Czas na czytanie: „O wiele więcej” Kim Holden

„(…) moje serce rozpadło się na kawałki. Był to niszczący cios, pozostawiający po sobie jedynie kurz, w którym niemożliwe stało się ponowne poskładanie okruchów”.

Powiem Wam, że ta książka strasznie mnie wymęczyła. Nie zrozumcie mnie źle, lubię urocze, uwznioślone banały i natchnione cytaty o miłości, w gimnazjum chętnie wpisałabym je sobie na ostatniej stronie zeszytu. Problem w tym, że musiałabym mieć bardzo dużo zeszytów, bo ta książka składa się z nich w 75 procentach. Nie żartuję, egzaltowane wywody o  trudach miłości ciągną się tu całymi stronami! I zdradzę wam sekret – w takim natężeniu kompletnie tracą swój urok, bo wyszło z tego coś pomiędzy „Listem do Koryntian”, a Paolo Coelho, a Listem do Koryntian. Z małą domieszką Pawlikowskiej, ale niestety Beaty.

„Odebrałaś mi nienawiść i przekształciłaś ją w miłość”.

Mamy tutaj do czynienia z odwróceniem ról – zazwyczaj pełna dobra i szczerej miłości kobieta trafia na zimnego drania-karierowicza, który ją wykorzystuje, zdradza i nie szanuje. Tutaj sytuacja jest odwrotna – Seamus jest „świętym”, idealnym mężem i ojcem, a jedyne, co leży w zainteresowaniach Mirandy, to pozycja wiceprezesa, nieskazitelna fasada i uwielbienie ze strony męża. Ale szklanki wody w kryzysowej sytuacji, to ona nie poda. Są zdrady, brzydki i bolesny rozwód, sympatyczna striptizerka, szantaż, walka o dzieci, walka z chorobą, pogoń za bogactwem. I niby mamy tu sporo poważnych problemów i mało sympatycznych zagadnień, które budzą sporo emocji, ale mam wrażenie, że przez tą całą pseudofilozoficzną otoczkę coś im odebrano. Że nie zostały potraktowane wystarczająco serio.

Ta historia ma swoje momenty, ale ma ich niewiele. Pięknie przedstawiono rodzicielstwo jako drogę odkupienia. W moim odczuciu to jednak za mało, żeby ją na dłużej zapamiętać.

„Czasami potrzeba niewinności dziecka, by przypomnieć sobie o tym, co istotne”.

Wydaje mi się też, że w tej książce zabrakło odcieni szarości – on jest na wskroś dobry, a los stale go doświadcza, ona to zimna sucz – na wskroś zła i bezduszna, ale w końcu przechodzi wewnętrzną przemianę. Wszystko to w otoczeniu wielkich dramatów i z historią dwóch dobrych i niewinnych, ale skrzywdzonych przez los kobiet w tle. Banał goni banał, a całość jest przewidywalna aż do bólu zębów.

Byłam świadoma, faktu, że po „Promyczku”, każda kolejna książka Kim Holden ma coraz mniej i mniej magii, ale dotychczas żadna z nich mnie nie rozczarowała. Ale chociaż ta jest zupełnie nie w moim guście, to na pewno sięgnę po kolejne tytuły tej autorki, bo bardzo skutecznie skradła moje serce i pewnie dam szansę każdej jej kolejnej książce. Wiem przecież,  że potrafi stwarzać legendy!

Kim Holden, O wiele więcej, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 410 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Pięć zauroczeń”, André Aciman

Obawiałam się trochę tej pozycji ze względu na gatunek – nie przepadam za opowiadaniami i rzadko sięgam po książki będące ich zbiorami. Okazuje się jednak, że w tym przypadku spokojnie można traktować opowiadania jako rozdziały – są to po prostu kolejne historie miłostek bohatera i chociaż dzielą je przeskoki czasowe, to jednak czyta się bardzo płynnie i układają się w jedną opowieść o mężczyźnie podążającym za porywami serca.

Uwaga! Wydaje mi się, że kolejny akapit może zawierać spoilery. Ale w sumie to nie jestem pewna.

Chociaż Paul ulega absolutnej fascynacji kolejnymi osobami – zarówno pod względem fizycznym, jak i intelektualnym – tak naprawdę zwraca uwagę wyłącznie na siebie, swoje wyobrażenia i przeżycia emocjonalne. Nie zwraca uwagi na uczucia innych osób, o ile te nie dotyczą bezpośrednio jego, bez chwili zawahania rozbija związki (zarówno swoje, jak i swoich nowych ukochanych). Kiedy kolejny i kolejny raz ktoś wpadnie mu w oko, poświęca tej osobie wszystkie myśli i fantazje – momentalnie wyobraża sobie wspólną przyszłość (ślub, dzieci, wspólne wieczory przed telewizorem), prowadzi z tą osobą wymyślone rozmowy, układa scenariusze spotkań i marzy o wszystkim, co związane z nowym ukochanym. Szkopuł w tym, że chyba lepiej mu w świecie wyobrażeń, bo kiedy jego marzenia stają się rzeczywistością… ktoś nowy zawraca mu w głowie.

Książka jest pełna „emocjonalnej grafomanii” – główny bohater analizuje najmniejsze nawet drżenie serca, a w swych fantazjach buduje całe alternatywne rzeczywistości. I jak przez pierwsze dwa, może nawet trzy opowiadania jest to całkiem urocze, to z każdą kolejną historią, a nawet z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej męczące. Bo Paul z dziecięcych fascynacji i młodzieńczych poszukiwań własnej tożsamości wcale nie wyrasta. Mam wrażenie, że nie dojrzewa emocjonalnie, przez co sam się unieszczęśliwia. Niezależnie od wieku i życiowego doświadczenia, każdy jego związek przypomina wakacyjną miłostkę.

„Naucz się brać rzeczy takimi, jakie są. Wszędzie doszukujesz się czegoś, czego nie ma”.

Może pod względem mentalnym jestem w poprzedniej epoce (zawsze czułam się trochę stara duchem…), ale irytowała mnie jego niestałość – być może wynikająca ze środowiska, w którym zdrady są na porządku dziennym, a znajomi stale się rozstają i wdają w nowe romanse, sam bohater ma zresztą taki przykład bezpośrednio „z góry”, ze strony ojca.

I nie potrafię mu nie współczuć, bo szuka czegoś nieokreślonego, mitycznego „wina życia”. Wciąż czegoś mu brak, przez co nie potrafi docenić tego, co ma i wszystko, co udało mu się zdobyć porzuca bez żalu w imię dalszych poszukiwań. Nie wie do czego dąży i za czym tak tęskni, czego tak zawzięcie szuka, ale nie potrafi być bez tego szczęśliwy. A to wyjątkowo przygnębiająca refleksja.

Po raz kolejny u Acimana porwały mnie malarskie opisy – zarówno miejsc, jak i uczuć. Przekonałam się jednak, że ten rodzaj emocji przemawia do mnie znacznie bardziej, kiedy dotyczy młodości. Może to dyskryminujące, ale moje wymagania rosną wraz z wiekiem bohatera.

André Aciman, Pięć zauroczeń, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Klątwa Kreatorów” Trudi Canavan

Obawiałam się, że po prawie trzech latach oczekiwania na ostatni tom Prawa Milenium nie będę mogła się wkręcić i minie przynajmniej pół książki, zanim przypomnę sobie o co chodziło w poprzednich tomach. Nic bardziej mylnego. Nie jestem pewna, czy to dlatego, że miałam na podorędziu recenzję „Obietnicy następcy”, która pomogła mi wczuć się w klimat, czy raczej to wszystko zasługa autorki, która w pierwszych rozdziałach nienachalnie naprowadziła czytelnika na właściwe tory przypominając wydarzenia z poprzednich tomów, ale właściwie od samego początku wiedziałam gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje.

A dzieje się sporo, bo i wszyscy mają pełne ręce roboty. Tyen, wraz z uczniami, ucieka przed prześladowaniami byłych kolegów z Liftre zazdrośnie strzegących przywileju naucznia, Rielle – najpotężniejsza kreatorka – zajmuje się odnawianiem martwych światów, a przed Baluką i Odnowicielami niełatwe wyzwanie utrzymania pokoju we wszechświecie. Tymczasem magia mechaniczna rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i jest wykorzystywana do tworzenia coraz potworniejszych machin bojowych. Pojawia się nowy wróg, który niesie zagładę na każdy świat, który napotka na swej drodze. Rozpoczyna się wyścig z czasem – czy ktokolwiek jest w stanie pokonać stale ewoluujący postęp wojennej mechaniki? Czy można się oprzeć mocy bezwzględnego uzurpatora podbijającego świat za światem?

By mieć jakiekolwiek szanse, trzeba będzie pokonać uprzedzenia, sprzymierzyć się z byłym wrogiem, zjednoczyć się  i zaryzykować poświęcenie tego, co jest bohaterom najdroższe.

„Żuczek jest trochę podobny do mnie (…). Jest starszy, umie więcej, ale zasadniczo wciąż ma tę samą postać. Choć potrafię dużo więcej, mam nadzieję, że takie skromne zajęcia, jak zabawianie dzieci i dbanie o rodzinę nigdy nie będą mi się wydawały zbyt trywialne”.

Powrócą pradawne przepowiednie, epickie bitwy magów – tym razem z rojami maszyn, wyścig zbrojeń, pogoń za wiedzą i zapomnianymi tajemnicami wymarłych cywilizacji. Pacyfistyczne przekonania Tyena zostaną wystawione na próbę, gdy wojna zagrozi jego najbliższym, Quall będzie musiał bardzo szybko dorosnąć, a Rielle… stać się jeszcze potężniejsza, niż jest dotychczas. Przed czytelnikami wizja świata rodem z Terminatora wymieszana z dążeniem do stworzenia nadczłowieka, wypaczonymi ideami socjalizmu i nienawiścią wobec magii, jako przewagi dostępnej jedynie nielicznym. Będą pościgi, wybuchy, rozrywanie światów i magia generowana podczas tworzenia piękna. To jedna z tych książek, które nie zwalniają ani przez chwilę.

Jak zwykle nie zabraknie też ogromnej dawki girl power!, pochwały różnorodności oraz walki z dyskryminacją i uprzedzeniami.

Oj, będzie mi brakować tego fascynującego wszechświata!

Trudi Canavan, Klątwa Kreatorów (Prawo Milenium – księga czwarta), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2020, 616 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Galeria Książki.

Czas na czytanie: „Wieża świtu” Sarah J. Maas

Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego przerywnikowego tomu Szklanego Tronu. Przede wszystkim, jak można przerwać akcję w takim momencie i na prawie 850 stron przenieść ją w zupełnie inny czas i miejsce? Poza tym obawiałam się, że tom poświęcony tylko i wyłącznie Chaolowi zanudzi mnie na śmierć, bo też nigdy nie przepadałam za bardzo za tym bohaterem wraz z jego dąsami, specyficznym podejściem do honoru i oddania oraz tendencją do obwiniania o wszystko każdego wokół siebie z mentalnym samobiczowaniem włącznie.

DSC_0275

I to nie tak, że były kapitan gwardii królewskiej Adarlanu zyskał moją sympatię, chociaż czekająca go walka nie tylko z kalectwem, ale przede wszystkim z demonami przeszłości i wyniszczającym poczuciem winy będzie go sporym wyzwaniem. Odświerzająca okazała się zmiana otoczenia. Kaganat z brutalnym sposobem dziedziczenia władzy, miasto pokoju, dobrobytu i uzdrowicieli, jeźdźcy ruków rodem z opowiadanych w Adarlanie baśni i tak lubiane przeze mnie dworskie intrygi. A do tego oczywiście egzotyczne romanse. I rola dyplomaty, tak bardzo niepasująca do głównego bohatera.

Cieszący się dobrobytem południowy kontynent, bezpiecznie oddalony do wojny, wcale się do niej nie spieszy. Szczególnie, że członkowie rodziny królewskiej zmagają się w z własną, osobistą tragedią i codzienną rywalizacją. Tymczasem nie ma kontynentu, na którym na naszych bohaterów nie czyhałoby pradawne zło. Czyżby sama ich obecność ściągnęła szpiegów Erawana, czy może jego macki sięgają aż tak daleko już od dawna, a pogrążona w wojnie północ to dopiero początek?

Kraina za Wąskim Morzem kryje w sobie znacznie więcej, niż tylko potęgę militarną. Czy to tutaj narodzi się szansa na ostateczne pokonanie Valgów?

Sarah J. Maas, Wieża świtu, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Dziewczyna, którą znałeś” Nicola Rayner

Kiedy Alice zaczyna na poważnie umawiać się ze szkolnym Don Juanem i łamaczem kobiecych serc, nie dziwi się szczególnie, że jej popularność wśród płci pięknej znacznie spada. Czasem jednak trzeba poświęcić pewne rzeczy w imię miłości.

Kiedy po latach wydaje jej się, że widzi w tłumie znajomą ze szkoły, jedną z całego tabunu byłych dziewczyn jej męża, która zaginęła podczas imprezy absolwentów, ta nierozwikłana historia nie może dać jej spokoju. Czy zmienianie partnerek jak rękawiczki mogło nie być jedynym przewinieniem jej ukochanego?

Historia dzieje się w dwóch czasach, teraźniejszym, kiedy to Alice prowadzi swoje małe śledztwo, i podczas lat szkolnej beztroski. Ponadto mamy szansę poznać ją z wielu perspektyw – nie tylko z punktu widzenia głównej bohaterki, ale także… samej ofiary, oraz jej młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki. Wychodzi więc z tego połączenie czterech opowieści. Opowieści o pierwszych miłościach, przyjaźni, zazdrości, rozczarowaniach i spełnianiu marzeń. O szkole, imprezach i „fajnych dzieciakach” z bogatych rodzin. O obsesji, podnoszeniu się po traumie i wydarzeniach, które potrafią naznaczyć na całe życie.

Podczas czytania męczył mnie sposób narracji, która co chwilę zmieniała się z pierwszo-, na trzecioosobową. Nie mam pojęcia, czym te zmiany były uwarunkowane, ale dały dość dziwny efekt i zaburzały mi płynność lektury.

To nie była zła książka, a już na pewno nie była tak nudna i nijaka, jak „Dziewczyna w pociągu”, do której jest porównywana. Nie było w niej jednak nic porywającego i w żadnym momencie nie wciągnęła mnie na tyle, żebym nie mogła się oderwać. Co prawda nie odgadłam zakończenia intrygi, ale też nie byłam nim jakoś specjalnie zszokowana i choć rozwiązanie zagadki okazało się bardzo smutne, to jednak nie na tyle, żeby fabuła została w mojej głowie na dłużej niż kilka chwil po zamknięciu książki. Nie wywołała też we mnie żadnej głębszej refleksji.

Dla mnie przeciętna, bo nie wywołała we mnie żadnych większych emocji, ale całkiem dobrze się czytało, a zarówno cała intryga, jak i relacje między bohaterami są przekonujące i logicznie skonstruowane. Czasami może nie potrzeba genialnego psychopaty, by zniszczyć życie kilku osobom. Wystarczą znajomi ze szkoły.

Nicola Rayner, Dziewczyna, którą znałeś, Warszawa, Wydawnictwo WAB, 2020, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAB.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarny mag. Ostatnia walka” Rachel E. Carter

„Czarny mag” to seria, która rozkręcała się powoli, a autorka stopniowo, z tomu na tom, dawkowała czytelnikom emocje. Aż do czwartej i zarazem ostatniej części, w której akcja pędzi jak lawina – od pierwszej aż do ostatniej strony. A nawet jeśli wydarzenia na chwilę przystopują, to nie ma co liczyć na odpoczynek – wyrzuty sumienia, konieczność podejmowania tragicznych wyborów i mierzenia sie z ich konsekwencjami, intrygi i knowania na pewno na to nie pozwolą.

Jak wiele można poświęcić dla pokoju? Ryiah przysięgała być wierną Koronie i chronić Jerar. Ale co, jeśli to zdradziecki król jest największym zagrożeniem dla państwa, którym włada? I zupełnie przy okazji jest ukochanym bratem twojego ukochanego, żeby przypadkiem nie było za łatwo? Czy szczęście jednego mężczyzny, nawet jeśli to twój mąż, jest ważniejsze od setek istnień, które pochłonie wojna podstępnie wywołana przez chciwego tyrana? Nawet, jeśli odpowiedź wydaje się być oczywista, to podjęcie takiej decyzji wcale oczywiste nie jest. Szczególnie, że nawet tyran wzbudza współczucie.

Trochę było mi żal Mariusa – po poprzednich częściach miałam względem niego pewne podejrzenia, które niestety się nie sprawdziły. Mam więc wrażenie, że potencjał tej postaci, choć epizodycznej, został zmarnowany. Jestem za to bardzo pozytywnie zaskoczona Ianem i Alexem, których gdzieś już w głębi serca spisałam na straty, a dostali takie zakończenia, na jakie w pełni zasługiwali. Teraz spokojnie mogę uważać ich za z moich ulubieńców.

Jeśli ktoś spodziewa się słodko-cukierkowego zakończenia, w którym dobro zwycięża nad złem, a prawdziwa miłość przetrwa wszystko, to raczej się rozczaruje. To trudna i brutalna część – pełna tortur, frustracji, samotności, zdrady, poczucia winy, samoobrzydzenia i wybierania między złem, a złem, które wcale nie jest mniejsze. Bezwzględny świat kołyszący się na skraju wyniszczającego konfliktu, w którym nic nie jest czarno-białe, a każda decyzja okupiona zostanie cierpieniem. Aż w końcu trzeba będzie pozbierać i poskładać do kupy gruzy, które z niego zostaną. Czy miłość naprawdę jest w stanie wybaczyć każdy błąd?

P.S. Nikt z Was nie zgadnie, kto będzie rządził Jerarem. A jakby ktoś przez przypadek jednak zgadł, to stawiam mu frytki!

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Ostatnia walka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 280 s. (premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Światło w środku nocy” Jojo Moyes

„My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice”.

Książki Jojo Moyes pokochałam przede wszystkim za szalone i rozbrajające poczucie humoru, dlatego też moimi ulubionymi tytułami z miejsca zostały „Razem będzie lepiej” i „Zanim się pojawiłeś”. Sięgając po „Światło w środku nocy” spodziewałam się zupełnie innego klimatu – i słusznie. Nie miałam jednak pojęcia, że już od pierwszych stron trafi do panteonu moich najukochańszych i to z zupełnie innego powodu, niż książki wymienione powyżej.

Moyes pisze o silnych babkach, więc to w sumie nic nowego. Ale takiej kumulacji girl power i bohaterek, które nie tylko polubiłam, ale i całym serduchem kibicowałam im na każdym kroku nie spotkałam chyba nigdy. To chyba nagroda za te wszystkie lata rozczarowania nudnymi, kiepsko wykreowanymi i potraktowanymi sztampowo postaciami kobiecymi. Było warto!

Ponadto koniecznie trzeba zaznaczyć, że to nie tylko książka o kobietach, ale o bibliotekarkach. Konnych bibliotekarkach. W czasach kryzysu dwudziestolecia międzywojennego. W górach Kolorado. Czy słyszeliście kiedykolwiek o piękniejszej i bardziej karkołomnej idei? Idei walki z wyobcowaniem, analfabetyzmem, surową siłą natury i lękiem przed nieznanym?

Niesamowicie wciągająca opowieść o przyjaźni, miłości, oddaniu i potrzebie posiadania misji. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, w świecie rządzonym przez mężczyzn i to najczęściej ciężką ręką. W świecie, którym wszystko trzeba wyszarpywać – nie tylko wytrwałością ciężką pracą, ale często również zębami i pazurami. O prawach kobiet, edukacji, tolerancji, despotyzmie, rządzy pieniądza i nieposzanowaniu środowiska naturalnego. O sprawiedliwości, kobiecości, macierzyństwie i tworzeniu domu. O pokonywaniu przeciwności losu. Małymi krokami i wielkimi susami. Każdego dnia.

Styl autorki ma w sobie coś magicznego – jej książki praktycznie czytają się same. I to w błyskawicznym tempie. Kiedy opadam w fotel łapiąc oddech po gonitwie codzienności i obiecuję sobie w nagrodę chociaż kilka akapitów, do 22:00, a o 22:00 okazuje się, że minęło 200 stron. Jak i kiedy? Nie wiadomo. Czary.

Ciepła, wzruszająca, przywracająca wiarę w ludzkość.

Uwaga! Nie zaleca się czytania przez kobiety niezamężne – zawiera nieprzyzwoite opisy nierealnie przyzwoitych mężczyzn idealnych, które mogą utrudniać przyszłe zamążpójście niezdrowo zawyżając standardy podatnych na wpływy umysłów młodych panien!

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Znajdź mnie” André Aciman

Kiedy rok temu czytałam „Tamte dni, tamte noce”, oddałabym wszystko za takie zakończenie drogi Elia i Olivera, jakie właśnie dostałam. Minęło jednak trochę czasu, emocje okrzepły, a historia zdążyła na dobre zapisać się w  moim sercu. I nie jestem już tak entuzjastycznie nastawiona.

Przede wszystkim dlatego, że tamta historia była zamkniętą całością. Bez cukierkowego szczęśliwego zakończenia, ale była pełna, wyważona i, choć smutna, to jednak idealna. Kiedy już się z tym pogodziłam myśl o kontynuacji zaczęła wzbudzać we mnie spory niepokój. Tak łatwo przecież zburzyć tą równowagę i zepsuć to, co jest dobre. Czy tak się stało?

Nie do końca, choć książka jest zdecydowanie słabsza od swojej poprzedniczki. Tym razem mamy przed sobą trzy opowiadania – trzy urywki z codzienności trojga bohaterów. Trzy momenty graniczne ich żyć.

W przypadku pierwszej części poznawaliśmy zarówno świat przedstawiony, jak i innych bohaterów oczami Elia. I dopiero, kiedy pozwolono każdemu mówić o sobie, okazało się jak bardzo nastolatek ich idealizował. Bo i ojciec Elia – Samuel, i Oliver nagle bardzo stracili w moich oczach. Samuel szczególnie, bo coś, co wcześniej było elokwencją i życiowym doświadczeniem zmieniło się w egzaltowane i przerysowane bajdurzenie na granicy śmieszności.

Wciąż mamy tu do czynienia z łamaniem konwenansów, głównie jeśli chodzi o posiadanie starszego partnera (jeśli kogoś szokowała wcześniej różnica wieku między Eliem, a Oliverem, a podobno były takie osoby, to zdecydowanie nie polecam kontynuacji), pogonią za szczęściem i pragnieniem czerpania z życia pełnymi garściami.

Moim zdaniem ta książka nie była potrzeba, choć oczywiście pobiegłam ją kupić zaraz po premierze. Momentami mocno mnie zmęczyła, momentami mocno mnie wciągnęła (szczególnie wycinek z życia Elia i jego małe historyczne śledztwo) i nie da się ukryć, że ja jednak lubię takie zakończenia. Ale zdecydowanie nie było już tych emocji, uczuć i wzruszeń, które chwyciły mnie za serce w pierwszej części. Może jestem jeszcze za młoda, by docenić problemy dojrzałych bohaterów i znaleźć w nich odniesienia do własnego życia? Kto wie, może kiedyś jeszcze to przyjdzie.

André Aciman, Znajdź mnie, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 312 s.

Czas na czytanie: „Lanny” Max Porter

Niby nic, niby tylko podkolorowana wyobraźnią codzienność, a jaki klimat. Jeśli ktoś przez przypadek nie ma jeszcze jesieni za oknem, to ta lektura z pewnością zrobi mu jesień w głowie i sercu.

DSC_0331

Książka dziwna, powieść wielu bohaterów, smutnoprozaiczna symfonia ludzkich żyć. Miłostki, śmiesznostki, błahostki i tony śmieci. Uparta pamięć dziejów i pieśń współczesności. Błysk światła pozwalający rzucić okiem na życie sąsiada. Banalna historia, która mogła przydarzyć się każdemu. I jednocześnie nastrojowo-magiczna baśń pozostawiająca na języku gorzki posmak refleksji. Nad światem, człowiekiem, czasami, macierzyństwem, mentalnością, ekologią, przemijaniem, okrucieństwem, pędem codzienności, tęsknotą, niespełnieniem, oczekiwaniami, wartościami… A to tylko 200 stron wyjątkowo porozrzucanego tekstu, pięknego języka i przedziwnej narracji. Narracji, która nie pozwala się do siebie przyzwyczaić i ani na chwilę nie daje poczuć się pewnie.

Cicha angielska wieś, nieco odmienny chłopiec o pięknym spojrzeniu na świat, niedopasowani rodzice, nauczyciel rysunku i prastary demon rodem z ludowych podań. Aż do dnia, w którym spokój życia z dala od londyńskiej wrzawy imploduje wskutek tajemniczego zaginięcia jeszcze bardziej tajemniczego dziecka. Zdarzenie, o jakim każdego niemalże dnia słuchamy w wiadomościach, zmienia małą społeczność w epicentrum medialnego zgiełku, a myśli mieszkańców w kłębowisko ciekawskich podejrzeń i zbyt łatwo rzucanych oskarżeń. W końcu ludzie mają wiele wspólnego z sępami – i jednych i drugich ciągnie do tragedii.

„Mrowi go myślenie o tym, jak jedna myśl prowadzi do drugiej, nieprzerwanie, na okrągło, nie znając końca”.

Książka pisana strumieniem świadomości kilkunastu przedstawicieli jednej społeczności. Ciekawe, czy zanurzenie się w nim oddaje w jakiejś niewielkiej części muśnięcie opuszkiem palca odmętów Styksu. To by w pewnym sensie tłumaczyło vanitatywny urok utworu. Bardzo pozytywnego utworu, czego nie sposób nie zaznaczyć. Hipnotyzująca. Trochę straszna i strasznie smutna. Dająca nadzieję. Dziwna książka.

Max Porter, Lanny, Warszawa: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 220s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.