak potwornie męczący, że miałam ochotę osobiście wyrządzić Vianne krzywdę. Jej naiwne, uparte, dziecięce zapatrzenie, podsycane tylko przez niepotrafiącego zostawić jej spokoju Ezrę staje się irytujące do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam ochotę odłożyć tą historię jak najdalej. Na szczęście zakończenie wynagrodzi czytelnikowi wszelkie cierpienia podczas śledzenia tego żenującego love story.

Natomiast poza upośledzeniem w relacjach z mężczyznami, Vianne radzi sobie całkiem dobrze i gdyby nie jej romantyczne rozterki bez większego problemu mogłabym polubić ta bohaterkę, również ze względu na przygody, które ją czekają. Nie brakuje tu bowiem tak charakterystycznego dla powieści fantastycznych motywu karkołomnych wypraw w poszukiwaniu zaginionych magicznych przedmiotów zdolnych ocalić losy ludzkości, magicznych pułapek, pojedynków i hord morderczych wrogów czyhających na każdym zakręcie.

Będzie też więcej legend arturiańskich, które są dla mnie nieznanymi wodami i poznawanie ich, szczególnie z ust niezgodnych narratorów trwających uparcie przy swoich wersjach to sama przyjemność.

Będą rozpieszczone księżniczki, zielarskie eksperymenty, więcej niż jedna krwawa bitwa, zaginieni przyjaciele, paskudne i zabójczo przystojne demony, zdrady, sojusze i intrygi i dużo siostrzanej solidarności.

No i smoki, a ze smokami wszystko jest lepsze.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O pieczęciach i kościach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Red, white & royal blue” Casey McQuiston

Witamy w równoległym wszechświecie, w którym prezydentką USA jest nie tylko kobieta z Teksasu, ale również była żona meksykańskiego imigranta. Czy w takim przypadku potrzeba jeszcze dodatkowych skandali? Tuż przed kolejnymi wyborami?

Z drugiej strony cóż to za polityka bez medialnej dramy? Kiedy Alex – nastoletni syn prezydentki marzący o zostaniu najmłodszym kongresmenem w historii – na weselu następcy tronu, w wyniku przepychanki ze znienawidzonym księciem Henrym, wpada z nim prosto w tort za miliony monet, międzynarodowy skandal jest już blisko. I trzeba będzie zrobić wszystko, by załagodzić sytuację. Czy z konieczności udawania zażyłej przyjaźni „pod publiczkę”, między najważniejszymi nastolatkami dwóch mocarstw może wyjść coś dobrego?  Na przykład nieheteronormatywny romans, który trzeba będzie ukrywać przed całym światem?  

W końcu dlaczego by nie zakochać się w swoim największym wrogu w najgorszym możliwym czasie?

Ten tytuł kojarzy mi się trochę z czytanym w dzieciństwie „Pamiętnikiem Księżniczki”, tyle że w tęczowej wersji i chyba jednak dla nieco starszego czytelnika, bo poruszającego trochę trudniejszą problematykę. Mamy tu jednak i spełnienie amerykańskiego snu „od dziecka imigrantów do Pierwszego Syna Ameryki” i bajkową miłość i cukierkowy happy end.

Żeby jednak nie było aż tak niefrasobliwie, znajdziemy tu również tematykę dyskryminacji na różnych polach, poznawania siebie i odkrywania swoich pragnień, ogromnej roli wsparcia ze strony rodziny, żałoby po śmierci najbliższych, potrzeby szczerości (zarówno z innymi, jak i z samym sobą) w świecie pełnym kłamstw i konwenansów, podejmowania własnych decyzji i mierzenia się z ich konsekwencjami, rozwodu rodziców, a nawet wykorzystywania seksualnego. A wszystko to wśród skomplikowanych meandrów amerykańskiej polityki i pod złym okiem konserwatywnej Królowej Babci.

Jak sama autorka pisze w posłowiu, ta książka miała być nieco ironiczną ucieczką łagodzącą szok związany z kierunkiem, w którym zaczął zmierzać świat. Skręcającą w kierunku utopii fantazją „ku pokrzepieniu serc”. I chociaż nie można odmówić jej naiwności i (przynajmniej na ten moment) braku realizmu, faktycznie spełnia swoją funkcję. Jeśli tylko nie będziemy traktować jej zbyt poważnie, a jedynie cieszyć się historią o bajkowej miłości zdolnej pokonać wszelkie przeciwności losu, łączącej narody, łagodzącej obyczaje i godzącej zwaśnionych członków rodziny, to pozostawi w nas z tym charakterystycznym ciepłem w klatce piersiowej i niewielkim uśmiechem – trochę pobłażliwym, ale bardziej jednak rozczulonym.

Sympatyczny, lekki i przyjemny romans ze sporą dawką autoironicznego poczucia humoru, które tak cenię.

Casey McQuiston, Red, white & royal blue, Warszawa: Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 2020, 476 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Królowa mroku i powietrza” Cassanda Clare

Były momenty, kiedy ostatnia część „Mrocznych Intryg” budziła moje wątpliwości – pojawiły się rozwiązania, za którymi nieszczególnie przepadam, jak podróże między wymiarami i mieszanie się alternatywnych rzeczywistości. Pierwszy raz znużyła mnie też nieco „ostateczna bitwa”, która ciągnęła się praktycznie przez 100 stron. I tak jak zwykle dynamiczną końcówkę po prostu połykałam nie mogąc się oderwać, tak tym razem adrenalina towarzysząca wydarzeniom nie trzymała mnie aż tak bardzo. Z drugiej strony to cegła na ponad 1000 stron, nie sposób było pewne uniknąć przerywników stopujących emocje. Choć nie sposób nie czuć przerażenia, gdy makabryczna sytuacja polityczna w książce z gatunku fantastyki młodzieżowej, pełnej magii i stworów z bajek, tak bardzo odpowiada naszej rzeczywistości.

„- Już wcześniej zdarzało się nam miewać złych ludzi we władzach (…) ale ci obecne rządzący są inni. Niszczą system, który mógłby uratować sytuację. Manipulują (…) nami wszystkimi. Tworzą złudzenie zagrożenia, by rządzić nami poprzez strach”.

Niemniej jednak nie jest przewidywanie, bohaterowie fajnie się rozwijają (nawet nie zauważyłam kiedy tak bardzo się z nimi zżyłam!) i nic nie przychodzi im zbyt łatwo. Dowiemy się wreszcie czym są tytułowe „Mroczne Intrygi”, skąd wzięła się klątwa parabatai, czego Jace i Clary szukali w Faerie, co powodowało chorobę czarowników i jak ich uleczyć. Jedne spiski ulegną rozwiązaniu, inne dodatkowo się zapętlą. Będzie dużo krwi, miłości i poświęcenia. Nie zabraknie również rozważań na temat istoty wolności, rodziny i emocji, które okazują się niezbędnym elementem człowieczeństwa.

„Nie ma radości bez smutku”.

Mimo chwilowego zniechęcenia zakończenie okazało się bardzo satysfakcjonujące, choć rozwiązanie konfliktu między dwoma frakcjami Nocnych Łowców było dla mnie sporym zaskoczeniem. Bynajmniej nie jest to koniec kłopotów, a zaledwie otwarcie furtki dla fabuły kolejnych serii. Nie mam pojęcia jak Clare to robi – w połowie czytania wiem, że muszę zrobić sobie małą przerwę od tego świata, odetchnąć i przeczytać coś innego przed sięgnięciem po kolejne tomy, a kiedy tylko w książce kończą się kartki, jedyne o czym marzę to dorwanie w swoje ręce następnego tytułu z Łowcami w roli głównej. To musi być jakaś czarna magia, jak w przypadku wampirzej pizzy…

No i nie sposób nie wspomnieć o romansach, bo mamy ich tu przecież naprawdę sporo – bardziej lub mniej oczywistych, bardziej lub mniej tragicznych i o różnych stopniach rozwoju. Ta autorka od samego początku miała słabość do trójkątów, jednak do tej pory klarowały się z nich osobne związki. Ale czy historia Marka, Kierana i Cristiny ma szansę na szczęśliwe zakończenie? Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie swoją kontynuację w kolejnych książkach, chociaż z punktu widzenia rodzica, jak najbardziej dosłowny trójkąt w książce młodzieżowej, jednak mimo wszystko wzbudza we mnie trochę niepokoju. Na szczęście mam czas się z tym uporać zanim moje dziecko do niej dorośnie :D

Tak dużo chciałabym Wam powiedzieć, a tak bardzo groziłoby to spoilerami. Jeśli macie ochotę pogadać i podzielić się wrażeniami, napiszcie do mnie maila, albo pw na Instagramie, chętnie wspólnie poprzeżywam te emocje jeszcze raz.

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.3: Królowa mroku i powietrza, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 2019, 1069 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Pani Noc” Cassandra Clare

Nie sposób zaprzeczyć, że „Kroniki Nocnych Łowców” są o miłości. O zabijaniu demonów też, ale przede wszystkim o miłości. I to tej najciekawszej, bo zakazanej.

„Prawa są bez znaczenia (…). Nie ma rzeczy ważniejszej od miłości. I nie ma wyższego od niej prawa.”

Mieliśmy już romantyczne uczucie między wmówili-nam-że-jesteśmy-rodzeństwem i homoseksualizm w konserwatywnym środowisku w „Darach Anioła” oraz słabość do ukochanej najlepszego przyjaciela i miłość do dwóch chłopców jednocześnie (swoją drogą ten dylemat został bardzo zgrabnie rozwiązany) w „Diabelskich Maszynach”, a także związek między Nocnym Łowcą, a czarownikiem w obu seriach, choć w różnych stuleciach. Tym razem przyszła pora na złamanie jednego z najbardziej rygorystycznych praw Clave – zakochanie między towarzyszami parabatai.

Minęło pięć lat od Mrocznej Wojny i postanowienia Zimnego Pokoju wyrzuciły fearie poza nawias społeczeństwa i pozbawiły rodzeństwo Blackthornów Marka i Helen. Bez najstarszych z rodzeństwa, na barki Juliana, w wieku dwunastu lat spadła odpowiedzialność za resztę dzieciaków i utrzymania okaleczonej rodziny w całości. A żeby przypadkiem się przy ty nie nudził, odpowiedzialny za kierowanie kalifornijskim Instytutem wuj coraz bardziej niedołężnieje, w mieście zaczynają ginąć ludzie, co ma związek z podejrzanym ruchem kultystów, do drzwi puka (bardzo nielegalne) elfie poselstwo, upragniony powrót brata okazuje się nie do końca tym, co sobie wszyscy wymarzyli, a sam Jules zauważa u siebie wysoce nieodpowiednie i wprost proporcjonalnie silne uczucia względem Emmy, swojej parabatai i najlepszej przyjaciółki od wczesnego dzieciństwa. Tymczasem Emma, mimo upływu lat nie może pogodzić się z tajemniczą śmiercią rodziców i z powodu braku wsparcia Clave prowadzi prywatne śledztwo. Czy wszystkie te sprawy mogą być w jakiś sposób ze sobą związane? Serio, niby 800 stron, a nie sposób się nudzić.

To książka kipiąca miłością rozmaitą – przede wszystkim tą rodzinną, zarówno między rodzeństwem, jak i rodzicielską, związaną z opieką, troską, przywiązaniem i walką o dobrobyt bezbronnych, niewinnych maluchów już i tak porządnie doświadczonych przez los. Znajdzie się jednak również sporo miejsca na miłość romantyczną i łamiącą serce historię o uczuciu, krzywdzie i żałobie zdolnych popchnąć do potwornych czynów.

Ale żeby nie było – to nie tylko romansidło! Ze wszystkich książek tej autorki, jakie dotychczas czytałam, to ta ma najciekawiej skonstruowaną intrygę – zarówno pod względem śledztwa prowadzącego krok po kroku do ujęcia mordercy, jak i pod względem kierujących nim motywów. Nie zabraknie też potyczek z demonami przyprawionych szczyptą Dzikiego Polowania i nieodzownej „final battle”, przez którą od ostatnich 100 stron powieści nie sposób się oderwać. Pojawią się również, choć na moment bohaterowie znani nam z wcześniejszych serii – Magnus, Jace z Clary i Jem z Tessą. Dodatkowym kąskiem będzie bonusowe opowiadanie poświęcone przyjęciu zaręczynowemu Simona i Isabelle na końcu książki.  

W pierwszym momencie nie tylko „Pani Noc”, ale cała trylogia „Mroczne Intrygi” nieco mnie przeraziła swoją objętością. Każda z części ma ponad 800 stron! Nie wiem jednak po co się w ogóle martwiłam, jak już mnie wessało, to okazało się, że cztery dni i po książce. Clare w ogóle bardzo szybko się czyta, ale mam wrażenie, że w przeciwieństwie do poprzednich cykli o Nocnych Łowcach, w tym było zdecydowanie mniej błędów. Chyba to jednak była kwestia tłumaczenia, bo „Mroczne Intrygi” mają nowych tłumaczy. Mam nadzieję, że ta jakość utrzyma się przez wszystkie trzy tomy.

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.1: Pani Noc, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 216, 830 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Vicious: Nikczemni”, „Vengful: Mściwi” V. E. Schwab

Do twórczości V. E. Schwab już od dawna chciałam zrobić podejście, a że (jak dziwnie by to nie brzmiało) lubię czytać o psychopatach, wybór tytułu stał się oczywisty. Szczególnie, ze udało mi się upolować egzemplarz w ramach ostatniej edycji Wielkiej Wymiany Książkowej.

Eliot Cardale i Victor Vale – dwoje zdolnych i ambitnych przyjaciół oraz niestandardowy projekt badawczy. W istnienie osób o Ponad Przeciętnych zdolnościach mało kto wierzy, dlatego praca dyplomowa mająca na celu nie tyle udowodnienie ich istnienia, a odkrycie sposobu nabywania tych szczególnych, ponadnaturalnych zdolnościach budzi tylko uśmieszki politowania. Czy to wypada, by najlepszy uczeń zajmował się taką farsą?

Kiedy jednak najlepszy uczeń, za namową i pomysłem socjopatycznego najlepszego przyjaciela, podda się pragnieniu wiedzy i udowodnienia niemożliwego eksperyment może wyrwać się spod kontroli. A jeśli biorą w nim udział dwie równie uparte i dumne jednostki, przekonane o sile swoich racji, nie trudno o tragedię. A to będzie dopiero początek…

Znajdziemy tu osoby PonadPrzeciętne władające supermocami i eksperymenty naukowe, bezrefleksyjnych, nieco (przynajmniej na początku) szalonych geniuszy absolutnie pewnych siebie i swoich teorii, zazdrosnych i niespecjalnie przejmujących się etyką oraz sporą dawkę religijnego fanatyzmu. Będzie igranie z zżyciem i śmiercią, sporo strzelania, głęboko chowanej urazy, zdrady, potrzeby poklasku i poczucia misji, bardzo względnie postrzeganej moralności, pogoni za zemstą i wreszcie – intrygujących bohaterów, którzy zaczynają zyskiwać dopiero po dłuższym czasie. Na co niewątpliwy wpływ ma dwutorowo prowadzona narracja, w której chwila obecna przenika się ze wspomnieniami przeszłości.

Trochę mroczne urban fantasy, trochę thriller psychologiczny, trochę komiksowa historia z superbohaterami w roli głównej. Tylko w tym przypadku nie bardzo wiadomo kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

I jak pierwszą połowę książki raczej przemęczyłam rozczarowana bardzo powierzchowną kreacją bohaterów i brakiem głębi w ich relacji, tak pod koniec zaczęłam wkręcać się na tyle, że od razu zarezerwowałam w bibliotece drugi tom. Jak dla mnie trochę za długo się rozkręcała i chyba nie do końca odpowiadają mi tego rodzaju skoki w czasie, ale cieszę się, że jednak dałam jej szansę. Na pewno nie trafi na moją listę ulubionych, ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa ciągu dalszego tej historii.

Twór dziwny, ale im dalej w las, tym bardziej pociągający. W ten niepokojący sposób.
Dołączam do mojej kolekcji książkowych dziobaków.

V. E. Schwab, Vicious: Nikczemni, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2019, 448 s.

UWAGA, dalsza część recenzji odnosi się do tomu drugiego, jeśli nie czytaliście jeszcze „Nikczemnych”, możecie trafić na SPOILERY!

Od razu na wstępie mogę powiedzieć, że w drugim tomie „Złoczyńców” znalazłam to, czego tak bardzo brakowało mi w pierwszym – pogłębienie psychologiczne naszego psychopaty. Czytelnik dostaje szansę poznania dzieciństwa Elia, jego sytuacji rodzinnej, wydarzeń i decyzji, które ukształtowały jego charakter i wiarę. Będziemy obserwować sposób, w jaki nauczył się nakładać maskę młodzieńca idealnego oraz początki jego relacji z Victorem, który od samego początku potrafił ta maskę przejrzeć.

To właśnie te elementy były dla mnie fabularną dziurą w pierwszej części i wypłaszczały mi kreację bohaterów. I dzięki nim „Mściwych” zaczęłam czytać od pierwszej strony z zapartym tchem.

Jak można było się spodziewać po zakończeniu „Nikczemnych”, wskrzeszenie nie odbiło się dobrze na mocach Victora, a znalezienie lekarstwa na szwankującą moc osoby PP to nie jest spacer po parku. Szczególnie, kiedy po piętach zaczyna Ci deptać nowy-stary wróg, tym razem ze zdecydowanie lepszym zapleczem, a w mieście Merit (coraz bardziej przypominającym mi Sin City), na gruzach mafijnego świata powstaje nowa, wyjątkowo potężna Ponad Przeciętna. I to taka, która nie zamierza kryć się w cieniu i nie waha się używać swojej niszczycielskiej nocy ani przeciwko ludziom, ani przeciwko innym osobom obdarzonym wyjątkowymi umiejętnościami. A nic nie potrafi tak dobrze zjednoczyć, jak wspólny wróg. Czy jednak sojusze oparte na takich fundamentach okażą się mniej ulotne niż mgnienie oka?

Po raz kolejny będziemy świadkami krwawego i bezwzględnego pościgu, w którym jest się jednocześnie i łowcą i zwierzyną. Nie zabraknie eksperymentów medycznych – jeszcze okrutniejszych niż te, których dopuszczali się Elio z Victorem w akademiku, wyścigu analitycznych umysłów, nieprzedawnionych uraz i pogoni za zemstą.

Tym razem, dla odmiany trochę dłużył mi się środek, myślę, że obie książki spokojnie mogłyby być nieco szczuplejsze, a bardziej skondensowane, w tym przypadku dłużyzna nie wychodzi historii na dobre. Mimo to wciągnęła mnie już od pierwszych stron, nie brakuje w niej  akcji ani spektakularnych atrakcji, a i zakończenie było satysfakcjonujące.

Dziwna, ale ciekawa seria, z taką mieszanką jeszcze nie miałam do czynienia. I chociaż nie muszę mieć jej na półce i raczej nigdy już do niej nie wrócę, to był dobrze spędzony czas.

V. E. Schwab, Vengful: Mściwi, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman

Jak „Kroniki Bane’a” mnie rozczarowały, tak „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” okazały się wyjątkowo pozytywnym zaskoczeniem. Dawno już nie bawiłam się tak dobrze czytając opowiadania, w sumie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek.

Czy Simon ma wspomnienia ze swoich nadnaturalnych przygód, czy akurat doskwiera mu demoniczna amnezja, wciąż jest tym samym bezbłędnym Simonem. A Bezbłędnego Simona nie sposób nie kochać. I nie można odmówić mu niewątpliwego talentu w roli narratora.

Życie Simona Lewisa nigdy nie było łatwe i wygląda na to, że wcale nie zanosi się na poprawę w tej kwestii. Teraz jest bohaterem wojny, której nie pamięta, w świecie, o którego istnieniu nie ma pojęcia, a najlepsi przyjaciele są dla niego obcymi ludźmi. Szansą na odzyskanie wspomnień jest Wstąpienie – rytuał przyjmujący Przyziemnego do elitarnego grona Nocnych Łowców. Jednak by móc do niego przystąpić, śmiałek musi spędzić dwa lata pełnych znoju przygotowań w Akademii szkolącej kwiat młodzieży Nefilim. I nie zginąć. A nawet jeśli uda się przetrwać te lata morderczych treningów, samobójczych misji i przebywania z latoroślami szanowanych rodów Nocnych Łowców, to przy samym Wstąpieniu też można zginąć. Bardzo w styli filozofii YOLO.

Dużym plusem jest duża różnorodność opowiadań. Chociaż przede wszystkim dotyczą one Simona, niektóre z historii poświęcone zostały innym, mniej lub bardziej znanym nam bohaterom, a sam ex Chodzący za Dnia jest ich odbiorcą, albo pomniejszym uczestnikiem – w ten sposób poznamy opowieść o Zaginionym Herondale’u, posłuchamy o jednej z ciekawszych i bardziej medialnych misji Tessy i Williama w XIX-wiecznym Londynie, poznamy syna Tessy – Jamesa, który zdecydowanie lepiej radził sobie z książkami, niż z ludźmi (i sam nie do końca był człowiekiem), posłuchamy też o początkach Kręgu Valentina. Wraz z Simonem zagłębimy się w zrujnowane korytarze Akademii mającej czasy świetności już dawno za sobą, stawimy czoła całym zastępom szczurów i, co gorsza, zadufanych w sobie dzieci Nocnych Łowców, nawiążemy przyjaźnie i przeżyjemy nowe przygody –  spotkamy Marka Blackhorne’a podczas przypadkowej wyprawy do Faerie, będziemy świętować ślub Helen i świadkować podczas ceremonii parbatai Juliana i Emmy.

I jeszcze moje ulubione, superdługie i przekochane, opowiadanie poświęcone Alecowi, Magnusowi i pewnemu niebieskiemu znalezisku, które przyjdzie im przygarnąć pod swoje skrzydła.

Dla fanów uniwersum Cassandry Clare pozycja obowiązkowa. Szczególnie, że wiele opowiadań znajdzie swoje rozwinięcie w kolejnych Kronikach.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman, Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 656 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Kroniki Bane’a” Cassandra Clare

Tej książki nie mogłam się doczekać już od połowy Darów Anioła – w końcu trudno nie kochać Magnusa Bane’a, kolorowego ptaka, najbardziej pozytywną postać w uniwersum Nocnych Łowców. Jak na razie jest to też najsłabsza książka Cassandy Clare wchodząca w skład tej serii.

Z jednej strony trudno się dziwić – opowiadania nigdy nie wciągają mnie tak bardzo, jak powieści. Z drugiej spodziewałam się, że jednak wniosą nieco więcej do fabuły, a jego przygody, choć faktycznie szalone, będą trochę bardziej porywające. Chociaż nie można powiedzieć, że nie wnoszą nic i są tylko „sztuką dla sztuki”.

Książka składa się z 11 dość zróżnicowanych opowiadań – od imprez i hulanek na całym świecie, przez rozliczne miłości, miłostki i romanse, przyjaźnie wśród nieśmiertelnych i skomplikowane relacje z kolejnymi pokoleniami Nocnych Łowców aż po zawartość automatycznej sekretarki Magnusa tuż po rozstaniu z pewnym Nefilim.

Wraz z Magnusem odwiedzimy Peru, Londyn i Nowy Jork. Poznamy kulisy jego słabości do Herondale’ów, ból złamanego serca ciągnący się przez setki lat, historię Rafaela Santiago i wycinek złowrogiej działalności Kręgu. Poznamy też Nocnych Łowców oczami Podziemnego – i jak już możemy się domyślać po Diabelskich Maszynach, nie będzie to ani trochę pozytywny obraz. I jak zaskoczyło mnie ponure oblicze nieśmiertelnego życia czarownika, jakie zostało przede mną odmalowane, nie zabrakło również jego pozytywnych aspektów – epickiej ucieczki balonem z Marią Antoniną na pokładzie, rozlicznych przygód w słonecznym Peru, czy zakończenia pierwszej randki z Alexandrem Lightwoodem, której fragment został nam sprezentowany pod koniec „Miasta Popiołów”. Nie wspominając o rozlicznych i bardzo malowniczych opisach wyjątkowych kreacji Magnusa.

Spodziewałam się, że będzie bardziej zabawnie, ale takie słodko-gorzkie perypetie życia, które ciągnie się przez stulecia jednak bardzo pasuje do tego bohatera. Mimo to jest to dodatek, pisany raczej dla przyjemności i ciągnący na popularności serii, jego lektura nie jest tak naprawdę ani trochę potrzebna dla zrozumienia cyklu. To raczej taki „smaczek” dla fanów.

***

Kilka książek później, w posłowiu do „Czerwonych Zwojów Magii” – pierwszej części trylogii poświęconej przygodom Aleca i Magnusa, na której recenzję przyjdzie Wam jeszcze trochę poczekać – wyczytałam coś, co zupełnie mi umknęło, a pozwoliło mi spojrzeć na tą książkę w kompletnie innym świetle.

Mianowicie „Kroniki Bane’a” to książka z 2014 roku, a same „Dary Anioła” zaczęły pojawiać się od 2007 roku. I Magnus Bane jest jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą postacią serii książek dla młodzieży, która tak otwarcie mówi o swoim biseksualizmie, związkach z osobami obojga płci i wiążących się z nimi przygodach. W 2021 roku postacie homoseksualne nie budzą już aż takiego zgorszenia, jak jeszcze kilka lat temu i bez większego problemu jesteśmy w stanie kupić książkę o tej tematyce w pierwszej lepszej księgarni, więc sama odebrałam to jako zupełnie normalną treść – mamy już przecież Becky Albertalli, Adama Silverę, Andre Acimana a na gruncie polskim Weronikę Łodygę i Agatę Suchocką, która przekuła magnetyzm „Wywiadu z wampirem” w dosłowność, na którą Anne Rice nie mogła sobie w swoich czasach pozwolić, nawet w książkach skierowanych do dorosłego czytelnika. Chociaż najczęściej książki te to dramaty skupione na odkrywaniu i godzeniu się ze swoją orientacją, homoseksualni bohaterowie coraz częściej pojawiają się również w seriach przygodowych, gdzie orientacja nie jest jedynym czynnikiem, który ich definiuje – mimo, że wciąż są zwykle postaciami drugoplanowymi (np. u Leigh Bardugo). I w związku z tą dostępnością, powolną, ale jednak stale postępującą zmianą mentalności, jesteśmy już nieco rozpieszczeni. Tymczasem w momencie premiery, „Kroniki Bane’a” były bojkotowane w księgarniach i niedopuszczane przez biblioteki ze względu na ryzyko demoralizacji młodzieży. Nawet nie 20 lat temu! Magnus nie jest więc tylko intrygującą postacią, ale również swego rodzaju symbolem, ikoną i eksperymentem. A pisanie o takim bohaterze, nierozerwalnie związane z balansowaniem na granicy tego, co „akceptowalne społecznie”, to jednak inna para kaloszy. I dlatego coś, co dziś może mi (osobie rozpieszczonej, bo żyjącej już w nieco innych czasach) wydawać się mało porywające, te 10 lat temu było treścią rewolucyjną. I za to wielkie chapeau bas.

***

Cassandra Clare, Kroniki Bane’a, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2015, 496 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Mechaniczna księżniczka” Cassanda Clare

Zdecydowanie najlepsza część serii, kocham to zakończenie.

„Tworzyli we trójkę niezrozumiały węzeł, ale jedno było pewne: łączyła ich miłość”.

To powszechnie znany fakt, że nieszczęścia chodzą stadami, a jak się wali, to po całości. Nocnym Łowcom z Instytutu Londyńskiego będzie dane tylko kilka miesięcy względnego spokoju i oddechu, a wszystko to zaledwie cisza przed wielką burzą. Mimo obronienia prawa do kierowania instytutem, Chcarlotte traci wsparcie konsula, który zaczyna kopać pod nią dołki i posunie się do wszystkiego, by podważyć jej autorytet – od szantażu, przez rozstawianie własnych szpiegów w Instytucie, aż po odmowę pomocy. Tymczasem wzajemne uczucia Willa i Tessy nie słabną ani trochę, życie Jema rozpaczliwie szybko zbliża się ku końcowi, a niepokonana armia Mortmaina jest już gotowa, brakuje tylko ostatniego elementu, by ją zbudzić i rozpocząć rzeź – Tessy.

„Każdy potrzebuje lustra, żeby zobaczyć w nim swoje lepsze ja. Takim lustrem są oczy tych, którzy nas kochają. A czasami najpiękniejsze jest to, co krótkotrwałe”.

Poznamy wreszcie tajemnicę pochodzenia Theresy Gray i sekret działania jej anielskiego wisiorka. Będziemy uczestniczyć w procesie wynalezienia Bram i karkołomnej misji ratunkowej. Czeka nas też całkiem wyjątkowe rozwiązanie dla miłosnego trójkąta.

Każdy zyskał tu swoje zakończenie, szczęśliwe lub nie, a końcówka zręcznie przeplata się z wydarzeniami znanymi już czytelnikowi z „Darów Anioła”. Łowców czeka samotna bitwa z góry skazana na Chociaż osobiście zabrakło mi zamknięcia wątku i wyjaśnienia działań i motywacji Woolsey’a Scotta, ta postać to dla mnie wciąż jedna wielka zagadka.

Chociaż świat, w którym została osadzona akcja utworu jest zaledwie tłem dla rozgrywających się wydarzeń, zostały one w satysfakcjonujący sposób wpisane w nastroje przełomu wieków. Pewnych przemian nie było w stanie uniknąć nawet hermetyczne środowisko Nocnych Łowców, mimo ich zdystansowania do świata zwykłych ludzi. Od duszących konwenansów i unieszczęśliwiających podziałów społecznych,  przez zmianę postrzegania roli kobiety w społeczeństwie aż po wielkie odkrycia technologiczne.

Z szalonymi wynalazkami Henry’ego, przyjaźnią poza statusami i pod władzą Charlotte Londyński Instytut jest rewolucją lat około. 1900 w pigułce. Nowe miesza się ze starym, gotycka poezja z rozwojem technologii, a nowoczesność powoli, ale sukcesywnie wypiera skostniałe zasady poprzednich wieków.

Niby tylko kolejna powieść przygodowa dla młodzieży o przyjaźni, wspólnocie dusz, miłości, walce, bólu straty i przemijaniu, czyli w sumie standard, same uniwersalne wartości. A jednak wciąż można zrobić z tego oryginalną przygodę, która wciągnie na tydzień i nie będzie chciała puścić. Która i rozbawi (chociaż nie jest to ten sam poziom humoru, co w DA, tego trochę mi brakowało) i wzruszy i sprawi, że będziemy kibicować bohaterom z całych sił.

Jeśli coś mi się nie pasowało, to – podobnie jak w przypadku nie tylko poprzednich części DM, ale również „Darów Anioła” – mnogość błędów. Nie czytam książek w oryginale, nie jestem więc w stanie ocenić, czy kiepska jakość tekstu jest już wynikiem tłumaczenia, czy po prostu ktoś nie postarał się z korektą. Ta druga z pewnością mogłaby być dużo lepsza, bo choć w poprzednich dwóch częściach błędy się pojawiały, to w „Mechanicznej księżniczce” albo było ich więcej, albo zaczęły mnie wyjątkowo razić po oczach. Ale jakim cudem można nie wyłapać takiego zdania (pisownia oryginalna, s. 89):

„Nie jest głupią dziewczyną, prawdę mówiąc, uważa, że się za ponadprzeciętną inteligencję, ale jest zarozumiała i próżna, a między nią a moim bratem nie ma miłości”.

i to nie w przypadku zwykłego czytania, a podczas redagowania tekstu? Czyli nomen omen pracy, za którą otrzymuje się wynagrodzenie (może jaka płaca, taka praca, kto wie?).

Chociaż wybrałam dla Was przykład ekstremalny, to większych i mniejszych błędów składniowych, językowych i logicznych jest niestety sporo więcej. A szkoda, bo ta seria zasługuje na więcej. I wydaje mi się, że nie tylko ja „mam z tym problem” bo w bibliotecznym egzemplarzu, który czytałam, niektóre z błędów zostały już wcześniej poprawione różnymi kolorami długopisów i charakterami pisma. Gorąco liczę na kolejne, poprawione wydanie, wtedy zostanie już tylko sama przyjemność z czytania.

Cassandra Clare, Diabelskie Maszyny T. 3: Mechaniczna księżniczka, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Rządy wilków” Leigh Bardugo

„Może na tym właśnie polegała cała sztuka: żeby przetrwać, ośmielić się, zostać przy życiu, wykuć własną nadzieję, kiedy cała nadzieja już się skończyła”.

Wojna z lepiej uzbrojonym, zawziętym i bezlitosnym fierdańskim przeciwnikiem planującym nie tylko podbój, ale i eksterminację griszów, podczas gdy w kasie pustki i brak realnych szans na jakikolwiek sensowny sojusz? Co to dla Nikołaja Lancova!

W drugim tomie zdecydowanie mniej jest spotkań oko w oko z bogami i nadprzyrodzonych zmagań o mistycznym wydźwięku, choć aspekt religijny wciąż ma się dobrze i będzie miał swoje pięć minut. Zaczyna się wojna, dominuje więc wyścig zbrojeń i rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek przewagi. Jeśli nie militarnej czy liczebnej to chociaż przewagi sprytu, zasadzki i elementu zaskoczenia. Nikołaj dwoi się i troi, żeby nie dać rozszarpać Ravki na strzępy (i przy okazji nie dać się rozszarpać swojemu własnemu, wewnętrznemu demonowi) ale we Fierdzie mają już dowody na jego nieprawe pochodzenie, a w kark dyszy mu kolejny pretendent do tronu, tym razem naprawdę z rodu Lancovów. Zoya ze wszelką cenę usiłuje ocalić najbliższych i wciąż opłakuje każdego z utraconych przyjaciół broniąc się jednocześnie za całych sił przed emocjami i dziedzictwem przekazanym jej przez Jurisa. Nina w samym sercu obozu wroga oddaje serce komuś, komu zdecydowanie nie powinna. Tymczasem świat rozdziera plaga cienia niszcząca wszystko, co znajdzie na swej drodze. I nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie się pojawi.

Będą epickie bitwy, szaleńcze pomysły, moralne dylematy związane z przykładaniem ręki do rozwoju wojennego rzemiosła, będą wynalazki niosące śmierć i zniszczenie, będzie też rozpaczliwa walka o pokój, podczas której trudno przebierać w środkach. Będą śluby i pogrzeby, łzy i radości. To książka o Nikołaju, nie zabraknie więc zuchwałych przedsięwzięć. A nawet małej wycieczki do Ketterdamu, Wronom w odwiedziny. I smok, będzie smok!

Co mi nie pasowało? Pisałam o tym już w recenzji pierwszego tomu dylogii, ale mam straszny ból części zadniej, więc uzewnętrznię się i tutaj. Pierwszą trylogię Bardugo czytałam jeszcze w wydaniu Papierowego Księżyca i w poprzednim tłumaczeniu. Podobno to nowe jest lepsze, niestety miałam zbyt długa przerwę między seriami by móc to ocenić i mieć na ten temat własne zdanie. Ale obecne tłumaczenie nazw własnych to coś, z czym kompletnie nie potrafię się pogodzić. Kiedy czytałam „Króla z bliznami” nie miałam pojęcia co to jest ten cały „Zmrocz”, a kiedy już wreszcie zorientowałam się, że chodzi o Darklinga, plask mojego facepalma było chyba słychać na księżycu. Kto uznał, że przetłumaczenie „Darklinga” na „Zmrocza” to dobry pomysł? I dlaczego?

Nie widzę też najmniejszego sensu w tłumaczeniu nazwy statku Sturmhonda z „Volkvolny” na „Wołka Wołnego” (dobrze, że sam Stuhmhond nie został żadnym „Piesełem burzy” albo „Ogarem navalanicy”, żeby było bardziej stylizowanie, niż w oryginale…). Ani „Nikolai’a Lantsova” na „Nikołaja Lancova”. Po co, na co? Żeby pokazać, że coś się zrobiło? Żeby się na siłę odróżnić od poprzedniego tłumaczenia? A może po prostu się nie znam i jest w tym jakaś głębsza idea, która mi umyka? Czy jest na sali tłumacz, który mógłby mi to wytłumaczyć?

Te naciągane tłumaczenia to było coś, co mnie wymęczyło podczas lektury, poza tym świetnie było wrócić do uniwersum griszów, szczególnie na świeżo po serialu. I chociaż, mimo całego uroku Nikołaja, moje serce oddałam Wronom i Ketterdamowi, to i tak dobrze było odwiedzić Ravkę.

Leigh Bardugo, Rządy wilków, Warszawa: Wydawnictwo MAG: 2021, 576 s.