Grajki Majki: Chicco „Under the sea”

To jedna z dwóch gier o najniższym progu wiekowym w naszej kolekcji – producent poleca ją dla maluszków już od drugiego roku życia. Chociaż uprzedzam, że takie maluszki głównie jednak będą używać jej jako zabawki sensorycznej.

To jedna z gier-macanek, jak to (nieszczególnie poprawnie politycznie) lubię je określać. Ale co tu owijać w bawełnę – trzeba po prostu odszukać drogą macania odpowiedni przedmiot w czarnym woreczku. W pudełku znajdziemy osiem plastikowych zwierzątek morskich (żółwia, kraba, rozgwiazdę, ośmiornicę, konika morskiego, meduzę, rybkę i sercówkę), które wrzucamy do czarnego woreczka, oraz kartoniki z obrazkami będącymi przedstawieniami owych zwierzątek. W wersji podstawowej losujemy jeden odwróconych rewersem w górę kartoników i naszym zadaniem jest wyszukać w woreczku jego plastikowy odpowiednik. Oczywiście bez patrzenia. W trakcie gry można pomylić się trzykrotnie – za każdą pomyłkę dostaje się kartonik z wystawiającym język omułkiem.

Wersja zaawansowana wprowadza dodatkowe karty z cieniami zwierzątek i „mutkizwierzątkowe”, które utrudniają rozgrywkę o tyle, że wprowadzają element ćwiczący pamięć. Tym razem trzeba jak najszybciej zgromadzić wszystkie kartoniki odpowiadające wylosowanemu morskiemu stworzeniu. A kartoniki leżą rewersami do góry, jest to więc połączenie popularnej gry „memory” z macanką.

Mamy więc trening pamięci, spostrzegawczości, cierpliwości i koncentracji, a do tego świetne ćwiczenie wrażliwości małych paluszków i motoryki małej.

A jeśli chcemy pobawić się z zupełnym maluszkiem, wystarczy nie włączać do rozgrywki woreczka i pozwolić dziecku dopasowywać modele do przedstawień na kartonikach mając wszystkie elementy gry w zasięgu wzroku.

Bardzo lubię gry, książki i pomysły, które rosną wraz z dziećmi. W których wraz z wiekiem znajdujemy dodatkowe rzeczy i zauważamy szczegóły, które nam wcześniej umykały. Dlatego też polecam bardzo. Szczególnie, że wodne zwierzątka to u nas zawsze pewniak – na równi z kotami i pszczołami. Dziwne są te dziecięce upodobania.

Under the sea
Firma: Chicco
Sugerowany wiek: 2+ (wersja uproszczona), 4-99 (wersja zaawansowana)

Bajki Majki: Środa z Bajkowirem: „Gdzie jest konik morski?” Anita Bijsterbosch

Pogoda dziś prawdziwie plażowa, a na Bajkowirze można przeczytać recenzję fantastycznej pozycji w morskich klimatach. Idealnie sprawdzi się jako kompan wypadu nad wodę.

Osią fabuły tej uroczej książeczki dla najmłodszych jest sytuacja, która mogła zdarzyć się tylko ojcu – konik morski zgubił jedno ze swoich dzieci. Rozpoczyna zatem szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą przetrząsając zakamarki morskich głębin i prosząc o pomoc każde napotkane stworzenie. Towarzysząc mu w poszukiwaniach zaginionego synka, mały czytelnik poznaje różnorodne morskie zwierzątka i utrwala liczenie do dziesięciu.

Książka ma piękne ilustracje, przesympatycznych bohaterów (samych tatusiów opiekujących się swą dziatwą, cała akcja chyba dzieje się w weekend ;)), świetne kolory i genialne, różnokształtne okienka. Polecam całym sercem, nie mogę się już doczekać aż Maj do niej dorośnie!

Bajki Majki: „Nad morzem” Germano Zullo & Albertine

Nareszcie doczekałam się momentu, w którym moje dziecię zaczęło wykazywać zainteresowanie książeczkami składającymi się wyłącznie z rozbudowanych, pełnych szczegółów ilustracji. Dotychczas Majka wybierała raczej pozycje, w których każdy element został wyraźnie i czytelnie wyeksponowany, a wszystkie bardziej skomplikowane kompozycje, zamiast wzbudzać ciekawość, szybko ją nudziły.

A tu nagle niespodzianka – z okazji zmiany pogody na prawdziwie letnią (w końcu!), wyjęłam z majoregału „Nad morzem”, który wraz z drugą, zimową częścią  czeka na swój moment już prawie rok. I tym razem Bobasa chwyciła bakcyla. Szczególnie, że morskie klimaty od zawsze cieszą się u nas szczególnym powodzeniem (w końcu mieszkanie w Gdańsku zobowiązuje).

Od razu ostrzegam, że ta książka jest po prostu szalona. I jednocześnie wypełniona rewelacyjnymi ilustracjami aż po same brzegi. Składa się z się z grubych i wytrzymałych całokartonowych stron formatu A4, które autorzy podzielili ją na siedem podwójnych plansz, dzięki czemu mamy szansę przyjrzeć się praktycznie wszystkim zakamarkom typowego nadmorskiego kurortu. Do wyboru mamy kąpielisko, plażę, przekrój przez hotel, sklep z pamiątkami i muzeum morskie, lunapark oraz camping. Każde z tych miejsc jest po prostu chaotycznie przepełnione (jak to w sezonie bywa) przeróżnymi postaciami. I to nie tylko takimi, które zwykliśmy kojarzyć z nadmorskim wypoczynkiem.

Przy dłuższym oglądaniu mały czytelnik zorientuje się, że w każdym ze zilustrowanych miejsc przebywają ci sami (przesympatyczni) bohaterowie – szara myszka dzierżąca wielką walizkę, która przypłynęła na wakacje tratwą, mama szukająca zagubionego Adasia, superbohater w masce i pelerynie, syrena, fotograf wraz ze swoją modelką, którym za każdym razem jakieś natrętne zwierzę wchodzi w kadr, mól książkowy zgłębiający tajemnice w kolejnych poradnikach, poszukiwacz skarbów, muzycy, ryby, a także kosmici, kobieta uczepiona kurczowo szyi żyrafy i nawet uśmiechnięty balonik. A to tylko Ci, który najbardziej zapadli mi w pamięć. Każda z ilustracji to jeden wielki zaplątany miszmasz pełen biegających wkoło dzieci, zabawnych sytuacji, szalonych przygód i kuriozalnych połączeń. Do pełnego obrazu klasycznych wakacji nad Bałtykiem (i pewnie nad każdym innym morzem na świecie) brakuje chyba tylko parawanów i pirackich gadżetów :D

Już samo wyszukiwanie ulubionych postaci na każdym z obrazków zapewni spokojnie kilkadziesiąt minut zabawy (swoją drogą to genialny trening spostrzegawczości i skupiania uwagi), a co dopiero kiedy zaczniemy wymyślać historie do każdej scenki? Możemy oglądać każdą plansze osobno albo wybrać jednego z bohaterów i śledzić jego losy (i, co najważniejsze, wszystko dobrze sie kończy!). A że ilustracje są pełne ruchu, humorystyczne i niesamowicie zaskakujące, nie pozwolą się nudzić ani dziecku, ani dorosłemu. Szczególnie, że książka jest naprawdę nie do zdarcia i można zabrać ją ze sobą absolutnie wszędzie (jeśli tylko ma się odpowiednio dużą torebkę, ale to już chyba cecha charakterystyczna każdej matki, że chodzi objuczona jak wielbłąd) – była już z nami na plaży (i w morzu!), w jednej torbie z mokrymi ręcznikami i rozciapcianym jedzeniem, czytaliśmy ją w restauracji w trakcie obiadu, na kilku wózkowych spacerach i w aucie. Jest superwytrzymała, stosunkowo lekka (choć spora), wygodna do oglądania nawet w trudnych warunkach, a zaokrąglone rogi zapewniają bezpieczne korzystanie nawet tym najbardziej podekscytowanym dzieciom.

Zachęca do snucia historii i wspólnego zgłębiania tajemnic, intryguje, bawi i zaskakuje na każdym kroku. Co jej nie otworzę, zawsze zauważę coś nowego. A przecież jestem już zupełnie dorosła i mam pewne doświadczenie w oglądaniu obraz(k)ów.

Zakręcone, kolorowe, pełne szczegółów wakacyjne piekiełko. Któż chciałby z tego zrezygnować? My na pewno nie, więc bardzo polecamy i tym mieszkającym nad morzem, i wczasowiczom, i wszystkim tęskniącym za letnimi klimatami. Ta książka to rewelacja, wakacyjny must have małego mola książkowego.

Germano Zullo & Albertine, Nad morzem, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2016, 14 (wypełnionych wakacyjnym szaleństwem) stron.