Bajki Majki: „Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” Dominik Wieczorkiewicz

Całe dzieciństwo spędziłam z nosem w książkach opisujących przetrwanie na bezludnych wyspach, odkrywanie nieznanych lądów i (nie zawsze zamierzony) pęd ku tropikalnej przygodzie. Z tym, że w za moich czasów (ależ poczułam się staro!) oznaczało to „Przygody Robinsona Cruzoe”, kolejne części podróży Tomka Wilmowskiego i książki Juliusza Verne’a. A dzisiaj bez problemu możemy znaleźć książki dla dzieci napisane przez dzieci opisujące przygody owych dzieci na wszystkich krańcach świata, czego najlepszym przykładem jest Nela Mała Reporterka. Co prawda autor trzymanej przeze mnie pozycji należy już do tych starszych (jest starszy nawet ode mnie!) ale to niewielkie pocieszenie. Szczególnie, że wspomniane wyżej krańce świata eksploruje na… hulajnodze.

Nie rozsmakowałam się dotychczas w literaturze podróżniczej, ale nie ma na mnie lepszego wabika niż smoki. A jeśli ktoś opisuje miejsce, gdzie można smoki spotkać, to będę o tym czytać bardzo!

Super, że choć autor odwiedza miejsce chyba najegzotyczniejsze z egzotycznych, to jednak jego korzenie tkwią w Polsce – to tu zaczyna i kończy swą podróż. Co prawda praca leśnika i edukatora ma w sobie co nieco z niezwykłości, ale jednak przygoda zaczyna się zupełnie prozaicznie – od podreperowania hulajnogi i hamaka, przekonania żony do szalonego pomysłu, spakowania pluszowego misia i zrobienia kawy do termosu.

Choć opisana lekkim i przyjemnym językiem podróż pełna jest zabawnych sytuacji, zapierających dech w piersiach widoków, legend pobudzających wyobraźnię, zdumiewającej fauny i flory (szczególnie flory!) i egzotycznych smaków, to nie brakuje w niej również całkiem poważnych tematów. Wyspa pod arabskim panowaniem nie należy do bezpiecznych miejsc, a odwiedzenie jej graniczy z cudem – nie latają tam żadne samoloty ani nie pływają statki pasażerskie. Nie zabraknie więc opowieści o zupełnie prawdziwych i przy tym mało romantycznych piratach porywających białych ludzi dla okupu, handlu ludźmi, wojnie ani biedzie, z którymi podróżnik spotkał się „oko w oko” podczas swojej przygody.

Bardzo podoba mi się pomysł graficzny na tą książkę (a właściwie rozkręcającą się serię) – każda strona jest pełna kolorów, zdjęcia przeplatają się z ilustracjami i komiksowymi rysunkami i nigdy nie wiadomo, co czeka na następnej stronie. Czyli tak samo jak w trakcie zwariowanej podróży! Jest też przy tym bardzo dobrze zakomponowana. Pomijając fakt, że jak każde poprawne wypracowanie, ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie, to jest przejrzyście podzielona na niedługie rozdziały, opatrzona notatkami na temat odwiedzanych miejsc, a także uzupełniona ciekawym (nie tylko) dla młodego czytelnika opisem samej Sokotry, czyli tytułowej Smoczej Wyspy.

„Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” to druga książka autora i chociaż znajomość pierwszej części nie jest potrzebna, by rozeznać się w fabule, to jak zawsze polecam zacząć od początku. Szczególnie, że dwie tak ciekawie wydane książki to jeszcze lepszy pochoinkowy prezent, niż jedna!

Dominik Wieczorkiewicz, Hulajnogą przez Smoczą Wyspę, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Świąteczne życzenie” Katherine Rundell

To zdecydowanie pozycja z gatunku „na wyrost”, bo Majka z pewnością musi na nią poczekać jeszcze ze 3-4 lata, ale nie mogłam odmówić sobie przyjemności tej lektury.

Nie da się ukryć, że na równi z nazwiskiem autorki, do której po „Dachołazach” mam pełne zaufanie, skusiło mnie samo wydanie – jak na zdeklarowaną książkową srokę przystało. Bo wydana jest przepiękne – w twardej, bogato połyskującej oprawie i z przepięknymi, bardzo klimatycznymi ilustracjami.

I choć grubość książki zdaje się to sugerować, nie jest wcale szczególnie długa – bo ilustracji jest mnóstwo, często również na całe rozkładówki, a tekst wydrukowano dużymi literami o eleganckim kroju, dzięki czemu „Świąteczne życzenie” dobrze nadaje się dla początkujących samodzielnych czytaczy.

To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt.

Ta historia bywa momentami wyjątkowo zakręcona – włamanie do sklepu z zabawkami poprzedza pełnienie straży przy żłóbku nowo narodzonego Dzieciątka, a najlepszym sposobem doklejenia piór do anielskich skrzydeł okazuje się być… guma do żucia! A jednak ta dowcipna i nieprzewidywalna narracja kieruje myśli czytelnika ku temu, co naprawdę ważne – empatii, pomocy bliźniemu, rodzinie, spędzaniu czasu razem i słuchania siebie wzajemnie.

Jest piękna (cudowny pomysł na prezent!), magiczna i bardzo, bardzo świąteczna!

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Bajki Majki: Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. T 1. „Tajemnica diamentów” oraz T 25. „Tajemnica zamku”

Maja jest jeszcze zdecydowanie za mała na kryminały, dlatego ta seria dotychczas nie wzbudziła mojego zainteresowania, chociaż nie mogę powiedzieć, że o niej nie słyszałam. Nie dość, że jednym z autorów jest Martin Widmark, to jeszcze co drugi rodzic starszaka poleca ten cykl innym.

Dlatego też z okazji niedawnej premiery kolejnego, już 25 (!) tomu przygód pomysłowych przyjaciół postanowiłam pochylić się nad tym fenomenem.

I chociaż przyznaję, że typowy dla Heleny Willis sposób ilustrowania kompletnie nie wpasował się w moje gusta (i chyba jednak do klimatu bardziej pasują mi czarno-białe ilustracje pierwszego tomu, niż kolorowe ostatniego), to już kilka stron pierwszego tomu zrobiło ze mnie zagorzałą fankę Lassego i Mai. Bo ta dwójka maluchów swoje ferie (i każdą inną wolną chwilę) spędzają w swojej bazie urządzonej na biuro detektywistyczne zaczytując się w kryminałach. I ani trochę nie tęsknią do bawiących się na podwórku kolegów. Moja krew!

Wiecie, że w dzieciństwie moi koledzy mieli szlabany na wychodzenie z domu, a moi rodzice za złe zachowanie i kiepskie oceny konfiskowali mi książki? Działało.

Wracając jednak do tematu, pomysł kryminału dla dzieciaków uczących się dopiero płynnie czytać jest w dechę. Z formalnego punktu widzenia są to typowe książki „na rozruch” – maja duże, czytelne litery, wciąż naprawdę sporo obrazków, zajmujących niekiedy całe strony i potrafią zaciekawić. Ponadto są wydane jak najzupełniej „dorosłe” pozycje, choć mają mniej więcej po 100 stron. A każda z tych książek, to nowa zagadka, którą uczeń z podstawówki jest w stanie sobie poradzić przy odrobinie dobrych chęci.

Zleceniodawca jasno wykłada przed młodymi detektywami swój problem i przedstawia sylwetki podejrzanych – każdy z nich ma motyw popełnienia przestępstwa. Każdy ma jakieś dziwactwa i każdy coś ukrywa. A uważna obserwacja Lassego i Mai kroczek po kroczku prowadzi ich do rozwiązania sprawy – często zaskakująco pomysłowego.

Jest akcja, bywają momenty grozy (odpowiednio krótkie, by mały czytelnik nie zdążył się na poważnie zestrachać), a wszystko kończy się logicznym wyjaśnieniem, wylewnymi podziękowaniami i uściskami dłoni.

W tej serii jest również to, co tak bardzo lubię w kryminałach – niezależnie, czy zaczniemy od tomu pierwszego, szóstego, czy dwudziestego trzeciego (albo jakiegokolwiek innego, który akurat jest dostępny w bibliotece u babci na wakacjach), możemy zaczynać lekturę nie gubiąc żadnych istotnych informacji. Choć wszystkie części łączą postacie samych detektywów, ich miasteczko i jego mieszkańcy, każda książka jest osobną, zamkniętą historią. Można również dokonywać wyboru lektury kierując się tematyką. Wśród tytułów znajdziemy bowiem nie tylko tak oczywiste jak „Tajemnica hotelu”, „Tajemnica pociągu”, czy „Tajmenica złota”, ale również tajemnicę pływalni, biblioteki, zwierząt, szafranu, czy mody. To w ogóle bardzo tajemnicza seria.

Czytelnik ma zatem szansę nie tylko dowiedzieć się kim jest detektyw, jaki sprzęt przydaje mu się w pracy i na co powinien zwracać uwagę, ale może również ruszyć głową i nieco wysilić szare komórki próbując odkryć kto popełnił przestępstwo. No i oczywiście przeżyć przygodę i zakochać się w kryminałach.

Sama nieźle się wkręciłam, to była świetna odskocznia od czytanych przeze mnie ostatnio coraz brutalniejszych i bardziej krwawych przedstawicielach tego gatunku. Mam trochę wrażenie, że dorosłego czytelnika coraz bardziej stara się zaszokować, a pragnąc czystej rozrywki intelektualnej, zagadki rozumianej jako puzzle, trzeba sięgnąć po książkę dla dzieci. W sumie czemu nie?

Ale czy faktycznie miłość do powieści detektywistycznych jest zaraźliwa i roznosi się u pierwszo- i drugoklasistów za pośrednictwem Lassego i Mai, dam Wam znać po Świętach, bo zamierzam sprezentować kilka tomów chrześniakowi ;)

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica diamentów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 76 s.

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica zamku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 102 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Bajki Majki: „Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska” Alice Pantermüller, Daniela Kohl

Odkąd zostałam mamą sięgam nie tylko po książki dla maluszków adekwatne do majkowego poziomu, ale coraz częściej również  po te dla „młodszej młodzieży”. W końcu na rozpoczęcie wizji środowiskowej nigdy nie jest za wcześnie! Od dłuższego czasu ostrzyłam sobie zęby na serię o Zuzie-Łobuzie szukając ciekawej alternatywy dla fanek Hani Humorek (doskonale pamiętam jak moja młodsza siostra szalała za Hanią ucząc się czytać!) – dziewczynek, które wyrosły już z etapu marzeń o karierze księżniczki i teraz planują zostać psotnicami.

W serii o Zuzie bardzo fajne jest to, że bez problemu możemy sięgnąć po dowolną cześć cyklu nie znając poprzednich. Dzięki temu można wybierać kierując się tematyką, a nie numerkiem na okładce (którego swoją drogą nie ma), i na przykład na wakacje zabrać ze sobą tą o wycieczce nad Bałtyk. To właśnie tematyka „Pełnej profeski” poniekąd przyciągnęła mnie do tej lektury, traktuje bowiem o opiece nad bobasem.

Najlepsza przyjaciółka Zuzy, Zośka, mieszka tylko z mamą i młodszą siostrą. Jednak pewnego dnia do jej życia ponownie wkracza tata wraz z nową partnerką i małym braciszkiem. Kusząc obietnicami drogich prezentów wrabia on swoją najstarszą córkę w opiekę nad uroczym Eryczkiem.

I chociaż chłopiec jest słodki jak małe kociątko, a spacery z wózkiem po parku bywają całkiem przyjemne, szybko okazuje się, że zajmowanie się maluchem to nie przelewki. Natomiast mocno zaskoczyły mnie przedstawione w książce reakcje mam innych dzieci spotykanych po drodze. Nie dość, że nie pomagają dziewczynkom w opiece nad bratem, to jeszcze narzekają na psoty malucha i krytykują same młodziutkie opiekunki.

Całe szczęście dziewczynki zupełnie się tym nie przejmują i prześcigają się w mniej lub bardziej bezpiecznych i odpowiedzialnych pomysłach na okiełznanie eryczkowego wulkanu energii.

Super, że podjęta została tematyka rozbitej rodziny i przyrodniego rodzeństwa, ale już nie do końca pasuje mi sposób, w jaki tata Zośki pełni rolę czarnego charakteru. Bo chociaż ostatecznie przemęczona dziewczynka opiera się manipulacji i znajduje w sobie siłę, by postawić się tacie i jego nowej dziewczynie (nawet kosztem obiecanego smartfona!), to nie do końca pasuje mi takie zakończenie. Ojciec nie widzi swojej winy, nie opamiętuje się i nie przeprasza córki, po prostu traci darmową siłę roboczą. Co więcej, próbuje tej samej sztuczki z Sandrą, młodszą siostrą Zuzy. A to już mocno niefajne. Szczególnie, że mama dziewczynek w żaden sposób nie reaguje.

Poza główną osią fabuły, która skupia się wokół małego Eryka, jest jeszcze jeden problem – zaginiony flet do zaklinania zwierząt Zuzy. Przez całą książkę nasza Łobuza oskarża o jego zabranie swoich braci i chyba ma rację, bo flet ostatecznie znajduje się w bardzo dziwnych okolicznościach. Ale scena z faktycznym zaklinaniem gadów podczas wystawy i magicznie znikających szyb (jakbym już kiedyś czytała podobną scenę….) mocno mi się nie spodobała. I w sumie tak naprawdę nie wiem, czy Zuza wszystko to sobie wyobraziła, czy autorka pomyślała, że takie drastyczne odejście od realizmu raz na jakiś czas będzie fajne, ale moim zdaniem ten wątek bardziej książce szkodzi, niż pomaga.

Bardzo podoba mi się forma książki, która naprawdę przypomina pamiętnik małej dziewczynki – tekst przepleciony jest licznymi rysunkami, podkreśleniami, listami i wyróżnikami, co daje fajny efekt wizualny i bardzo dobrze komponuje się z używanym przez Zuzę językiem.

Natomiast mocno raził mnie konflikt Zuzy z braćmi i ich sposób odnoszenia się do siebie. Zuza grozi braciom torturami ich pluszaków i wielokrotnie pisze, że chciałaby, żeby „się zamknęli” (podobnie pisze również o samym rozwrzeszczanym Eryczku). I nie twierdzę, że wzajemne relacje rodzeństwa zawsze są w porządku, ale tutaj tego rodzaju zachowanie i odzywki traktowane jest tu jako coś normalnego i nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji. Przez to właśnie Zuza sporo straciła w moich oczach. Suma summarum bliżej jej do „Kapitana Majtasa”, niż do „Hani Humorek”.

Niestety minusy przeważają nad plusami. Ze względu na sposób kreacji dorosłych (bierność, bezrefleksyjność, małostkowość) oraz relację między Zuzą i jej braćmi nie mogę wystawić tej książce pozytywnej oceny i na pewno nie podsunę jej w przyszłości mojej córce. Spodziewałam się jednak trochę bardziej sympatycznej bohaterki i historii, która niesie jakąś wartość. A szkoda, bo forma i tematyka są tu dużymi atutami.

Alice Pantermüller, Daniela Kohl, Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 170 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów” Sandra Regnier

Pod wieloma względami jest to powielanie oklepanego schematu: Felicity – niezdarna brzydula ze szkolnego gangu frajerów i mocno dysfunkcyjnej rodziny oraz Leander – wszechstronnie utalentowany przystojniak, na widok którego uginają się kolana wszystkim niewiastom w promieniu kilkunastu metrów. Łączy ich nie do końca jasna przepowiednia, a dzieli spora dawka niechęci i mnóstwo tajemnic.

Czy wspominałam już, że on jest księciem elfów? I w dodatku tajnym agentem? A ona jest jego narzeczoną, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia?

Tym, co ratuje całą koncepcję, jest spora dawka humoru i olbrzymi dystans, jaki ma do siebie główna bohaterka. Jeśli dodamy do tego jej ognisty charakterek i wyjątkowo cięty język, a także podróże w czasie, sporo magii i odrobinę gorących przystojniaków prosto z hollywoodzkich afiszy otrzymamy całkiem interesującą przygodówkę. Czyta się lekko i mimo przewidywalnych ram, bywa zaskakująco. To szalona mieszanka cyklu o Artemisie Fowlu z przygodami Jamesa Bonda i typowym high school romansem. I „Dziennikiem Bridget Jones” na dokładkę!

I mimo początkowego sceptycyzmu, muszę przyznać, że bohaterowie są naprawdę fajni (a nieczęsto doceniam pierwszoplanowe kobiece postacie!), fabuła ciekawa, a styl całkiem przyjemny. Pod koniec nie mogłam już doczekać się kolejnego tomu, a kiedy usłyszałam o smokach, oficjalnie zostałam wierną fanką tej serii. I na pewno w swoim czasie podsunę ją Majce.

Dobry wybór dla młodzieży i świetny dla nie do końca dorośniętego dorosłego, który ma ochotę na wieczór z wróżkami. Obłędnie przystojnymi, męskimi wróżkami i ich tajnymi misjami :D

Sara Regnier, PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 416 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~