Czas na czytanie: „Czarny Mag. Pierwszy Rok” Rachel E. Carter

Wrzesień rozpoczęłam aresztem domowym z powodu anginy, którą Majka postanowiła inaugurować nowy rok przedszkolny. W związku z przymusowymi pobudkami, absorbującą obolałą trzylatką i ogólnym poddenerwowaniem własnym i otoczenia zaczęłam się rozglądać za lekką, ale wciągającą lekturą z na tyle nieskomplikowaną fabułą, by móc ją odłożyć w dowolnym momencie (maaaaamo pić!/boli!/a koty się biją!/a czemu Elsa ucieka?/mogę czekoladkę?…) i bez problemu wrócić do czytania bez konieczności przypominania sobie wszystkich przeczytanych wcześniej wątków. W ten sposób uszczknęłam nieco jesienno-zimowe zapasy i w ramach reaktywacji akcji #nadrabiammłodzieżówki sięgnęłam po serię „Czarnego Maga”.

Do świata wykreowanego przez Rachel Carter nie trzeba się przyzwyczajać, uczyć się go, czy z nim oswajać. Już od momentu otwarcia „Pierwszego Roku” miałam wrażenie, że jestem świadomym uczestnikiem akcji, a nie takim, który stoi na środku i rozglądając się wokół zagubionym wzrokiem zastanawia się co tak właściwie się tutaj wyprawia.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że świat ten nie jest szczególnie rozbudowany. Realia są mniej więcej średniowieczne – z królewskim dworem i pospólstwem, gdzie szansą na dobre życie jest dla młodego człowieka kariera rycerza albo wstąpienie do zakonu. Tylko nieliczni mają odwagę marzyć o wstąpieniu do osławionej Akademii Magów – nie tylko dlatego, że by się tam dostać, trzeba mieć szczególny dar. Poza talentem do władania magią trzeba przetrwać rok morderczego, pełnego bólu i upokorzeń treningu, który z ponad stu śmiałków wyłoni zaledwie piętnastu kandydatów do podjęcia właściwego szkolenia.

Jedną ze śmiałków jest porywcza, uparta do granic możliwości Ryiah, która wraz z bratem bliźniakiem próbuje swoich sił w murach Akademii. Jest naszą przewodniczką po szkole, w której od samego początku radzi sobie raczej przeciętnie, w raz z nią przeżywamy zarówno sadystyczne lekcje, jak i typowe nastoletnie kłopoty nie tak do końca typowego, ale wciąż „szkolnego życia”, jak poszukiwanie przyjaciół, porywy serca, nienadążanie z pracą domową, czy złośliwości „bogatych dzieciaków”.

W związku z tym jest to lektura w dużej mierze przewidywalna i tendencyjna, wiecie – przystojni, zadufani w sobie książęta emanujący mroczną tajemnicą aż kolana miękną, złośliwe zołzy gotowe na każdym kroku podstawić Ci nogę, stałe ryzyko publicznego blamażu, historie w stylu od nienawiści do przyjaźni i ciężka praca, która się opłaca. Trochę nastoletnich fochów i błahych dramatów, ale warto pamiętać, że bohaterowie mają po 15 lat, choć wybrali sobie ścieżkę kariery łzami i krwią wybrukowaną, to właśnie na tyle się zachowują. I mimo, że tak naprawdę czytelnik od początku przeczuwa, jak to wszystko się skończy, to jednak nie sposób Ryiah nie kibicować (a kiedy doceniam kobiecą postać, to jest to już wydarzeniem samym w sobie!) – jest na tyle uparta, zawzięta i zdeterminowana, że nie da się nie podziwiać jej samozaparcia. A przy tym czyta się sprawnie, łatwo i przyjemnie. Z pominięciem tej chwili strasu przedegzaminacyjnego.

Lekka, choć całkiem emocjonująca magiczna historia o nie poddawaniu się, przyjaźni, wierze we własne możliwości i pokonywaniu własnych słabości.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Pierwszy rok, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Smocza straż. Gniew Króla Smoków” Brandon Mull

Jeśli po lekturze pierwszego tomu ktokolwiek wciąż waha się przed sięgnięciem po kontynuacje, a sam argument pt. „SMOKI! MNÓSTWO SMOKÓW” to dla niego za mało, zdradzę kilka odjechanych szczegółów, zaostrzających apetyt.

Mamy tu bowiem do czynienia z jeszcze większa ilością smoków. Smoki są wszędzie, są groźne, krwiożercze, bardzo gadzie i bardzo zbuntowane. I ani trochę nie chcą już siedzieć w azylach, kiedy alternatywą jest przejęcie władzy nad światem. Przeczytacie o walkach smoków, ucztowaniu ze smokami, uciekaniu przed smokami, wojnie ze smokami i smoczym porwaniu. Do puli szałowych akcentów dorzucam też mrocznego jednorożca o powalającej urodzie i wrednym usposobieniu, roślinę zdolną skopiować każdego człowieka, z którą ma kontakt i łuk zdolny posłać trzysta strzał jednocześnie. Jeśli Knox ma też swoich fanów, to nie będą rozczarowani, bo chłopiec wreszcie przejrzy na oczy i zobaczy świat Baśnioboru takim, jaki jest. A potem zdrowo w nim namiesza. Są spiski, zdrady, upadające porządki, fantastyczne stworzenia, widmo nadciągającej śmierci i mnóstwo magii. Jest świetnie!

Wciąż mając w głowie wrażenia towarzyszące mi podczas lektury pierwszego tomu i sugerując się zmianą wydawnictwa na poświęcone wyłącznie książkom dziecięcym (pierwszy tom został wydany przez W.A.B, ten już przez Wilgę – oba należą do Grupy Foksal) dość pochopnie zakwalifikowałam drugą część Smoczej Straży do kategorii Bajki Majki. Zdecydowanie na wyrost, ale myślałam o tej serii bardziej jako o książkach dla dzieci i młodszej młodzieży, niż stricte młodzieżowych. I na tym polu spotkało mnie pewne zaskoczenie, bo „Gniew Króla Smoków” jest zdecydowanie bardziej brutalny, niż pierwszy tom serii. Tym razem mamy już do czynienia z masakrą. Jest ona oczywiście uzasadniona trwającą wojną, ale jakoś mimo wszystko nie spodziewałam się plastycznych opisów zabijania. A trup sieje się gęsto. Nie wiem, czy w „Baśnioborze” było podobnie, ale pod względem krwawej jatki kontrast między pierwszym, a drugim tomem „Smoczej Straży” jest spory.

Na szczęście autor wciąż zachowuje umiar, a ponury klimat walki o przetrwanie rozjaśnia rozbrajające poczucie humoru i barwne charaktery bohaterów.

Bardziej mroczna, ale wciąż doskonale wyważona powieść przenosząca czytelnika na zupełnie nowy poziom wyobraźni. Magiczna przygoda na wyciągnięcie ręki!

Brandon Mull, Smocza straż. Gniew Króla Smoków, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 416 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Książka na weekend: „Twój Simon. Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli

Ta książka jest po prostu urocza. I słodka. I strasznie sympatyczna. I chociaż wiem, że nie każdy gustuje w literaturze młodzieżowej, to moim zdaniem mała wizyta w świecie Simona to relaks idealny na piątkowy wieczór. I idealna do pokazania w moje urodziny, bo tak bardzo przypomina mi piękne czasy młodości, że ach!

„- Co to jest Dementor?
Nie. Nie wierzę.
– Nie jesteś już moją siostrą.
– Acha, czyli coś z Harrego Pottera.”

Największym atutem tej historii jest zdecydowanie jej główny bohater i narrator – Simon Spier – którego nie można nie polubić. Niewymuszone poczucie humoru objawiające się w bardzo dziwnych momentach, osobny żołądek na słodycze, fantastyczne relacje z rodzicami i rodzeństwem, umiejętność porównania kształtu psiego pyska do butelki po coca-coli, miłość do Harrego Pottera i słabość do opowiadań yaoi. Normalnie Simon jest moim sobowtórem. Tylko męskim, amerykańskim, homoseksualnym i o 10 lat młodszym (10 lat młodszym! Teraz to poczułam się staro…).

„Są też dziewczyny takie jak Lea, które rysują ołówkiem yaoi i publikują obrazki w sieci. (…)
Lea uwielbia także fanfiki w wersji slash, co mnie na tyle zaintrygowało, że w zeszłe lato zacząłem grzebać w Internecie. Nie mogłem uwierzyć, ile tego jest – do wyboru, do koloru: Harry Potter i Draco Malfoy oraz ich zbliżenia w każdej możliwej formie, w każdej możliwej komórce na miotły w Hogwarcie.” – to zdecydowanie moja ulubiona część internetu odkąd byłam mniej więcej w wieku Simona ;)

Równie łatwo żywić ciepłe uczucia do niesamowicie pozytywnej, nieźle zakręconej rodziny Simona i jego nieco obsesyjnych, hipsterskich rodziców. Rodziny, która ze wszystkiego robi „coś wielkiego”.

„- Wiem o co chodzi – mówi mój tata. – Niech zgadnę. Jesteś gejem. Twoja dziewczyna jest w ciąży. Ty jesteś w ciąży.
– Tato, przestań – odzywa się Alice.
Zamykam oczy.
– Jestem w ciąży.
– Wiedziałem – mówi tata. – Cały promieniejesz.
Patrzę mu prosto w oczy.
– A tak naprawdę jestem gejem.”

Wdając się w mailową rozmowę z osobą poznaną przypadkowo na szkolnym czacie, Simon przekonuje się o tym, że nie trzeba wcale znać tożsamości ani wyglądu, by całkiem dobrze kogoś poznać i poczuć szybsze bicie serca. Co swoją drogą doskonale rozumiem, bo swojego szanownego męża również znalazłam sobie w internecie.

To pełna ciepła historia o pierwszym zauroczeniu, tym trudniejszym, że w osobie tej samej płci i to poznanej epistolarnie, o coming outach, które nie powinny dotyczyć jedynie homoseksualistów i o ocenianiu po pozorach. O zawirowaniach nastoletnich przyjaźni, o zazdrości i świństwach, jakie można zrobić drugiej osobie pod wpływem emocji, a także o konsekwencjach, jakie niesie takie zachowanie.

I przede wszystkim o tym, co chyba podobało mi się najbardziej – o idealnej postawie dorosłych – wsparciu rodziny, szkoły i nauczycieli otwarcie przeciwstawiających się prześladowaniu. Zdaję sobie sprawę, że to raczej sielanka, która nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością, ale to postawa wzorcowa, do której wszyscy powinniśmy dążyć. A świat Simona ma w sobie to coś, co niesamowicie podnosi czytelnika na duchu.

Wraz z książką dostałam materiały edukacyjne dla nauczycieli do wykorzystania na godzinach wychowawczych oraz języka polskiego w ostatnich klasach podstawówki (bo gimnazjów już chyba nie ma?) i w liceum. Na podstawie filmu „Twój Simon” proponuje się nastolatkom ćwiczenia na temat sekretów i ujawniania cudzych tajemnic, cybrprzemocy, czy różnic między książką a ekranizajcę. Fajna sprawa, aż mi trochę żal przez chwilę żal, że nie chodzę już do szkoły. Ale tylko przez chwilę :D

Becky Albertalli, Twój Simon. Simon i inni homo sapiens, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Czas na czytanie: „PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów” Sandra Regnier

O tym, jak bardzo uwielbiam smoki, pisałam już w recenzji „Smoczej straży”. Kiedy odnalazłam mój ulubiony motyw w drugiej części trylogii PAN, nie mogłam powstrzymać entuzjazmu.

Lee, chcąc odszukać prawdziwego mordercę elfiego strażnika i ostatecznie oczyścić z zarzutów swoją przyszłą żonę, znika bez śladu. Ale Felicyty bynajmniej się bez niego nie nudzi. W końcu spotyka się z super sławnym aktorem, gra na nerwach Ciaranowi, który rolę nauczyciela bierze sobie bardzo do serca i oczywiście próbuje odszukać przyjaciela. Przez co (oczywiście) pakuje się w kłopoty, dzięki którym zyskuje szansę poznania całej bandy czystokrwistych, nadętych jak balony elfów, a nawet (równie nadętego) Merlina. Księga przepowiedni jak zwykle miesza, Felicity dowiaduje się coraz więcej o całej tej aferze i dochodzi do wniosku, że wolałaby jednak żyć w błogiej nieświadomości, a cała historia zyskuje znamiona epickiej wyprawy na poszukiwanie legandarnego skarbu, której nie powstydziłby się sam Indiana Jones.

Nie brakuje również spięć ze szkolną bandą gwiazd, jeszcze większych spięć z rodziną (która okazuje się jeszcze bardziej koszmarna, niż Adamsowie), podejrzanych obrazów, bardziej lubi mniej intencjonalnych podróży w czasie (często będących wpływem nadmiernego imprezowania), prób rozwinięcia swoich umiejętności i… bohatera rodem z książki o Piotrusiu Panie.

Gdybym już nie była wielką zwolenniczką tej serii, pokochałabym ją za pracę głównej bohaterki w National Gallery i magię, z którą autorka traktuje malarstwo. Konia z rzędem temu, kto nie miał nigdy wrażenia, że postać z portretu zaczyna nas obserwować, gdy tylko się odwrócimy. Albo temu, kto nie czuł nigdy na twarzy wiatru powiewającego liśćmi wyjątkowo malowniczego pejzażu. Ja tam całkowicie wierzę, obrazy żyją naprawdę. A że można przez nie przejść do innego świata nie dziwi mnie ani odrobinę.

A jeśli o pejzażach mowa, to wielkomiejskim Londynem, dane jest czytelnikowi odwiedzić podczas lektury znacznie bardziej nietypowe miejsca – między innymi Wersal Marii Antoniny, obłędnie zieloną krainę elfów i spowity mgłami zamek Avalonu.

I pojawiają się SMOKI! Czy wspominałam już, jak bardzo KOCHAM smoki? A te, choć jak na razie pojawiły się zaledwie w kilku scenach, zapowiadają się obłędnie. Przede wszystkim są zmiennokształtne (mogą przyjmować zarówno formę bestii, jak i ludzką), co daje nam jeszcze więcej zabójczo przystojnych młodzieńców gotowych łamać niewiaście serca. A przynajmniej mam taką nadzieję.

W pewnym momencie obawiałam się trochę, że Felicyty, która jest jedną z niewielu naprawdę fajnych kobiecych postaci w tego typu literaturze młodzieżowej, straci swój pazur i będzie ją czekał los jednej z awanturujących się, kochliwych nastolatek. W końcu schudła, wyładniała, zaczęła pamiętać o porannym prysznicu (a nawet o uczesaniu włosów!) i nagle cała rzesza facetów (i półelfów) traci dla niej głowę. Całe szczęście, chociaż robi naprawdę głupawe rzeczy, nie ma najmniejszego zamiaru przytemperować swojego charakterku. I chociaż odrobinę bardziej lubiłam potykającą się o własne nogi City-grubaskę przyciągającą publiczne blamaże niczym magnes opiłki żelaza, to jej metamorfoza nie aż tak bardzo mi nie przeszkadza. Oby tylko jej cięty język nie uległ stępieniu!

To prawda, bywa przewidywalna. Ale jest też zabawna, magiczna i intrygująca. Idealna lektura dla „młodszej młodzieży” (w końcu siebie wciąż uważam za odrobinę tylko starszą młodzież). Gwarancja przyjemnego oderwania się od szarej rzeczywistości chociaż na jeden wieczór. W końcu miłość, humor, magia i przygoda to połączenie idealne.

Sara Regnier, PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 400 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów” Sandra Regnier

Pod wieloma względami jest to powielanie oklepanego schematu: Felicity – niezdarna brzydula ze szkolnego gangu frajerów i mocno dysfunkcyjnej rodziny oraz Leander – wszechstronnie utalentowany przystojniak, na widok którego uginają się kolana wszystkim niewiastom w promieniu kilkunastu metrów. Łączy ich nie do końca jasna przepowiednia, a dzieli spora dawka niechęci i mnóstwo tajemnic.

Czy wspominałam już, że on jest księciem elfów? I w dodatku tajnym agentem? A ona jest jego narzeczoną, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia?

Tym, co ratuje całą koncepcję, jest spora dawka humoru i olbrzymi dystans, jaki ma do siebie główna bohaterka. Jeśli dodamy do tego jej ognisty charakterek i wyjątkowo cięty język, a także podróże w czasie, sporo magii i odrobinę gorących przystojniaków prosto z hollywoodzkich afiszy otrzymamy całkiem interesującą przygodówkę. Czyta się lekko i mimo przewidywalnych ram, bywa zaskakująco. To szalona mieszanka cyklu o Artemisie Fowlu z przygodami Jamesa Bonda i typowym high school romansem. I „Dziennikiem Bridget Jones” na dokładkę!

I mimo początkowego sceptycyzmu, muszę przyznać, że bohaterowie są naprawdę fajni (a nieczęsto doceniam pierwszoplanowe kobiece postacie!), fabuła ciekawa, a styl całkiem przyjemny. Pod koniec nie mogłam już doczekać się kolejnego tomu, a kiedy usłyszałam o smokach, oficjalnie zostałam wierną fanką tej serii. I na pewno w swoim czasie podsunę ją Majce.

Dobry wybór dla młodzieży i świetny dla nie do końca dorośniętego dorosłego, który ma ochotę na wieczór z wróżkami. Obłędnie przystojnymi, męskimi wróżkami i ich tajnymi misjami :D

Sara Regnier, PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 416 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Naznaczeni śmiercią” Veronica Roth

Jak uwielbiam fantastykę z jej magami, elfami i innymi krasnoludami, tak do science fiction spod znaku statków kosmicznych i międzyplanetarnych podróży zawsze podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu (poza Gwiezdnymi Wojnami, Gwiezdne Wojny są super!), głównie za sprawą Pana Lema, który zniszczył mi dzieciństwo.

A jednak świat (wszechświat?) stworzony przez Veronicę Roth zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie wraz ze swymi różnorodnymi roślinami, różnicami między zamieszkanymi przez ludzkość planetami o ekstremalnych klimatach, zdobyczami techniki, językami, wierzeniami i… magią. I to chyba właśnie magia pasuje mi w tym wszystkim najbardziej łącząc całe to uniwersum w niepowtarzalną całość.

„Nurt przepływa przez wszystko, co ma w sobie życie (…). Tworzy przestrzeń, w której życie może rozkwitać. Nurt płynie przez każdego, kto oddycha powietrzem i u każdego objawia się w inny sposób, przesiany przez sito danego umysłu. Nurt przepływa przez każdy z kwiatów kwitnących w lodzie.”

Każdą z dziewięciu planet krążących wokół jednego słońca owija mieniąca się kolorami wstęga tajemniczego nurtu mająca wpływ na życie każdej istoty, obdarzająca ludzi wyjątkowymi, pomocnymi lub całkiem absurdalnymi, darami i determinująca unikalne losy wybrańców. Na każdej w planet żyją zupełnie odmienne etnicznie narody, a podróż przez nie to prawdziwa przygoda. Gorąco liczę na to, że w kolejnej części (lub częściach) cyklu będzie mi dane odwiedzić kolejne z nich.

Ta historia skupia się na dwojgu wybrańców losu – Akosie i Cyrze, urodzonych we wrogich sobie nacjach zamieszkujących planetę Thuvhe. Dzieli ich wszystko – charaktery, sytuacja rodzinna, dzieciństwo, życiowa filozofia i nastawienie do ludzi. Łączy ich fatum i przewidziany z góry los. Niczym starożytny Edyp mkną ku określonemu przeznaczeniu bez najmniejszych szans na ucieczkę.

 „(…) dla różnych ludzi nurt znaczył co innego. Rodzice Akosa wyrażali się o nim jak o przywódcy duchowym, którego nie do końca rozumieją, wiedział jednak, że wielu mieszkańców Shotet, w zależności od sekty, oddaje cześć nurtowi bądź czemuś jeszcze wyższemu, co nim kieruje. Niektórzy uważali, że to po prostu zjawisko naturalne i nie ma w nim nic nadprzyrodzonego.”

buntownicy, wszystkowiedzące wyrocznie, terror, kosmiczne podróże, kidnaping, brutalne zbrodnie, obalanie reżimu, klasowość i niesprawiedliwość społeczna, walki na arenie, ważenie śmiertelnych trucizn, skomplikowane więzi rodzinne i miłość ponad podziałami.

No i wszyscy bohaterowie stale żują liście o podejrzanych właściwościach albo piją uspokajające i dodające wigoru napary. Nie ma co ukrywać – wszyscy tam stale są na haju.

Jest akcja, sceny walk, wycieczki krajoznawcze i odrobina romansu. Heroiczność, starcia charakterów, walka o bliskich i zmagania z nieprzejednanym losem. A wszystko to w idealnie wyważonych proporcjach.

„Chcesz widzieć ludzi jako skrajności. Dobry albo zły, godny zaufania, albo niegodny (…). Rozumiem. Tak jest prościej. Ale to nie zgadza się z rzeczywistością.”

Intrygujący bohaterowie, których dobrze pozwala poznać narracja prowadzona z obu perspektyw,  i wyczerpujący, choć dawkowany z umiarem opis przedstawionego świata to dla mnie główne argumenty przemawiające za tą pozycją. Jeśli dodamy do tego podłą intrygę i małą rebelię wyjdzie dobrze skonstruowana powieść.

Fajna przygoda, nawet dla osoby stroniącej od tego gatunku. „Naznaczeni śmiercią” skutecznie zachęcili mnie do zapoznania się z pozostałym dorobkiem autorki. Mam nadzieję na jeszcze więcej wrażeń. I więcej magicznych światów.

Veronica Roth, Naznaczeni śmiercią, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2017, 538 s.

Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.

Czas na czytanie: „Obietnica następcy” Trudi Canavan

Nie cierpię u siebie pewnej cechy – braku cierpliwości. Po prostu jak zobaczę, że pojawiła się nowa książka jednego z moich ulubionych autorów, nie potrafię przejść obok niej obojętnie, nie ważne ile trzeba będzie czekać na kolejny tom. A z Trudi Canavan jest taki problem, że pisze jedną książkę rocznie i czytając ją bezpośrednio po premierze skazuję się na minimum rok oczekiwania na ciąg dalszy. A niestety tego rodzaju „stosunek przerywany” to jedno z najgorszych świństw, jakie czytelnik może zrobić samemu sobie.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki – koleżanka z liceum pożyczała mi „Trylogię Czarnego Maga” po książce dziennie – rano dostawałam w swoje łapki pierwszą część, czytałam non stop (pod ławką na lekcjach, na szkolnym korytarzu, w autobusie i w domu), po czym kolejnego dnia wymieniałam przeczytaną książkę na kolejny tom. Tym oto sposobem przez trzy dni żyłam w ciągu i właśnie tak przeżyłam jedną z najfajniejszych przygód, jakie pamiętam. Oczywiście miało to swoją cenę – kiedy nauczyciel zadawał mi pytanie uśmiechałam się i kiwałam głową udając że wszystko wiem i uważam na lekcjach ani na chwilę nie opuszczając magicznego świata. W ten sposób zapewne utrwaliłam swoje zagrożenie z matematyki i zupełnie przypadkowo zostałam klasowym gospodarzem. Ale niczego nie żałuję!

Wiadomo przecież, że jednym z najlepszych rzeczy jakie mogą się zdarzyć człowiekowi jest czytanie dobrej książki ze świadomością, że czekają na niego kolejne tomy.

Dlaczego więc nie potrafiłam zaczekać?

Na swój brak cierpliwości wkurzałam się przez całą „Trylogię Zdrajcy”, ale przy „Prawie Millenium” moje wkurzenie osiągnęło swoje apogeum. „Obietnica następcy” jest świetna, ale jak wspaniała to byłaby lektura, gdybym dokładnie pamiętała co było w trzech poprzednich tomach?

Uwielbiam Trudi Canavan za jej umiejętność kreacji światów. Bo choć w czterech cyklach jej powieści można znaleźć wspólne cechy – zawsze bohaterką jest młoda dziewczyna, fabuła obraca się wokół magii i jej poznawania (często zinstytucjonalizowanego), jest miłość, wojny i relacja uczeń-mentor, to każdy z nich jest wyjątkowy i każdy potrafi zaskoczyć. Przez pierwsze kilka stron jeszcze byłam na siebie zła za „wyrwanie z ciągu”, ale te książki mają w sobie coś tak wciągającego, że szybko o tym zapomniałam dając się pochłonąć przerwanej rok wcześniej przygodzie. A luki w pamięci powoli uzupełniały się same.

Trzecia księga „Prawa Millenium” zapewnia nam mały czasowy przeskok – czytelnik poznaje dalsze losy bohaterów pięć lat po śmierci Raena. Pragnienie odnalezienia własnego miejsca, przystosowania się i spokojnego życia na przymusowym wygnaniu oraz próby ogarnięcia chaosu powstałego po zniknięciu uzurpatora.

To także dalsze zgłębianie istoty magii i zmagania z własnymi ograniczeniami. Szalone podróże między światami, ucieczki i pościgi, szpiegowanie i wybuchy, bunty i spiski, ciche szantaże i epickie bitwy magów. Jeśli to wciąż za mało wrażeń, to smaczku z pewnością dodaje koncepcja wskrzeszenia zmarłego i eksperymenty magiczno-mechaniczne, przez co całość zyskuje bardzo niepokojący klimat, gdzie podrasowany czarami stempunk łączy się z nekromancją. A brzydzący się przemocą Tyen, podkręcony determinacją Dalego pogrążonego w rozpaczy po śmierci ukochanego, ma szansę zostać następcą Frankensteina. Oczywiście wszystko to w imię większego dobra. To książka pełna akcji, trudnych miłości i moralnych dylematów. Porywa od pierwszej strony.

„Sęk w tym, ze nie da się jednoznacznie stwierdzić, co jest tu dobre, a co złe. Nic nie jest bezsprzecznym dobrem lub czystym złem.”

Zakochałam się w tym świecie dzięki przekonaniu, że twórczość generuje magię. Teraz kocham go każdą przygodę, którą miałam okazję przeżyć podczas jego przemierzania.

A wiecie co jest najgorsze? To mi nie wygląda na koniec. Coś czuję, że znowu to sobie zrobiłam!

Trudi Canavan, Obietnica następcy (Prawo Millenium – księga trzecia), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2017, 618 s.

Okołoksiążkowy miszmasz: Nostalgiczny post z okazji ćwierćwiecza, czyli dlaczego starą bułą będąc wciąż sięgam po książki młodzieżowe + szalone urodzinowe konkursy

Jest taki dzień w roku, który uporczywie przypomina nam o nieuchronnym upływie czasu i nadchodzącej nieubłaganie starości. URODZINY – dzień radości i grozy, hucznego świętowania i melancholijnych przemyśleń. Tak się składa, że moje wypadają akurat dzisiaj i chyba dopadł mnie z tej okazji mały urodzinowy kryzys – kryzys ćwierćwiecza. To w sumie dziwne, bo przecież wciąż jestem piękna i młoda i cały czas mi się wydaje, że dorosłość jeszcze nadejdzie.

W tym wieku powinnam zapewne sięgać już po smętną, ambitną i bardzo poważną literaturę i czasem faktycznie mi się to udaje, ale nie ukrywajmy, że ostatnimi czasy wśród moich wyborów czytelniczych prym wiodą książki młodzieżowe. I świetnie, bo moim skromnym zdaniem młodzieżówki są super. Nie tylko dlatego, że dzięki nim czuję się znowu jak nastolatka, bo w sumie to praktycznie non stop czuje się jak nastolatka  ( i znając mnie będę się tak czuła do późnej starości aż w końcu zaawansowany artretyzm nie pozwoli mi dłużej upierać się przy swoim :D). Żeby nie być gołosłowną, przygotowałam pięć żelaznych argumentów na potwierdzenie tej tezy.

Dlaczego starą bułą będąc, wciąż sięgam po książki młodzieżowe:

  1. Są lekkie i przyjemne – pozwalają się zrelaksować, nie kończą się kacem, nie trzeba ich odchorowywać tygodniami. Co więcej, bywają świetnym lekiem na owego na książkowego kaca. Moja akcja „Nadrabiam młodzieżówki” zaczęła się właśnie od prób pozbycia się tej mało przyjemnej przypadłości, która dopadła mnie po „Małym życiu” i strasznie długo nie chciała mnie opuścić.
  2. Nie wymagają bezwzględnego skupienia – w każdym momencie można je szybko odłożyć, zdjąć dziecko z kaloryfera i wrócić do przerwanej lektury bez konieczności cofania się o kilka stron by na nowo odnaleźć się w akcji. Bardzo trudno zgubić w nich wątek.
  3. Zapewniają nostalgiczny powrót do przeszłości – jestem z rocznika, który miał szczęście dorastać wraz z Harrym Potterem i to właśnie ta książka zaszczepiła we mnie miłość do czytania. Na pierwszym tomie nauczyłam się płynnie składać litery w słowa i słowa w zadania, a każdy kolejny pochłaniałam już następnego dnia po premierze, nie mówiąc już o fanfikach, których przeczytałam chyba pół internetu. Po dziś dzień sięgam po ten cykl od czasu do czasu, szczególnie kiedy mi smutno i żle. I prawdę mówiąc wciąż czekam na swój list z Hogwartu :D
    Dzięki pani Rowling moje dzieciństwo było magiczne, a każda książka, która przenosi mnie do świata pełnego czarów, zdumiewających przygód i prawdziwej przyjaźni wprowadza mnie w klimat „beztroskich lat”, kiedy to największym moim zmartwieniem był szlaban na czytanie (podobno inne dzieci miały szlabany na komputer i wychodzenie na podwórko) i skonfiskowana książka schowana na podwieszanych szafkach w kuchni. Doskonale pamiętam, że pod nieobecność rodziców wchodziłam po nią po konstrukcji ze stołu i krzesła i w tej pozycji czytałam, żeby zdążyć ją szybko odłożyć na miejsce na pierwszy odgłos klucza w zamku. To były czasy!
  4. Zazwyczaj są nieskomplikowane – nie wymagają dostępu do słownika, czy encyklopedii ani specjalistycznej wiedzy, dzięki czemu można czytać je w wannie, w półśnie, pchając wózek, czy drugą ręką klepiąc babki w piaskownicy.
  5. Opowiadają świetne historie – książki młodzieżowe to przecież genialne przygody (pamiętacie „Tajemniczą Wyspę” Juliusza Verne’a?), płomienne romanse, fantastyczne stworzenia i spora dawka sprytnie wplecionej w nie wiedzy i życiowych doświadczeń. Porywają, uczą, wzruszają i przekazują uniwersalne prawdy.

Zatem już wiecie dlaczego moja miłość do tego gatunku jest „jak stąd do księżyca”. A że urodziny to dzień radosny, chciałabym się z wami moją miłością podzielić. Pamiętacie jak za starych dobrych czasów solenizant przynosił do szkoły cukierki (a tym, których wyjątkowo lubił pozwalał wziąć dwa)? Ja dla odmiany chciałabym rozdać książki, dlatego przygotowałam aż trzy konkursy – jeden na blogu, jeden na Instagramie i jeden na facebooku, jest zatem w czym wybierać. Szczególnie, że do zdobycia sią właśnie moje ukochane książki młodzieżowe, a każda z nich jest kompletnie z innej bajki.

Zatem jeśli macie ochotę na delikatnie romantyczne „Jak powietrze”, zapraszam na facebooka (świstoklik), magiczne „Zakazane życzenie” czeka na Instagramie (świstoklik), a emocjonujące „The call. Wezwanie” można upolować poniżej. Konkursy będą trwały aż do końca wakacji, więc czasu do namysłu jest więcej niż dość.

Lwi KONKURS URODZINOWY na blogu (04.08-31.08) – „The call. Wezwanie”

_20170802_134513

Zasady są super proste, wystarczy:
1. Udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego książki są prostokątne?”
2. Podać swój adres email (niezbędny do kontaktu ze zwycięzcą)
3. Podpisać się lub po prostu podać nick, pod którym obserwuje się mojego bloga.

I tyle. Wyniki podam w przeciągu tygodnia od zakończenia konkursu. Nagrody wysyłam wyłącznie na terytorium Polski.

Miłej zabawy!