Czas na czytanie: „Achilles w pułapce przeznaczenia” Madeline Miller

Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy odkładając „Kirke” na regał znalazłam literacki debiut Medeline Miller dwie półki wyżej. Już sama nie wiem co mam na regale wstydu, trudno chyba o większy wstyd? W ramach zadośćuczynienia zabrałam się za nią od razu – w końcu idealnie wpasowała się w mój greckowakacyjny nastrój.

 „Achilles w pułapce przeznaczenia” to (co za niespodzianka!) historia greckiego herosa Achillesa opowiadana na gorąco przez widza z pierwszego rzędu – jego najdroższego przyjaciela Patroklosa.

To w sumie fascynujące, jak historia znana każdemu od podstawówki potrafi wciągnąć. Znałam przecież tych bohaterów, tą wojnę wraz z jej powodami, przebiegiem i zakończeniem, a ten retelling czytałam z zapartym tchem i oczywiście ryczałam jak bóbr, gdy nadszedł – spodziewany przecież i zupełnie niezaskakujący! – koniec.

Madeline Miller potrafi opowiadać – przekuwa chłodne wzmianki z „Iliady” i „Odysei” (czy tylko mi mitologia zawsze wydawała się strasznie zimna, choć o wzburzonej krwi i upalnych krajach?) w ponad 400-stu stronicową historię pełną przyjaźni, oddania i wrażliwości. I jak to już z mitami bywa, o ponadczasowym przesłaniu.

Legendę niezwyciężonego wojownika, Największego z Greków, autorka zmienia w opowieść o zagubionym chłopaku. Dziecku – sympatycznym, czułym, uważnym, dobrym – które dorasta w przekonaniu o własnej wyjątkowości i to w niej upatruje swoją jedyną wartość. Przygnębiająca przypowieść o konieczności podejmowania dramatycznych wyborów, chciwości, pokusie sławy, urażonej dumie, manii wielkości i demoralizującej sile władzy. A także o miłości silniejszej niż śmierć, litości, współczuciu i stawianiu na swoim.

Troska o dobro innych Patroklosa i naiwna prostolinijność Achillesa stanowią szokujący kontrast z brutalnością świata, w którym przyszło im żyć. Jednak bardzo dobrze się do tego świata adaptują i, z głowami pełnymi marzeń, ramię w ramię piszą swoją historię.

„ – Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Myślałem. Herakles oszalał i zabił swoją rodzinę; dzieci Jazona i jego nowa żona zostały zamordowane przez jego byłą; Bellerofontowi udało się zabić Chimerę, ale przez upadek z grzbietu Pegaza został kaleką.
– Nikt nie przychodzi ci do głowy (…). Nikomu nie pozwalają być sławnym i szczęśliwym. (…) Powiem ci coś w sekrecie(…). Będę tym pierwszym.

Bardzo starożytna – nie uciekniemy tu od fatum, przepowiedni i nieprzeniknionej gry losu. A przy tym przerażająco współczesna, bo przenoszenie ambicji na dzieci, nieszczególnie czuli rodzice i dylematy moralne związane z dorastaniem bywają niezmienne, niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć.

Madeline Miller, Achilles w pułapce przeznaczenia, Warszawa: Burda Publishing Polska, 2014, 424 s.

Czas na czytanie: „Kirke” Madeline Miller

Nie da się ukryć, że jak na poważną srokę przystało, do tej książki przyciągnęła mnie okładka. Połyskująca arabeska odcinająca się miedzianym złotem od czarnego tła, połączona z tematyką mitologiczną musiała stopić moją silną wolę jak masełko na gorącej grzance. I jak to już bywa ze smokami siedzącymi kuprami na swoich stosach skarbów, przez dobry rok tylko cieszyłam nią oczy. Na szczęście przypomniałam sobie o niej wprowadzając się pomału w klimat wyczekiwanych z utęsknieniem wakacji na Krecie.

I chociaż hasło z okładki „Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2018 roku” jest mocno przesadzone, to jednak jako czytelniczy prequel do greckich wakacji sprawdziła się bardzo dobrze.

To wybrane mity przedstawione z nowej perspektywy. Narratorką jest córka Heliosa – Kirke, która ze względu na odmienną wrażliwość (jakąkolwiek wrażliwość?), traktowana jest jako boskie popychadło. Powszechnie wiadomo, że antyczni bogowie, dumni i obrażalscy, targani emocjami i namiętnościami, są niezwykle podobni śmiertelnikom. Nasza bohaterka dla odmiany, jest po prostu po ludzku ludzka. Nie ma co się dziwić, że w świecie tytanów to olbrzymia słabość i powód do społecznego ostracyzmu. Nie ma jednak takiej słabości, której nie można przekuć w siłę.

Mamy tu sporą dawkę girl power w starożytnym świecie męskiej dominacji, nastoletni bunt przedwiecznej istoty, parujące kotły czarownic, romanse, złamane serca, zdrady, zemstę i wyrzuty sumienia. I chociaż to bardziej mitologia w stylu Parandowskiego, niż Gravesa, to jednak w jakimś stopniu oddaje ten fascynująco krwawy klimat antycznej bezwzględności.

A to, co mi się podobało najbardziej, to odczucia Kirke względem macierzyństwa. W końcu jakieś realistyczne przedstawienie życia z bobasem!

Mimo, iż większość historii, będących udziałem boskiej narratorki jest czytelnikowi dobrze znana, nie powoduje to zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie – akcja jest wciągająca, czyta się lekko i przyjemnie. Chociaż nie wszystkie opisywane wydarzenia do przyjemnych należą.

No i jest pięknie wydana – szyta, z piękną wyklejką i stroną tytułową. Co prawda w obwolucie (eleganckiej, błyszczącej i tłoczonej), za czym nie przepadam, ale i bez niej prezentuje się bardzo dobrze. Jak nie lepiej. Nie bardzo tylko rozumiem podtytuł/blurb(?) „Daj się jej oczarować”, który występuje wyłącznie na obwolucie i moim zdaniem zupełnie nie jest związany z tekstem.

Z taką książką to się można na plaży pokazać, i to w stylu glamour!

Madeline Miller, Kirke, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2018, 414 s.

Czas na czytanie: „Tajemna historia” Donna Tartt

Dobra książka, to taka, która zostawia czytelnika bez słów. Kiedy ten po przeczytaniu ostatniego zdania zamyka powieść i siedzi w bezruchu, bo brutalnie wyrwany ze świata przedstawionego nie wie, co ma teraz zrobić ze swoim życiem. Siedzę tak już prawie od tygodnia. I wciąż nie mam pojęcia co powiedzieć. Nie czuję się też wystarczająco kompetentna, by popełnić jakąkolwiek merytoryczną formę recenzji. To po prostu dla mnie za wysokie progi.

Wiem za to, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Ostatnio tak piorunujące wrażenie zrobiło na mnie „Małe życie” nieco ponad dwa lata temu.

„Tajemna historia” jest napisana tak dobrze, że każde kolejne zdanie to czysta przyjemność. Nie mogłam się doczekać kontynuowania przerwanej lektury i nie mogłam wyrzucić jej z głowy, niezależnie od wykonywanej w ciągu dnia czynności. A na wieczorne czytanie w fotelu pędziłam w podskokach. Dosłownie! To nie jest przecież tak, że na co dzień czytam kiepskie książki, bo w większości przypadków jestem zadowolona z wyboru, lubię to, co czytam i samo czytanie sprawia mi mnóstwo frajdy. W końcu to w właśnie z tego powodu sięgam po książki. Ale Donna Tartt ustanowiła zupełnie inny poziom. Bo mam wrażenie, że dotychczas nie wiedziałam czym jest przyjemność płynąca z lektury.

Rewelacyjnie wyważona – pełna malarskich opisów, uczuć i emocji, trzymająca w napięciu i rozbrajająco zabawna w zupełnie niespodziewanych momentach. Hipnotyzująca do tego stopnia, że nie mam pojęcia kiedy minęło to 600 stron, a przecież czytałam je prawie tydzień. Właściwie reszty tego tygodnia też nie bardzo mogę sobie przypomnieć…

Uniwersalna historia o młodości wypełnionej poszukiwaniami wzniosłych ideałów i pogardzającej przyziemną codziennością. O bezkompromisowym dążeniu do wyidealizowanego celu. O kuszeniu losu i winie niezawinionej. O radzeniu sobie z konsekwencjami i przeżywaniu traumy. O bezrefleksyjnym podążaniu za charyzmatycznymi przywódcami i o upadaniu autorytetów. O wytrzymałości gumowych zasad moralnych, uporczywości sumienia i lęku przed karą.

Ctu też napisać „zakazany romans”, ale w sumie to nie wiem, o którą relację miałoby chodzić, bo każda z nich kolejno burzy wszystkie granice. Jest tu jednak co nieco i z mitu o Helenie Trojańskiej i szczypta „Romea i Julii”. A przy tym całkiem sporo „Zbrodni i Kary”. Pomnożonej przez 6.

Pełna młodzieńczego idealizmu, szukania drogowskazów w mrokach antyku, pierwszych prób dorosłego życia.

Jest tu mnóstwo studenckich imprez, geniusz-socjopata, bogate dzieciaki, morze alkoholu i nadmiar szkodliwych używek. Są porywy serca, duże braki we wsparciu rodziny i potrzeba akceptacji. Jest szóstka oddanych sobie przyjaciół i szalony plan, który kończy się tragicznie. A tragedia to dopiero początek.

Donna Tartt, Tajemna Historia, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanowa, 2017, 608 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: PATRONAT „Wszystko jest nie tak!” Inga

Lepiej kochać i utracić, czy nigdy nie zaznać miłości?

Miłosz jest niezłym narwańcem i zazdrośnikiem z wyjątkowo rozwiniętym instynktem terytorialnym i wielką niechęcią do pracy nad własnym charakterem. Nie da się ukryć, że nie są to cechy pomagające w utrzymaniu szczęśliwego związku. Kiedy boleśnie przekonuje się, że nie wszystko trwa wiecznie, zaczyna kwestionować istnienie i zasadność romantycznych uczuć. A nieustająca zazdrość względem byłego chłopaka popycha go do działań, jakich spodziewa się żałować. Ale czy tak bedzie na pewno?

Lew lata szalonej młodości ma już za sobą. No, może po prostu lata młodości, bo mimo powierzchowności eleganckiego wykładowcy, do szaleństw wciąż ma sporą słabość. Podobnie jak do młodszych kochanków, w których jego romantyczna dusza niepoprawnego optymisty stale upatruje miłość do grobowej deski. Jak można się spodziewać – z miernym skutkiem. Mimo przeciwności losu i bolesnego wspomnienia złamanego serca, nie ma zamiaru się poddawać. Szczególnie, kiedy w oko wpada mu jego były student. A Miłosz tylko na pierwszy rzut oka zdaje się być słodki jak cukierek ze sklepu ze słodyczami, w którym pracuje.

Czy dwa wyjątkowo trudne do ujarzmienia charaktery są w stanie zbudować coś trwalszego, niż przelotna przygoda? I czy w ogóle zechcą podjąć starania?

Dzieli ich wszystko – od wieku, przez status i życiowe doświadczenia, aż po nastawienie, czy preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu. Łączy fascynacja i lwia nieustępliwość.

W drugiej części „Wszystkiego” autorka porusza te same tematy, choć w znacznie bardziej żywiołowy sposób. Z takimi bohaterami nie dałoby się inaczej. Ze względu na zdecydowanie mniejszą (choć wciąż znaczącą!) różnicę wieku między bohaterami, wątpliwości moralne związane z wchodzeniem w tego rodzaju związek i potrzeba uwagi, tak dominujące w „Niebieskim”, odchodzą na nieco dalszy plan zostawiając pole do popisu walce z kompleksami, poszukiwaniom swojego miejsca, odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby i pytaniom o sens starania się o miłość.

A wszystko to z charakterystycznie uszczypliwym poczuciem humoru. Nieszablonowi bohaterowie potrafią nieźle zaskoczyć!

Co prawda „Wszystko jest nie tak!” to historia niezależna od „Wszystko jest niebieskie” i znajomość pierwszej części nie jest niezbędna, ale jeśli zamierzacie przeczytać obie, to koniecznie w odpowiedniej kolejności, bo zaczynając od WJNT można sobie zepsuć zabawę spoilerami. Całym LWIM ser duchem polecam obie części. A tą z Lwem szczególnie, bo to wyjątkowy gagatek!

Inga, Wszystko jest nie tak!, Szczecin, 2019, 109 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: PATRONAT „Jedyna taka choroba” E. Zdebska

Moja niechęć do postaci kobiecych w książkach jest już chyba legendarna. Co poradzę, że mnie te wszystkie babsztyle drażnią i nie potrafię się z nimi utożsamić? Ten problem dotyczy przede wszystkim książek młodzieżowych, których bohaterki mają zazwyczaj w głowach pstro, a głębię ich charakterów przebija zroszony deszczem chodnik. Dlatego kiedy pojawia się fajna babska postać przełamująca ten smutny schemat, to znak, że książka jest warta uwagi.

Lisa jest świetną zielarką, a odkąd profesja ta została zakazana w królestwie, oddaną recepcjonistką w przychodni średnio obowiązkowego wioskowego lekarza. Jej życie toczy się pomału między wciskaniem w napięty grafik hord roszczeniowych pacjentów, a ściąganiem z dachu mocno wstawionego lekarza traktującego tendencje samobójcze jako comiesięczne hobby. Wbrew pozorom nie wyróżnia się specjalnie z tłumu dość specyficznych mieszkańców dość specyficznej Doliny Rosa. Trudno zatem dziwić się jej zdumieniu, gdy to właśnie na nią, zupełnie znienacka, spada bardzo odpowiedzialne zadanie wyleczenia królewskiej córki z nieznanej nikomu choroby.

Prosta zielarka trafia więc na dwór, który zdaje jej się być kompletnie oderwany od rzeczywistości. Czy używająca mózgu, nieszczególnie przejmująca się konwenansami młoda dziewczyna odnajdzie się w świecie drogich sukien i sztucznych uśmiechów będących przykrywką dla pałacowych intryg? Chyba będzie musiała, bo jedna zagadka goni drugą, a jedynymi przyjaznymi jej duszami stają się roztrzepana pokojówka, zakochana nastoletnia szlachcianka, gburowaty wojownik i mocno podejrzany czarny mag.

To historia, w której bardzo dużo mówi się o miłości (i to tej szaleńczej młodzieńczej, zdolnej spędzić sen z powiek kilku królestwom!), a nie ma w niej opisu choćby i jednego pocałunku. Da się? Da się! A efekt jest naprawdę dobry!

Jak każda książka, ta również ma słabsze strony – męczyła mnie trochę niespójność wykreowanego świata, które w jednej chwili zdaje się być średniowieczem, a w kolejnej jest światem pociągów, badań laboratoryjnych i makijażu permanentnego. Nadrabia to jednak fantastycznym, absurdalnym humorem, który zdaje się wręcz czyhać na czytelnika w najmniej spodziewanym momencie. I po kilku takich akcjach już się wie, że w tych realiach możliwe jest praktycznie wszystko.

Nieszablonowa historia o przyjaźni, różnych znaczeniach miłości, poświęceniu i pragnieniu niesienia pomocy innym. Troszkę naiwna, całkiem zabawna i zdumiewająco mądra i mocno zakręcona. A po przewróceniu ostatniej strony uśmiech długo nie schodzi z twarzy.

Niepoważnie poważna, cudnie sympatyczna! Uwielbiam takie dziwy, które za nic nie chcą dać się sklasyfikować. Troszkę romansidło, trochę kryminał, bardzo fantastyka i odrobinę komedia. Gdybym rozdawała „Dziobaki Literatury”, ta pozycja miałaby spore szanse na statuetkę. Czy jest na sali osoba, która nie lubi dziobaków?

Bardzo polecam do wakacyjnego plecaka na przyjemne oderwanie od rzeczywistości, bo czyta się wyjątkowo lekko i sprawnie – sama pochłonęłam ją „na raz” podczas wyjątkowo mało produktywnego dnia w pracy. To było całkiem udana rekompensata dnia spędzonego w świecącym pustkami centrum handlowym podczas, gdy pogoda na zewnątrz była plażowa. Jak dobrze musi się zatem czytać ją na plaży…

Zdebska, Jedyna taka choroba, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 272 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa AlterNatywne.

Czas na czytanie: „Pielęgniarki” Christine Watson

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie medyczne sprawy, jestem osobą raczej obrzydliwą. Pobieranie mi krwi, skutkuje traumą całego laboratorium i słabo mi nawet na samą myśl o serialu z chirurgami, czy innymi doktorami w roli głównej. I jednocześnie niesamowicie podziwiam ludzi, których nie tylko to wszystko nie rusza, ale są wręcz zafascynowani ludzkim ciałem i ratowaniem życia.

I z tego właśnie powodu, pomijając oczywiście najzwyklejszą ciekawość, sięgnęłam po moją pierwszą książkę w, tak ostatnio modnym, szpitalnym klimacie. Jakoś wydawało mi się, że opowieść o pielęgniarkach będzie łagodniejsza i bardziej przystępna, niż chociażby o lekarzach. Według mojego wyobrażenia w tej pracy miało być więcej spokojnej opieki, niż grzebania w bebechach. Oj jakże się myliłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo męczyłam jedną książkę. I ani trochę nie żałuję. Były takie rozdziały, które pochłaniałam jednym tchem i siedziałam do późna (w toalecie, żeby nie drażnić innych domowników światłem), byle tylko przeczytać jeszcze kilka stron i dokończyć wątek. A potem przychodziły takie, w połowie których zaryczana jak bóbr odkładałam książkę na trzy dni z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie wrócę, bo to nie na moje nerwy. I niby dlaczego mam to sobie robić. A potem poczucie beznadziei mijało i z zapartym tchem czytałam dalej.

Autorka prowadzi nas oprowadza nas po świecie opieki medycznej na różnych poziomach – zarówno przez kolejne etapy swojej edukacji i zainteresowania zawodem, jak i przez wszelakie specjalizacje – od pielęgniarki neonatologicznej, przez dziecięcą, ratunkową, aż do geriatrycznej. Od szpitala, do szpitala, od tez naukowych i inicjatyw zapoczątkowanych setki lat przed naszą erą, aż do najnowszych osiągnięć. Wraz z nią przyjrzymy się pracy instrumentariuszki biorącej udział w przeszczepie, przeżyjemy pierwszą asystę przy porodzie i pierwsze oporządzenie zwłok.

Poza olbrzymim doświadczeniem zawodowym, nie sposób nie docenić wyjątkowego talentu pani Watson do opowiadania historii. „Pielęgniarki” to bardzo osobista powieść, gdzie wspomnienia płynnie się przenikają, a filozoficzne, nieco nawet poetyckie rozważania na temat misji i wizji opieki nad drugim człowiekiem przeplatają się z naturalizmem opisu potwornych momentami schorzeń i przypadków.

To poruszająca opowieść o życiu, śmierci, miłości i empatii. O niesamowicie wymagającej pracy wraz z jej wszystkimi radościami i konsekwencjami. O osobach trwających przy człowieku w momentach, kiedy jest najbardziej bezbronny i samotny. O przewrotności losu, o niewyobrażalnych tragediach, które spotykają ludzi wokół każdego dnia. A pod tym względem jest to niesamowicie uświadamiająca lektura – nigdy nie wiadomo kiedy to właśnie ja stanę się osobą wymagającą pomocy i opieki. Obym trafiła wtedy na pielęgniarkę z powołania, choć w połowie tak oddaną drugiemu człowiekowi, jak Christine Watson.

Nie wiem, czy każda książka dotykająca tego tematu wywołałaby we mnie podobne emocje, czy po prostu ta jest tak dobrze napisana. Nieprędko się tego dowiem, bo jednak nie są to w moim odczuciu książki, które pochłania się jak czekoladki i w najbliższym czasie z pewnością nie sięgnę po nic podobnego. Taką opowieść trzeba dobrze przetrawić, bo m szansę zmienić postrzeganie świata.

Christine Watson, Pielęgniarki, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2019, 318s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

Bajki Majki: „Kiedyś” Alison McGhee, Peter H. Reynolds

„…zdziwisz się, że coś tak małego, może tak bardzo poruszyć”.

Nie da się ukryć, że „Kiedyś” to jednak książka bardziej dla mam, niż dla maluszków. Wzruszająca, chwytająca za serce i przywołująca nostalgiczne wspomnienia. Powodująca nagły atak wilgotnych oczu i pojawienia się bliżej niezidentyfikowanej, ale jakże dławiącej guli w gardle – ewidentnie uczula.

Wyjątkowa relacja matki i córki uchwycona bezbłędnie w kilku zaledwie zdaniach. Trochę wspomnień, odrobina rozważań na temat przyszłości i cichy, spokojny oddech śpiącego dziecka. A wszystko to uzupełnione perfekcyjnymi ilustracjami Reynoldsa, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.

To ten typ książki, który mama kupuje dziecku na któreś z pierwszych urodzin i wypisuje piękną dedykację na przyszłość. Kilkukrotnie czytają ją razem przed snem wśród słodkich przytulanek, a po jakimś czasie trafia do pudła z pamiątkami. I kiedy po kilkunastu latach dziecko odkrywa ją ponownie, łezka zakręci się w oku i mamy i córki. Ja kupiłam ją właśnie w takim celu.

A jednak mimo to lubię ją czasem wygrzebać z pamiątkowego kartonu – wieczorem, kiedy odłożę już Bobasę do łóżeczka, ale jeszcze z nosem pełnym dziecięcego zapachu jej włosów – i przez chwilę powzruszać się w fotelu. A potem wrócić na kilka chwil do dziecięcego pokoju posłuchać jak Majka cichutko posapuje przez sen.

Alison McGhee, Peter H. Reynolds, Kiedyś, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2018, 48 s. (choć wcale tego nie widać)

Czas na czytanie: „Przeklęci Święci” Maggie Stiefvater

Swego czasu Maggie Stiefvater zapewniła sobie moje dozgonne uwielbienie swoim Kruczym Cyklem, który był chyba jedyną serią, podczas czytania której towarzyszyły mi podobne emocje, co lata temu podczas pierwszego spotkania z Harrym Potterem. Magia.

Dlatego też mam do niej wielki kredyt zaufania, i kiedy sięgnęłam po „Przeklętych Świętych” spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze. I pod pewnymi względami się nie zawiodłam, aczkolwiek to, co tak porwało mnie w opowieści o Kruczych Chłopcach tutaj pojawiło się dopiero pod koniec, bo tak naprawdę wciągnęłam się bez pamięci dopiero na ostatnie sto stron. I teraz żałuję, że jednak nie przyłożyłam się wcześniej!

dsc_1665

To książka kipiąca symbolizmem na granicy nonsensu, z postaciami obdarzonymi Charakterami przed duże Ch.

Pustynia, stada sów i meksykańscy imigranci.

Soriowie to bardzo specyficzna rodzina – każdy z jej członków rodzi się Świętym obdarzonym zdolnością czynienia cudów. Brzmi cudownie, prawda? Przynajmniej dopóki nie dowiemy się na czym dokładnie te cuda polegają. A chociaż pomagają zwalczyć wewnętrzny mrok, nie jest to wcale spacer po łące.

Głęboko wierzący, zakochany święty, młody gniewny, genialna dziewczynka bez uczuć, pracowity chłopiec z dziurą w sercu, ich poturbowana zdarzeniami z przeszłości rodzina, tłum pątników stanowiących śmiertelne zagrożenie i piracka radiostacja na dokładkę. Przez tych ledwie trzysta stron będziemy mieli szanse poznać ich na wskroś – dowiemy się przez co przeszli, o czym skrycie marzą i czego najbardziej się boją. Dowiemy się też w jak wielkie wpakowali się tarapaty. Bo mrok nieubłaganie wyciąga swoje macki po każdego z nich. I wcale nie zapowiada się, że będzie „cudownie”.

Ze względu na konstrukcję trudno do niej przywyknąć, przez większość czasu ją „męczyłam” jednocześnie doceniając. Przerysowana, momentami absurdalna i jednocześnie bardzo, bardzo prawdziwa.

Książka o miłości, szwankującej komunikacji międzyludzkiej, paraliżującym strachu o dobro bliskich, samotności w tłumie, olbrzymiej potrzebie niesienia pomocy i pokonywaniu własnych demonów. I przede wszystkim o tym, że nie wszystkie demony trzeba przegonić samemu.

Robi wrażenie. Ale żeby poczuć ten klimat, trzeba spróbować poczuć go na własnej skórze.

Maggie Stiefvater, Przeklęci Święci, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 303 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.