Czas na czytanie: „Nick i Charlie. Heartstopper. Nowela” Alice Oseman

Nick i Charlie to bohaterowie serii komiksów Heartstopper, którzy podbili serca chyba wszystkich, którzy zdecydowali się po tą serię sięgnąć – i nic dziwnego, bo to ciepła, przekochana historia która otula jak puchaty kocyk w zimny wieczór, choć wcale nie stroni od trudniejszych tematów. Tym razem powracają w nieco odmiennej formie opowiadania. Jednak bez obaw – na szczęście nie brakuje w nim ilustracji i charakterystycznej dla autorki oprawy graficznej.

Fabuła noweli dzieje się trzy lata po wydarzeniach z pierwszego tomu komiksu – bohaterowie zdążyli poznać się jak nie zna ich nikt inny,  mogą nazywać się parą z poważnym stażem, stawili czoło niejednej przeciwności losu, wyrobili sobie własną rutynę i są pewni uczuć – zarówno swoich, jak i partnera.

Czy to jednak wystarczy, kiedy przyjdzie czas rozstania? Nick jest rok starszy – właśnie świętuje ukończenie szkoły i z ogromnym entuzjazmem szykuje się do wyjazdu na uniwersytet. Jako, że Charliego czeka jeszcze rok nauki w Truham, po latach przebywania ze sobą niemalże non stop ich drogi się rozchodzą i chłopców czeka związek na odległość. Czy są na to gotowi? Czy pierwsza miłość ma szansę przetrwać rozłąkę i czy aby na pewno jest tą na całe życie?

Klimat opowiadania odstaje nieco od puchatego i uroczego komiksu, chociaż czuć, że to wciąż ta sama historia. Pojawia się jednak ostrzejszy język, miałam też wrażenie, że dialogi między bohaterami bywają czasami „papierowe”, a oni (szczególnie Charlie) podchodzą do problemu – który jest przecież już kolejnym na ich wspólnej drodze – w zdecydowanie mniej dojrzały sposób niż dotychczas, choć są już przecież starsi i z niejednego pieca ciastka jedli. Trudno mi to precyzyjnie określić, ale bywały momenty, kiedy po prostu miałam wrażenie, że „coś mi tu nie gra”. Forma komiksu, choć uboższa w tekst, miała dodatkową formę wyrazu, jaką dawały ilustracje – choćby mimikę, czy gesty bohaterów – i teraz mocno mi tego brakowało.

Osobiście bardziej podobały mi się komiksy, niemniej jednak zawsze miło wrócić do świata Haertstoppera i nowelka była przyjemnym oderwaniem od rzeczywistości. Już nie z takim „efektem wow” i nieco uboższa w przekazywane treści dydaktyczno-moralizatorskie, ale wciąż sympatycznym, a urok tego świata został zachowany. I to dla mnie najważniejsze.

Alice Oseman, Nick i Charlie. Heartstopper. Nowela, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2022, 178 s.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Jaguar.

Czas na czytanie: „Bogowie & potwory” Shelby Mahurin

Seria „Gołąb & Wąż” zdecydowanie ma w sobie sporo magnetyzmuzakazany romans, charakterną bohaterkę, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ciekawy pomysł na magię, siłę przyjaźni i wybitnie skomplikowane relacje rodzinne. Ale jak dla mnie jest za długa i mimo, że ostatni tom zdecydowanie nadrabia akcją po nudnawej „Krew & miód”, to jednak wciąż miał momenty nużącej dłużyzny.

W finałowej części trylogii zdecydowanie więcej się dzieje – zanim dotrzemy do ostatecznego starcia czeka nas podróż w morskie głębiny na spotkanie z mitycznymi meluzynami, mały wypad do Chateau le Blanc i oczywiście tułanie się po lasach z pościgiem drepczącym po piętach i potyczkami z paskudnymi stworami dla rozruszania.

Ale najistotniejsze będą tu podróże wewnętrzne – po marudzeniu i użalaniu się nad sobą, które zajmowało większą część poprzedniego tomu, tym razem bohaterowie zdecydują się stawić czoła własnym demonom. I opętanie będzie tu najmniejszym problemem, kiedy w kolejce ustawia się wciąż jeszcze świeża żałoba po bliskim przyjacielu, nieprzepracowany żal do matki, która zdecydowanie nie sprawdziła się w swojej roli, czy świadomość do czego jest się zdolnym, by ocalić bliskich. I choć historia każdego z bohaterów jest inna, łączą ich podobne przeżycia i bolączki. I każdy będzie musiał odnaleźć swoją drogę do wewnętrznego spokoju.

Oczywiście okoliczności będą dalekie od sprzyjających.

Będzie sporo karkołomnych misji i cudownych ocaleń, niesamowitych przyjaźni oraz większych i mniejszych zwrotów akcji. Na szczęście w tym tomie Lou się ogarnie i tym samym na podciągnie poziom humoru w książce, chociaż odniosłam wrażenie, że autorka nieco zbyt lekko podchodzi do zmieniania swoim bohaterom charakterów. Będzie też naprawdę dużo refleksji o nieudanym macierzyństwie, pretensji i rozczarowania rodzicami oraz rozliczania się z przeszłością. Nie zabraknie też potwierdzenia truizmu, że czasami prawdziwą rodzinę wybierasz sobie sam.

Warto było przemęczyć się z drugim tomem, by sięgnąć po trzeci, bo zakończenie całej historii jest adekwatne i całkiem satysfakcjonujące aczkolwiek nie oferujące wszystkich odpowiedzi. To był dobrze spędzony czas – dobrze wykreowany świat i interesujące spojrzenie na magię – mimo, że moim zdaniem wciąż najciekawszy pozostał pierwszy tom.

Shelby Mahurin, Bogowie & potwory, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2021, 592 s.

Czas na czytanie: „Krew & miód” Shelby Mahurin

Podobnie jak w przypadku czarów, również w życiu musi chyba panować równowaga – skoro pierwszy tom pochłonęłam momentalnie, drugi niestety już aż tak mnie nie wciągnął, a nawet trochę zmęczył.

Po dramatycznych wydarzeniach na Modraniht Lou i Reid przeżywają swój miesiąc miodowy wciąż nie mogąc się otrząsnąć z bliskości śmierci. I nie przeszkadzają im w tym ani trudne warunki koczowniczego leśnego życia ukrywających się przed Morgane rebeliantów, ani stąpający po piętach pościg. W końcu umykająca z Chateau grupka przyjaciół teraz ma już przeciwko sobie cały świat.

Ale w końcu trzeba będzie ułożyć jakiś plan działania, wśród niezliczonych nieprzyjaciół zdobyć jakiś sojuszników. Wszystko więc zacznie się spektakularnie sypać, bo każdy z członków drużyny ma inny pomysł na wykaraskanie się z problemów. I każdy chowa w szafie przynajmniej jednego trupa. A naszej przeklętej parze, po początkowej euforii ocaleńców, przyjdzie się jeszcze długo docierać.

Mam wrażenie, że ta część ma bardzo wiele cech „tomu przejściowego”, niby wnosi co nieco do fabuły a na końcu czeka nas „epicka konfrontacja” ale jednak przede wszystkim składa się z przydługich wędrówek po niegościnnych lasach, dziecinnych konfliktów między bohaterami i marudzenia.

To prawda, że Reida czeka wyboista droga do samoakceptacji ale wnioski, do których wreszcie dochodzi wydają się pojawiać znikąd, mimo całego egzaltowanego miotania się po drodze. To prawda, że Lou przyjdzie zmierzyć się ze swoją naturą i wziąć odpowiedzialność za swoje wybory, ale transformacja, którą przechodzi w „Krwi i miodzie” to przede wszystkim przemiana z fajnej, błyskotliwej i charakternej ale wciąż pełnej empatii i miłości dziewczyny w zapatrzoną w siebie, samolubną i niedojrzałą dziewuchę. I bynajmniej nie ma to za wiele wspólnego z magią, z której korzysta.

Tym razem największym plusem okażą się bohaterowie poboczni, którzy albo zostali dopracowani zyskując rozwinięcie swoich historii, albo po prostu bardziej przykuli moją uwagę, kiedy Reid z Lou zaczęli mnie nużyć. Coco, Ansel a nawet Beau bardzo zyskują w tej części. Podobnie miłym zaskoczeniem okazał się motyw podróży z grupą artystów, którzy nie tylko wnoszą do tej opowieści nową dawkę niesamowitości (z magią białych i czerwonych czarownic w końcu zdążyliśmy się już oswoić) ale i błyszczą charakterem, którego tym razem jakoś dziwnie zabrakło głównym bohaterom.

Podsumowując – historia, która początkowo bardzo mnie wciągnęła, zaczęła mi się mocno dłużyć choć wyraźnie zmierza do jakiegoś celu i wciąż ma swoje dobre momenty. Dlatego też nie zdecyduję się na porzucenie tej serii i jednak sięgnę po ostatnią część. Chociaż już z nieco mniejszym entuzjazmem.

Shelby Mahurin, Krew & miód, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 512 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Gołąb & Wąż” Shelby Mahurin

Czy istnieje bardziej zakazany, karkołomny i z góry skazany na porażkę romans, niż związek wiedźmy i łowcy czarownic? Trudno to sobie wyobrazić!

Konflikt między dwoma światamimagii i Kościoła – trwa od setek lat. Obie strony mają swoje za uszami, obie są święcie przekonane o swojej racji i krzywdzie a żadna z nich nie przebiera w środkach nie stroniąc od okrucieństwa. Nie sposób sympatyzować ani z czarownicami, które bez skrupułów wykorzystują niewinnych ludzi by siać chaos ani z wojownikami kościoła, którzy entuzjastycznie rozpalają stosy pod każdą kobietą oskarżoną o czary. Nie sposób również całkowicie potępić żadnej z nich.

„(…) za Kościołem najpierw idą płomienie. Dopiero potem pytania. Niebezpiecznie jest być kobietą”.

Między tymi dwoma światami od urodzenia uwięziona jest Louzadziorna i charakterna młoda złodziejka, której przypadło w udziale stać się kluczem do rozwiązania odwiecznej walki. Niestety kluczem dość ostatecznym i raczej… jednorazowym. A że umieranie dla sprawy nie każdemu jest w smak, porzuca świat magii wraz ze swoim ponurym przeznaczeniem i daje nogę prosto w trzewia tętniącego życiem miasta. To daje jej schronienie przed pościgiem aż do momentu, w którym jedna z zuchwałych kradzieży kończy się nie do końca zgodnie z planem, a na czarownicę pada czujny wzrok wyjątkowo oddanego sprawie kapitana łowców.

Czy silne ramiona wojownika kościoła okażą się dostatecznym schronieniem, kiedy cały świat pragnie twojej śmierci?

Największą siłą tej powieści są jej bohaterowie – zuchwałej, bezwstydnej i pełnej humoru Louise nie sposób nie oddać serca, a w świecie zachowawczych i sztywniackich świętych mężów (z tym ślubnym na czele) błyszczy niczym diament. A relacje, jakie buduje z innymi to złoto – od zrodzonego z przypadku świętego związku małżeńskiego zbudowanego na fundamentalnych przeciwieństwach, przez godne pozazdroszczenia przyjaźnie na śmierć i życie, raczej skomplikowaną sytuację rodzinną aż po bycie wrzodem na wrażliwych częściach ciała reszty społeczeństwa.

I chociaż sam pomysł na romeojuliowy romans między zwaśnionymi siłami jest jednak raczej oklepany, a i fabuła nie należy może do wybitnych, to jednak czyta się szybko i przyjemnie, czekając na coraz to nowe przepychanki między bohaterami. A że mamy tu też zgrabnie skonstruowany świat przedstawiony, ciekawy pomysł na magię opierającą się na wymianie i równowadze oraz odwieczną walkę między patriarchatem a nieokiełznaną kobiecą siłą, wychodzi całkiem dobra fantastyka młodzieżowa z romansem na pierwszym planie.

Na pewno nie będę zwlekać z drugim tomem.

Shelby Mahurin, Gołąb & Wąż, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 480 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Zakon Drzewa Pomarańczy”, Samantha Shannon

Wschód i Zachód świata „Zakonu Drzewa Pomarańczy” dzieli nie tylko bezmiar Bezkresnego Morza (a szczególnie uroczej jego części zwanej pieszczotliwie Czeluścią) ale przede wszystkim… podejście do smoków i wyrastające z tego podejścia systemy wiary.

W krajach Zachodu religia wywodzi się (w zależności od kraju) od prastarych pogromców najstraszliwszego ze smoków – Bezimiennego. W Królestwie Inys panujący ród Berethnet wywodzi się od półlegendarnego świętego, którego uważa się za uwięzienie bestii, a jego krew, przenoszoną z matki na córkę, za gwarancję bezpieczeństwa świata. W Dominium Lasyańskim mieści się tajemny Zakon wojowniczek bez strachu stawiających czoła pozostałym na świecie smokom i wyrmom, choć źródło swej siły upatruje on w zupełnie odmiennym rozumieniu historii pokonania Bezimiennego.

Wschód natomiast charakteryzuje zgoła inne podejście – tam smoki traktowane są jak bogowie, biorą udział w rządach Imperium Dwunastu Jezior, a na Seiiki, wraz z najbardziej elitarnym gronem wojowników tworzą niepokonany oddział Jeźdźców.

Czy nacje tak różniące się już w samych fundamentach systemów wartości będą w stanie odnaleźć płaszczyznę porozumienia i stworzyć wspólny front, gdy ich największy wróg powróci, by podporządkować sobie cały świat z wszystkimi jego mieszkańcami?

To historia poświęcona przede wszystkim silnym kobietomwładczyni imperium, na której ciąży obowiązek spłodzenia dziedziczki i utrzymania rządów w czasach kryzysu, czarodziejki wysłanej z tajną misją na obcy dwór i ambitnej wojowniczki walczącej o godność smoczego jeźdźcy, która pewnego dnia pojawiła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Autorka oddaje jednak również głos niemniej intrygującym mężczyznom – lojalnemu przyjacielowi królowej, czy wygnanemu naukowcowi, dzięki czemu jest to opowieść wielu głosów i różnych perspektyw.

Opowieść o sile przyjaźni, niespodziewanej miłości, ciężarze obowiązku, strachu przed macierzyństwem i dojrzewaniu do podejmowania własnych decyzji i formułowania własnych poglądów. O względnych podstawach religii, historii pisanej przez zwycięzców, różnych wersjach tego samego mitu i uprzedzeniach wyrastających na strachu i braku zrozumienia. To wreszcie trzymająca w napięciu przygoda, fascynujący pomysł na genezę magii i zachwianą równowagę kosmosu oraz kawał świetnie wykreowanego świata kipiącego od pałacowych i dyplomatycznych intryg. No i są piraci!

W moim odczuciu, jak na rolę, którą nadano smokom w tej powieści, brakowało mi nieco ich głosu i czynnego udziału w powieści, zostały w zamian sprowadzone do roli bożków, wierzchowców i przedmiotu sporu, w którym same nie zabierają głosu. Troszkę szkoda, ale to wciąż przygoda warta polecenia!

Samantha Shannon, Zakon Drzewa Pomarańczy, część 1, Kraków: Wydawnictwo SQN, 560 s.

Samantha Shannon, Zakon Drzewa Pomarańczy, część 2, Kraków: Wydawnictwo SQN, 560 s.

Czas na czytanie: „Nie poddawaj się” Rainbow Rowell

Simon i Baz – bohaterowie fanfika, w pisaniu którego Cath, główna bohaterka „Fangirl”, znajduje ucieczkę od rzeczywistości doczekali się własnej powieści. I to pod tym samym tytułem, co dzieło Magicath (co niestety w polskim tłumaczeniu nie jest wcale takie oczywiste, gdyż tłumaczka Fangirl przełożyła tytułową frazę „carry on” jako „rób swoje”, natomiast tłumaczka drugiej książki Rainbow Rowell wybrała „nie poddawaj się”), mamy więc szansę osobiście przeczytać jej osławionego fanfika od deski do deski. I dowiedzieć się przy okazji, czy Cath jednak uśmierci Basiliona, jak się odgrażała, czy da chłopakom szczęśliwe zakończenie.

Jak autorka sama wspomina w posłowiu, jako fanka magicznych opowieści o superbohaterach i superłotrach, chciała sama zmierzyć się z tym tematem. I w istocie Simon jest wypadkową wszelakich Wybrańców Mocy – od Harry’ego Pottera, po Anakina Skywalkera. Już w Fangirl czytanie o przygodach toczących się w szkole magii Watford wzbudzało we mnie ambiwalentne odczucia. Wszystko wydawało mi się tak znajome, że momentami brałam świat Simona za parodię – wraz z jego mentorem, podstępnym i okrutnym antagonistą, zadufanym w sobie szkolnym nemezis z bogatego rodu, błyskotliwą przyjaciółką i oczekiwaniami składanymi na jego barki. Im bardziej jednak wsiąkałam w lekturę, tym więcej widziałam różnic i magiczne uniwersum Rowell zyskiwało w moich oczach.

Prawdę mówiąc po „Fangirl”, która bardzo mi się podobała, miałam bardzo wysokie oczekiwania względem kolejnej książki autorki. Oczekiwania, którym „Nie poddawaj się” niestety nie sprostało, bo chociaż ma swoje plusy, to jednak brakuje jej wyjątkowości – chociaż magiczna, to jednak całkiem zwyczajna.

Absolutnie uwielbiam tamtejsze podejście do magii i kształtowanie jej za pomocą słów – im bardziej znanych i oklepanych, tym lepiej. Rewelacyjna (i jednocześnie przerażająca) jest również postać superłotra tkającego intrygę latami i jego zaskakująco nieskomplikowane motywy.

Poza tym jest poprawnie – znajdziemy tu wszystko, czego można oczekiwać po magicznej młodzieżówce – poszukiwanie swojego miejsca, walka dobra ze złem, spór elitaryzmu z egalitaryzmem, walkę o magię i wpływy, stare szlacheckie rody i tajemnicze wampiry, siłę prawdziwej przyjaźni, pogoń za marzeniami, pierwsze zauroczenia, ciężar życia w świetle reflektorów, walkę z przeznaczeniem, stawianie czoła swojej mrocznej stronie i próbę sprostania oczekiwaniom dorosłych. Trochę infantylna, ale w stopniu, który jestem w stanie tolerować.

Jest magicznie, jest tendencyjnie, bywa smutno i bywa słodko. Jak i w każdej pełnoprawnej czarodziejskiej przygodzie.

Rainbow Rowell, Nie poddawaj się. Wzlot i upadek Simona Snowa, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2016, 512 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Cienie Nocnego Targu” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Kelly Link, Robin Wasserman

„Cienie Nocnego Targu” to kolejny, trzeci już zbiór opowiadań ze świata Nocnych Łowców, tym razem narratorem jest Jem Carstairs. Podobnie jak w przypadku książki pisanej z perspektywy Magnusa, i tym razem rozpiętość czasowa poszczególnych przygód jest całkiem spora – od początku XX wieku, aż po rok 2013. Ostatnie z opowiadań mają miejsce już po wydarzeniach z „Królowej Mroku i Powietrza”, dlatego żeby uniknąć spoilerów najlepiej sięgnąć po nią dopiero po skończeniu z „Mrocznymi Intrygami”.

Bardzo się cieszę, że utrzymano pomysł, który tak podobał mi się w „Opowieściach z Akademii Nocnych Łowców”, czyli poświęcanie historii różnym bohaterom (i tak samo, jak w poprzednim zbiorze, i tu każde z opowiadań rozpoczyna się ilustracją). Znajdzie się więc kilka opowieści z czasów dzieci Willa i Tessy oraz historia samej Tessy, która po śmierci męża była, wraz z Catariną, sanitariuszką podczas II wojny światowej, ale pojawią się również opowiadania poświęcone Alecowi i Magnusowi (wśród nich oczywiście moje ulubione – tym razem dowiemy się jak doszło do adopcji Rafe’a), Tiberiusowi i Kitowi, a nawet Ashowi i jego mrocznemu opiekunowi – Jace’owi z Thule. Natomiast kilka z nich to wyłącznie przygody brata Zachariasza wprowadzające nowych bohaterów, którzy dotychczas byli białymi plamami w historii Herondale’ów. Bo i łącznikiem wszystkich tych historii jest samozwańcza misja Jema dążącego przez dekady do odnalezienia zaginionej linii tej rodziny w hołdzie swojemu zmarłemu parabatai. A poszukiwania toczone były głównie na Nocnych Targach na całym świecie.

Przyjdzie nam wreszcie poznać całą zapętloną historię Herondale’ów od Wiliama aż do Kita, a przy okazji rozwiąże się kilka pobocznych wątków. Chociaż Jem nie jest tak wdzięcznym narratorem jak Simon, wciąż czyta się lekko i przyjemnie, a opowieści okraszone są sporą dawką poczucia humoru, które tak bardzo skradło mi serce.

Moim zdaniem to pozycja obowiązkowa podczas zgłębiania Kronik Nocnych Łowców, chociaż spokojnie można zostawić ją sobie nawet na sam koniec. Przynajmniej tych dotychczas wydanych części tej rozbudowanej sagi.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Kelly Link, Robin Wasserman, Cienie Nocnego Targu, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2019, 636 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Czerwone Zwoje Magii” Cassandra Clare, Wesley Chu

Pierwszy tom serii „Najstarsze klątwy” nie jest chronologiczną kontynuacją Kronik Nocnych Łowców, a side story poświęconą Alecowi i Magnusowi – przygodą z samego początku ich związku, cementującą relację bohaterów.

Pamiętacie podróż po Europie, w którą bohaterowie wybrali się w połowie cyklu Darów Anioła, na początku „Miasta Niebiańskiego Ognia”? I z której swoją drogą musieli wcześniej wrócić na żądanie wampirzycy Camille?

W „Czerwonych Zwojach Magii” dowiemy się co dokładnie działo się podczas ich romantycznej wycieczki. Jak można się domyślać, Nocni Łowcy zawsze są na służbie, a beztroscy kocioocy czarownicy przyciągają kłopoty jak magnes. Ale czy można sobie wyobrazić bardziej zbliżające wakacje niż uciekanie przed demonami i tropienie mrocznych kultystów – naprzemiennie – po miastach słynących miłości?

Magnus zostaje oskarżony o założenie kultu jednego z książąt piekieł. Kultu, który pod nowym przywództwem zdecydowanie zaostrzył działalność siejąc śmierć i zniszczenie w imię przyzwania na świat Wielkiego Zła. Co gorsza czarownik ma we wspomnieniach wielką dziurę i wszystkie przesłanki wskazują na to, że faktycznie mógł kilkaset lat temu zainicjować powstanie takie zgromadzenia. Dla żartu. A teraz przyszło mu mierzyć się z konsekwencjami. Nie będąc świadomym swoich dawnych uczynków i motywacji, w samym środku wielkiej randki. Randki, która mogłaby być obiecującym początkiem tak wymarzonego, jak kontrowersyjnego związku, na który krzywo patrzą zarówno Nocni Łowcy, jak i Podziemni. A historia już nie raz pokazała, że Nefilim potrafią być równie bezwzględni dla Podziemnych, jak i dla swojego własnego gatunku. Czy związek z czarownikiem o niepewnej przeszłości może ściągnąć na Aleca kłopoty? To znaczy większe, niż zazwyczaj?

To będzie prawdziwie awanturnicza przygoda – ostrzał z pikującego ku ziemi balonu w Paryżu, walka z demonami na dachu Orient Ekspresu, wystrzałowa impreza w jednej z weneckich willi i szaleńcza jazda sportowym autem po włoskich górach to dopiero początek wrażeń.

W końcu na wakacjach lepiej się nie nudzić.

Chociaż osobiście nie mogę się doczekać już bardziej zaawansowanego, rodzinnego i pewnego etapu związku Aleca i Magnusa, fajnie było poznać dokładniej ich szalone początki. Szczególnie, że to powieść nie tylko o miłości i przygodzie, ale również o przyjaźni, życzliwości i potrzebie zmian, które miały spory wpływ na ukształtowanie poglądów Aleca i przygotowanie go do przyszłej roli Konsula – rewolucjonisty.

Cassandra Clare, Wesley Chu, Najstarsze klątwy T.1. Czerwone Zwoje Magii, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 472 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Łańcuch ze złota” Cassandra Clare

Miałam dłuższą przerwę od świata Nocnych Łowców (bo i przeczytałam już wszystko, co dotychczas było do przeczytania) i chociaż oczywiście tym razem nie dotrwałam, aż pierwszy tom najnowszej serii pojawi się w bibliotekach, to jednak książka musiała trochę odleżeć na mojej szafce nocnej, zanim na poważnie wzięłam się za lekturę.

„Łańcuch ze złota” otwiera nową trylogię „Ostatnie godziny” poświęconą Jamesowi i Lucie Herondale’om – dzieciom Willa i Tessy oraz Cordelii Carstairs – kuzynce Jema z „Diabelskich Maszyn”. Nie ukrywam, że chociaż jak zawsze przy książkach tej autorki i przy tych dobrze się bawiłam, to jednak DM nie jest moim ulubionym cyklem o Nocnych Łowcach, dlatego też byłą trochę zaskoczona, jak szybko wsiąkłam w tą zupełnie nową historię.

Szczególnie, że choć akcja wciąż toczy się na przełomie XIX i XX wieku, a bohaterowie żyją w klimacie ciężkich sukien, wymyślnych fryzur, literatury i sztywnych konwenansów epoki wiktoriańskiej, to jednak nie mamy tu już tak bardzo charakterystycznych dla trylogii Willa, Tessy i Jema steampunkowych klimatów, czego trochę mi brakowało. Niemniej jednak maszyny zostały zniszczone i nie wracają, młodszemu pokoleniu zostało więc mierzyć się „zaledwie” ze starymi dobrymi demonami. A dokładniej z knowaniami jednego z Książąt Piekła.

Lata spokoju rozleniwiły Londyńskich Nocnych Łowców i sprawiły, że ci wyszli nieco z wprawy w bijatyce oddając się głównie modowym nowinkom i życiu towarzyskiemu. Kiedy więc demoniczna aktywność nagle gwałtownie wzrasta i pojawia się nieznany dotąd przeciwnik – nie tylko atakujący za dnia, ale i roznoszący śmiertelną chorobę – młodsze pokolenie otrzymuje poważny chrzest bojowy.

Tak się też składa, że Lucie i James nie są najzwyklejszymi Łowcami. Poza krążącą w ich żyłach anielską krwią, mają w genach również całkiem odmienny spadek – po matce czarownicy. A przecież niespodziewany kryzys to idealny moment, by odkrywać nowe przerażające moce. Dorzućmy jeszcze do tego emocjonalny galimatias pierwszych miłości i otrzymamy to, co w książkach Clare lubimy najbardziej.

Mimo odejścia od tematu nawiedzonej mechaniki mamy tu bardzo fajny klimat – od podejrzanych spotkań nadprzyrodzonej artystycznej bohemy z czarownikami na czele, przez bardziej lub mniej planowane podróże do demonicznego wymiaru aż po ufryzowaną i wyperfumowaną ciężką wodą kolońską rzeczywistość przełomu epok. Z prawami kobiet w powijakach oraz masą przykazów i nakazów dla cnotliwej damy i eleganckiego dżentelmena. Których nie jest łatwo przestrzegać ani podczas walki ze stworami z piekła rodem, ani podczas skomplikowanych nastoletnich układów o charakterze uczuciowo-politycznym.

świetne sukienki, wyraziści bohaterowie, których nie sposób nie polubić, demoniczny dziadek, młodzież biorąca sprawy w swoje ręce, girl power, mnóstwo błyskotliwego poczucia humoru, wartka akcja, fajna przygoda i Magnus Bane w brokatowych kamizelkach.

Już wypatruję kolejnego tomu.

Cassandra Clare, Łańcuch ze złota, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2021, 672 s.