Bajki Majki: „Bałtyckie zwierzaki”, Patrycja Wojtkowiak-Skóra

Jakie pamiątki przywozicie z wakacji? Ja mam wielką słabość do pocztówek i kiedy podczas naszej małej wyprawy w odwiedziny do helskich fok weszliśmy do mieszczącego się w fokarium sklepiku z pamiątkami nastawiałam się na pocztówki właśnie, choć spodziewałam się również pluszowej foczki, bo nie dość, że Hel jest foczym królestwem, to jeszcze majkowa miłość do fok nie ustaje. I Maja oczywiście foczkę wybrała, swoją drogą przeuroczą. Ale poprosiła również o „książkę z foczką za okładce”, dzięki czemu nabyliśmy drogą kupna „Bałtyckie zwierzaki” (i pluszowego łososia też, w końcu raz się żyje!), a moje matczyne serce zadrżało ze wzruszenia, bo jednak coś mi w tym macierzyństwie wyszło.

A sama książka okazała się świetna! To 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku jezyka.

Jeśli jesteście jeszcze na wczasach z przedszkolakiem nad naszym polskim morzem, sprawcie sobie taką pamiątkę, polecamy z całego serca. I oczywiście pełne kieszenie muszelek sercówek, rogowców bałtyckich i małgiew płaskołazów. Ale jeśli na którejś z plaż zdarzy Wam się spotkać fokę, zróbcie jej zdjęcie z daleka i nie podchodźcie, te urocze, ale groźne stworzenia potrzebują odpoczynku na lądzie. A na bliższe spotkania trzeciego stopnia koniecznie wybierzcie się do fokarum na Hel albo do gdańskiego ZOO.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Czas na czytanie: „W samym sercu morza” Jojo Moyes

„Zostawiłyśmy wszystko, wszystkich, których kochamy, nasze domy, nasze bezpieczeństwo. W imię czego? Żeby nas napadnięto i nazwano ladacznicą (…)? Żeby przeklęta marynarka wojenna odpytywała nas z przeszłości jak jakieś przestępczynie? Żeby płynąc tak daleko, a na końcu usłyszeć, że cię tu nie chcą? Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, prawda?”

Jeśli chodzi o książki idealne na wakacje, bez najmniejszych wątpliwości polecam pozycje Jojo Moyes – przyjemne, babskie, wciągające, zawsze z piękną historią miłosną, sporą dawką girl power i choć odrobiną humoru. Tak jest i tym razem.

Po zakończeniu II wojny światowej Królewska Marynarka Wojenna organizowała transport tak zwanych „wojennych żon” – kobiet, które w czasie wojny wyszły za brytyjskich żołnierzy poza granicami kraju. Najczęściej wykorzystywano do tej misji luksusowe liniowce i wojskowe transportowce, odbył się jednak jeden wyjątkowy kurs – 2 lipca 1946 roku jeden z ostatnich rejsów żon z Australii do Wielkiej Brytanii odbył się na pokładzie lotniskowca HMS Victorious, brała w nim udział babcia autorki. To właśnie w owym czasie, na tym statku Jojo Moyes umieszcza fabułę powieści inspirowanej tymi niezwykłymi wydarzeniami.

Cztery dziewczyny, które dzieli wszystko – od statusu społecznego i majątkowego, przez wiek, doświadczenie życiowe, plany na przyszłość czy wykonywany zawód aż po charakter i wyznawane wartości – w normalnych warunkach nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Zadzierającą nosa, rozpieszczoną Avice, niedojrzałą, pełną entuzjazmu Jean, ciepłą i swojską Margaret oraz wycofaną i szorstką w obyciu Frances łączy jednak wspólna kabina podczas rejsu mającego odmienić ich życia.

Rywalizacja, zawiść, strach o przyszłość, nadzieja na lepsze jutro, całkowity brak wpływu na własny los, zależność od nieobecnych mężów, mężczyzn przebywających z nimi na statku i bezmiaru oceanów oraz nawiązywane niepewnie przyjaźnie – ponad 600 młodych kobiet stłoczonych na nieprzystosowanej do tego niewielkiej przestrzeni wojskowego okrętu przez prawie dwa miesiące, traktowanych jak towar, który trzeba dostarczyć do adresata to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Na pewno nie będzie więc nudno! Podczas lektury będziecie świadkami niejednego ludzkiego dramatu, mnóstwa emocji i zaskakujących, jak na takie warunki wydarzeń (jak na przykład wybory miss pięknych nóg, wyrzucanie samolotów za burtę czy wiązanie szalup ratunkowych nylonowymi rajstopami). I gwarantuję, że będziecie kibicować dziewczynom z całych sił podczas tej podróży w nieznane, choć nie koniecznie podczas konkursów piękności.

Zastrzeżenia? Dawno nie widziałam okładki tak nieadekwatnej do treści książki. To historia o trudach i niebezpieczeństwach podróży na okręcie wojennym o bardzo zaawansowanym stopniu zużycia, gdzie widmo i trauma wojny wciąż jest żywe. O samotności i niepewnej przyszłości. Pełna nierozbrojonych bomb, plam paliwa lotniczego i smaru, moralnych dylematów, spoconych mechaników, tropikalnych upałów i piekielnych maszynowni. A na okładce umieszczono uśmiechniętą i w pełni zrelaksowaną babeczkę w niewielkiej łódeczce do pływania po stawie. Jeśli chodzi o okładkę, jestem na nie.

Ale sama książka jest bardzo dobra i świetnie zbilansowana – jest przygoda, jest trudna przeszłość i lepsza przyszłość na horyzoncie, są emocje i nuta romansu. A inspiracja prawdziwymi wydarzeniami tylko dodaje powieści niesamowitości. W końcu najbardziej niezwykłe historie pisze życie.

Jojo Moyes, W samym sercu morza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 544 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Bajki Majki: 13 książeczek o wodzie dla ochłody

Chlup do wody dla ochłody – w takie upały nie ważne, czy to nasze swojskie morze, czy egzotyczny ocean, Aquapark, czy dmuchany basenik na balkonie, stawek, jezioro, czy kałuża. Najważniejsze, żeby było mokro!

Zacznijmy więc z przytupem. „Nad morzem” to całokartonowa wyszukiwkanka, która w zabawny i totalnie odlotowy sposób pokazuje wakacyjną rzeczywistość. Bo gdyby w tłumie upalnego, nadmorskiego kurortu pojawili się nagle kosmici, to czy ktokolwiek by ich zauważył?

Autorzy podzielili ją na siedem podwójnych plansz, dzięki czemu mamy szansę przyjrzeć się praktycznie wszystkim zakamarkom typowego nadmorskiego kurortu. Do wyboru mamy kąpielisko, plażę, przekrój przez hotel, sklep z pamiątkami i muzeum morskie, lunapark oraz camping. Każde z tych miejsc jest po prostu chaotycznie przepełnione (jak to w sezonie bywa) przeróżnymi postaciami. I to nie tylko takimi, które zwykliśmy kojarzyć z nadmorskim wypoczynkiem.

Przy dłuższym oglądaniu mały czytelnik zorientuje się, że w każdym ze zilustrowanych miejsc przebywają ci sami (przesympatyczni) bohaterowie – szara myszka dzierżąca wielką walizkę, która przypłynęła na wakacje tratwą, mama szukająca zagubionego Adasia, superbohater w masce i pelerynie, syrena, fotograf wraz ze swoją modelką, którym za każdym razem jakieś natrętne zwierzę wchodzi w kadr, mól książkowy zgłębiający tajemnice w kolejnych poradnikach, poszukiwacz skarbów, muzycy, ryby, a także kosmici, kobieta uczepiona kurczowo szyi żyrafy i nawet uśmiechnięty balonik. A to tylko Ci, który najbardziej zapadli mi w pamięć. Każda z ilustracji to jeden wielki zaplątany miszmasz pełen biegających wkoło dzieci, zabawnych sytuacji, szalonych przygód i kuriozalnych połączeń.

Zakręcone, kolorowe, pełne szczegółów wakacyjne piekiełko.

Dodatkowym plusem jest absolutna pancerność tej pozycji – spokojnie można brać ją do plażowej torby, piasek i odrobina wilgoci nie stanowią dla niej zagrożenia.

Germano Zullo & Albertine, Nad morzem, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2016, 14s .

Drugą kartonową książeczką do wyszukiwania, którą z całego serca polecamy nieco już starszym dzieciom, jest „Rafa koralowa” – przepiękna graficznie, mądra i aktywująca pozycja.

Nie zawsze łatwo jest wymyślać własne historie na postawie samych obrazków – w tym przypadku, pod rozbudowanymi ilustracjami zajmującymi mniej więcej 90% powierzchni stron mamy po trzy linijki tekstu opowiadającego historie morskich stworzeń – spieszących do wody żółwików, krewetek czyszczących morskie stworzenia z pasożytów, czy rozmnażających się koralowców.

Świetna sprawa, to interaktywność – na każdej stronie na maluszka czeka jakieś zadanie do wykonania – trzeba policzyć żółwiki, czy odszukać zagubione stworzenia. Ponadto co kilka stron czeka na dzieci propozycja pracy plastycznej (na przykład wykonania żółwika ze zużytych opakowań po słodyczach, czy jogurcie, albo rozrysowanie planu domku dla krabiej rodziny. Znajdziemy tu również sporo ciekawostek – krótki wykład o ukwiałach, czy mapa raf koralowych z pewnością przykują uwagę każdego małego (i nie tylko!) odkrywcy.

Wielką siłą „Rafy koralowej” jest humorystyczne podejście autorki. Bo każda ilustracja tętni wręcz od zabawnych „smaczków” – krab żegna umykające do wody żółwiki machając im chusteczką, wprowadzające się do muszli kraby pustelniki noszą krzesła, roślinki doniczkowe, a nawet dzieła sztuki, a część zwierząt zostało poddanych pewnej antropomorfizacji i robią do czytelnika miny (jestem fanką ostrygi wywalającej język z perłą na czubku). Jednak nie zawsze jest śmiesznie. Dzięki ekozacięciu, autorka postawiła na edukację najmłodszych i uświadamia ich jak szkodliwe dla morskich stworzeń są śmieci.

Piękna, mądra, edukacyjna i przemyślana od początku do końca. Tętniąca kolorami i biologiczną różnorodnością, inspirująca i po prostu ciekawa. Również dla rodzica.

Katarzyna Bajerowicz , Rafa koralowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 28 s.

„Morze. Obrazki dla maluchów” – tak samo, jak w przypadku innych książeczek z tej serii, można z niej wyciągnąć sporo informacji na temat otaczającego nas świata, które przedstawione zostały w przystępny sposób – za pomocą obrazków z prostymi scenkami. Tym razem tematem są nadmorskie wakacje: odpowiednie zachowanie na plaży i plażowe skarby, wizyta w porcie i mieszkańcy morskich głębin. Idealna do plecaka na wyjazd nad Morze Śródziemne, ale i w przypadku naszego Bałtyku nietrudno znaleźć analogie.

Émilie Beaumont, Morze. Obrazki dla maluchów, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 30 s.

Najmłodszym czytelnikom bardzo polecamy również „Poznajemy morze” – książeczki z okienkami to pewniak malucha, a i przedszkolak chętnie poświęci im dłuższą chwilę. Bardzo proste obrazki rekompensują przyjaźnie uśmiechnięci bohaterowie, a brak ciągłego tekstu pomysł na narrację opartą na ciekawostkach i prostych zadaniach dla czytelnika. Bardzo atrakcyjna forma, wytrzymałe, bezpiecznie zaokrąglone kartonowe strony w twardej oprawie i odrobina wiedzy. Ta niedroga i zmyślna propozycja pozwoli mamie wziąć w spokoju kilka minut mrożonej kawy.

Sonia Baretti, Poznajemy morze. Książeczka z klapkami i niespodziankami, Zielona Góra: Wydawnictwo Książki Dla Dzieci, 2017, 10 s.

„Ela na plaży” to jedna z czterech książeczek z Elą w roli głównej na średnim poziomie zaawansowania – średniej wielkości, już z papierowymi stronami, ale wciąż przede wszystkim obrazkowa – tekst odgrywa tu jedynie dopełniającą rolę. Sama historia nie jest szczególnie skomplikowana, ale w humorystyczny sposób prezentuje nadmorską zabawę. Ela wybrała się na plażę planując łowić ryby, jednak żadna z ryb jakoś się nie pojawia. Za to psotny krab szczypie Elę w palec próbując ją przegonić. Wobec tego dziewczynka postanawia łowić kraby. A nowo poznany kolega nauczy ją jak to robić.

Catarina Kruusval, Ela na plaży, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 28 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków”, czyli najbardziej zaawansowana (jak na razie) część Pucia to wielka wakacyjna przygoda, która z wodnych atrakcji obejmuje nie tylko kąpiele w jeziorze, ale również skakanie przez morskie fale, tradycyjną rybę z frytkami, kupowanie pamiątek znad Bałtyku wyprodukowanych w Chinach i wspinaczkę na latarnię morską. A wszystko to okraszone ćwiczeniami wymowy. I dziecko nawet nie zauważa, że łączy przyjemne z pożytecznym.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Basia i basen” to tytuł, od którego zaczęła się nasza miłość do basiowej serii. Fakt, że to pierwsza książka o takiej objętości tekstu, którą moja półtoraroczna wówczas Bobasa wysłuchała w całości, a potem zamknęła książkę, obróciła do początku i zażyczyła sobie czytania od nowa jest chyba najlepszą reklamą.

W tej części mamę zmogła choroba – na tyle poważna, że nawet nie zjadła przygotowanych przez dzieci kanapek z kremem czekoladowym! By dać jej szansę na wypoczynek i choć chwilę spokoju, tata zabiera swoje małe rozrabiaki na basen (marząc jednocześnie o małym relaksie w jacuzzi). A jak wiadomo, taka wyprawa bywa zazwyczaj kumulacją zabawnych sytuacji – od przymusowych zakupów (w końcu zawsze ktoś zapomni kąpielówek), przez niegroźne upadki aż po fascynację Basi pewnym wytatuowanym jegomościem. Bo na basenie nie sposób się nudzić – na każdym kroku czeka moc atrakcji (szczególnie, kiedy trzeba pilnować dwójki ciekawskich, nadaktywnych małolatów) i zazwyczaj brakuje już czasu na odpoczynek w bąbelkach. Ot, uroki rodzicielstwa.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i basen, Warszawa: Wydawnictwo Literacki Egmont, 2017, 24 s.

„Lato Toli” – podobnie jak Basi, również Toli chyba nie musze nikomu przedstawiać. W jednym z opowiadań poświęconych mojej najulubińszej porze roku, dziewczynka wybiera się z rodzicami nad morze, gdzie poza leżakowaniem, na ręczniku, lepieniem babek z piasku, skokami przez fale i rybą z frytami czeka na nią prawdziwie detektywistyczna przygoda.
A w najnowszej książeczce o przygodach tej nad wyraz grzecznej dziewczynki, „Tola na wsi”, znajdziemy opowiadanie „Skok na bombę”, w którym poza fantastycznymi pomysłami na zabawę nad brzegiem jeziora dowiemy się co nieco na temat oswajania strachu.

Anna Włodarkiewicz, Ola Krzanowska, Lato Toli, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 64 s.
Anna Włodarkiewicz, Ola Krzanowska, Tola na wsi, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 56 s.

„Mama Mu na zjeżdżalni” – Mama Mu zupełnie nie przejmuje się faktem, że coś może być „nie dla krów”. Szczególnie, jeśli oznacza to dobrą zabawę, bo wtedy nawet cztery nogi, ogon i kopyta nie mogą być przecież ograniczeniem. Pełna energii i radości czerpanej z małych, przyziemnych przyjemności opowieść niesie nie tylko ochłodę, ale i sporą mądrego przesłania. Niezwykła bohaterka udowadnia czytelnikom, że to nic złego odczuwać niepokój stojąc na szczycie stromej zjeżdżalni (nawet, jeśli zjazd jest czymś, czego bardzo pragniemy!). I że nawet jeśli coś się nieumyślnie zepsuje, to nie ma co załamywać rąk i nadmiernie się obwiniać – lepiej spróbować naprawić szkodę.

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

„Tajemnice oceanu” to prawdziwa gratka dla małych ciekawskich mających zawsze przynajmniej sto pytań na minutę. Podczas wakacji na plaży mogą zgłębiać tajemnice morskich odmętów wraz z przesympatycznym Żółwikiem okularnikiem. Jaka ryba jest najszybsza w oceanie? Kto myje zęby rekinowi? Jak najeżki reagują na stresujące sytuacje i czym jest pokryte ciało błazenka dla ochrony przed ukwiałami? Odpowiedź na te i inne pytania można odnaleźć w tym uroczo ilustrowanym picturebooku.

Anna Sobich-Kamińska, Monika Filipina, Tajemnice oceanu, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2017, 32 s.

 „Trzymaj mnie mocno” – Rewelacyjne ilustracje, przekochany tekst i mądre przesłanie. Jedna z moich ulubionych pozycji w mojeczkowej biblioteczce.

Przede wszystkim jest przepiękna. Puchate wyderki, nasycone granaty, błękity i turkusy morskich głębin i biel piany skrząca się w słońcu. Cudo, prawdziwa uczta dla oczu.

Drugim, co rzuca się w oczy są przeuroczy bohaterowie – wyderki chciałoby się wyprzytulać jeszcze przed rozpoczęciem lektury (szczególnie kiedy mama już dobrze wyczochra swoją córeczkę). A łączące ich relacje napełnią wzruszeniem serce największego twardziela – pełna troski miłość macierzyńska, pełna oddania przyjaźń i poczucie wspólnoty w przypadku zagrożenia.

I na koniec historia z kochanym przesłaniem. O tym, że ta opowieść pełna jest przytulanek nie trzeba nawet pisać. Ale jest w niej również ciekawość świata, wzajemne wsparcie, chwila grozy, odwaga i poświęcenie. I przyjaźń, która przetrwa największy nawet sztorm. I chociaż treść nie jest rymowana, czyta się ją równie płynnie, co pozostałe książki z tej serii, a fabuła tej, niedługiej przecież, książeczki wciąga od pierwszej strony.

Ciepła, sympatyczna, podnosząca na duchu książka nadająca się idealnie na wieczorne przytulanie. W dodatku w imponującej oprawie wizualnej.

Jane Chapman, Trzymaj mnie mocno, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 32 s.

I na koniec super gadżet, czyli Pop-up book z Tigera – bardziej w sumie zabawka, niż książka, ale z efektem wow. Nie uświadczymy tu ani słowa, obrazki są proste i utrzymane w bardzo specyficznym stylu. To tak naprawdę 6 trójwymiarowych obrazków o podmorskiej tematyce, poruszających się podczas przewracania stron. Mamy więc płynącego żółwia, ośmiornicę machającą mackami, czy wyskakujące z wody delfiny. Dość delikatna konstrukcja dająca świetny efekt za naprawdę niewielkie pieniądze.

Czas na czytanie: „Chłopcy, których kocham” Anna Ciarkowska

Opisywanie wykonywanych czynności i zupełnie zwyczajnych zdarzeń, przenoszenie codzienności na papier automatycznie podnosi jej znaczenie i pomaga uporządkować myśli. Anna Ciarkowska poszła o krok dalej w tej małej nobilitacji – opisując swoje przeżycia i emocje sięga po język poezji. W kilku elegancko złożonych słowach podsumowuje swój dzień, chwyta radości i niepokoje. W ten właśnie sposób powstał tomik „Chłopcy, których kochałam” – zbiór ulotnych urywków z życia autorki, kolekcja bardzo prywatnych wspomnień, nazywanych „mikrohistoriami z życia i mężczyzn”. A książka jest tym bardziej osobista, że ilustrowana szkicami poetki i przetkana fragmentami jej ręcznego pisma.

Na zbiór składają się przede wszystkim krótkie, oniryczne utwory – zamknięte w kilku wersach, lub nawet w kilku słowach – po jednym na stronę. Na każdy z nich przypada jedna ilustracja, również na osobnej stronie, przez co książka mimo wszystko zdaje się być trochę przerostem formy nad treścią, choć wydana jest naprawdę pięknie (tak, głęboki turkus i wodny entourage to moje duże słabości).

W utworach dużo jest mowy o rozsypujących/rozpuszczających się dłoniach (najczęściej trzymanych przez inne dłonie), piasku między palcami, obejmowania pustki, onirycznego dotyku i cienkiej skóry.

„Wczoraj otarliśmy się o koniec świata.
Zamiast deszczu meteorytów
spadł na mnie twój dotyk,
dużo twojego dotyku.”

Na niektóre z wierszy patrzyłam z lekkim politowaniem, bo przywodziły mi na myśl moją własną radosną twórczość okresu okołogimnazjalnego, inne natchnioną egzaltacją i specyficznym zastosowaniem spacji podejrzanie trąciły Rupi Kaur. A jeszcze inne trafiały idealnie „w punkt”, jakby miały oddawać moje własne przemyślenia. Dlatego aż chciałoby się napisać, że Ciarkowska jest w swojej twórczości bardzo nierówna. Ale to chyba nie byłaby prawda. W końcu odbiorze w twórczości artystycznej (a już poetyckiej szczególnie!) bardzo duży wpływ ma również sam odbiorca, jego własny bagaż emocji i doświadczeń.

„Jesteśmy przypadkiem,
więc zdarzajmy się częściej.”

Zarówno poezja, jak i rysunki inspirowane są główne tematyką morską. To właśnie ze spienionych fali zimnych odmętów pochodzą najbardziej poruszające porównania autorki i chyba właśnie to najbardziej mi się podczas czytania podobało. W tym przypadku faktycznie czuję pokrewieństwo dusz, choć sama raczej nie ujęłabym swoich myśli akurat w ten sposób.

„Czy ty się na mnie smucisz? – pytam, a on kręci głową.
Boję się, że nigdy mi się już nie powtórzysz.”

Całość dopełniona jest czterema listami do „Chłopców, których kocham” i na tym etapie lektury przerwałam na moment, by nalać sobie kieliszek wina (już wiele lat temu koledzy z liceum przekazali mi swą tajemną wiedzę, że analiza utworów literackich wychodzi najlepiej właśnie po winie. Przychodząc na sprawdziany z polskiego na lekkim rauszu zawsze zgarniali same najlepsze oceny, dranie. Jako grzeczną i przykładną uczennicę zawsze niesamowicie mnie to irytowało, dziś widzę już tylko same plusy tej metody). Opisy pełne mięczaków, kamieni i rybich porównań czyta się w ten sposób dużo lepiej, szczególnie, że są to opisy okraszone sporą dawką babskiej wrażliwości. Dlatego też polecam czytać z lampką białego wina w dłoni (najlepsze do ryb!), bo naprawdę zdarzają się fragmenty, których naprawdę nie da się ogarnąć na trzeźwo. Ale czy to znowu aż taka wada?

„Jesteś straszną ostrygą. Chłopakiem kamieniem. Mam wrażenie, że jesteś cały zamknięty i tylko w tych krótkich momentach, kiedy dziewczyna się do ciebie tuli, ten dotyk jest erozją. Ja jestem taką dziewczyną. Mnie to nie przeraża. Nie przeraża mnie jeżowiec, który mówi: ze mną nie da się wytrzymać. Nie przeraża mnie pancernik, który powtarza: jestem trudny. Jest trudny.”

„(…) [wiersz o początkach i spotykaniu się po raz pierwszy]
Mleczne zęby znów kiełkują w moich ustach,
kiedy sobie wyobrażam, że się całujemy.”

Mam wrażenie, że przelewając swoje uczucia na papier, tworząc te miniaturowe zapiski autorka przeżywa wszystko podwójnie. I to wydaje mi się być czymś cudownie uskrzydlającym, choć większość jej utworów wcale uskrzydlająca nie jest. I choć czasami bywa nieco zbyt dziwnie. Z trzeciej jednak strony nie ma chyba nic bardziej dziwnego, niż mieszkańcy morskich czeluści.

Raczej nie sięgnę ponownie po wiersze autorki, choć spędziłam z nimi całkiem przyjemny wieczór, a kilka króciutkich myśli nawet sobie „na chwilę” zapisałam.

Anna Ciarkowska, Chłopcy, których kocham, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2018, 280 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.