Bajki Majki: „Bazyl i Licho” Marta Kisiel

Jak nie przepadam za formą opowiadań, tak o Małym Lichu czytałabym nawet haiku i nie ma chyba innego bohatera, po którego przygody biegłabym do księgarni tak entuzjastycznie (a kiedy widzicie mnie biegnącą, to znak, że coś się dzieje – najprawdopodobniej albo dają coś naprawdę dobrego albo naprawdę trzeba bardzo szybko uciekać).

Małe Licho kocham miłością przeogromną, przepuchatą i słodką jak serniczek od pierwszego spotkania. Poniżej możecie przeczytać recenzje poprzednich książek, w których występuje ten stale kichający anioł stróż z włosami z lamety

Dzieciowe:
„Małe Licho i Tajemnica Niebożątka”
„Małe Licho i anioł z kamienia”
„Małe Licho i lato z diabłem”
„Małe Licho i babskie sprawki”

Dorosłe:
„Dożywocie”
„Siła niższa”
„Oczy uroczne”

——————————————————————————————-

W przeciwieństwie do powyższych książek, tym razem mamy do czynienia ze zbiorem ośmiu krótkich opowiadań poświęconych naprzemiennie dwóm tytułowym bohaterom – czortowi Bazylowi i aniołowi Lichu. A każde z nich niesie ze sobą ważne przesłanie – od tych najzupełniej błahych, dotyczących choćby pilnowania swoich papierków podczas spaceru po lesie, przez fundamentalne, jak nie zapuszczanie się samemu w głuszę czy nie kwestionowanie innych aż po takie rozgrzewające serduszko jak kubeczek ciepłego kakałka – o tym, że można świętować po swojemu czy że nie wszystko spoczywa na naszych barkach.

Każdy z bohaterów przeżywa jedną ze swoich przygód o każdej porze roku – mamy tu więc więc i wiosenne budzenie się przyrody do życia i letni dostatek, pełen zabawy urok Halloween i jesienne przysmaki, a także wciskanie się w zimowe sweterki i czar Świąt.

A i jak to u Marty Kisiel z fantastycznością bywa – w każdym z opowiadań, nasi bohaterowie spotykają innego niesamowitego stwora prosto ze słowiańskich legend i mitów. Młodzi czytelnicy dowiedzą się więc jakiej ceny za muzyczny talent może zażądać od nas ankluz, jak nie obrazić domownika i czym zagrażają ludziom rusałki, poznają przepis na wyhodowanie chowańca, zadziwią się dziwem, wraz z Lichem spróbują złapać jaroszka i okiełznać nudę. Wszystkie te niezwykłe stworzenia zostały również zebrane w krótki przewodnik opatrzony równie niezwykłymi ilustracjami Marcina Minora.

I może nie jest to równie pochłaniająca lektura, co powieści, ale ma w sobie ten unikalny czar ubierania poważnych tematów w fantastycznyżakiecik słowiańskiej niesamowitości z humorystycznym sznytem i magię rozgrzewania serduszka. Jako sympatyczne uzupełnienie cyklu sprawdza się więc idealnie.

Niedługie opowiadania będą też dobrą zachętą do podejmowania pierwszych poważniejszych prób samodzielnego czytania.

Marta Kisiel, Bazyl i Licho, Warszawa: Wydawnictwo Męta, 2022, 160 s.

Czas na czytanie: „Królestwo ciała i ognia” Jennifer L. Armentrout

Drugi tom dość kontrowersyjnego cyklu „Krew i popiół” to powieść o podróży i docieraniu się.

Cały świat Poppy, wraz z rolą, którą miała w nim odegrać, okazał się kłamstwem i została nagle zupełnie sama w rzeczywistości pełnej wrogów.

W tej części, poza kolejnymi informacjami o świecie przedstawionym, zamieszkujących go stworzeniach, bogach, panujących zwyczajach i historią konfliktu między Solis i Atlantią, które zostają czytelnikowi zgrabnie zaserwowane głównie za pomocą niezliczonych pytań, jakimi Poppy zasypuje Kierana (sam Kieran jest w ogóle naj postacią drugiego tomu!) jest mnóstwo o emocjach i relacjach. I to nie tylko o tych raczej skomplikowanych pomiędzy głównymi bohaterami. Bo jak Cas i Poppy mogą ze sobą walczyć i się godzić, tracić do siebie zaufanie i na nowo się do siebie przekonywać, tak do przekonania zostanie jeszcze cały lud Atlantii. Który miał wobec byłej Panny jasno sprecyzowane i raczej krwiożercze plany.

Podróż, w którą wybierają się bohaterowie to dla Penellaphe czas na rozwój – rozwój zarówno jej unikalnych umiejętności, jak i rozwój emocjonalny, bo nie tylko musi dojść do ładu z demonami przeszłości, ale i odkryć jaką drogą podążać i kim chce tak właściwie być po odrzuceniu welonu.

Wciąż jest to zdecydowanie romans, a wręcz powieść erotyczna, bo nie brak tu pikantnych momentów i ostrzejszych fantazji – między innymi o upuszczaniu krwi (w końcu to wampiryczne klimaty!), publiczności czy trójkątach. No i oczywiście syndrom sztokholmski ma się dobrze, w końcu to lovers to enemy to lovers z małym porwaniem w tak zwanym międzyczasie. Ale jak dla mnie wciąż wszystko jest dobrze wyważone i ma akceptowalne proporcje – seksów jest dużo, ale nie do znudzenia i jednocześnie nie cierpi na tym fabuła. No i nie odnosi się wrażenia, że cała historia jest jedynie pretekstem do napisania łóżkowych scen.

Na tylnej okładce umieszczono też ostrzeżenie „Książka dla dorosłych” – bardzo tłustym drukiem – co powinno zapobiec nieprzyjemnym zaskoczeniom, jakie miały miejsce w przypadku pierwszego tomu.

Po raz kolejny jestem zaskoczona tym, jak szybko i przyjemnie się to czytało. Autorka jak najbardziej utrzymała moje zainteresowanie i nie chociaż nie jest to lektura z kategorii Książki-Które-Zmieniły-Moje-Życie, to nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Bardzo przyjemny relaks i jak dla mnie całkiem trafione połączenie – fajnie napisana fantastyka, krwiopijcy i seksy w gorących źródłach – na hamak czy plażę jak znalazł.

Jennifer L. Armentrout, Królestwo ciała i ognia, Warszawa: Wydawnictwo You&YA, 2022, 608 s.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem You&YA.

Czas na czytanie: „Bogowie & potwory” Shelby Mahurin

Seria „Gołąb & Wąż” zdecydowanie ma w sobie sporo magnetyzmuzakazany romans, charakterną bohaterkę, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ciekawy pomysł na magię, siłę przyjaźni i wybitnie skomplikowane relacje rodzinne. Ale jak dla mnie jest za długa i mimo, że ostatni tom zdecydowanie nadrabia akcją po nudnawej „Krew & miód”, to jednak wciąż miał momenty nużącej dłużyzny.

W finałowej części trylogii zdecydowanie więcej się dzieje – zanim dotrzemy do ostatecznego starcia czeka nas podróż w morskie głębiny na spotkanie z mitycznymi meluzynami, mały wypad do Chateau le Blanc i oczywiście tułanie się po lasach z pościgiem drepczącym po piętach i potyczkami z paskudnymi stworami dla rozruszania.

Ale najistotniejsze będą tu podróże wewnętrzne – po marudzeniu i użalaniu się nad sobą, które zajmowało większą część poprzedniego tomu, tym razem bohaterowie zdecydują się stawić czoła własnym demonom. I opętanie będzie tu najmniejszym problemem, kiedy w kolejce ustawia się wciąż jeszcze świeża żałoba po bliskim przyjacielu, nieprzepracowany żal do matki, która zdecydowanie nie sprawdziła się w swojej roli, czy świadomość do czego jest się zdolnym, by ocalić bliskich. I choć historia każdego z bohaterów jest inna, łączą ich podobne przeżycia i bolączki. I każdy będzie musiał odnaleźć swoją drogę do wewnętrznego spokoju.

Oczywiście okoliczności będą dalekie od sprzyjających.

Będzie sporo karkołomnych misji i cudownych ocaleń, niesamowitych przyjaźni oraz większych i mniejszych zwrotów akcji. Na szczęście w tym tomie Lou się ogarnie i tym samym na podciągnie poziom humoru w książce, chociaż odniosłam wrażenie, że autorka nieco zbyt lekko podchodzi do zmieniania swoim bohaterom charakterów. Będzie też naprawdę dużo refleksji o nieudanym macierzyństwie, pretensji i rozczarowania rodzicami oraz rozliczania się z przeszłością. Nie zabraknie też potwierdzenia truizmu, że czasami prawdziwą rodzinę wybierasz sobie sam.

Warto było przemęczyć się z drugim tomem, by sięgnąć po trzeci, bo zakończenie całej historii jest adekwatne i całkiem satysfakcjonujące aczkolwiek nie oferujące wszystkich odpowiedzi. To był dobrze spędzony czas – dobrze wykreowany świat i interesujące spojrzenie na magię – mimo, że moim zdaniem wciąż najciekawszy pozostał pierwszy tom.

Shelby Mahurin, Bogowie & potwory, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2021, 592 s.

Czas na czytanie: „Zakon Drzewa Pomarańczy”, Samantha Shannon

Wschód i Zachód świata „Zakonu Drzewa Pomarańczy” dzieli nie tylko bezmiar Bezkresnego Morza (a szczególnie uroczej jego części zwanej pieszczotliwie Czeluścią) ale przede wszystkim… podejście do smoków i wyrastające z tego podejścia systemy wiary.

W krajach Zachodu religia wywodzi się (w zależności od kraju) od prastarych pogromców najstraszliwszego ze smoków – Bezimiennego. W Królestwie Inys panujący ród Berethnet wywodzi się od półlegendarnego świętego, którego uważa się za uwięzienie bestii, a jego krew, przenoszoną z matki na córkę, za gwarancję bezpieczeństwa świata. W Dominium Lasyańskim mieści się tajemny Zakon wojowniczek bez strachu stawiających czoła pozostałym na świecie smokom i wyrmom, choć źródło swej siły upatruje on w zupełnie odmiennym rozumieniu historii pokonania Bezimiennego.

Wschód natomiast charakteryzuje zgoła inne podejście – tam smoki traktowane są jak bogowie, biorą udział w rządach Imperium Dwunastu Jezior, a na Seiiki, wraz z najbardziej elitarnym gronem wojowników tworzą niepokonany oddział Jeźdźców.

Czy nacje tak różniące się już w samych fundamentach systemów wartości będą w stanie odnaleźć płaszczyznę porozumienia i stworzyć wspólny front, gdy ich największy wróg powróci, by podporządkować sobie cały świat z wszystkimi jego mieszkańcami?

To historia poświęcona przede wszystkim silnym kobietomwładczyni imperium, na której ciąży obowiązek spłodzenia dziedziczki i utrzymania rządów w czasach kryzysu, czarodziejki wysłanej z tajną misją na obcy dwór i ambitnej wojowniczki walczącej o godność smoczego jeźdźcy, która pewnego dnia pojawiła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Autorka oddaje jednak również głos niemniej intrygującym mężczyznom – lojalnemu przyjacielowi królowej, czy wygnanemu naukowcowi, dzięki czemu jest to opowieść wielu głosów i różnych perspektyw.

Opowieść o sile przyjaźni, niespodziewanej miłości, ciężarze obowiązku, strachu przed macierzyństwem i dojrzewaniu do podejmowania własnych decyzji i formułowania własnych poglądów. O względnych podstawach religii, historii pisanej przez zwycięzców, różnych wersjach tego samego mitu i uprzedzeniach wyrastających na strachu i braku zrozumienia. To wreszcie trzymająca w napięciu przygoda, fascynujący pomysł na genezę magii i zachwianą równowagę kosmosu oraz kawał świetnie wykreowanego świata kipiącego od pałacowych i dyplomatycznych intryg. No i są piraci!

W moim odczuciu, jak na rolę, którą nadano smokom w tej powieści, brakowało mi nieco ich głosu i czynnego udziału w powieści, zostały w zamian sprowadzone do roli bożków, wierzchowców i przedmiotu sporu, w którym same nie zabierają głosu. Troszkę szkoda, ale to wciąż przygoda warta polecenia!

Samantha Shannon, Zakon Drzewa Pomarańczy, część 1, Kraków: Wydawnictwo SQN, 560 s.

Samantha Shannon, Zakon Drzewa Pomarańczy, część 2, Kraków: Wydawnictwo SQN, 560 s.

Czas na czytanie: „Nie poddawaj się” Rainbow Rowell

Simon i Baz – bohaterowie fanfika, w pisaniu którego Cath, główna bohaterka „Fangirl”, znajduje ucieczkę od rzeczywistości doczekali się własnej powieści. I to pod tym samym tytułem, co dzieło Magicath (co niestety w polskim tłumaczeniu nie jest wcale takie oczywiste, gdyż tłumaczka Fangirl przełożyła tytułową frazę „carry on” jako „rób swoje”, natomiast tłumaczka drugiej książki Rainbow Rowell wybrała „nie poddawaj się”), mamy więc szansę osobiście przeczytać jej osławionego fanfika od deski do deski. I dowiedzieć się przy okazji, czy Cath jednak uśmierci Basiliona, jak się odgrażała, czy da chłopakom szczęśliwe zakończenie.

Jak autorka sama wspomina w posłowiu, jako fanka magicznych opowieści o superbohaterach i superłotrach, chciała sama zmierzyć się z tym tematem. I w istocie Simon jest wypadkową wszelakich Wybrańców Mocy – od Harry’ego Pottera, po Anakina Skywalkera. Już w Fangirl czytanie o przygodach toczących się w szkole magii Watford wzbudzało we mnie ambiwalentne odczucia. Wszystko wydawało mi się tak znajome, że momentami brałam świat Simona za parodię – wraz z jego mentorem, podstępnym i okrutnym antagonistą, zadufanym w sobie szkolnym nemezis z bogatego rodu, błyskotliwą przyjaciółką i oczekiwaniami składanymi na jego barki. Im bardziej jednak wsiąkałam w lekturę, tym więcej widziałam różnic i magiczne uniwersum Rowell zyskiwało w moich oczach.

Prawdę mówiąc po „Fangirl”, która bardzo mi się podobała, miałam bardzo wysokie oczekiwania względem kolejnej książki autorki. Oczekiwania, którym „Nie poddawaj się” niestety nie sprostało, bo chociaż ma swoje plusy, to jednak brakuje jej wyjątkowości – chociaż magiczna, to jednak całkiem zwyczajna.

Absolutnie uwielbiam tamtejsze podejście do magii i kształtowanie jej za pomocą słów – im bardziej znanych i oklepanych, tym lepiej. Rewelacyjna (i jednocześnie przerażająca) jest również postać superłotra tkającego intrygę latami i jego zaskakująco nieskomplikowane motywy.

Poza tym jest poprawnie – znajdziemy tu wszystko, czego można oczekiwać po magicznej młodzieżówce – poszukiwanie swojego miejsca, walka dobra ze złem, spór elitaryzmu z egalitaryzmem, walkę o magię i wpływy, stare szlacheckie rody i tajemnicze wampiry, siłę prawdziwej przyjaźni, pogoń za marzeniami, pierwsze zauroczenia, ciężar życia w świetle reflektorów, walkę z przeznaczeniem, stawianie czoła swojej mrocznej stronie i próbę sprostania oczekiwaniom dorosłych. Trochę infantylna, ale w stopniu, który jestem w stanie tolerować.

Jest magicznie, jest tendencyjnie, bywa smutno i bywa słodko. Jak i w każdej pełnoprawnej czarodziejskiej przygodzie.

Rainbow Rowell, Nie poddawaj się. Wzlot i upadek Simona Snowa, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2016, 512 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Łańcuch z żelaza” Cassandra Clare

Im dalej w las, tym książki z cyklu o Nocnych Łowcach są coraz bardziej tłuściutkie i konkretne. I trudno przy tym nie czuć zdumienia, gdy te 700 stronicowe części bardzo rozbudowanej sagi rodzinnej wciąż czyta się bez znudzenia. Nawet mimo faktu, że trylogia „Ostatnie godziny”, czyli kontynuacja „Diabelskich Maszyn” poświęcona dzieciom Willa i Tessy nie jest wcale moją ulubioną odnogą tego uniwersum.

Wydaje się, że życie Cordelii Carstairs nareszcie trafiło na właściwe tory, a marzenia jednak się spełniają. Zaręczyny z Jamesem, nawet jeśli z praktycznych pobudek i w atmosferze skandalu, gwarantują jej rodzinie powrót do łask w hermetycznym świecie Nocnych Łowców. Podobnie jak triumf nad księciem demonów. Nasza bohaterka pomogła więc rodzinie, wychodzi za chłopca, w którym od lat jest zakochana i dzierży legendarny miecz jako nastoletnia, ale już zaprawiona w najcięższych bojach bohaterka. Czy coś może pójść nie tak?

Tymczasem w Londynie zaczyna grasować nieuchwytny seryjny morderca polujący na Nocnych Łowców poruszających się samotnie tuż przed świtem. W dodatku kradnący swoim ofiarom coś, czego podobno ukraść nie sposób. A w tym samym czasie James Herondale – Nocny Łowca o demonicznych korzeniach zaczyna mieć bardzo niepokojące sny, które niejednokrotnie kończą się poza łóżkiem. Belial najwyraźniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa…

Choć kończąc poprzedni tom – „Łańcuch ze złota” – nastawiłam się na spory udział Magnusa, jednej z moich ulubionych postaci, ustąpił on miejsca Malcolmowi. Otrzymamy tu więc brakującą kartę tragicznej historii miłości, która zostanie później rozwinięta w trylogii „Mroczne Intrygi” poświęconej Blackthornom („Pani Noc”, „Władca Cieni”, „Królowa Mroku i Powietrza”).

I chociaż autorka trochę gubi się nie tylko w faktach historycznych, traktując epokę przełomu wieków trochę jak dekorację teatralną, ale i we własnym świecie (dałabym na przykład głowę, że w chronologicznie późniejszych książkach nikt nie ma pojęcia jaki demon był ojcem Tessy, a tutaj dla wszystkich jest to zupełnie oczywiste), a korekta wciąż pozostawia wiele do życzenia, nie jest to książka, od której wymagam perfekcji. To wciąż przyjemna, wciągająca fantastyka z dużą dawką przygody i jeszcze większą pokomplikowanego romansu (trójkątnego oczywiście, to w końcu specjalność Cassandry Clare, a historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać). Takim tasiemcom potrafię sporo wybaczyć, szczególnie, jeśli sięgając po 19 (!!!) książkę z serii wciąż nie mogę się od niej oderwać.

Jak zawsze sprawdziła się idealnie jako oderwanie od codzienności, taka to już chyba magia Clare.

Cassandra Clare, Łańcuch z żelaza, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2022, 760 s.

Czas na czytanie: „Siostra nocy” Marah Woolf

Uwaga! Recenzja zawiera spoilery poprzednich tomów.

Po „Siostrze gwiazd” i „Siostrze księżyca” przyszedł wreszcie czas na ostatni tom trylogii. I powiem uczciwie, że bez Ezry, którego śmierć tak mnie ucieszyła pod koniec poprzedniej części, czytało się zdecydowanie lepiej, a i Vianne sporo zyskuje na charakterze. Chociaż oczywiście nie oznacza to końca wzdychania do przystojniaków, to w końcu jedna z głównych osi tej serii.

Nieszczególnie przepadam za motywem podróży w czasie, był więc moment, w którym książka nieco mi się dłużyła (choć wciąż nie na tyle, żeby nie przeczytać jej w trzy dni). Bo i umiejętność przenoszenia się w czasie i majstrowania w BARDZO odległych, na wpół mitycznych wydarzeniach pełni w tej części istotne znaczenie, zarówno w rozwoju fabuły tego tomu, jak i dla ostatecznego rozwiązania całej intrygi.

Żałuję trochę, że mitologia arturiańska jest mi zupełnie obca (nie, przez rok i trzy tomy nie nadrobiłam braków na tym polu) i nie jestem wstanie wyłapać bardziej i mniej subtelnych zmian akcentów, jakich dokonuje ta powieść, poza tym, że oddaje głos i znaczenie kobietom. Myślę, że dla kogoś zaznajomionego z tematem to musi być bardzo fajna zabawa i inspiracja mitologią z czarownicami, smokami i demonami w rolach głównych.

Cenię tą serię za to, że choć ma zdecydowanie romansowy charakter, nie brak w niej ani potężnej dawki girl power, ani niesamowitej mocy siostrzeństwa, gdzie trzy kompletnie różne charaktery uzupełniają się wzajemnie tworząc wspólny front ani oczywiście fantastycznej, magicznej przygody z ratowaniem świata przed krwiożerczymi demonami na pierwszym planie. Niesamowite, że wszystkie te akcenty mogą tak harmonijnie współistnieć w serii dla nastolatek.

Mamy tu więc zupełnie nieidealną bohaterkę, która przez trzy tomy nieźle dostaje w kość, popełnia masę złych decyzji i dzięki temu stopniowo (choć irytująco powoli!) dojrzewa nie tylko do odnalezienia swojej drogi w dorosłym życiu, ale i do ratowania świata. Mamy całą plejadę przystojniaków ras wszelakich, pewnych siebie aż do bucowatości, którzy będą zawracać siostrom w głowach. Mamy krwiożerczego króla demonów, magiczny las, wycieczki przez czas i przestrzeń aż do czasów rycerzy okrągłego stołu, kapryśne boginie lubujące się w utrudnianiu życia śmiertelnikom na przestrzeni dziejów, pełen babskich duchów dom i inny świat tuż za rogiem. Mamy wreszcie i romanse, które dodają rumieńców. I zakończenie. Czy cukierkowo szczęśliwe, jakiego chcielibyśmy oczekiwać po baśniowej przygodzie? Przekonajcie się sami!

Marah Woolf, Siostra nocy. O kręgach i krwi, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2022, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Cienie Nocnego Targu” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Kelly Link, Robin Wasserman

„Cienie Nocnego Targu” to kolejny, trzeci już zbiór opowiadań ze świata Nocnych Łowców, tym razem narratorem jest Jem Carstairs. Podobnie jak w przypadku książki pisanej z perspektywy Magnusa, i tym razem rozpiętość czasowa poszczególnych przygód jest całkiem spora – od początku XX wieku, aż po rok 2013. Ostatnie z opowiadań mają miejsce już po wydarzeniach z „Królowej Mroku i Powietrza”, dlatego żeby uniknąć spoilerów najlepiej sięgnąć po nią dopiero po skończeniu z „Mrocznymi Intrygami”.

Bardzo się cieszę, że utrzymano pomysł, który tak podobał mi się w „Opowieściach z Akademii Nocnych Łowców”, czyli poświęcanie historii różnym bohaterom (i tak samo, jak w poprzednim zbiorze, i tu każde z opowiadań rozpoczyna się ilustracją). Znajdzie się więc kilka opowieści z czasów dzieci Willa i Tessy oraz historia samej Tessy, która po śmierci męża była, wraz z Catariną, sanitariuszką podczas II wojny światowej, ale pojawią się również opowiadania poświęcone Alecowi i Magnusowi (wśród nich oczywiście moje ulubione – tym razem dowiemy się jak doszło do adopcji Rafe’a), Tiberiusowi i Kitowi, a nawet Ashowi i jego mrocznemu opiekunowi – Jace’owi z Thule. Natomiast kilka z nich to wyłącznie przygody brata Zachariasza wprowadzające nowych bohaterów, którzy dotychczas byli białymi plamami w historii Herondale’ów. Bo i łącznikiem wszystkich tych historii jest samozwańcza misja Jema dążącego przez dekady do odnalezienia zaginionej linii tej rodziny w hołdzie swojemu zmarłemu parabatai. A poszukiwania toczone były głównie na Nocnych Targach na całym świecie.

Przyjdzie nam wreszcie poznać całą zapętloną historię Herondale’ów od Wiliama aż do Kita, a przy okazji rozwiąże się kilka pobocznych wątków. Chociaż Jem nie jest tak wdzięcznym narratorem jak Simon, wciąż czyta się lekko i przyjemnie, a opowieści okraszone są sporą dawką poczucia humoru, które tak bardzo skradło mi serce.

Moim zdaniem to pozycja obowiązkowa podczas zgłębiania Kronik Nocnych Łowców, chociaż spokojnie można zostawić ją sobie nawet na sam koniec. Przynajmniej tych dotychczas wydanych części tej rozbudowanej sagi.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Kelly Link, Robin Wasserman, Cienie Nocnego Targu, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2019, 636 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Zaginiona Księga Bieli”, Cassandra Clare, Wesley Chu

Wycieczka z ukochanym i przyjaciółmi do egzotycznego Szanghaju bez wizytacji w pobliskim piekle byłaby niewątpliwie wycieczką straconą. Przynajmniej jeśli jest się Nocnym Łowcą.

„- Hej – wypalił Magnus – zawsze chciałem być niespodziewaną komplikacją.
– Kiedyś ciągle byłeś niespodziewaną komplikacją – stwierdziła Clary.
– Kiedyś?
– No wiesz, z czasem nauczyliśmy się, że należy się ciebie spodziewać”.

Kiedy po niezwykle spokojnym roku, w którym Alec i Magnus uczyli stawiali pierwsze kroki w byciu rodzicami małego czarownika (który od czasu do czasu zaczyna lewitować albo zajmuje się ogniem – zupełnie nieświadomie) znajomi z przeszłości włamują się do ich domu, rodzinna sielanka musi ulec pewnym zakłóceniom. Szczególnie, że byli przyjaciele kradną pełną złowrogich czarów Księgę Bieli i zostawiają w piersi Magnusa podejrzaną ranę, która powoli odbiera mu człowieczeństwo i kontrolę nad własną mocą.

Szykuje się kolejna wyprawa ratunkowa – jest w końcu taka drużyna Nefilim, która nie zawaha się ani chwili, gdy trzeba będzie ruszyć do piekła w poszukiwaniu ratunku zarówno dla przyjaciela, jak i dla całego świata. Ponownie. Nawet, jeśli znalezienie opiekunki do magicznego dziecka nie jest tak proste, jakby się to mogło wydawać.

Tym razem czeka jednak na nich zło, z jakim jeszcze nie przyszło im się mierzyć.

W drugim tomie „Najstarszych klątw” znalazłam zaczątek tego, co od dawna mi się marzyło – wycinka rodzinnej codzienności w wykonaniu moich ulubionych bohaterów. Jak dobrze, że rodzicielstwo potrafi przewrócić do góry nogami rzeczywistość nawet tak zakręconą, jak ta przynależna Nocnym Łowcom. I czarownikom. To bardzo pocieszające.

Nie obędzie się również bez epickiej podróży w celu pokonania Wielkiego Zła – najpierw zabytkoznawczej do malowniczego Szanghaju, a następnie przez niezliczaną mnogość chińskich piekieł aż do kolejnego zwycięstwa, nawet jeśli tylko tymczasowego. Będzie tam Piekło Wrzącej Zupy z Ludzkimi Pierożkami. Będą też walki z demonami, ucieczki, gonitwy, tortury, samobójcze skłonności i Malec w swoim najlepszym wydaniu. I jeszcze jeżdżenie na tygrysach i zrzędliwy Ragnor Fell, którego historia wypełni lukę miedzy śmiercią w „Mieście popiołów”, a owianym tajemnicą zmartwychwstaniem w „Mrocznych Intrygach”. Znajdziemy tu też co nieco o początkach powstania Kohorty, skutkach Zimnego Pokoju i pierwszych poważnych pęknięciach zwiastujące rozpad Clave.

Jak zwykle będzie mnóstwo przygody i magii, rozterki egzystencjalne, spora dawka humoru, przyjaźń i miłość ponad wszystko, puchaty epilog i zapowiedź ponurej przyszłości w gratisie.

Chociaż uwielbiam ten pairing, muszę przyznać, że ta seria nie jest tak wciągająca, jak pozostałe. Trzeba traktować ją raczej w charakterze dodatków do głównej osi tkanej przez wszystkie serie historii Nocnych Łowców, niż osobną trylogię, trzymającą w napięciu przez wszystkie tomy. Bez wątpienia spory wpływ mają na to przeskoki w czasie i „utykanie” wydarzeń „Najstarszych Klątw” pomiędzy fabuły innych serii.

Ma jednak dwa bardzo istotne plusy. Pierwszym i najważniejszym z nich jest wspomniana już wcześniej reprezentacja szczęśliwej rodziny założonej przez dwóch mężczyzn w serii dla młodzieży. Homoseksualizm coraz częściej pojawia się również w literaturze młodzieżowej, w przeciągu ostatnich 10 lat, zrobiliśmy wielki postęp w tej kwestii. Co więcej coraz częściej drama związana z odkrywaniem własnej seksualności nie jest główną tematyką główną tematyką książki i jedynym problemem bohaterów (patrz. np. „Hurt comfort”), jednak adopcja dziecka i życie rodzinne to duży krok. Bardzo ważny krok. Poza tym Alec i Magnus nareszcie mają taką samą szansę na sceny zbliżeń w poświęconych im książkach jak Emma z Julianem, czy Jace z Clary.

Drugim jest absolutnie fenomenalna postać Samaela. To jedna z najlepszych kreacji Clare, a w serii tak pełnej wybitnych osobowości, to naprawdę dużo znaczy. Ale serio, koleś wymiata. I zapowiada się, że w ostatnim tomie będzie go jeszcze więcej, na co liczę bardzo i czekam z utęsknieniem.

Cassandra Clare, Wesley Chu, Najstarsze klątwy T.2. Zaginiona Księga Bieli, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 472 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~