Czas na czytanie: „Zakon Drzewa Pomarańczy”, Samantha Shannon

Wschód i Zachód świata „Zakonu Drzewa Pomarańczy” dzieli nie tylko bezmiar Bezkresnego Morza (a szczególnie uroczej jego części zwanej pieszczotliwie Czeluścią) ale przede wszystkim… podejście do smoków i wyrastające z tego podejścia systemy wiary.

W krajach Zachodu religia wywodzi się (w zależności od kraju) od prastarych pogromców najstraszliwszego ze smoków – Bezimiennego. W Królestwie Inys panujący ród Berethnet wywodzi się od półlegendarnego świętego, którego uważa się za uwięzienie bestii, a jego krew, przenoszoną z matki na córkę, za gwarancję bezpieczeństwa świata. W Dominium Lasyańskim mieści się tajemny Zakon wojowniczek bez strachu stawiających czoła pozostałym na świecie smokom i wyrmom, choć źródło swej siły upatruje on w zupełnie odmiennym rozumieniu historii pokonania Bezimiennego.

Wschód natomiast charakteryzuje zgoła inne podejście – tam smoki traktowane są jak bogowie, biorą udział w rządach Imperium Dwunastu Jezior, a na Seiiki, wraz z najbardziej elitarnym gronem wojowników tworzą niepokonany oddział Jeźdźców.

Czy nacje tak różniące się już w samych fundamentach systemów wartości będą w stanie odnaleźć płaszczyznę porozumienia i stworzyć wspólny front, gdy ich największy wróg powróci, by podporządkować sobie cały świat z wszystkimi jego mieszkańcami?

To historia poświęcona przede wszystkim silnym kobietomwładczyni imperium, na której ciąży obowiązek spłodzenia dziedziczki i utrzymania rządów w czasach kryzysu, czarodziejki wysłanej z tajną misją na obcy dwór i ambitnej wojowniczki walczącej o godność smoczego jeźdźcy, która pewnego dnia pojawiła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Autorka oddaje jednak również głos niemniej intrygującym mężczyznom – lojalnemu przyjacielowi królowej, czy wygnanemu naukowcowi, dzięki czemu jest to opowieść wielu głosów i różnych perspektyw.

Opowieść o sile przyjaźni, niespodziewanej miłości, ciężarze obowiązku, strachu przed macierzyństwem i dojrzewaniu do podejmowania własnych decyzji i formułowania własnych poglądów. O względnych podstawach religii, historii pisanej przez zwycięzców, różnych wersjach tego samego mitu i uprzedzeniach wyrastających na strachu i braku zrozumienia. To wreszcie trzymająca w napięciu przygoda, fascynujący pomysł na genezę magii i zachwianą równowagę kosmosu oraz kawał świetnie wykreowanego świata kipiącego od pałacowych i dyplomatycznych intryg. No i są piraci!

W moim odczuciu, jak na rolę, którą nadano smokom w tej powieści, brakowało mi nieco ich głosu i czynnego udziału w powieści, zostały w zamian sprowadzone do roli bożków, wierzchowców i przedmiotu sporu, w którym same nie zabierają głosu. Troszkę szkoda, ale to wciąż przygoda warta polecenia!

Samantha Shannon, Zakon Drzewa Pomarańczy, część 1, Kraków: Wydawnictwo SQN, 560 s.

Samantha Shannon, Zakon Drzewa Pomarańczy, część 2, Kraków: Wydawnictwo SQN, 560 s.

Czas na czytanie: „Nie poddawaj się” Rainbow Rowell

Simon i Baz – bohaterowie fanfika, w pisaniu którego Cath, główna bohaterka „Fangirl”, znajduje ucieczkę od rzeczywistości doczekali się własnej powieści. I to pod tym samym tytułem, co dzieło Magicath (co niestety w polskim tłumaczeniu nie jest wcale takie oczywiste, gdyż tłumaczka Fangirl przełożyła tytułową frazę „carry on” jako „rób swoje”, natomiast tłumaczka drugiej książki Rainbow Rowell wybrała „nie poddawaj się”), mamy więc szansę osobiście przeczytać jej osławionego fanfika od deski do deski. I dowiedzieć się przy okazji, czy Cath jednak uśmierci Basiliona, jak się odgrażała, czy da chłopakom szczęśliwe zakończenie.

Jak autorka sama wspomina w posłowiu, jako fanka magicznych opowieści o superbohaterach i superłotrach, chciała sama zmierzyć się z tym tematem. I w istocie Simon jest wypadkową wszelakich Wybrańców Mocy – od Harry’ego Pottera, po Anakina Skywalkera. Już w Fangirl czytanie o przygodach toczących się w szkole magii Watford wzbudzało we mnie ambiwalentne odczucia. Wszystko wydawało mi się tak znajome, że momentami brałam świat Simona za parodię – wraz z jego mentorem, podstępnym i okrutnym antagonistą, zadufanym w sobie szkolnym nemezis z bogatego rodu, błyskotliwą przyjaciółką i oczekiwaniami składanymi na jego barki. Im bardziej jednak wsiąkałam w lekturę, tym więcej widziałam różnic i magiczne uniwersum Rowell zyskiwało w moich oczach.

Prawdę mówiąc po „Fangirl”, która bardzo mi się podobała, miałam bardzo wysokie oczekiwania względem kolejnej książki autorki. Oczekiwania, którym „Nie poddawaj się” niestety nie sprostało, bo chociaż ma swoje plusy, to jednak brakuje jej wyjątkowości – chociaż magiczna, to jednak całkiem zwyczajna.

Absolutnie uwielbiam tamtejsze podejście do magii i kształtowanie jej za pomocą słów – im bardziej znanych i oklepanych, tym lepiej. Rewelacyjna (i jednocześnie przerażająca) jest również postać superłotra tkającego intrygę latami i jego zaskakująco nieskomplikowane motywy.

Poza tym jest poprawnie – znajdziemy tu wszystko, czego można oczekiwać po magicznej młodzieżówce – poszukiwanie swojego miejsca, walka dobra ze złem, spór elitaryzmu z egalitaryzmem, walkę o magię i wpływy, stare szlacheckie rody i tajemnicze wampiry, siłę prawdziwej przyjaźni, pogoń za marzeniami, pierwsze zauroczenia, ciężar życia w świetle reflektorów, walkę z przeznaczeniem, stawianie czoła swojej mrocznej stronie i próbę sprostania oczekiwaniom dorosłych. Trochę infantylna, ale w stopniu, który jestem w stanie tolerować.

Jest magicznie, jest tendencyjnie, bywa smutno i bywa słodko. Jak i w każdej pełnoprawnej czarodziejskiej przygodzie.

Rainbow Rowell, Nie poddawaj się. Wzlot i upadek Simona Snowa, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2016, 512 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Łańcuch z żelaza” Cassandra Clare

Im dalej w las, tym książki z cyklu o Nocnych Łowcach są coraz bardziej tłuściutkie i konkretne. I trudno przy tym nie czuć zdumienia, gdy te 700 stronicowe części bardzo rozbudowanej sagi rodzinnej wciąż czyta się bez znudzenia. Nawet mimo faktu, że trylogia „Ostatnie godziny”, czyli kontynuacja „Diabelskich Maszyn” poświęcona dzieciom Willa i Tessy nie jest wcale moją ulubioną odnogą tego uniwersum.

Wydaje się, że życie Cordelii Carstairs nareszcie trafiło na właściwe tory, a marzenia jednak się spełniają. Zaręczyny z Jamesem, nawet jeśli z praktycznych pobudek i w atmosferze skandalu, gwarantują jej rodzinie powrót do łask w hermetycznym świecie Nocnych Łowców. Podobnie jak triumf nad księciem demonów. Nasza bohaterka pomogła więc rodzinie, wychodzi za chłopca, w którym od lat jest zakochana i dzierży legendarny miecz jako nastoletnia, ale już zaprawiona w najcięższych bojach bohaterka. Czy coś może pójść nie tak?

Tymczasem w Londynie zaczyna grasować nieuchwytny seryjny morderca polujący na Nocnych Łowców poruszających się samotnie tuż przed świtem. W dodatku kradnący swoim ofiarom coś, czego podobno ukraść nie sposób. A w tym samym czasie James Herondale – Nocny Łowca o demonicznych korzeniach zaczyna mieć bardzo niepokojące sny, które niejednokrotnie kończą się poza łóżkiem. Belial najwyraźniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa…

Choć kończąc poprzedni tom – „Łańcuch ze złota” – nastawiłam się na spory udział Magnusa, jednej z moich ulubionych postaci, ustąpił on miejsca Malcolmowi. Otrzymamy tu więc brakującą kartę tragicznej historii miłości, która zostanie później rozwinięta w trylogii „Mroczne Intrygi” poświęconej Blackthornom („Pani Noc”, „Władca Cieni”, „Królowa Mroku i Powietrza”).

I chociaż autorka trochę gubi się nie tylko w faktach historycznych, traktując epokę przełomu wieków trochę jak dekorację teatralną, ale i we własnym świecie (dałabym na przykład głowę, że w chronologicznie późniejszych książkach nikt nie ma pojęcia jaki demon był ojcem Tessy, a tutaj dla wszystkich jest to zupełnie oczywiste), a korekta wciąż pozostawia wiele do życzenia, nie jest to książka, od której wymagam perfekcji. To wciąż przyjemna, wciągająca fantastyka z dużą dawką przygody i jeszcze większą pokomplikowanego romansu (trójkątnego oczywiście, to w końcu specjalność Cassandry Clare, a historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać). Takim tasiemcom potrafię sporo wybaczyć, szczególnie, jeśli sięgając po 19 (!!!) książkę z serii wciąż nie mogę się od niej oderwać.

Jak zawsze sprawdziła się idealnie jako oderwanie od codzienności, taka to już chyba magia Clare.

Cassandra Clare, Łańcuch z żelaza, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2022, 760 s.

Czas na czytanie: „Siostra nocy” Marah Woolf

Uwaga! Recenzja zawiera spoilery poprzednich tomów.

Po „Siostrze gwiazd” i „Siostrze księżyca” przyszedł wreszcie czas na ostatni tom trylogii. I powiem uczciwie, że bez Ezry, którego śmierć tak mnie ucieszyła pod koniec poprzedniej części, czytało się zdecydowanie lepiej, a i Vianne sporo zyskuje na charakterze. Chociaż oczywiście nie oznacza to końca wzdychania do przystojniaków, to w końcu jedna z głównych osi tej serii.

Nieszczególnie przepadam za motywem podróży w czasie, był więc moment, w którym książka nieco mi się dłużyła (choć wciąż nie na tyle, żeby nie przeczytać jej w trzy dni). Bo i umiejętność przenoszenia się w czasie i majstrowania w BARDZO odległych, na wpół mitycznych wydarzeniach pełni w tej części istotne znaczenie, zarówno w rozwoju fabuły tego tomu, jak i dla ostatecznego rozwiązania całej intrygi.

Żałuję trochę, że mitologia arturiańska jest mi zupełnie obca (nie, przez rok i trzy tomy nie nadrobiłam braków na tym polu) i nie jestem wstanie wyłapać bardziej i mniej subtelnych zmian akcentów, jakich dokonuje ta powieść, poza tym, że oddaje głos i znaczenie kobietom. Myślę, że dla kogoś zaznajomionego z tematem to musi być bardzo fajna zabawa i inspiracja mitologią z czarownicami, smokami i demonami w rolach głównych.

Cenię tą serię za to, że choć ma zdecydowanie romansowy charakter, nie brak w niej ani potężnej dawki girl power, ani niesamowitej mocy siostrzeństwa, gdzie trzy kompletnie różne charaktery uzupełniają się wzajemnie tworząc wspólny front ani oczywiście fantastycznej, magicznej przygody z ratowaniem świata przed krwiożerczymi demonami na pierwszym planie. Niesamowite, że wszystkie te akcenty mogą tak harmonijnie współistnieć w serii dla nastolatek.

Mamy tu więc zupełnie nieidealną bohaterkę, która przez trzy tomy nieźle dostaje w kość, popełnia masę złych decyzji i dzięki temu stopniowo (choć irytująco powoli!) dojrzewa nie tylko do odnalezienia swojej drogi w dorosłym życiu, ale i do ratowania świata. Mamy całą plejadę przystojniaków ras wszelakich, pewnych siebie aż do bucowatości, którzy będą zawracać siostrom w głowach. Mamy krwiożerczego króla demonów, magiczny las, wycieczki przez czas i przestrzeń aż do czasów rycerzy okrągłego stołu, kapryśne boginie lubujące się w utrudnianiu życia śmiertelnikom na przestrzeni dziejów, pełen babskich duchów dom i inny świat tuż za rogiem. Mamy wreszcie i romanse, które dodają rumieńców. I zakończenie. Czy cukierkowo szczęśliwe, jakiego chcielibyśmy oczekiwać po baśniowej przygodzie? Przekonajcie się sami!

Marah Woolf, Siostra nocy. O kręgach i krwi, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2022, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Cienie Nocnego Targu” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Kelly Link, Robin Wasserman

„Cienie Nocnego Targu” to kolejny, trzeci już zbiór opowiadań ze świata Nocnych Łowców, tym razem narratorem jest Jem Carstairs. Podobnie jak w przypadku książki pisanej z perspektywy Magnusa, i tym razem rozpiętość czasowa poszczególnych przygód jest całkiem spora – od początku XX wieku, aż po rok 2013. Ostatnie z opowiadań mają miejsce już po wydarzeniach z „Królowej Mroku i Powietrza”, dlatego żeby uniknąć spoilerów najlepiej sięgnąć po nią dopiero po skończeniu z „Mrocznymi Intrygami”.

Bardzo się cieszę, że utrzymano pomysł, który tak podobał mi się w „Opowieściach z Akademii Nocnych Łowców”, czyli poświęcanie historii różnym bohaterom (i tak samo, jak w poprzednim zbiorze, i tu każde z opowiadań rozpoczyna się ilustracją). Znajdzie się więc kilka opowieści z czasów dzieci Willa i Tessy oraz historia samej Tessy, która po śmierci męża była, wraz z Catariną, sanitariuszką podczas II wojny światowej, ale pojawią się również opowiadania poświęcone Alecowi i Magnusowi (wśród nich oczywiście moje ulubione – tym razem dowiemy się jak doszło do adopcji Rafe’a), Tiberiusowi i Kitowi, a nawet Ashowi i jego mrocznemu opiekunowi – Jace’owi z Thule. Natomiast kilka z nich to wyłącznie przygody brata Zachariasza wprowadzające nowych bohaterów, którzy dotychczas byli białymi plamami w historii Herondale’ów. Bo i łącznikiem wszystkich tych historii jest samozwańcza misja Jema dążącego przez dekady do odnalezienia zaginionej linii tej rodziny w hołdzie swojemu zmarłemu parabatai. A poszukiwania toczone były głównie na Nocnych Targach na całym świecie.

Przyjdzie nam wreszcie poznać całą zapętloną historię Herondale’ów od Wiliama aż do Kita, a przy okazji rozwiąże się kilka pobocznych wątków. Chociaż Jem nie jest tak wdzięcznym narratorem jak Simon, wciąż czyta się lekko i przyjemnie, a opowieści okraszone są sporą dawką poczucia humoru, które tak bardzo skradło mi serce.

Moim zdaniem to pozycja obowiązkowa podczas zgłębiania Kronik Nocnych Łowców, chociaż spokojnie można zostawić ją sobie nawet na sam koniec. Przynajmniej tych dotychczas wydanych części tej rozbudowanej sagi.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Kelly Link, Robin Wasserman, Cienie Nocnego Targu, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2019, 636 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Zaginiona Księga Bieli”, Cassandra Clare, Wesley Chu

Wycieczka z ukochanym i przyjaciółmi do egzotycznego Szanghaju bez wizytacji w pobliskim piekle byłaby niewątpliwie wycieczką straconą. Przynajmniej jeśli jest się Nocnym Łowcą.

„- Hej – wypalił Magnus – zawsze chciałem być niespodziewaną komplikacją.
– Kiedyś ciągle byłeś niespodziewaną komplikacją – stwierdziła Clary.
– Kiedyś?
– No wiesz, z czasem nauczyliśmy się, że należy się ciebie spodziewać”.

Kiedy po niezwykle spokojnym roku, w którym Alec i Magnus uczyli stawiali pierwsze kroki w byciu rodzicami małego czarownika (który od czasu do czasu zaczyna lewitować albo zajmuje się ogniem – zupełnie nieświadomie) znajomi z przeszłości włamują się do ich domu, rodzinna sielanka musi ulec pewnym zakłóceniom. Szczególnie, że byli przyjaciele kradną pełną złowrogich czarów Księgę Bieli i zostawiają w piersi Magnusa podejrzaną ranę, która powoli odbiera mu człowieczeństwo i kontrolę nad własną mocą.

Szykuje się kolejna wyprawa ratunkowa – jest w końcu taka drużyna Nefilim, która nie zawaha się ani chwili, gdy trzeba będzie ruszyć do piekła w poszukiwaniu ratunku zarówno dla przyjaciela, jak i dla całego świata. Ponownie. Nawet, jeśli znalezienie opiekunki do magicznego dziecka nie jest tak proste, jakby się to mogło wydawać.

Tym razem czeka jednak na nich zło, z jakim jeszcze nie przyszło im się mierzyć.

W drugim tomie „Najstarszych klątw” znalazłam zaczątek tego, co od dawna mi się marzyło – wycinka rodzinnej codzienności w wykonaniu moich ulubionych bohaterów. Jak dobrze, że rodzicielstwo potrafi przewrócić do góry nogami rzeczywistość nawet tak zakręconą, jak ta przynależna Nocnym Łowcom. I czarownikom. To bardzo pocieszające.

Nie obędzie się również bez epickiej podróży w celu pokonania Wielkiego Zła – najpierw zabytkoznawczej do malowniczego Szanghaju, a następnie przez niezliczaną mnogość chińskich piekieł aż do kolejnego zwycięstwa, nawet jeśli tylko tymczasowego. Będzie tam Piekło Wrzącej Zupy z Ludzkimi Pierożkami. Będą też walki z demonami, ucieczki, gonitwy, tortury, samobójcze skłonności i Malec w swoim najlepszym wydaniu. I jeszcze jeżdżenie na tygrysach i zrzędliwy Ragnor Fell, którego historia wypełni lukę miedzy śmiercią w „Mieście popiołów”, a owianym tajemnicą zmartwychwstaniem w „Mrocznych Intrygach”. Znajdziemy tu też co nieco o początkach powstania Kohorty, skutkach Zimnego Pokoju i pierwszych poważnych pęknięciach zwiastujące rozpad Clave.

Jak zwykle będzie mnóstwo przygody i magii, rozterki egzystencjalne, spora dawka humoru, przyjaźń i miłość ponad wszystko, puchaty epilog i zapowiedź ponurej przyszłości w gratisie.

Chociaż uwielbiam ten pairing, muszę przyznać, że ta seria nie jest tak wciągająca, jak pozostałe. Trzeba traktować ją raczej w charakterze dodatków do głównej osi tkanej przez wszystkie serie historii Nocnych Łowców, niż osobną trylogię, trzymającą w napięciu przez wszystkie tomy. Bez wątpienia spory wpływ mają na to przeskoki w czasie i „utykanie” wydarzeń „Najstarszych Klątw” pomiędzy fabuły innych serii.

Ma jednak dwa bardzo istotne plusy. Pierwszym i najważniejszym z nich jest wspomniana już wcześniej reprezentacja szczęśliwej rodziny założonej przez dwóch mężczyzn w serii dla młodzieży. Homoseksualizm coraz częściej pojawia się również w literaturze młodzieżowej, w przeciągu ostatnich 10 lat, zrobiliśmy wielki postęp w tej kwestii. Co więcej coraz częściej drama związana z odkrywaniem własnej seksualności nie jest główną tematyką główną tematyką książki i jedynym problemem bohaterów (patrz. np. „Hurt comfort”), jednak adopcja dziecka i życie rodzinne to duży krok. Bardzo ważny krok. Poza tym Alec i Magnus nareszcie mają taką samą szansę na sceny zbliżeń w poświęconych im książkach jak Emma z Julianem, czy Jace z Clary.

Drugim jest absolutnie fenomenalna postać Samaela. To jedna z najlepszych kreacji Clare, a w serii tak pełnej wybitnych osobowości, to naprawdę dużo znaczy. Ale serio, koleś wymiata. I zapowiada się, że w ostatnim tomie będzie go jeszcze więcej, na co liczę bardzo i czekam z utęsknieniem.

Cassandra Clare, Wesley Chu, Najstarsze klątwy T.2. Zaginiona Księga Bieli, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 472 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Czerwone Zwoje Magii” Cassandra Clare, Wesley Chu

Pierwszy tom serii „Najstarsze klątwy” nie jest chronologiczną kontynuacją Kronik Nocnych Łowców, a side story poświęconą Alecowi i Magnusowi – przygodą z samego początku ich związku, cementującą relację bohaterów.

Pamiętacie podróż po Europie, w którą bohaterowie wybrali się w połowie cyklu Darów Anioła, na początku „Miasta Niebiańskiego Ognia”? I z której swoją drogą musieli wcześniej wrócić na żądanie wampirzycy Camille?

W „Czerwonych Zwojach Magii” dowiemy się co dokładnie działo się podczas ich romantycznej wycieczki. Jak można się domyślać, Nocni Łowcy zawsze są na służbie, a beztroscy kocioocy czarownicy przyciągają kłopoty jak magnes. Ale czy można sobie wyobrazić bardziej zbliżające wakacje niż uciekanie przed demonami i tropienie mrocznych kultystów – naprzemiennie – po miastach słynących miłości?

Magnus zostaje oskarżony o założenie kultu jednego z książąt piekieł. Kultu, który pod nowym przywództwem zdecydowanie zaostrzył działalność siejąc śmierć i zniszczenie w imię przyzwania na świat Wielkiego Zła. Co gorsza czarownik ma we wspomnieniach wielką dziurę i wszystkie przesłanki wskazują na to, że faktycznie mógł kilkaset lat temu zainicjować powstanie takie zgromadzenia. Dla żartu. A teraz przyszło mu mierzyć się z konsekwencjami. Nie będąc świadomym swoich dawnych uczynków i motywacji, w samym środku wielkiej randki. Randki, która mogłaby być obiecującym początkiem tak wymarzonego, jak kontrowersyjnego związku, na który krzywo patrzą zarówno Nocni Łowcy, jak i Podziemni. A historia już nie raz pokazała, że Nefilim potrafią być równie bezwzględni dla Podziemnych, jak i dla swojego własnego gatunku. Czy związek z czarownikiem o niepewnej przeszłości może ściągnąć na Aleca kłopoty? To znaczy większe, niż zazwyczaj?

To będzie prawdziwie awanturnicza przygoda – ostrzał z pikującego ku ziemi balonu w Paryżu, walka z demonami na dachu Orient Ekspresu, wystrzałowa impreza w jednej z weneckich willi i szaleńcza jazda sportowym autem po włoskich górach to dopiero początek wrażeń.

W końcu na wakacjach lepiej się nie nudzić.

Chociaż osobiście nie mogę się doczekać już bardziej zaawansowanego, rodzinnego i pewnego etapu związku Aleca i Magnusa, fajnie było poznać dokładniej ich szalone początki. Szczególnie, że to powieść nie tylko o miłości i przygodzie, ale również o przyjaźni, życzliwości i potrzebie zmian, które miały spory wpływ na ukształtowanie poglądów Aleca i przygotowanie go do przyszłej roli Konsula – rewolucjonisty.

Cassandra Clare, Wesley Chu, Najstarsze klątwy T.1. Czerwone Zwoje Magii, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 472 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Tajne przez magiczne” Katarzyna Wierzbicka

Jeśli potrzebujemy zwolnić nieco tempo i szukamy spokojnej, mało stresującej pracy dla podratowania zdrowia psychicznego, posada woźnej w przedszkolu nie jest najlepszym wyborem. Agata Filipiak przekona się o tym bardzo szybko. Jeszcze zanim zacznie widzieć krasnoludki, ale nie na długo przed tragiczną śmiercią.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Tajne przez magiczne” to książka szalenie trudna do sklasyfikowania, uparcie nie daje się wcisnąć na żadną półkę ani w żaden utarty schemat. Trudno też z czymkolwiek ją porównać. Takie książki pieszczotliwie nazywam tu Dziobakami.

Z pewnością jest to fantastyka – w końcu demony w przedszkolu nie są codziennym widokiem (choć z pewnością niejedna przedszkolanka by się ze mną nie zgodziła). Jest też bez wątpienia w tej książce dużo z horroru – opisy są dosadne i poza samymi zjawiskami paranormalnymi, jak krwiożercze duchy czy przypadkowe mordy z użyciem koguciego demona, znajdziemy tu też po prostu krwawe jatki i bezwzględne zabójstwa, tym straszniejsze, że najczęściej odbywające się na oczach małych dzieci i bezpośrednio ich dotyczące. Ale z drugiej strony jest tu też sporo wątków komediowych – ciapowata, nieogarnięta życiowo i wiecznie ładująca się w żenujące sytuacje Agata jest trochę naszym rodzimym odpowiednikiem Brigdet Jones, która zamiast trafić na sztywniacką imprezę przebrana za króliczka, nagle znajduje się w samym środku magiczno-demonicznej intrygi uzbrojona w mopa do podłogi i jarmarczny wisiorek. Wokół niej orbituje dwóch przystojniaków (każdy niewłaściwy), a jedyną osobą, która się o nią troszczy jest równie nieogarniający, ale poczciwy ojciec.

I w sumie wciąż nie wiem, czy ta książka była na poważnie, czy jednak śmieszkujemy i po prostu nie rozpoznałam satyry. Lubię niepoważne podejście do świata, ale tutaj odczuwam pewien dysonans, te kontrasty chyba trochę mnie przerosły no i nie wiem, co myśleć, chyba jednak jestem na nie. Ale nie wiem.

Czuję się więc pewnie trochę jak sama bohaterka, bo niewiedza jest jednym z podstawowych wątków powieści. Agata trafia do świata, którego nie zna i kompletnie nie rozumie jego zasad, a każdy, z kim rozmawia jest rozdrażniony i urażony jej niewiedzą, jednocześnie niczego nie tłumacząc. W sumie jest w tym coś z carrolowskiej króliczej nory. I zostanie właściwie przez całą książkę – nic nie wiemy, a jak już wydaje nam się, że zaczynamy co nieco ogarniać, to okazuje się, że jednak nie. No cóż, na pewno nie jest przewidywalnie, a to duży plus.

Bardzo podobała mi się sama koncepcja demonicznego przedszkola, pomysł na magię, podstępne, bardzo demoniczne demony idealnie maskujące się w świecie ludzi i nawiązania do ludowych wierzeń. Szalenie polubiłam ojca głównej bohaterki, który jest moją najulubieńszą postacią. Sama Agata też da się lubić i myślę, że mocno bym jej kibicowała w książce innego rodzaju. Tutaj jednak mimo wszystko zestawienie komediowej bohaterki z makabrycznym klimatem za bardzo mi zgrzytało, mam wrażenie, że jeden aspekt umniejszał i odbierał wyraz drugiemu. To, oraz nieco zbyt długie oczekiwanie na odpowiedzi sprawiło, że nie wkręciłam się w tą książkę tak bardzo, jak się spodziewałam i jak na razie nie mam ochoty na kontynuację. Ale jak już powstanie, to kto wie?

Katarzyna Wierzbicka, Tajne przez magiczne, Kraków: Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2021, 432 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Spisek Pisarzy.

Czas na czytanie: „Siostra księżyca” Marah Woolf

Podczas lektury drugiej części trylogii „Trzy czarownice” naprzemiennie byłam tą książką strasznie podekscytowana, by chwilę później mieć ochotę rzucić ją w kąt.

Zaczyna się bardzo dobrze, bo i „epicka bitwa z demonami”, na której rozpoczęciu skończył się pierwszy tom, jest pierwszym wydarzeniem w tomie drugim. Bardzo się cieszę, że autorka nie zdecydowała się na zabieg typu „tydzień później”, bo nie da się ukryć, że na magiczną potyczkę mocno czekałam, a ta okazała się całkiem satysfakcjonująca, choć nieco krótka.

Tym razem akcja przenosi się do królestwa demonów, gdzie intryga koni intrygę, a korytarze dosłownie wypełnione są potworami, a każdy spośród nich snuje swoje własne knowania, więc pod tym względem byłam bardzo usatysfakcjonowana, pałacowe spiski lubię bardzo. Nie da się ukryć, że dworskie niesnaski – od rozgrywek na najwyższym szczeblu, aż po złośliwe uszczypliwości powodowane zazdrością i złośliwością – wchodzą mi dużo lepiej niż mozolne polityczne przeciąganie liny. Siostry trafią do świata, którego zasad nie rozumieją, gdzie nie mogą zaufać nikomu, poza sobą nawzajem i z perspektywą potwornej przyszłości nadciągającą wielkimi krokami. A co za tym idzie, fabuła jest dużo bardziej dynamiczna, w porównaniu do pierwszego tomu, co jest dużym plusem.

Z drugiej strony wątek romantyczny zrobił się tak potwornie męczący, że miałam ochotę osobiście wyrządzić Vianne krzywdę. Jej naiwne, uparte, dziecięce zapatrzenie, podsycane tylko przez niepotrafiącego zostawić jej spokoju Ezrę staje się irytujące do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam ochotę odłożyć tą historię jak najdalej. Na szczęście zakończenie wynagrodzi czytelnikowi wszelkie cierpienia podczas śledzenia tego żenującego love story.

Natomiast poza upośledzeniem w relacjach z mężczyznami, Vianne radzi sobie całkiem dobrze i gdyby nie jej romantyczne rozterki bez większego problemu mogłabym polubić ta bohaterkę, również ze względu na przygody, które ją czekają. Nie brakuje tu bowiem tak charakterystycznego dla powieści fantastycznych motywu karkołomnych wypraw w poszukiwaniu zaginionych magicznych przedmiotów zdolnych ocalić losy ludzkości, magicznych pułapek, pojedynków i hord morderczych wrogów czyhających na każdym zakręcie.

Będzie też więcej legend arturiańskich, które są dla mnie nieznanymi wodami i poznawanie ich, szczególnie z ust niezgodnych narratorów trwających uparcie przy swoich wersjach to sama przyjemność.

Będą rozpieszczone księżniczki, zielarskie eksperymenty, więcej niż jedna krwawa bitwa, zaginieni przyjaciele, paskudne i zabójczo przystojne demony, zdrady, sojusze i intrygi i dużo siostrzanej solidarności.

No i smoki, a ze smokami wszystko jest lepsze.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O pieczęciach i kościach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.