Czas na czytanie: „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare

Z przykrością muszę przyznać, że to pierwsza z książek Cassandry Clare, która trochę mi się dłużyła, szczególnie w samym środku – już po wielu tragicznych wydarzeniach, ale w momencie oczekiwania na finałową bitwę i ostateczne rozwiązanie całej serii. 700 stron to mimo wszystko trochę za dużo radości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym zdecydowała się odłożyć książkę, wręcz przeciwnie – podobnie jak 5 poprzednich tomów, i ta wchodzi bardzo szybko i lekko, nawet mimo długaśnych momentów mozolnego brnięcia przez pustynię.

Sebastian wyposażony w kielich pozwalający stworzyć Mrocznych Nocnych Łowców wydaje się być niepokonanym przeciwnikiem – szczególnie, że „rekrutuje” swoją armię napadając i przemieniając Nefilim, a nie ma nic trudniejszego, niż walka z wrogiem noszącym twarze naszych najbliższych. Nawet, jeśli to tylko powłoka, której ukradziono duszę, któż byłby w stanie wycelować w nią miecz? Jakby tego było mało, jeden z sojuszników Clave szykuje się do zdrady dołączając do szeregów Morgensterna. Nie da się ukryć, że Valentine był przy swoim synu puszystym kociakiem – chciał odsunięcia Clave od sprawowania rządów, niepodzielnej władzy nad Mrocznymi Łowcami i zerwania Porozumień z Podziemnymi. Cel Jonatana jest znacznie prostszy – zniszczyć świat i rządzić jego popiołami. Koniecznie mając przy sobie siostrę – jedyną osobę, która ma dla niego jakąkolwiek wartość.

Ostatnia część nie tylko domyka historię Clary i Mrocznej Wojny, w którą została wplątana, ale przy okazji otwiera mnóstwo nowych wątków, które będą kontynuowane w kolejnych cyklach, a do głosu dochodzą kolejne rody – pojawia się rodzeństwo Blackthornów i Emma Carstairs z legendarnym mieczem u boku (otrzymali własną historię w trylogii „Mroczne Intrygi”), brat Zachariasz okazuje się jeszcze bardziej intrygującą postacią, niż wcześniej, ze Spiralnego Labiryntu wychodzi czarownica Tessa Gray, której historię możemy poznać w trylogii „Diabelskie Maszyny” (za którą lada moment się zabieram), a Magnus spisze kilka historii ze swojej niekrótkiej młodości („Kroniki Magnusa Bane’a”). Nie ma więc mowy o żadnych pożegnaniach. To dopiero zaproszenie do dalszej przygody.

I z przyjemnością to zaproszenie przyjmuję, bo świat stworzony przez Cassandrę Clare – świat niby najzupełniej normalny, a pełen wilkołaków, wampirów, czarowników i demonów schowanych przed wzrokiem zwykłych śmiertelników, z Nocnymi Łowcami mającymi w żyłach anielską krew i czerpiącymi siłę z magicznych znaków stojącymi na straży porządku – bardzo przypadł mi do gustu, do czego w dużej mierze przyczyniło się poczucie humoru bohaterów (za tak długie zdanie moja polonistka z gimnazjum zrobiłaby mi równie długi wykład, ale jakoś nie mogę go skończyć, to jeszcze dopiszę coś w nawiasie, zawsze miałam słabość do impresjonizmu). Strasznie się cieszę, że jeszcze tyle przede mną, choć jednocześnie długość Kronik Nocnych Łowców troszkę napawa mnie przerażeniem. Ale jestem pewna, że będzie fajnie!

Sporym minusem całej serii było dla mnie bardzo przeciętne tłumaczenie i niestaranna korekta – pojawiało się naprawdę sporo błędów i wyłapałam kilka może nie szczególnie ważnych, ale kulawo brzmiących błędów w tłumaczeniu. Na przykład zamiast słowa „brokat” pojawia się „błyszczyk”, w związku z czym Magnus pociera oko i w związku z tym palce lśnią mu od błyszczyku, pokój Isabelle jest cały obsypany błyszczykiem itp. Tego rodzaju nieznaczne, ale w całokształcie męczące szczegóły. Zwłaszcza, gdy pojawiają się w tekście niejednokrotnie.

W ostatnim tomie strasznie za to drażnił mnie pewien błąd rzeczowy – ważna dla fabuły jest pewna sala w Gard, która opisywana w następujący sposób:

„(…) zbudowana jak amfiteatr: półokrąg ław otaczający podium z dwiema mównicami, jedną dla Konsula, drugą dla Inkwizytora. Znajdujące się za duże prostokątne okna wychodziły na Alicante”.

I ja wiem, że w tym momencie pewnie jestem zbyt czepialska, ale tego rodzaju konstrukcja na planie półokręgu to teatr. Przedrostek „amfi-” oznacza podwojenie, czyli amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu (podwójny teatr). Jak na przykład Amfiteatr Flawiuszów, zwany potocznie Koloseum. I za pierwszym razem tylko trochę mnie to zirytowało, ale to porównanie pojawia się w tekście dwa lub nawet trzy razy, więc musiałam podzielić się frustracją :)

Podsumowując – było długo, ale fajnie i chcę więcej. To jedna z tych autorek, której książki właściwie czytają się same – bardzo łatwo wchodzą i nie wymagają od czytelnika zbyt wiele wysiłku, to po prostu czysta, dobra rozrywka. Świetnie mi się przy nich odpoczywa.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 6: Miasto niebiańskiego ognia, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2014, 704 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Siostra gwiazd” Marah Woolf

Zazwyczaj, kiedy sięgam po nową serię fantastyczną – czy to dla dorosłych, czy dla młodzieży, potrzebuję dłuższego „rozpędu” żeby wczuć się w świat, poznać jego realia i szerszy kontekst. W „Siostrze gwiazd”, pierwszej części trylogii „Trzy siostry” było natomiast coś takiego, że już od pierwszych stron wciągnęłam się w akcję, a różne aspekty i wcale skomplikowaną sytuację świata przedstawionego przyswajałam jakby mimochodem.

To całkiem zręcznie i naprawdę ciekawie skonstruowane uniwersum – czerpiące z legend arturiańskich i mitologii celtyckiej, pełne magów, czarownic i czarodziejów, chroniących ludzkość przed demonami od tysiącleci. W dodatku na samej krawędzi tragedii, bo zapoczątkowany przez Merlina, trwający od niemalże tysiąca pięciuset lat pokój zbliża się ku końcowi i coraz więcej wygnanych przed wiekami demonów przedostaje się do świata ludzi.

Jednym z tematów, które lubię wyjątkowo, szczególnie w fantastyce, są pałacowe intrygi. A te w rzeczywistości „Trzech czarownic” nie ograniczają się do murów jednego pałacu, a właściwie rozciągają nie tylko na cały kraj, ale i świat. Mamy dwie główne siły w magicznym świecie, dwa ośrodki władzy – Lożę stojącą na straży mistycznego Źródła – bramy do świata demonów – i Kongregację będącą czymś w rodzaju magicznego rządu. Oczywiście oba ośrodki mają odmienne zdanie co do polityki i kierunku negocjacji z okrutnym i bezkompromisowym Królem Demonów.

Pomiędzy tymi siłami zaplątana jest Vianne – najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa Wielkiego Mistrza Loży, wraz z siostrami staje się jednocześnie wysłanniczką Kongregacji, do której została wysłana przed kilku laty, by ta pomogła jej wyjść ze śmiertelnej choroby. A że ani jedna, ani druga ze stron nie jest do końca szczera w swoich zamiarach, Vi nie potrafi określić po której ze stron konfliktu chce stać. A prawdziwy przeciwnik nie zamierza czekać na decyzję.

Nastawiałam się na epickie bitwy z demonami i to był trochę błąd, bo cały czas czekałam na prawdziwą akcję – a chociaż w pierwszym tomie sporo się dzieje, jest on jednak jakby wstępem do eskalacji konfliktu, który zaczyna się dopiero na ostatnich stronach książki (swoją drogą dla autorów kończących w ten sposób z pewnością czeka specjalne miejsce w piekle…), swoistą ciszą przed burzą. Dowiadujemy się tu jednak sporo o bohaterach, samym świecie, rządzących nimi siłach, boginiach, mocach czarownic, polityce, historii, mitach i relacjach międzyludzkich.

Bo i jest to w dużej mierze opowieść o emocjach. Na pierwszy plan oczywiście wysuwa się magiczny romans – nieszczęśliwa miłość Vi do mężczyzny, który zachowuje się trochę jak pies ogrodnika. To przyciągając ją do siebie, to odpychając rani ją raz po raz. To ciągła walka między tym, co osobiste, a tym, co polityczne. Poszukiwanie mniejszego zła i poświęcanie własnego szczęścia dla dobra ogółu. A jak to zwykle bywa z nastoletnimi pierwszymi miłościami do szaleństwa, i ta popycha do popełnienia niejednej głupoty.

Jednak równie ważna jest relacja między samymi siostrami. Choć każda z nich jest inna – zarówno pod względem wyglądu, charakteru, jak i mocy, którą włada – w każdym momencie są gotowe stanąć za sobą murem.

A i mieszkańcy miasteczka, w chwilach największego zagrożenia wypracowali sobie fajną dynamikę, która dodaje całej opowieści pewnej siły i spójności. To niewielka społeczność dbająca o siebie wzajemnie i  gotowa stanąć na drodze demonom by ocalić świat i siebie nawzajem.

Nie mam pojęcia jak będę do tego podchodzić za te 8-10 lat, kiedy moja córka dorośnie do tego rodzaju książek, ale jak na razie rekomenduję ją dla nieco starszej młodzieży – powiedzmy jakoś od 15 roku życia, ze względu na ładnie, ale przy tym dokładnie opisany stosunek seksualny, co zazwyczaj nie jest praktykowane w książkach skierowanych typowo do młodzieży. Szczególnie, że sama relacja bohaterów jest dość toksyczna. Jeśli chodzi o mnie, to chyba nie mam nic przeciwko, żeby moja córka właśnie w taki sposób dowiedziała się „co i jak”, ale to już kwestia indywidualna.

No i jeszcze na koniec nie sposób nie wspomnieć o okładkach tej serii. Są po prostu boskie!.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O runach i cieniach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Miasto upadłych aniołów” Cassanda Clare

Myślałam, że Dary Anioła to trylogia (swoją drogą wydaje mi się, że był tak napisane w jednym z blurbów pierwszych części) i to już koniec przygód Clary i Jace’a jako pierwszoplanowych bohaterów. A tu niespodzianka, mają dla siebie kolejne 3 książki! To znaczy mają je dla siebie od lat, ale ja mam taki szybki czas reakcji…

Jeśli czytelnik spodziewa się, że po pokonaniu Valentina i ostatecznym rozwiązaniu kwestii bycia i nie bycia rodzeństwem Jace i Clary nareszcie będą mogli w spokoju randkować i cieszyć się urokami miłości i młodości, to oczywiście jest w błędzie. Jace jest dręczony przez koszmary i obawy, które nie pozwalają mu zbliżyć się do ukochanej. A nocne mary mają coraz większy wpływ na rzeczywistość. Tymczasem Simon nie do końca odnajduje się w byciu wampirem – mimo niespodziewanej eksplozji zainteresowania płci przeciwnej jego osobą nie radzi sobie z samotnością – coraz mniej pasuje do świata Przyziemnych i nie jest w stanie dłużej oszukiwać swojej rodziny, w klanie wampirów nie ma dla niego miejsca, a Nocni Łowcy nie traktują jego gatunku z sympatią. Dlatego kiedy otrzymuje nieoczekiwaną propozycję, będzie musiał dobrze się zastanowić, czy jej nie przyjąć. Nawet w idealnym związku Aleca i Magnusa pojawiają się zgrzyty. Swoją drogą jak dotychczas najbardziej na świecie lubiłam czarownika, tak zaczynam mieć również coraz więcej sympatii do Alexandra, to zdecydowanie moi ulubieńcy. Chociaż Simona też nie sposób nie polubić.

Podczas czytania tej części niesamowicie drażniły mnie błędy, których niestety całkiem sporo umknęło w korekcie. I odmiana imienia „Jace”. Jakoś naturalniej wydaje mi się odmienianie „zmierzyła wzrokiem Jace’a” niż „Jace’ego”. Niestety nie pamiętam, jak było w poprzednich częściach, a zdążyłam już oddać je do biblioteki. Może ustalono tak od początku, a dopiero teraz zaczęło mi przeszkadzać?

Mimo to strasznie fajnie wrócić do tego świata. Są demony, spiski, tajemnicze morderstwa, chłopięce przekomarzania, sporo mrożącej krew w żyłach masakry i niezła dawka poczucia humoru, które tak mi w tej serii pasuje.

Cassandra Clare, Dary Anioła T. 4: Miasto upadłych aniołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 438 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Zła królowa” Holly Black

Dopiero po przeczytaniu książki odkryłam, że to właśnie ten tytuł jest debiutem Holly Black i to od niej właściwie zaczyna się opowieść o niesamowitych elfach. Sama zaczynałam ta przygodę od trylogii „Okrutnego księcia” i może dlatego wyszłam z założenia, że kolejna seria jest poboczną, poświęconą historii jednego z mniej istotnych bohaterów. A to właśnie od tej historii wszystko się zaczęło.

Okazuje się, że trylogia „Elfy Ziemi i Powietrza” powstała na początku lat 2000 i była już wydana w Polsce przez wydawnictwo Dolnośląskie jako „Nowoczesna baśń” („Modern Faerie Tales”), której pierwsza część to „Danina”, co jest może nieco bardziej dosłownym tłumaczeniem tytułu.

W przeciwieństwie do serii „Okrutnego księcia”, w „Złej królowej” niewiele było niesamowitości natury, która tak mnie urzekła. Nic w tym jednak dziwnego, bo i akcja toczy się przede wszystkim po Żelaznej Stronie Świata, gdzie żyją ludzie. I albo zdążyłam się trochę odzwyczaić od tego klimatu, albo akurat jest sprzyjająca aura, ale mam wrażenie, że w tej części było całkiem sporo horroru.

Nastoletnia Kaye nie ma swojego miejsca w świecie – razem goniącą za muzyczną karierą matką tuła się po barach i knajpach wielkiego miasta szykując i sprzątając po kolejnych koncertach, co łączy z pracą w fastfoodowej smażalni kurczaków. Kiedy w wyniku dziwnego splotu wypadków muszą wrócić do mieściny, w której bohaterka spędziła dzieciństwo, wracają do niej maleńcy przyjaciele z dzieciństwa, o dziwo ani trochę nie zmyśleni. Pomoc rannemu nieznajomemu o spiczastych uszach w deszczowym lesie przyciągnie do Kaye sporo kłopotów, wciągnie w intrygę na samym szczycie i pomoże odkryć niespodziewaną prawdę o sobie samej. Ale któż oparłby się czarownemu światu elfów, szczególnie, jeśli jest świadom jego istnienia od wczesnego dzieciństwa?

Jako, że to uniwersum i rządzące nim prawa były mi już znane (trochę od niechronologicznej strony, ale to w sumie nic nie szkodzi), książkę czytało mi się świetnie, a wykreowany świat wciągnął mnie od pierwszych stron. Idealnie sprawdziła się na jeden z pierwszych prawdziwie zimnych i nieprzyjemnych jesiennych wieczorów.

No i bardzo się cieszę, że utrzymano tą samą szatę graficzną. Zawsze bardzo mi się podobała, ale w porównaniu z okładkami sprzed 15 lat robi piorunujące wrażenie.  

Holly Black, Zła królowa, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Totalna magia” Alice Hoffman

„W końcu kłopoty są całkiem jak miłość, przychodzą niezapowiedziane i przejmują władzę, zanim zdążysz się opamiętać czy w ogóle pomyśleć”.

Dopiero pod koniec lektury zorientowałam się, że chociaż chronologicznie „Totalna magia” dzieje się po wydarzeniach z „Zasad magii”, to była pisana jako pierwsza. Z tego powodu wymieniane w niej fakty z życia cioteczek Owens nie do końca zgadzają się z tymi opisanymi w „Zasadach”.

I co ciekawe, to prequel podobał mi się bardziej. Może dlatego, że czytałam go jako pierwszego, a może ze względu na Vincenta, który był moją ulubioną postacią i w „Totalnej magii” strasznie mi go brakowało.

Jak w przypadku pierwszej części nie przeszkadzało mi długie rozkręcanie się akcji, tak tym razem strasznie mnie to nużyło, interesująco zaczęło się robić dopiero jakoś w 2/3 powieści, przez co po odłożeniu książki choć na chwilę, bardzo trudno było mi do niej wrócić.

Chociaż i ta książka ma swój urok i nie sposób nie skończyć jej z uśmiechem na ustach, to jednak została napisana dużo bardziej „po łebkach”, mnóstwo wątków aż prosi się o pociągnięcie i dopełnienie, a to, co w poprzednim tomie było urocze i magiczne, w tym jest prostackie i patetyczne. „Zasady magii” były bardziej dopracowane, miały bardziej charyzmatycznych bohaterów i spójniejszą fabułę. Drugą część ratuje zbrodnia (w końcu nie ma nic lepszego, niż dobre morderstwo) i będące jej konsekwencją nadprzyrodzone zdarzenia.

Niezmiennie podobało mi się potraktowanie magii będącej wypadkową ludowych przesądów i rodowego dziedzictwa, spora dawka girl power i skupienie na relacji rodzinnych między kobietami – wielki plus za najeżone kolcami, ale pełne zaufania siostrzane relacje.

Bardzo babskie, ale nieco nużące czytadło, które rozkręca się dopiero pod koniec. Koniecznie muszę obejrzeć film, który wszyscy mi polecają. Mam wrażenie, że może być jednym z tych niewielu przypadków lepszych od książki.

Swoją drogą zupełnie nie rozumiem, dlaczego „Practical Magic” przetłumaczono na „Totalną magię”. Czemu akurat totalną?

Alice Hoffman, Totalna Magia, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2020, 322 s.

Czas na czytanie: „Zasady magii” Alice Hoffman

„Pamiętaj, że jedynym lekarstwem na miłość, jest kochać bardziej”.

Lata 50., troje rodzeństwa i tajemnicza klątwa.

Franny, Jet i Vincent od zawsze wiedzieli, że są nieco inni od reszty dzieci. I reszty ludzi. Od dawna przeczuwali, co to może oznaczać, ale nie wszyscy z rodzeństwa od razu byli gotowi to zaakceptować. Szczególnie, że ich rodzice bardzo ostro reagowali na wszelkie odstępstwa od normy i starali się chronić dzieci przed wszelkimi ryzykownymi zachowaniami.

Kiedy od nestorki rodu przychodzi list z zaproszeniem na wakacje, wszystkie wątpliwości przestają mieć znaczenie. Czary ma się we krwi i nie sposób się ich wyrzec, jeśli kiedykolwiek jeszcze ma się zamiar być szczęśliwym. Jednak wraz z magią, w rodzinie Owensów przekazywana jest również okrutna klątwa, przez którą nie wolno się zakochać. Oczywiście serce nie sługa, a i młodość nie jest czasem skłonnym do kompromisów. Czy rodzeństwu uda się przełamać ciążące na nich fatum?

„(…) Franny doszła do wniosku, że magia niewiele się różni od nauki. Obie szukały sensu tam, gdzie go nie było, światła w ciemności, odpowiedzi na pytania zbyt trudne, żeby śmiertelnicy mogli je zrozumieć”.

Często sięgam po książki magiczne, bardzo lubię ten motyw. Zazwyczaj są to jednak pozycje z gatunku fantastyki i przygody, dlatego też dość długo nie mogłam przywyknąć do magicznego romansu. A jednak ta książka ma coś, co potrafi urzec i człowiek nawet nie zauważy, kiedy wsiąknie – pełna miłości, nadziei, utraty, przeciwności losu, uprzedzeń i nienawiści, przywiązania, walki o marzenia, przyjaźni i cierpienia – cała tętni życiem. I magią, bo życie jest jej pełne, nie ważne, czy akurat urodziłeś się czarownicą, czy nie.

– „Jestem skazana, żeby stracić wszystkich, których kocham – oświadczyła April – Już o tym wiem.
– Oczywiście – potwierdziła Jet spokojnym, wyważonym tonem.  – Na tym polega życie.”

Alice Hoffman, Zasady magii, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2019, 384 s.

Czas na czytanie: „Król z bliznami”, Leigh Bardugo

Po trzech latach wróciłam do świata Griszów! Martwiłam się, że po tak długiej przerwie trudno będzie mi na nowo złapać wątek, ale to były zbędne obawy. Do wykreowanego przez Bardugo wróciłam jak do domu po przedłużającej się podróży. Domu tętniącego nowymi przygodami.

„Król z bliznami” to historia łącząca oba wcześniejsze cykle autorki – dzieje się zarówno po Trylogii Grisza, jak i dwutomowej Szóstce Wron, a część bohaterów brało udział w wydarzeniach z obu cykli. Bardzo więc nie polecam zaczynania przygody z Griszami od tej powieści. Jeśli nie czytaliście poprzednich książek Leigh Bardugo, dalsza część recenzji może zawierać spoilery!

Ravka po upadku uzurpatora i zniszczeniu Fałdy Cienia powoli się odradza. Nie oznacza to jednak zakończenia kłopotów, wręcz przeciwnie. W końcu w tym wyniszczonym kraju żyjącym na kredyt, między dwoma mocarstwami o ekspansywnych zapędach nigdy nie brakuje złych wieści. Czy wyobraźnia i charyzma zuchwałego młodego króla- wynalazcy i pirata wystarczy, by zapewnić krajanom upragniony pokój? Nie brak mu przecież potężnych sprzymierzeńców. Co jednak, jeśli we wnętrzu króla drzemie ciemność, której nie sposób okiełznać?

Nikołaj walczy z całych sił, by jego kraj nie został najechany przez sąsiadów, by miał szansę na rozwój i dobrobyt. Czeka go jednak znacznie większe wyzwanie, niż salonowe spiski i szykujące się rewolty, choć i tych nie zabraknie. Zoya Nazalensky – generał i zwierzchnik przetrzebionej nie tak dawno armii Griszów oraz najbardziej zaufana doradczyni króla zrobi wszystko, by go ocalić. Natomiast Nina Zenik – szpieg o nadnaturalnych zdolnościach i problemem w stosowaniu się do rozkazów, przygnieciona żałobą po ukochanym, zrobi wszystko, by ocalić tych Griszów, którzy mieli nieszczęście urodzić się we Fjerdzie. A tam obdarzone mocą kobiety znikają bez śladu w tajemniczych ośrodkach badawczych.

Przygoda, poczucie humoru i magia spotykają się tu w idealnych proporcjach, a narracja z punktu widzenia różnych bohaterów pozwala świetnie poznać zarówno ich samych, jak i całą sytuację. I będą smoki, a to samo w sobie daje + 100 do świetnej książki!

„ – Zawsze myślałam, że smok był tylko metaforą.
– Metaforą czego? – zapytał Juris nieco urażonym tonem.
– Pogańskiej wiary, obcych najeźdźców, niebezpieczeństw nowoczesnego świata.
– Czasami smok jest po prostu smokiem, Zoyu Nazalensky. A mogę cię zapewnić, ze żadna metafora nie ma na sumieniu tylu ludzkich istnień”.

Czytałam Trylogię Griszów jeszcze w pierwszym wydaniu Papierowego Księżyca, i chociaż korciło mnie nowe wydanie ze względu na bajeczne okładki (jestem taką okładkową sroką!), to jednak sporo krytycznych uwag względem nowego tłumaczenia sprawiło, że wstrzymałam się z zakupem. Dlatego też miałam pewne obawy względem „Króla z bliznami”, nie lubię, kiedy w trakcie czytania zmienia mi się tłumacz. Początkowo byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, bo do pewnego momentu praktycznie nie zauważyłam różnicy. A potem pojawił się jeden „drobny” szczegół, który zepsuł wszystko. Przetłumaczono „Darklinga” na „Zmrocza”. Już sam fakt, że zmieniono imię/przydomek jednego z głównych bohaterów w środkowej książce uniwersum, czyli trochę tak, jakby w czwartym tomie przemianować Harry’ego Pottera na Henia Garncarza, to przecież są słowa, których tłumaczyć po prostu się nie powinno. Należą do nich nazwy własne. I już nawet nie wspominam, jak strasznie lamersko to brzmi. Poza tym nie mam zastrzeżeń, ale to jedno wkurzało mnie przez większość lektury, bo nie zdołałam się przyzwyczaić.

Jak zawsze świetna historia, tylko oddajcie mi Darklinga!

Leigh Bardugo, Król z bliznami, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2019, 528 s.

Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.