Czas na czytanie: „Kasztanowy ludzik” Søren Sveistrup

Jestem osobą wybitnie niefilmową, dlatego wytłuszczona na okładce informacja, iż autor popełnił scenariusz serialu „The Killing” niewiele mi powiedziała. Ale po lekturze wiem już o co chodziło, bo książka faktycznie wciąga jak dobry serial, a świat przedstawiony ukazany został w (momentami przerażająco) plastyczny sposób. A ja przecież uwielbiam opisy!

To bardzo dobrze skonstruowany thriller z intrygą, która ciągnie się przez lata. Psychopatyczny seryjny morderca, którego motyw jest do bólu wręcz zrozumiały, jak bardzo spaczony by nie był. Żądza zemsty nie tylko na konkretnej osobie, ale również na wadliwym systemie. Makabrycznie okaleczone zwłoki, nieustające poczucie zagrożenia.  I upiorny motyw przewodni.

Rosa Hartug, minister do spraw społecznych żywo zaangażowana w ochronę praw dziecka, przeżyła największy koszmar rodzica – porwanie i śmierć córki. Kiedy po roku dochodzenia do siebie po przeżytej traumie wraca do pracy, w okolicy dochodzi do serii brutalnych morderstw młodych kobiet, które okazują się być związane z zamkniętą już sprawą zaginionej córki polityczki w nieprawdopodobny sposób.

Wyjątkowo niedopasowany duet śledczych połączonych z przypadku, szarobury, mroczny, jesienny klimat dodatkowo wzmagający niepokój, geniusz zbrodni będący nieustannie dwa kroki z przodu, zemsta wyczekana i dopracowywana przez lata i szokujące błędy instytucji państwowych.

Wielkim plusem tej książki jest wartka akcja, która przez ponad 500 stron nie pozwala czytelnikowi ziewnąć choćby raz. Nieprzewidywalna, trzymająca w napięciu i wzbudzająca emocje właściwie w każdym rozdziale (a tych jest 130!). Jeśli dodamy do tego silną postać kobiecą, poruszający temat, jakim jest wykorzystywanie dzieci i zamach na rodzinę, oraz krytykę wadliwego sytemu, zyskamy powieść, od której trudno się oderwać. Pozostawiającą po sobie lepkie poczucie zagrożenia, przez co trudno się z niej otrząsnąć nawet po zakończeniu lektury.

Książka idealna na ten moment, w którym wszystkie kolory ciepłej, złotej jesieni znikają i wokół zaczyna dominować zimna, wilgotna, wszechogarniająca szarość.

Søren Sveistrup, Kasztanowy ludzik, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2019, 559 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Pustka” Silencio

Witajcie w Metrolicie – wylęgarni socjopatów, gdzie zbrodnia prowokuje zbrodnię, złoczyńca inspiruje złoczyńcę, a stojące poza prawem elity dają złu milczące przyzwolenie podszyte poważnymi pieniędzmi.

Leonard Thorn, oficer dowodzący komórki zajmującej się ściganiem seryjnych morderców, poświęca swoje życie pogoni za Voidem – bezwzględnym psychopatą, który przed laty wybrał go na swoją pierwszą ofiarę. Szybko okazuje się jednak, że pojmanie zbrodniarza nie przynosi upragnionej sprawiedliwości, a ani komisarz, ani miasto wciąż nie będą mogli spać spokojnie. Przywiązany do ostatniego człowieka, z którym chciałby dzielić codzienność, Thorn musi stawić czoło kolejnemu zagrożeniu. Bo ze złem jest jak z mityczną hydrą – na miejsce uciętej głowy natychmiast wyrasta kilka nowych.

To książka o trudnej do wytłumaczenia obsesji, potrzebie sprawiedliwości w niesprawiedliwym świecie, problemach psychicznych, anarchistycznym buncie wobec zastanemu porządkowi, uczuciach, które trudno zdefiniować, dominacji pieniądza, rozpaczliwej potrzebie atencji, celebracji łamania prawa wraz z medialnym żerowaniem na ludzkich tragediach, o emocjach i ich braku i hektolitrach przemocy. A także, a może przede wszystkim, o mieście przeżartym zepsuciem, które urasta do rangi jednego z głównych bohaterów.

Znajdziecie tu co nieco z Sin City i klimat rodem z Sali Samobójców. Wraz z głównym bohaterem rzucicie się w karkołomny pościg za nieuchwytnym, a każdy kolejny, doskonale zaplanowany ruch umykającego mordercy będzie bardziej szokujący.

Na nieco ponad 500 stronach powieści znajdziecie chyba każdą zbrodnię, jaka tylko może przyjść Wam do głowy – od aktów terroryzmu, przez malownicze morderstwa, podżeganie do samobójstwa, aż po profanację zwłok. A jeśli przypadkiem wymyślicie coś, na co wykreowani przez Silencio psychopaci jeszcze nie wpadli, porzućcie wszelką nadzieję – to dopiero pierwszy tom!

To aż niepokojące, jak dobrze czyta się taką książkę. Jednocześnie nie mogę się doczekać drugiej części, jak i boję się myśleć, co w niej znajdę.

Bardzo krwawy kryminał, idealny na ponurą, mglistą jesień.

Silencio, Pustka, 2019, 524 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości księgarni bucketbook.pl

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: „Wszyscy ludzie przez cały czas” Marta Guzowska

Bardzo specyficznie czytało się ta książkę na leżaku mocząc stopy w basenie wakacyjnego kurortu, smażąc się w słońcu. Przede wszystkim dlatego, że akcja powieści dzieje się w okolicach Wielkanocy, kiedy to pogoda na Krecie – zdominowana przez wilgotny chłód i bardzo silny lodowaty wiatr – zupełnie nie przypomina tego znanego nam ze zdjęć wypełniających katalogi biur podróży. Ale również dlatego, że to kryminał w klimatach rytualnych mordów i składania ofiar z ludzi, co niekoniecznie komponuje się z radosnym piskiem chlapiących się w wodzie dzieciaków. Niemniej jednak ani trochę nie żałuję wyboru urlopowej lektury, zimny dreszcz na plecach przynosił nieco ochłody, szczególnie między lodami na śniadanie, a lodami na obiad.

Mario Ybl jest doktorem Housem antropologii – to genialny w swojej dziedzinie, zadufany w sobie, rozpamiętujący przeszłość socjopatyczny gbur z paranoją i tendencją do obrażania wszystkich wokół. Chociaż ma niesamowite oko do szczegółów, niezbędnych w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, z typowaniem zabójców idzie mu nieco gorzej. Tak samo, jak i mi, bo aż do samego końca typowałam innego sprawcę.

Zanim jeszcze nasz bohater postawił nogę na Krecie, już zdążył dokonać sensacyjnego odkrycia – na stanowisku archeologicznym, na które został zaproszony przez swojego przyjaciela, składano ofiary nie ze zwierząt, a z ludzi. Szybko okazuje się jednak, że kreteńska ludność wcale nie zaprzestała tej praktyki przebłagiwania bogów i zupełnie współczesnych zwłok zamordowanych w bardzo starożytny sposób pojawia się nagle całkiem sporo. I to całkiem blisko archeologów.

Nocne ucieczki przed mordercą, upadki z urwiska, trzęsienia ziemi, włamania do magazynu, wariaci uzbrojeni w noże i starożytne kości, pogrzeby, rodzinne vendetty, wyklęcia z klanu, wielopoziomowe intrygi, wątpliwe moralnie relacje damsko-męskie, serie z kałasznikowa, przebite serca i poderżnięte gardła, złodzieje kóz i hektolitry raki to tylko nieliczne z atrakcji urozmaicających życie w niewielkim, sennymi miasteczku. A finał, choć wyjątkowo spektakularny, nie wzbudzi większych emocji w nikim, poza czytelnikiem.

Chociaż ta ponura, niegościnna, zimna Kreta wydaje się być zupełnie innym światem, autorka oddaje obraz wyspy, w który bardzo łatwo uwierzyć nawet odwiedzając ją w sierpniu, bo wiele szczegółów turysta jest w stanie wyłapać wokół siebie i w szczycie sezonu. Od wisiorków z labrysem zajmujących honorowe miejsce w witrynie każdego sklepu jubilerskiego, przez trujące rododendrony obrastające szczelnie granice ulic, wąskie górskie drogi pełne samobójczych zakrętów, osamotnione kościoły na górskich szczytach, ogrodzenia zbudowane z kamieni podebranych ze stanowisk archeologicznych, niewielkie puby i niedofinansowane, obskurne muzea. I jakoś ten obraz Guzowskiej, choć ponury, kusi równie mocno. Chociaż może niekoniecznie na urlop z trzylatką, kiedy to niektóre przygody zdecydowanie rozważniej zostawić na kartach powieści.

Marta Guzowska, Wszyscy ludzie przez cały czas, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2015, 398 s.

Czas na czytanie: PATRONAT: „Remedium” Radosław Rutkowski

Niejednokrotnie dałam już dowód faktu, że powody, z jakich sięgam po książki bywają czasami zupełnie zaskakujące (warto tu wspomnieć choćby „Sułtana”…). W przypadku „Remedium” nie jest to może aż tak kuriozalne, ale na pierwszy rzut oka to książka zupełnie nie dla mnie – bo nie pociąga mnie ani Łódź jako miejsce akcji, ani kryminał na wiosnę, ani nawet okładka.

 Za to psychol jest ekstra (w mojej głownie to wyznanie nie brzmiało tak niepokojąco…).

Zacznijmy jednak od początku. Ceniony detektyw śledczy zostaje ściągnięty do Łodzi w związku z tajemniczym, makabrycznym morderstwem. Niepokojący sposób torturowania ofiary i enigmatyczny komunikat wypisany krwią na ścianie spędzają policji sen z powiek, a sprawca nie zamierza spocząć na laurach. Jest wyjątkowo skrupulatny i zdaje się być nieuchwytny. A wkrótce pojawiają się kolejne ofiary…

„Boję się odezwać do kogokolwiek, bo… bo to może zabić. Czuję, jakbym to ja ich zabijała!”

To nie jest książka idealna. Przed autorem niewątpliwie długa droga literackiego rozwoju – warto popracować między innymi nad stylem i kreacją postaci. Bo jak samego detektywa Przemka gdzieś podczas 350 stron książki niepostrzeżenie nawet udało mi się polubić, tak reszta bohaterów jest raczej papierowa, czego skrajnym przypadkiem jest ofiara-Paulina. A ich wzajemna relacja to już w ogóle dramat. Wszystkie moje zastrzeżenia dotyczą jednak bohaterów pozytywnych/dobrych/pozostających po jasnej stronie mocy. Bo co, jak co, ale kryminaliści to Panu Rutkowskiemu wyszli świetnie. I zdecydowanie są największym atutem tej powieści.

To właśnie przestępcy i pomysł na zbrodnię sprawili, że polecam tą książkę z przekonaniem. Chociaż przyznaję, że może się to wydawać nieco dziwnie, ale pomysł na główny czarny charakter wyjątkowo do mnie przemówił. Morderca stawia sobie bowiem za cel… edukację społeczeństwa. Prześladując upatrzoną ofiarę chce wyplenić z ludzi obojętność na cudzą krzywdę i nauczyć ich niesienia pomocy oraz przejmowania się cudzym losem. Postępującą „znieczulicę” traktuje jak chorobę, swoją działalność zaś jak lekarstwo. I działa z chirurgiczną precyzją. A że po drodze musi dojść do kilku brutalnych mordów, to już nieistotny szczegół. W końcu wiadomości pisane krwią na ścianach robią na odbiorcach dużo większe wrażenie, niż standardowe środki przekazu…

„(…) kiedyś pracowałem nad jednostkami, teraz próbuję uzdrowić całe społeczeństwo. Nie twierdzę, że moja terapia jest łatwa, jest w fazie eksperymentów, liczę się z pewnymi… nieuniknionymi stratami. (…) Jestem jednak gotów na to poświęcenie, gdyż wierzę, że przysłuży się ono dla dobra ogółu, świat stanie się lepszym miejscem. Nie spocznę, dopóki nie wytępię w tobie pasożyta znieczulicy.”

Tak, w istnienie tego rodzaju socjopaty faktycznie jestem w stanie uwierzyć.

Co ciekawe, tak jak policjanci są osobami zupełnie bez wyrazu, tak praktycznie każdy przestępca jest tego zupełnym przeciwieństwem – mam wrażenie, że „złoczyńcy” zostali lepiej dopracowani. I przez to też bardziej ich lubię.

„Remedium” jest przegadane i momentami irytujące. Mogłoby być lepiej napisane, mieć lepszą okładkę i lepszą korektę. Ale autor nie mógł mieć lepszego pomysłu na zbrodnię. Właśnie dlatego z przyjemnością będę śledzić jego rozwój i kibicuję z całego serca. I właśnei dlatego uważam tą ksiażkę za całkiem udany debiut. Bo warsztat można wyćwiczyć, ale z wyobraźnią trzeba się urodzić. Nawet jeśli chodzi o tak… specyficzną wyobraźnię.

P.S. Żeby nie było, że tak autora krytykuję, że umie tylko w zbrodnie i zwyrodnialców, to dodam jeszcze, że opisy też są spoko. Szczególnie opisy miasta. Ale to jednak wciąż opisy Łodzi, więc sami rozumiecie…

Radosław Rutkowski, Remedium, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 349 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa AlterNatywne.

Czas na czytanie: „Toń” Marta Kisiel

Ta książka wzbudza w mnie sporo sprzecznych emocji, bo jej dwa główne elementy są dla mnie jak ogień i woda i mam do nich zupełnie różny stosunek. Pierwszym jest koncepcja podróży w czasie, której (w przeciwieństwie do mojej najlepszej przyjaciółki) nie cierpię odkąd John Connor w którymś z ostatnich „Terminatorów” był starszy od swojego ojca. Chyba każdy już próbował mi tłumaczyć dlaczego tak się stało, a ja nadal nie ogarniam. Drugą, równie ważną składową powieści jest poszukiwanie zaginionego w czasie wojny dziedzictwa kulturowego, co uwielbiam i z czym stykam się na co dzień. Złote pociągi i te sprawy, chyba każdego trochę kręcą te klimaty.

DSC_1439

Do tego dodać należy specyficzny humor autorki – tak różny od „Dożywocia”, a jednak wciąż ujmujący.

mitologiczne stwory, gadatliwe sąsiadki (w sumie nie wiadomo, co budzi większy postrach), zatęchłe antykwariaty, specyficzne zegarki, błędy wychowawcze (chyba każda z dotychczas przeczytanych książek Marty Kisiel uderza mnie przestrogami w tym temacie), przynajmniej jeden bezwzględny morderca i stale narastająca liczba trupów. Jest chciwość – zarówno wiedzy, jak i bogactwa. Jest hekatomba wojny i piętno, jakie pozostawia po sobie nieszczęśliwe dzieciństwo.

Za konstrukcją tej powieści trudno nadążyć, podobnie jak za postrzelonymi bohaterami. Bywa upiornie i bywa zabawnie. I nie sposób odłożyć jej bez refleksji, szczególnie, że naprawdę rozumiem pobudki potępionego spektakularnie czarnego charakteru.

A cała historia ucina się nagle pozostawiając czytelnika w pewnym szoku i ze sporym niedosytem. Bo chociaż większa część zagadki została rozwiązana, to jednak wciąż tyle można by powiedzieć, a pytania piętrzą się całymi stosami. Przez co teraz nie bardzo wiem, co zrobić ze swoim życiem. Pozostaje chyba czekać na drugi tom, bo nie wyobrażam sobie, by cała ta zgraja indywiduów wszelakich mogłaby zostać pozostawiona na pastwę zapomnienia.

Naprawdę nie wiem, co zrobić z tą książką. Poza jak najszybszym przekazaniem jej w ręce przyjaciółki. Nie wiem nawet, czy mi się podobało. Ale nie da się ukryć, że utonęłam i nie bardzo potrafię trafić z powrotem.

Marta Kisiel, Toń, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 316 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdalena Knedler

Takie właśnie powinny być świąteczne książki! Trzymające w napięciu, zmuszające do wysilenia szarych komórek, pachnące piernikiem i brzmiące bożonarodzeniowymi szlagierami. A w wannie, zamiast karpia pływa topielec.

Mam taki problem z kryminałami, że zanim na dobre zorientuję się kto jest kim i o co tak właściwie chodzi, mija przynajmniej 100 stron. Nie wiem, na czym polega magiczna sztuczka autorki, ale nawet książkę tego gatunku napisała tak, że nie wchodzi gładko od pierwszego zdania. I ani się człowiek obejży, a jest czwarta rano.

Witajcie w pensjonacie Mścigniew (urocza i wyjątkowo adekwatna nazwa, nieprawdaż?) – miejscu, dokąd na Boże Narodzenie ściągają ludzie pragnący ucieczki od przedświątecznego szaleństwa. Bo i oferta brzmi niezwykle kusząco, w końcu to urokliwa samotnia wśród lasów i jezior, nie trzeba sprzątać ani gotować, a właściciel hoteliku do wprowadzania sielskiego nastroju podchodzi z werwą i oddaniem. I wszystko zapowiada się iście beztrosko. Aż do momentu, kiedy zwłoki jednego z gości zostają znalezione w wannie.

Każdy z mieszkańców pensjonatu to interesujący egzemplarz – małżeństwo hipsterów, korposzczurzyca, niespełniona piosenkarka, wiecznie zaczytany polonista, królowa sceny sprzed lat, ojciec z synem przeżywający rodzinną tragedię i nawrócony alkoholik. A odizolowana, cierpiąca na tajemniczą chorobę żona właściciela to wyjątkowo urodziwa wisienka na torcie. Każdy z nich ma swoje sekrety, których zazdrośnie strzeże, każdy gdzieniegdzie mija się z prawdą i mimo makabrycznych okoliczności nikt za bardzo nie pali się do wyjazdu. I co gorsza – nikt zdaje się nie mieć motywu. Nieszczęśliwy wypadek, czy skrzętnie zaplanowana zbrodnia?

Przed oryginalnym duetem policjanta w krawacie w bałwanki i prywatnego detektywa-przystojniaka nie lada wyzwanie wymagające wyjątkowych środków – udając zakochaną parę postanawiają wynająć pokój zwolniony przez tragicznie zmarłego. Wraz z jego wanną.

Kipiąca humorem, zręcznie napisana historia morderstwa pełna świątecznego klimatu. W końcu nic tak nie potrafi rozruszać przed światami, jak morderstwo. Albo dwa!

A jeśli jeszcze mało Wam atrakcji, to okładka jest fantastyczna – ten norweski swetrowy wzorek w czaszeczki, to jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam! Nosiłabym bardzo!

Magdalena Knedler, Nie całkiem białe Boże Narodzenie, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 436 s.

Za idealny przedświateczny prezent dziękuję Anecie! Koniecznie zajżyjcie na jej bloga i przeczytajcie jej książkę ;)

Książka na weekend: „Przedsmak zła” Alex Kava

Jeśli lubicie czasami poczytać o skrupulatnie zaplanowanych polowaniach na ludzi i zabieraniu sobie ich organów i innych części ciała na pamiątkę z tej przygody, to „Przedsmak zła” jest książką dla Was. Nie ma co ukrywać – odpowiednio krwawa zbrodnia jest jedną z podstaw dobrego thrillera. A akurat krwawych zbrodni Ci u nas dostatek. Idealny temat na wakacje :D

 

Maggie O’Dell jest błyskotliwą profilerką stawiającą pierwsze kroki w pracy w terenie. Na swoje (nie)szczęście na pierwszy raz trafia jej się wyjątkowo malownicza kompozycja krwi i ciał i całkiem skomplikowany psychol do rozpracowania. A że gdzie by nie stanęła, trafia na zwłoki, to nie ma najmniejszych szans na nudę, szczególnie, że najwyraźniej wpadła w oko poszukiwanemu seryjnemu mordercy, który z przyjemnością wciąga ją w swoją makabryczna grę. I nie wiadomo już kto tu na kogo poluje. Smaczku jej, i tak już urozmaiconej, codzienności dodają odzywająca się w nienajlepszych momentach trauma z dzieciństwa i dysfunkcyjna matka o zapędach autodestrukcyjnych.

I chociaż momentami bywa przewidywalnie, niemalże do ostatniej strony nie wiadomo, czy morderca zostanie ujęty, czy wymknie się sprawiedliwości. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie nieco mnie rozczarowało – okazało się być trochę nieadekwatne do wcześniejszych zbrodni i takie trochę na łapu capu i pozamiatane. Jakby autorka nagle odkryła, że niebezpiecznie zbliża się do limitu słów i musi to wszystko szybciutko zakończyć.

Z podobnych powodów nie do końca pasowały mi pomysły na zwroty akcji, a świetnie zapowiadający się czarny charakter momentami mnie zawodził.

Mimo tego czepialstwa, książkę czyta się całkiem przyjemnie – „łatwo wchodzi” (chociaż mocno irytowały mnie liczne powtórzenia), malownicze opisy zbrodni działają na wyobraźnię, agenci FBI dają się lubić niemalże odkąd tylko mamy szansę ich poznać, a główna bohaterka co jakiś czas podrzuca nam jakąś ciekawostkę z biografii seryjnych morderców.

Zdecydowanym plusem są bohaterowie powieści – zgrany zespół, do którego dołącza agentka Maggie, to składająca się z silnych osobowości drużyna, o której bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej. Są świetną zachętą do sięgnięcia po resztę cyklu i coś czuję, że prędzej, czy później jej ulegnę.

Z książkami Kavy tak to już jest, że chociaż pamięta się fakt ich czytania, to ze szczegółami bywa już różnie. Jestem pewna, że czytałam „Kolekcjonera” i wydaje mi się, że „Dotyk zła” też mam już za sobą, chociaż nieszczególnie kojarzę o co chodziło. Niemniej jednak po tym prequelu z przyjemnością sięgnę po niego jeszcze raz. Może więc „ulotność pamięci” w przypadku książek tej autorki jest jednak zaletą? Zawsze można do nich wrócić.

Lekka, krwawa, klimatyczna i niepokojąca. Nie polecam czytania przy jedzeniu na wynos, a szczególnie przy szarlotce z lodami. Za to świetnie sprawdzi się w samolocie, pociągu, czy do poczytywania podczas oczekiwania w kolejce na jakąś wakacyjną atrakcję bo nie wymaga całkowitego skupienia się na fabule, do czerpania przyjemności z lektury.

Alex Kava, Przedsmak zła, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2018, 336 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Dwa oblicza” Agnieszka Bednarska

Ja pierniczę (w końcu idą Święta), ale czytałam straszną książkę!

A powiem Wam, że ani trochę się na to nie zanosiło. Do „Dwóch oblicz” podeszłam bardzo entuzjastycznie i z dużą ciekawością – pierwsza książkowa realizacja nowego wydawnictwa musi być czymś super – wymuskana pozycja stworzona z pasją i miłością do czytania.

Zatem zabrałam się za czytanie. I ku mojemu zdumieniu trzymałam w dłoniach horror klasy C – opowieść o dziewczynie, która odkrywszy niegodziwe plany rodziny wobec swojego nienarodzonego jeszcze dziecka wybiega z domu nawet bez portfela. I zamiast udać się na policję/pogotowie opiekuńcze/do domu samotnej matki decyduje się przyjąć bezinteresowną pomoc przypadkowo poznanej staruszki mieszkającej w zrujnowanym, pachnącym śmiercią budynku szpitala.

„Już nie wydawała się jej taka dostojna i szykowna, pozbawiwszy się wierzchniego odzienia, czapki i rękawiczek znacznie straciła na urodzie. Jej włosy były cienkie i przerzedzone, a padające zza pleców słońce obnarzało miejsca na głowie zupełnie  owłosienia pozbawione. Dłonie, które ukryte w drogich rękawiczkach zdawały się być gładkie i smukłe, w tej chwili straszyły pokrytąbrązowymi plamami, cienką jak pergamin skórą, spod której wystawały nabrzmiałe, granatowe żyły. Pożółkłe paznokcie, mimo że schludnie przycięte i opiłowane, jednoznacznie potwierdzały, że są już jedynie zbiorem stwardniałych, martwych komórek.”

To jeden z tych horrorów, w których widz krzyczy do bohatera „Nie, nie wchodź tam, uciekaj!”, a bohater ewidentnie go słyszy, bo robi coś zupełnie przeciwnego. A im dalej w las, tym więcej dramatycznych wspomnień, krwawych zbrodni rodem z Cell Block Tango i naiwności bohaterki ślepej na przeczucia i ostrzeżenia, szafującej bezpieczeństwem swoim i dziecka.

I tak to wygląda aż do pozornie szczęśliwego zakończenia – zła wiedźma zostaje pokonana, a sierota znajduje miłość i szczęśliwie wychodzi za mąż. I dopiero tutaj zaczyna robić się naprawdę strasznie. To jeden z tych zwrotów akcji, które następują powoli i spokojnie, a czytelnik ani trochę się ich nie spodziewa. Przez ostatnie 100 stron po prostu nie da się odłożyć tej, jeszcze przed chwilą zupełnie przeciętnej powieści – ostatnią część czyta się po prostu jednym tchem. I potem trochę strach zasnąć.

Pełna dramatów historia, w której tak naprawdę trudno jest znaleźć winnego – bo winny jest każdy i jednocześnie nikt. Pełną grzechów i grzeszków, poświęceń i moralnej względności. Gdzie brak szczerej rozmowy, brak zaufania, nieumiejętność pójścia na kompromis i nadmiar ambicji staje się przyczyną niejednej tragedii. Bardzo dobrze napisana, pełna plastyczny opisów, kipiąca niepokojącym klimatem. Psychologicznie zagmatwana, podburzająca poczucie bezpieczeństwa, zaskakująca, straszna. Strasznie dobra.

Ponadto jestem bardzo mile zaskoczona dbałością o szczegóły – błędy ortograficzne i językowe można policzyć na palcach jednej ręki (co w przypadku pierwszego wydania jest prawdziwą rzadkością), projekt okładki robi niesamowite wrażenie (chociaż osobiście nie przepadam za papierem, na którym zostają odciski palców – wpędza mnie w nerwicę natręctw i co chwila biegam umyć ręce), a jakość wydruku jest idealna. Wspaniale się prezentuje. Polecam na świąteczny prezent dla fana thrillerów psychologicznych, szczególnie, że Ogień i Woda, czyli Wydawnictwo Zaklęty Papier pięknie pakują książki, które docierają do adresata w idealnym stanie i eleganckiej oprawie.

I tylko jednego małego szczegółu nie potrafię zrozumieć:

„Sonia z wazy nalała mi ciepłej owsianki, sama jadła musli z zimnym mlekiem”.

kto podaje owsiankę w wazie? Owsiankę. Dla jednej osoby. W wazie?

Agnieszka Bednarska, Dwa oblicza, Świdnica: Wydawnictwo Zaklęty papier, 2017, 304 s.