Czas na czytanie: „Jak upolować pisarza” Sally Franson

Chyba już dawno nie było tutaj porządnego narzekania na nietrafiony wybór, dlatego też przychodzę z recenzją książki, która niestety nie spełniła moich oczekiwań.

DSC_0453

Sięgając po „Jak upolować pisarza” spodziewałam się pełnej humoru satyry „życia na szczycie”, szefowej z piekła rodem, miłości do książek i płomiennego romansu.
Okazało się jednak, że z tego wszystkiego zaliczyć można uzależnienie od słowa pisanego i, w pewnym stopniu, krytykę coachingowej korpomowy. Romans pełni marginalną rolę, szefowa co prawda jest wredną wykorzystywaczką, ale do demona jej daleko. Najbardziej rozczarowuje jednak główna bohaterka, która jest… nijaka. I choć zapewne taki był zamysł autorki, by zrobić z niej utalentowaną, ale zagubioną, ulegającą wpływom, rządną sławy i poklasku zarozumiałą gąskę, która nie wie czego chce, to mimo tych wszystkich cech, jej postać nie budzi żadnych intensywnych odczuć – ani nie jest wkurzająca, ani godna podziwu, ani współczucia. Zniecierpliwienie i politowanie – te dwie emocje towarzyszyły mi podczas śledzenie jej przygody. A chyba jedyną wartościową rzeczą jest jej przyjaźń z Susan.

„Susan chłonęła życie całą sobą, jak rybie skrzela chłoną obecny w wodzie tlen. A teraz ja wyciągnęłam ją na brzeg i patrzyłam, jak cierpi. Wyszłam nie mówiąc już nic więcej. Tak dobry człowiek jak Susan zasługiwał na coś lepszego niż moje głupie intrygi”.

Bliżej jej do Brigdet Jones (chociaż brigdet Jones była urocza!) niż do Andrei Sachs, jak sugeruje okładka. Tak, jak szefowej Casey brakuje klasy Mirandy, tak samej książce brak błyskotliwości i ciętego humoru „Diabeł ubiera się u Prady”. Rozumiem porównanie pracy w firmie marketingowej do redakcji modowego magazynu, ale zestawienie tych dwóch debiutów niestety nie przynosi korzyści Pani Franson.

„Byłam tak pogrążona w pracy, że straciłam poczucie czasu. Łatwo mi się było zagubić we własnych myślach, czasem zapominałam nawet, że jestem człowiekiem. Do tego stopnia dawałam się pochłonąć temu, co robiłam lub – bądźmy szczerzy – osobie, z którą to robiłam, że moje poczucie „ja” w pewien sposób zatracało swoje granice. To chyba anomalia porównywalna z wybiórczą przepuszczalnością ścian komórkowych – miałam wrażenie, ze do mojego wnętrza przenika cały wszechświat”. – Co ja własnie przeczytałam?

Oj dawno tak nie narzekałam, chociaż tak naprawdę to nie jest jedna z najgorszych książek, które wpadły mi w ręce. Nie ma szans na tytuł gniota roku, jest przeciętna i nie porywa, ale ma również swoje momenty. A dokładniej swoje postacie – zakręcona na punkcie astrologii, mocy kryształów i innych specyficznych rzeczy Lindsay to bardzo fajnie dopracowana bohaterka, aż żal, że to nie o niej jest ta powieść. Podobnie ciepłe odczucia mam do Osoby zwanej Chris. Podobał mi się jest hipsterski klimat małych księgarni i bezkompromisyjny girl power, który uosabia tu postać Ellen.

Książka porusza też ważne tematymolestowanie seksualne, uzależnienie od social mediów, hejt w internecie, czy kradzież wartości intelektualnej. Jest konflikt wewnętrzny pomiędzy spełnieniem zawodowym a zasadami moralnymi, jest potępienie płytkiego konsumpcjonizmu, jest w końcu pytanie o etykę w marketingu. Szkoda tylko, że książka nie ma w sobie „tego czegoś”, co nie pozwalałoby odłożyć jej na bok.

„Umysł i serce są takie kruche. Na jakiś czas straciłam oba. Tylko wyjątkowi ludzie i wyjątkowe książki – które przypominają ci, że owszem, jakiś czas temu umarłeś, ale wciąż możesz powrócić do życia – pomagają ci je odzyskać”.

Niby jest Vegas, balowanie za firmowy hajs, amory z przystojnym pisarzem i wielki internetowy skandal, ale głównie wieje nudą. Gdyby wyrzucić wszystkie górnolotne cytaty i przemyślenia rodem od Paolo Coelho i połowę akapitów pełnych bełkotu, który niczego nie wnosi, książka straciłaby 1/3 objętości, za to zdecydowanie zyskałaby na atrakcyjności.

„Chyba uważał, że nie potrafiłabym go zrozumieć. Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie to samo”.

Być może moje negatywne emocje wynikają ze zbyt wygórowanych oczekiwań – spodziewałam się, że dostanę więcej humoru, więcej romansu i więcej wyzwań. Bo tak naprawdę Pannie Pendergast wszystko przychodzi bez trudu (czy jest coś bardziej wkurzającego?) a jej niepowodzenia wynikają z faktu, że… no cóż, faceci bywają świniami.

„Rodzimy się na tym świecie z wielkim, nienazwanym brakiem. I prześladowana przez tą pustkę, przez ten zionący brak, kilka godzin później w końcu zasnęłam”.

Mam nadzieję, że kolejna książka autorki będzie lepsza pod względem stylu i prowadzenia akcji. Trzymam kciuki, bo książkoholizm łączy!

Sally Franson, Jak upolować pisarza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dizęki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Bajki Majki: „Feluś i Gucio idą do przedszkola” Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett

Adaptacja w przedszkolu to kolejny wielki krok i w życiu maluszka. Całkowita zmiana otoczenia z bezpiecznych domowych kątów na wypełnione przygodami i rówieśnikami miejsce. Miejsce, gdzie rodzic, który dotychczas był na zawołanie, nie będzie już towarzyszył małemu odkrywcy na każdym kroku, a panią przedszkolanką trzeba się dzielić z innymi dziećmi.

Już po wakacjach Majkę czeka upgrade na przedszkolaka i powoli zaczynamy się nastawiać na to wielkie wydarzenie. Wspólnie odwiedzałyśmy przedszkola zanim wybrałyśmy to jedno jedyne, dużo o tym rozmawiamy i powoli zaczynamy zbierać „literaturę przedmiotu”. Książeczka o Felusiu, która całkiem niedawno wyszła nakładem Naszej Księgarni, jest jedną z fajniejszych pozycji odsłaniającej przed maluszkiem tajemnice przedszkolnego życia.

Takie zmiany są stresujące nie tylko dla dziecka, ale i dla rodzica. I to właśnie do zatroskanych mam skierowane są dwie pierwsze strony, gdzie na spokojnie wytłumaczono jak wielkim przeżyciem mogą okazać się pierwsze dni w przedszkolu. Znalazło się również miejsce na proste porady jak wspierać swojego świeżo upieczonego przedszkolaka. Całą resztę natomiast można już czytać wspólnie.

Ta duża, całokartonowa książka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprzyja także samodzielnemu oglądaniu. Szczególnie, że zdecydowaną większość stron zajmują delikatne, pastelowe ilustracje i to właśnie obraz jest głównym sposobem przekazu informacji. Krótkie partie tekstu do przeczytania wspólnie z rodzicem dodatkowo tłumaczą całą sytuację i przybliżają uczucia bohatera.

Każda podwójna strona, opatrzona stosownym nagłówkiem, przedstawia jeden element przedszkolnej rutyny. Układają się one – krok po kroku – w standardowy dzień świeżo upieczonego przedszkolaka. Od porannych przygotowań do wyjścia z domu, przez zmianę butów w szatni, pożegnanie z rodzicem, zabawę z kolegami, posiłki, higienę, spacery, drzemkę i przeróżne wyjątkowe wydarzenia aż po powrót do domu. Największy strach wzbudza to, co nieznane, warto zatem na spokojnie omówić wszystko, co może się wydarzyć. Ta lektura może okazać się świetnym wstępem do rozmowy o własnych przeżyciach z emocjonujących dni w przedszkolu.

Wszystko przedstawione zostało z perspektywy Felusia – sympatycznego smyka, dla którego przedszkole również jest jeszcze nowością. Wraz z nim poznajemy reguły panujące w nowym miejscu, a także ogromne możliwości poznawania świata, zarówno na co dzień, jak i w wyjątkowe dni, takie jak Mikołajki, wycieczka czy Dzień Babci. Razem z Felusiem przezywamy często przytłaczające emocje – smutek towarzyszący rozstaniu z mamą, kłopot z rozpięciem spodenek w toalecie, pierwsze kroki w nauce cierpliwości i codzienne małe dramaty – upadki, strach, pierwsze kłótnie z kolegami, czy tęsknotę za rodzicem. Wiadomo, że razem jest raźniej, a Feluś jest uroczym przewodnikiem i dobrym przykładem do naśladowania. Bardzo mi się podoba, że małemu bohaterowi na każdym kroku towarzyszy przyjaciel – pluszowy miś Gucio, z którego autorki uczyniły pełnoprawnego współbohatera swojej opowieści. Mam nadzieję, że i Maja będzie mogła, chociaż na początku, zabierać ze sobą któregoś z pluszaków. Oby tylko nie zechciała zabrać kota, którego traktuje jak jedną ze swoich najukochańszych maskotek…

Bardzo ładnie zilustrowana, czytelna i sumiennie omawiająca niemalże wszystkie aspekty nowego, przedszkolnego świata. Na razie podczas czytania dostosowuję tekst do naszych potrzeb (na przykład nie czytam, że Feluś podczas pożegnania bardzo płakał, by nie nastawiać córki negatywnie. Nie czytam też o zakończeniu picia z butelki, bo jedyna butelka, jaką zna moje dziecko, to ta ze słomką.). Wspaniale, że udało się uzyskać zachęcający i atrakcyjny wydźwięk i jednocześnie nie przedstawiać przedszkola w samych superlatywach. Problemy i smutki nie są ignorowane, a przedstawiono je jako sytuacje, z których można znaleźć wyjście i uzyskać pocieszenie. To wielka zaleta tej pozycji.

Piękna, mądra i wytrzymała. Mam nadzieję, że okaże się skuteczną pomocą w rozpoczęciu naszej przedszkolnej przygody.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett, Feluś i Gucio idą do przedszkola, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara

Do drugiej wydanej w Polsce książki Yanagihary nie trzeba było nie namawiać ani przez chwilę, a mimo to całkiem długo przeleżała na jednym z wielu „stosików wstydu” zanim wreszcie się za nią zabrałam. Sięgnąć po taką książkę wcale nie jest łatwo, bo choć wciąga niesamowicie, to zostawia czytelnika w rozsypce. Czasami wydaje mi się, że jeszcze nie do końca pozbierałam się po wrażeniu, jakie zrobiło na mnie „Małe życie”.

Yanagihara zabiera czytelnika na przygodę życia, na tajemniczą wyspę skąpaną w baśniowym blasku wierzeń tubylców. Wraz z głównym bohaterem – Nortonem Periną, początkującym lekarzem o wielkich aspiracjach – przyłączamy się do niewielkiej ekspedycji wyruszającej na poszukiwanie nieodkrytej jeszcze społeczności. Przy zeszłorocznej lekturze „Euforii” odkryłam swoją wielką słabość do powieści z wątkiem antropologicznym, która okazała się czymś trwalszym niż jednorazowa fascynacja. Po raz kolejny czuję się oczarowana egzotyczną roślinnością, nieznośnym klimatem i tajemniczą prostotą życia zaginionego mikronezyjskiego plemienia. „Ludzie na drzewach” pozwalają wejść na chwilę do całkiem nowego, niezwykłego świata – ze specyficzną fauną i florą oraz wyobcowaną ludnością kryjącą fascynującą tajemnicę. Odurzającego mnogością zapachów, kolorów i dźwięków. Do świata dzikiego i niedostępnego, choć nie wrogiego. Do świata nieskażonego obecnością zachodniej cywilizacji.

Ale autorka nie byłaby sobą, gdyby nie sprowadziła odbiorcy brutalnie na ziemię.

Bardziej niż względne moralnie zachowania i rytuały plemienne mieszkańców maleńkiej wioski, zadziwia postawa naszego bohatera – jego brak skrupułów, brak chęci niesienia pomocy i obojętność wobec cudzej krzywdy tak łatwo wytłumaczalnej różnicami kulturowymi. Okazuje się, że „dziki” może wykazywać znacznie więcej ludzkich odruchów i poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka, niż wykształcony Amerykanin. Niż lekarz – a to przecież jeden z zawodów cieszących się najwyższym publicznym zaufaniem, nie mówiąc już o autorytecie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się pojedynczy człowiek dla sławy i poklasku? Kogo i co jest w stanie poświęcić by dowieźć swojej wartości? A cała ludzkość? Kogo jest gotowa zmiażdżyć w pogoni za samolubnym marzeniem o długowieczności?

Sposób, w jaki autorka uczyniła swojego bohatera jednocześnie ludzkim, i potwornym budzi na plecach zimny dreszcz. Szczególnie, że oddając mu narrację, tworzy coś w stylu rozbudowanej mowy obronnej, w którą naprawdę chce się uwierzyć. Szczególnie, że sam oskarżony do samego końca czuje się niewinny i bezprawnie odrzucony przez społeczeństwo. Autentycznie współczułam Nortonowi jego problemów rodzicielskich, zmęczenia i wypalenia (42 dzieci! kto nie byłby wypalony?). Wybaczyłam nieopatrzne skazanie ludu, który sama zdążyłam pokochać, na zagładę. Więcej, nawet cieszyłam się z eskapistycznego happy endu. Aż do ostatniego podrozdziału. I teraz czuję wstręt nie tylko do Nortona, ale i do samej siebie.

Długo zastanawiałam się nad tym o czym przede wszystkim jest ta powieść. I już wiem – o samouwielbieniu. W mniejszym stopniu również o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, fascynacji drugim człowiekiem i poczuciu niespełnienia. O samolubnym konsumpcjonizmie i zadufaniu zachodniej cywilizacji. O bezwzględnym unicestwieniu. O wychowywaniu dzieci, o zaślepieniu i o miłości – przede wszystkim tej straszliwie wypaczonej.

Choć brakuje jej wielowątkowości „Małego życia”, jest równie przejmująca, chyba dlatego, że tak bezwzględnie daje i odbiera. I wciąż na nowo zmusza czytelnika do zadawania sobie pytań o granice człowieczeństwa – co wolno człowiekowi? odkrywcy? rodzicowi? Czy są sytuacje, w których można wszystko w imię wyższego celu? Czy odejście od etyki i moralności może mieć jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Yanagihara po raz kolejny pozwoliła człowiekowi osiągnąć nieosiągalne, odnaleźć złoty graal, dosięgnąć boskości – tym razem jest to nieśmiertelność. Nieśmiertelność, która podobnie jak amerykański sen „Małego życia” okazuje się być czymś bezwartościowym, przynoszącym jedynie zgubę.

Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2017, 450 s.

To pierwsza książka, którą przeczytałam w ramach tegorocznej Olimpiady Czytelniczej ( i jednocześnie pierwsza, jaką przeczytałam podejmując jakiekolwiek ksiażkowe wyzwanie :D). Ciekawe, czy tego rodzaju motywacja będzie miała wpływ na moje czytelnicze zwyczaje.

Jest to również moja odpowiedź do pierwszej kategorii w Book Challenge „Czytelnicze podróże w nieznane” z Uwaga Czytam – książkowy debiut. Chociaż „Ludzie na drzewach” to druga ksiażka autorki wydana w Polsce, to jednak wciąż pozostaje pierwszą napisaną przez nią powieścią. Swoją drogą widząc debiut na takim poziomie, aż dziw bierze, że ludzie w ogóle sięgają po pióro…

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Consolation” Corinne Michaels

Dawno już nie czytałam porządnego romansidła, czas to nadrobić – z takim nastawieniem sięgnęłam po premierową powieść wydawnictwa Szósty Zmysł – szczególnie, że w „babskiej literaturze” mam prawie tak samo wielkie zaległości, co w książkach młodzieżowych.
I przy okazji to pierwsza pozycja od dawna, którą przeczytałam w wersji elektronicznej nie mogąc się doczekać przesyłki.

Autorka już na wstępie przypomniała mi, dlaczego staram się unikać czytania tzw. „wyciskaczy łez” – jestem po prostu straszną beksą. Już na 8 stronie ryczałam na całego…
W życiu prywatnym jestem tego rodzaju jędzą, która robi mężowi wyrzuty, kiedy ten wraca z pracy z godzinnym opóźnieniem. Nigdy nie nadawałam się na żonę marynarza, czy żołnierza, nie mówiąc już o komandosie marynarki wojennej, sama ta koncepcja budzi we mnie wewnętrzny protest – nie potrafię więc nie podziwiać głównej bohaterki.

„Wiem, że tak należy postąpić, że trzeba się z tym uporać i wszystko załatwić. Ruszyć naprzód. Jednak to wszystko sprawi, że moja nowa rzeczywistość stanie się prawdziwa i ostateczna. Tyle że śmierć jest czymś ostatecznym, więc dlaczego próbuję z tym walczyć?”

Dwudziestosiedmioletnią Natalie poznajemy w momencie, w którym zostaje wdową. Będąc w siódmym miesiącu ciąży. Ten cios jest końcem jej życia i początkiem wyprutej z emocji egzystencji, jedynie myśl o córce nakłania ją do codziennego podnoszenia się z łóżka. Rodzina i przyjaciele próbujący wyciągnąć ją z marazmu ponoszą klęskę z klęską. Skuteczne okazuje się dopiero niedelikatne zaangażowanie Liama – przyjaciela tragicznie zmarłego męża, który przyrzekł się nią opiekować. Uparty komandos nie daje się spławić i wreszcie pomaga uporać się z żałobą i na nowo otworzyć na świat. To dzięki niemu, po pół roku od tragedii, Lee zaczyna się znowu śmiać i pozwala sobie na chwile słabości. Jednak czas mija, a Lee i Liam zbliżają się do siebie coraz bardziej. Okazuje się również, że gloryfikowany po śmierci mąż bohaterki miał swoje brudne sekrety, a idealizowany we wspomnieniach związek pełen był gorszych momentów.

O dziwo, poczułam nić sympatii do głównej bohaterki (a to u mnie spore osiągnięcie, bo zazwyczaj odrzucam kobiecych bohaterów), która pod zbawiennym wpływem przyjaciela okazuje się być silna, dowcipna i sympatycznie złośliwa.

„Łatwo zatracić się w bólu i smutku. Z jakiegoś powodu łatwiej jest być nieszczęśliwym, ale ja nie chcę wieść życia pełnego cierpienia. Mam piękną córkę, fantastyczną grupę wsparcia i Liama.”

Podobała mi się również wojskowa otoczka opowieści – braterskie więzi pomiędzy walczącymi ramię w ramię żołnierzami, gotowość poświęcenia za kraj i chęć oddania życia za kolegów z oddziału. I choć trudno mi zrozumieć tak zaawansowany patriotyzm, jest on godny podziwu. Jednak jeszcze bardziej poruszające jest przyjrzenia się temu problemowi z drugiej strony – spojrzenie na wojnę oczami żony żołnierza, czekającej na jego powrót, tęskniącej, radzącej sobie z długimi nieobecnościami, każdego dnia żyjącej w strachu przed utratą ukochanego.

„Przyjemnie musi być, gdy jest się tą osobą, która nie musi siedzieć bezczynnie i zamartwiać się na śmierć. Oni po prostu robią co muszą. Walczą i żyją na adrenalinie, a ich rodziny siedzą i zastanawiają się. Nie wiemy czy mają się dobrze. Po prostu musimy przez to przejść.”

„Consolation” to poruszająca historia o strachu, bólu i samotności. O heroicznej walce z własnymi emocjami i układaniu sobie życia na nowo po stracie ukochanej osoby. O konieczności niesienia jednocześnie dwóch ciężarów – macierzyństwa i żałoby. O radzeniu sobie z dylematem moralnym wejścia w nowy związek, który po śmierci męża wciąż jawi się jako zdrada.

Fantastycznie, że mimo tak poważnej tematyki, książka potrafi zaskoczyć pozytywnym humorem. Choć zdarzają się patetyczne fragmenty i egzaltowane rozmyślania bohaterów, nie dominują jednak nad całością.

„- O mój Boże – szepczę, próbując się uspokoić. – Dlaczego ona ma na sobie dwie pieluchy? Czy to lina?!
Liam układa Aarę w ramionach tak, że trzyma ją jak piłkę.
– Kto wymyślił te kretyńskie pieluchy? Rzepy ciągle się odrywają. Kto, u diabła, jest w stanie określić, którą stroną je zakładać? Więc ją zawiązałem.
– Liną?
– Miałem kawałek w torbie – szepcze, całując ją w czubek głowy. – To działa.”

Choć nie przepadam za narracją prowadzoną w pierwszej osobie, tutaj szybko do niej przywykłam. Co jakiś czas jednak pojawiały się pewne logiczne nieścisłości, które mocno rzucały mi się w oczy, jako młodej mamie – mianowicie całkowity brak strachu przed obudzeniem dziecka. Ja wiem, że Amerykanie mają ogromne domy i na pewno nie muszą chodzić na paluszkach, ale matka, która bez stresu używa wiertarki podczas drzemki niemowlęcia jawi mi się niczym przybysz z kosmosu. O dziwo wiertarka bobasa nie budzi, podobnie jak wrzaski Natalie na jej nowego adoratora, napady szału, rzucanie i tłuczenie rzeczy ani odgłosy entuzjastycznego współżycia. Małą Arabelle budzi za to śmiech flirtujących kochanków. Z trzeciej strony to jednak dziecko, a dzieci potrafią robić dziwne rzeczy.

Jeśli chodzi o opisy scen erotycznych, zaskoczyła mnie ich nierówność – początkowo autorka bardzo fajnie budowała napięcie między bohaterami, ale kiedy już doszło co do czego niektóre określenia wzbudzały we mnie bardziej śmiech, niż ekscytację – do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby pewne fragmenty pisał ktoś inny. Prawdopodobnie jednak wina leży po stronie tłumaczenia i mam nadzieję, że te rażące synonimy zostaną wyłapane podczas ostatecznej korekty.

„– Jak cudownie – pojękuję, gdy masuje kciukiem moją perełkę.”

– jakoś „perełka” nie pozwala mi zachować powagi…

Ponadto odniosłam wrażenie, że wygląd zewnętrzny bohaterów jest trochę zbyt idealny – ona jest długowłosą blondynką, która pół roku po porodzie bez stresu zakłada bikini, on jest chodzącym bogiem seksu.

„Mężczyzna zbyt piękny, aby go opisać słowami.”

I z jakiegoś powodu stale nosi czapkę – nawet w domu, czy szpitalu.

Szkoda też, że nie pokuszono się o polską wersję tytułu. Wiem, że niektóre określenia lepiej zostawić takimi, jakie są, żeby nie skończyć z „Wirującym seksem”, ale jednak Polacy nie gęsi i wolałabym chyba zobaczyć tą pozycję na półce pod polskim tytułem – ot, taka fanaberia.

Tak naprawdę jest to typowa, choć piękna, przewidywalna historia przechodzenia od przyjaciół do kochanków. Mniej więcej od 12 strony wiedziałam w jakim kierunku potoczy się fabuła. A jednak – choć do pewnego momentu podejrzewałam jak to wszystko się skończy, to Pani Michaels sprytnie uśpiła moją czujność, dzięki czemu zakończenie wbiło mnie w kanapę. Ostatnie zdania tej książki to taki moment, w którym w odbiorcy budzą się naprawdę mordercze instynkty. I teraz tylko pragnę więcej i więcej. Urywanie historii w takim momencie powinno być zakazane i podlegać każe za znęcanie się nad czytelnikami!

Co chyba najwazniejsze, jest to ksiażka, którą świetnie się czyta – idealna na dwa jesienne wieczory pod ciepłym kocem. Polecam niepoprawnym romantyczkom i pragmatyczkom lubiącym odpocząć przy wciągającym romansie.

Corinne Michaels, Consolation, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 302 s. (premiera 11.10.2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Fak maj lajf” Marcin Kącki

To moje pierwsze spotkanie z Marcinem Kąckim, zarówno jeśli chodzi o książki, jak i gazety (z którymi jakoś nigdy nie było mi po drodze), dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej pozycji o wiele obiecującym tytule.

_20170404_194116

Otwarta kompozycja powieści pozwala uczestniczyć czytelnikowi tylko w niewielkim (choć burzliwym) wycinku życia bohaterów. Autor wrzuca nas na krótką chwilę do świata celebrytów – zarówno tych związanych z polityką czy filmem, jak i osób ledwie pretendujących do tego miana – czyli prosto na okładki kolorowych magazynów. Poznajemy telewizyjne gwiazdki, które zrobiłyby wszystko, by nie schodzić z przed obiektywów paparazzi i polityków, który oddaliby sporo, żeby owych paparazzi uniknąć. Naciągaczki i krętaczy marzących o sztucznych piersiach i lepszym życiu. Paparazzi gotowych sprzedać wszystko i każdemu kto tylko da wyższą cenę, którzy bez najmniejszych skrupułów, kilkoma zdjęciami niszczą innym życie i dziennikarzy, którzy jeszcze odrobinę wierzą w etykę i prawdę.  Kontakty, układy, pogoń za medialną sensacją (nie ważne, czy prawdziwą, czy kompletnie zmyśloną) i niesamowity wpływ, jaki wywierają media – nie bez powodu nazywane „czwartą władzą”.

Okrutna gra losu i ludzi na wysokich stanowiskach. A z drugiej strony prosty, niewyedukowany odbiorca, który z przyjemnością o takiej medialnej sensacji poczyta (a jeszcze chętniej posłucha, bo w końcu kultura czytanie odchodzi już do lamusa). Siła mediów i internetu, portali społecznościowych, mocnego hasła i umiejętnej manipulacji – siła słowa. Karykaturalnie przerysowana, a jednak coś w tym jest. A przynajmniej brzmi jakoś znajomo.

Wieloosobowa narracja ukazuje zepsuty świat sławy z kilku perspektyw – telewizyjnej gwiazdy i oszusta, dziewczyny ze wsi i młodego reportera, polityka i paparazzi – ponury świat, w którym nastąpiło kompletne przewartościowanie podstawowych wartości, a każdy myśli tylko o tym, żeby jak najwięcej zagarnąć dla siebie (sławy, pieniędzy, władzy), nie przejmując się za bardzo skutkami jakie odczują inni.

Zgorzkniała satyra, w której próżno szukać małych bohaterów wygrywających z systemem, czy szczęśliwego zakończenia, obnażająca absurdy manipulacji społeczeństwem. I trudno uniknąć porównania z Syzyfem pchającym kamień pod stromy szczyt tylko po to, by ten z łoskotem stoczył się w dół. I choć bohaterowie są świadomi bezsensu swojej pracy, choć wieczorem ogarnia ich nostalgia, od rana na nowo zaczynają pchać swój kamień.

Książka nie rzuciła mnie na kolana i chyba nie zaszokowała tak bardzo jak miała, to jednak czytało się dobrze i dała co nieco do myślenia. Chociaż daleko mi do utożsamiania się z którymkolwiek z bohaterów, a Ci raczej niesamowicie mnie irytowali (już ja bym ich wychowała!), to jednak mimo braku sympatii trochę mi ich żal. Chyba każdego z nich. Pewnie gdybym oglądała telewizję i czytała plotkarską prasę, to po tej książce zaprzestałabym tych czynności i może taki był jej cel. Tylko czy fani długaśnych seriali, obecnych wydań „Wiadomości” i artykułów o ludziach, którzy „Nie śpią, bo trzymają sufit” sięgają po książki? Nawet pod tak chwytliwym tytułem?

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanowa.

Marcin Kącki, Fak maj lajf, Kraków: Znak Literanowa, 2017, 368 s.