Bajki Majki: „Życie i przygody Świętego Mikołaja” L. Frank Baum

„Żeby lepiej to zrozumieć, musicie wiedzieć, że dzieci w tamtych czasach były zaniedbywane, a rodzice nie poświęcali im wiele uwagi”.

Przedstawiam Wam najbardziej niesamowitą wariację na temat Świętego Mikołaja, jaką tylko możecie sobie wyobrazić.

Baśniowa opowieść, pełna nimf, wróżek, opiekunów kwiatów i zwierząt przeniesie Was do magicznego lasu. Lasu, w którym – nieco na wzór Mowgliego – pewna znudzona doglądaniem drzew nimfa wychowuje na posłaniu z miękkiego mchu porzucone ludzkie dziecko.

Otoczony tak wielką troską od najmłodszych lat Mikołaj postanawia ofiarować choć część tej dobroci innym dzieciom. Nie trudno było mu bowiem zauważyć, że choć są pełne naiwnej nieświadomości i radości z prostych rzeczy, niewiele z nich ma naprawdę beztroskie dzieciństwo.

„- Muszę poświęcić się opiece nad dziećmi ludzkości i próbować je uszczęśliwić (…). Ponieważ wasza czułą opieka, kiedy byłem dzieckiem, dała mi szczęście i siłę, to jest sprawiedliwe i właściwe, żebym poświęcił swoje życie sprawieniu przyjemności innym dzieciom”.

Z tej niedługiej książeczki (a przy tym wyjątkowo wygodnej do czytania, z powodu dużych liter i niewielkiego formatu i ciężaru) dowiecie się w jaki sposób Mikołaj zbudował swój dom i co zyskał osiedlając się w Dolinie Śmiechu, w jaki sposób wykonał pierwszą zabawkę i dlaczego akurat był to drewniany kot, kto posłużył mu za pierwowzór lalki, skąd wzięła się choinka i kiedy na kominkach zawisły pierwsze skarpety. A wszystko to z pomocą nieśmiertelnych, magicznych stworzonek opiekujących się Mikołajem przez całe jego życie – nawet po opuszczeniu lasu. No cóż, nie można chyba spodziewać się niczego innego po autorze „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, jak opowieści pełnej magii, przyjaźni i niesamowitości dopełnionej szczyptą niebezpieczeństw. Nie ominie Was bowiem odwieczna walka dobra ze złem!

Ta opowieść, zupełnie nie związana z postacią starożytnego biskupa z Miry, została właściwie całkowicie pozbawiona odniesień religijnych. Nie znaczy to jednak, że nie oparto jej na uniwersalnych wartościach, takich jak chęć pomocy bliźniemu, troska o niewinnych i słabych, poszanowanie natury, czy potrzeba niesienia radości i ulgi w cierpieniu. Dlatego też myślę, że może to być ciekawy świąteczny wybór dla młodych odbiorców wychowywanych w różnych wiarach i zgodnie z różnymi wyznaniami. Owe wartości są bowiem niezmienne i  zgodne chyba z każdym światopoglądem. Dobrze pamiętać o nich nie tylko przy okazji Bożego Narodzenia, ale w tym okołoświątecznym okresie najłatwiej o chwilę zadumy i refleksji.

Ten „biogram” nie ma wiele wspólnego z prawdziwą historią. Ale czy to ważne w tak magiczny czas? Czególnie, kiedy został oparty o pojęcia, które naprawdę liczą sie w życiu?

Raz posłane w świat dobro zawsze powróci, a miłość i oddanie, z jakim wychowujemy nasze dzieci ma spory wpływ na to, na jakich wyrosną dorosłych. Czego Święty Mikołaj Bauma może być najpiękniejszym przykładem.

L. Frank Baum, Życie i przygody Świętego Mikołaja, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 164 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Czas na czytanie: „Korona w mroku” Sarah J. Maas

Mniej więcej dwa lata temu czytałam pierwszą część i zupełnie nie przypadła mi do gustu, porzuciłam więc tą serię bez żalu. Spotkałam się jednak z wieloma opiniami, że z każdym kolejnym tomem jest lepiej, a seria jako całość jest świetna i przestając ją czytać przegrywam życie. Jako, że „Dwory” bardzo lubię, postanowiłam i Celaenie dać jeszcze jedną szansę.

Zaczęłam od powtórzenia sobie „Szklanego Tronu” i niestety za drugim razem był tak samo męczący i nieciekawy, co za pierwszym. Ale kiedy już przez niego przebrnęłam, faktycznie jestem skłonna podejrzewać, iż zadziałała tu tzw. „klątwa pierwszego tomu”.

Bo dalej faktycznie jest lepiej. I ta różnica jest zauważalna już od pierwszych stron „Korony w mroku”.

Przede wszystkim główna bohaterka, choć wciąż zarozumiała i irytująca, przestaje być taką gęsią. Oczywiście mają na to wpływ wydarzenia radosne i wydarzenia traumatyczne, ale nie jestem pewna dlaczego akurat teraz – w końcu i jednych i drugich dotychczas w jej życiu nie brakowało. Najprawdopodobniej ten jej paskudny charakter zaczął irytować również samą autorkę, więc Celaena musiała się zmienić. Dobrze, że stosunkowo szybko!

Poza tym nareszcie zaczęło się coś dziać. Nasza zabójczyni dostaje królewskie zlecenia, odcina głowy, rozpracowuje konspiratorów, znajduje swój sposób na bunt (oczywiście bardzo nieprzemyślany i niesamowicie lekkomyślny…), a nawet udaje jej się zdecydować na się na jednego z adoratorów!

W wolnych chwilach natomiast zgłębia katakumby, zapomniane korytarze i tajemne przejścia. A, jak wiadomo, wciskając nos w ciemne i podejrzane miejsca, możemy natrafić na coś, czego wcale nie mieliśmy w planie szukać…

Jest tu jeszcze więcej krwawych starć, demonów z innych wymiarów, brutalnych mordów i epickich pościgów. Chociaż turniej się skończył, czające się w okolicy zło wcale nie zamierza się oszczędzać – wręcz przeciwnie – dopiero się przeciąga.

Kim tak naprawdę jest Zabójczyni Adarlanu? Komu można zaufać? Przyjaciołom sprzed lat? A może niedawno odkrytym sojusznikom? Czy fakt posiadania wspólnego wroga automatycznie czyni sprzymierzeńcami? Kto tak naprawdę jest winien? I czy to tylko jedna osoba?

Świetnie, że Celaena przestała być wreszcie nadnaturalnie niezwyciężona (bo jak się okazuje, nadnaturalna nie przestanie być nigdy). W drugim tomie główna bohaterka nieznacznie odkrywa przed nami swoje karty – a mając niewielki nawet wgląd do jej przeszłości, łatwiej zrozumieć jej obawy i niezdecydowanie. Mamy też szansę poznać lepiej świat przedstawiony – jego konstrukcję, wierzenia i historię, czego bardzo brakowało mi w pierwszej części.

I mimo, że zakończenie nie wbiło mnie w fotel i nie zmusiło do natychmiastowego porzucenia wszystkich obowiązków na rzecz dalszej lektury, to tym razem po kolejny tom sięgnę z przyjemnością i lekkim zainteresowaniem. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej i lepiej, bo postępem, jaki uczyniła autorka między pierwszą, a drugą częścią jestem bardzo mile zaskoczona.

Sarah J. Maas, Korona w mroku, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2014, 494 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

 

Grajki Majki: Magiczny projektor Elsy

Uwaga uwaga, chcę Wam pokazać prezent dla dziecka, które ma już wszystko.

Właściwie bardzo trudno sklasyfikować ten produkt – z jednej strony to zabawka, z drugiej gadżet, z trzeciej rekwizyt do odgrywania scenek, z czwartej wymarzony element karnawałowego stroju. Chyba w dużej mierze zależy to od wyobraźni małej elsomoaniaczki.

To małe plastikowe cudo z wizerunkiem najpopularniejszej ostatnio księżniczki Disneya przyczepia się do stópki (od rozmiaru 26 wzwyż, 39 też daje radę – sprawdzone info!) za pomocą dwóch pasków na rzep. Przy robieniu kroku projektor rzuca na podłogę wokół stopy świetliste płatki śniegu. Kojarzycie ten moment z filmu, kiedy Elsa buduje zamek i tupie nogą, a spod jej stopy wyrasta lodowa podłoga? Właśnie tą scenę wyobraża sobie moja córka tuptając projektorem po domu z „Mam tę moc” na ustach.

Skutkiem ubocznym „budowy lodowego zamku” jest radość kotów uparcie polujących na pojawiające się i znikające śnieżynki :D

Jak na ten moment jestem zupełnie zadowolona z jakości wykonania – gwiazdki są ładne, ostre i dobrze widoczne nawet na jasnej podłodze, plastik jest solidny i mimo kilku upadków trzyma się w całości, mechanizm zakładania jest na tyle łatwy, że prawie czterolatka radzi sobie samodzielnie zarówno z zakładaniem, jak i ze ściąganiem całej konstrukcji, a jednocześnie całość dobrze trzyma się stopy – zarówno obutej w kapciuszki, jak i odzianej zaledwie w skarpetkę. Uwaga! Zestaw nie zawiera baterii, jeśli więc chcecie go komuś sprezentować, dorzućcie do paczki opakowanie „paluszków”.

Oryginalny element przebrania na przedszkolny bal (na balu jesiennym tylko cztery dziewczynki z grupy Majki były przebrane za Elsę. Maja była dynią. Przy kolejnym balu chce być Elsą i nie ma zmiłuj!), pobudzający wyobraźnię gadżet wzbogacający zabawę w odgrywanie ról, czy może zbędny zbieracz kurzu? Oceńcie sami.

Na pewno nie jest to zabawka, która wciągnie dziecko na całe godziny, raczej do okazjonalnego użytku „od imprezy do imprezy”, nie ma też wielkich walorów edukacyjnych. Jest za to czymś bardzo oryginalnym i w całkiem udany sposób imituje „magiczną moc”. No i jest z „Krainy Lodu”, a to tematyka bardzo na topie, chyba niezależnie od wieku. I bardzo w klimacie nadciągającej zimy.

Frozen II Magiczny Projektor
Firma: Giochi Preziosi
Sugerowany wiek: 3+

Projektor możecie kupić na przykłąd TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmosci dystrybutora zabawek Dante.

 

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Kandydatka” Rachel E. Carter

„I tak to właśnie jest z wrogami. Nigdy nie wiadomo kim tak naprawdę są”.

Stopniowanie poziomu emocji między kolejnymi częściami „Czarnego Maga” jest niesamowite. „Pierwszy rok” był zupełnie spokojny, bez większych wzruszeń, z lekkim dreszczykiem przedegzaminacyjnego stresu na końcu. „Adeptka” do frustracji i nerwów związanymi z przechodzeniem przez kolejne etapy edukacji dorzuciła uczuciowy rollercoaster zakazanego romansu, niepokój związany z nadciągającą wojną i żałobę pierwszych strat. A „Kandydatka”? „Kandydatka” trzyma w napięciu niemalże przez cały czas. Jak się czytelnik nie wkurza na główną bohaterkę przechodzącą trudny okres i próbującą swoich sił w czasie prawdziwej służby, to kibicuje jej podczas królewskich negocjacji z ambasadorem potencjalnego sojusznika. Jak nie śledzi z zapartym tchem wyjątkowo brutalnego magicznego turnieju (Te opisy walk! Ciągnęły się przez wiele stron, a nie były ani trochę monotonne!), to próbuje połapać się w międzynarodowym spisku. I wewnętrznym spisku również.

Są bale i bajkowe śluby, teściowie z piekła rodem i urocze księżniczki, gorące momenty w bibliotece i mordercze treningi. I przede wszystkim to, co tak bardzo lubię – pałacowe intrygi. Bardzo, bardzo dużo pałacowych intryg, walki o tron i pragnienia władzy. Prowokacje, ataki, kruche sojusze i głód zemsty. Wyścig chorobliwie ambitnych, zakompleksionych i niedocenianych osób osiąga punkt krytyczny. A większe i mniejsze potyczki toczą się o coś znacznie więcej, niż satysfakcja i połyskująca klejnotami szata Czarnego Maga.

Leje się krew i wszyscy tracą bliskich. Rozpadają się rodziny i przyjaźnie, jedne marzenia rozwiewają się w pył, a inne – cudem osiągnięte – mają gorzki smak rozczarowania. Buntownicy mogą czaić się wcześnie i nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ryiah jak zwykle stoi w samym oku cyklonu. Ryzykuje wszystkim i w którą stronę się nie obróci, konsekwencje będą tragiczne.

Nie wiem, jak ja doczekam do premiery kolejnego tomu…

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Kandydatka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 415 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Adeptka” Rachel E. Carter

„Każda dziewczyna chce mieć księcia. Każdy książę pragnie dziewczyny, której mieć nie może. To żadne zaskoczenie”.

Mój główny niedosyt po pierwszym tomie – mało rozwinięty opis świata, a „Adeptce” zostaje w pełni zaspokojony. Okazuje się, że morderczy trening pierwszego tomu był tylko łagodnym wstępem do prawdziwego magicznego szkolenia, frakcja bojowa to nie przelewki. Nie mówiąc już o prawdziwym życiu… Opuszczając przytulne mury Akademii wraz z Ryiah mamy szansę dowiedzieć się więcej nie tylko o geografii, czy stosunkach społeczno-politycznych Jeraru, ale również o poszczególnych miastach, w których stacjonują adepci, sposobach życia i metodach walki zależnych od danego ośrodka, funkcjonowaniu dworu, życiu wojska i ludności cywilnej, kruchych sojuszach z państwami ościennymi i punktach zapalnych. A nawet co nieco o sukniach i dworskiej etykiecie.

A i porywcza Ryiach nie rozczarowuje pakując się stale w nowe tarapaty i doświadczając jednego przypału za drugim. Na szczęście z prawie każdego potrafi wyciągnąć nieco mądrości na przyszłość.

Zarówno metody nauki, jak i relacje między bohaterami stają się zdecydowanie ciekawsze i bardziej urozmaicone. Całkiem jeszcze subtelny i niewinny wątek romantyczny z „Pierwszego roku” ulega rozwinięciu gwałtownemu jak sami jego uczestnicy. Zakazana miłość w końcu musi być burzliwa i emocjonująca. Przyciągają się i odpychają, raz wygrywają porywy serca, raz rozsądek, jednego dnia się kochają, drugiego nienawidzą. Uszczęśliwiają się i ranią na przemian, nie oszczędzając przy tym osób postronnych, bo przez większość czasu to nawet nie jest miłosny trójkąt, a czworokąt. Czy taki emocjonalny galimatias może prowadzić do szczęśliwego zakończenia? I dla kogo właściwie okaże się ono szczęśliwe? Oj tak, ten tom to zdecydowanie romansidło z nutą brazylijskiego serialu, gdzie ekscytacja miesza się z odrobiną zażenowania i szczyptą zniecierpliwienia. Ale za to je w końcu kochamy. A fantastyczni bohaterowie (choć nie raz miałam ochotę pourywać mi głowy) i coraz ciekawiej prezentujący się świat wynagradzają wszystkie chwile, w których przewracałam oczami nad głupimi miłostkami.

Również akcja mocno przyspiesza – pierwszy tom opisywał rok próby, w drugim przyglądamy się reszcie edukacji głównej bohaterki przez cztery kolejne lata dzielące ją od upragnionej szaty maga. I choć autorka stosuje całkiem sporo czasowych przeskoków, są to lata bogate nie tylko w doświadczenia teoretyczne, symulowane bitwy i burzę nastoletnich hormonów.  Ignorowane dotychczas sabotaże wrogiego sąsiada Jeraru przybierają na sile, a ich coraz bardziej zuchwałe ataki zaczynają uderzać bezpośrednio w bohaterów. Nerwy związane ze szkolnymi testami zaczyna przesłaniać widmo wojny.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Adeptka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 447 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Tajemnice Gryzmołkowa. Duch z fabryki krówek” David O’Connell

Ta książka, to najlepszy bajkowo-fantastyczny koktajl na całym świecie! Bo czy możecie sobie wyobrazić lepsze połączenie, niż słodycze i smoki (czy wspominałam już kiedyś, jak bardzo KOCHAM SMOKI?)?

 

Archie McKarmelek dowiaduje się pewnego dnia, że dzięki tajemniczemu spadkowi jeszcze bardziej tajemniczego stryjecznego dziadka, z dnia na dzień stał się nie tylko właścicielem bardzo tajemniczego domu wraz z sąsiadującą z nim fabryką najpyszniejszych krówek w okolicy, ale przy okazji głową bardzo tajemniczego rodu. I przy okazji najmłodszym dziedzicem w historii tej zakręconej rodziny. Szybko okazuje się jednak, że cały ten majątek wisi na włosku, a co gorsza już wkrótce może zabraknąć najbardziej mięciutkich, cudownie rozpływających się w ustach słodyczy. Ale czy przytłoczony nowymi obowiązkami Archie ma szansę odnaleźć zaginiony składnik słynnych krówek McKarmelka, gdy musi udowodnić, że jest godzien swojego dziedzictwa? Szczególnie, że na jego życie czyha demoniczna ciotka z dobrze odżywionymi kuzynami, a wokół zaczynają dziać się coraz bardziej niesamowite rzeczy?

„Miej oczy otwarte i kubki smakowe gotowe! Pomoc przyjdzie w najdziewniejszych okolicznościach. Gryzmołkowo to osobliwe miejsce – spodziewaj sie tego, co niespodziewane…”

Na szczęście nasz bohater nie jest sam – na pomoc ruszają mu nowi przyjaciele. A z drużyną złożoną z przyszłej inżynierki, świeżo upieczonego dziedzica, specjalisty od zjawisk nadprzyrodzonych i małego białego pieska, żadna dziuwnuść nie ma szans! Wspólnie rozwiążą wszystkie tajemnicze zagadki i uratują świat słodyczy! A przynajmniej przyszłość rodzinnej firmy.

Detektywistyczna przygoda z lekkim dreszczykiem i świetnymi ilustracjami do kompletu. Upiorne zamki, mapy skarbów, słodkie szyfry, zakurzone piwnice, tajemnicze przejścia, mnóstwo magii, najróżniejszych słodkości i… miodne smoki. A miodne smoki to najgenialniejszy pomysł, o jakim kiedykolwiek słyszałam. I kiedykolwiek usłyszę.

Można dostać próchnicy od samego czytania! A to dopiero pierwszy tom przygód z kipiącego magicznymi dziuwnuściami, tajemniczego Gryzmołkowa! Nie mogę się doczekać kolejnych części! I wcale nie będę czekać, aż moja Majka do nich dorośnie…

David O’Connell, Tajemnice Gryzmołkowa. Duch z fabryki krówek, Warszawa: Kapitan Nauka, 2019, 200 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka. „Tajemnice Gryzmołkowa można kupić TUTAJ.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Pierwszy Rok” Rachel E. Carter

Wrzesień rozpoczęłam aresztem domowym z powodu anginy, którą Majka postanowiła inaugurować nowy rok przedszkolny. W związku z przymusowymi pobudkami, absorbującą obolałą trzylatką i ogólnym poddenerwowaniem własnym i otoczenia zaczęłam się rozglądać za lekką, ale wciągającą lekturą z na tyle nieskomplikowaną fabułą, by móc ją odłożyć w dowolnym momencie (maaaaamo pić!/boli!/a koty się biją!/a czemu Elsa ucieka?/mogę czekoladkę?…) i bez problemu wrócić do czytania bez konieczności przypominania sobie wszystkich przeczytanych wcześniej wątków. W ten sposób uszczknęłam nieco jesienno-zimowe zapasy i w ramach reaktywacji akcji #nadrabiammłodzieżówki sięgnęłam po serię „Czarnego Maga”.

Do świata wykreowanego przez Rachel Carter nie trzeba się przyzwyczajać, uczyć się go, czy z nim oswajać. Już od momentu otwarcia „Pierwszego Roku” miałam wrażenie, że jestem świadomym uczestnikiem akcji, a nie takim, który stoi na środku i rozglądając się wokół zagubionym wzrokiem zastanawia się co tak właściwie się tutaj wyprawia.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że świat ten nie jest szczególnie rozbudowany. Realia są mniej więcej średniowieczne – z królewskim dworem i pospólstwem, gdzie szansą na dobre życie jest dla młodego człowieka kariera rycerza albo wstąpienie do zakonu. Tylko nieliczni mają odwagę marzyć o wstąpieniu do osławionej Akademii Magów – nie tylko dlatego, że by się tam dostać, trzeba mieć szczególny dar. Poza talentem do władania magią trzeba przetrwać rok morderczego, pełnego bólu i upokorzeń treningu, który z ponad stu śmiałków wyłoni zaledwie piętnastu kandydatów do podjęcia właściwego szkolenia.

Jedną ze śmiałków jest porywcza, uparta do granic możliwości Ryiah, która wraz z bratem bliźniakiem próbuje swoich sił w murach Akademii. Jest naszą przewodniczką po szkole, w której od samego początku radzi sobie raczej przeciętnie, w raz z nią przeżywamy zarówno sadystyczne lekcje, jak i typowe nastoletnie kłopoty nie tak do końca typowego, ale wciąż „szkolnego życia”, jak poszukiwanie przyjaciół, porywy serca, nienadążanie z pracą domową, czy złośliwości „bogatych dzieciaków”.

W związku z tym jest to lektura w dużej mierze przewidywalna i tendencyjna, wiecie – przystojni, zadufani w sobie książęta emanujący mroczną tajemnicą aż kolana miękną, złośliwe zołzy gotowe na każdym kroku podstawić Ci nogę, stałe ryzyko publicznego blamażu, historie w stylu od nienawiści do przyjaźni i ciężka praca, która się opłaca. Trochę nastoletnich fochów i błahych dramatów, ale warto pamiętać, że bohaterowie mają po 15 lat, choć wybrali sobie ścieżkę kariery łzami i krwią wybrukowaną, to właśnie na tyle się zachowują. I mimo, że tak naprawdę czytelnik od początku przeczuwa, jak to wszystko się skończy, to jednak nie sposób Ryiah nie kibicować (a kiedy doceniam kobiecą postać, to jest to już wydarzeniem samym w sobie!) – jest na tyle uparta, zawzięta i zdeterminowana, że nie da się nie podziwiać jej samozaparcia. A przy tym czyta się sprawnie, łatwo i przyjemnie. Z pominięciem tej chwili strasu przedegzaminacyjnego.

Lekka, choć całkiem emocjonująca magiczna historia o nie poddawaniu się, przyjaźni, wierze we własne możliwości i pokonywaniu własnych słabości.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Pierwszy rok, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Róże w garażu” Agnieszka Tyszka

Czy kiedy obiecane wakacje w Grecji nie dochodzą do skutku, wyjazd za miasto może okazać się atrakcyjną alternatywą? Jak najbardziej, ale tylko jeśli na działce obok, w różowym garażu obrośniętym różami mieszka… no właśnie, kto? Czarownica? Bajkowa Baba Jaga? A może mało towarzyski mechanik samochodowy?

Czy to możliwe, że wszystkie czarne koty kręcące się po zaniedbanej działeczce za płotem same karmią się whiskasem? Cukierki same pojawiają się na płocie, a pod krzakami róż rosną lizaki w kolorowych papierkach?

Lato to czas zabawy i nieograniczonej fantazji. Niewiele trzeba, by stać się Indianinem, badaczką, treserką niewidzialnych tygrysów, piratem, architektem pałaców dla ślimaków, czy nowojorskim detektywem. W końcu nuda jest najlepszą przyjaciółką wyobraźni. A jeśli pozornie zwyczajnym sytuacjom tajemniczości dodadzą nie do końca wytłumaczalne szczegóły, Grecja szybko odejdzie w zapomnienie. W końcu nie każdym wakacjom towarzyszą przygody rodem z książek!

Przekonują się o tym dwie wielodzietne rodziny, w których mamy – najlepsze przyjaciółki jeszcze z czasów szkoły zakonnej – kupiły mały domek z działeczką. Sześcioro narratorów o najróżniejszych zainteresowaniach i w różnym wieku (od niemalże niemowlaka, przez rezolutne przedszkolaczki, aż po „dorosłą” i „nowoczesną” młodszą młodzież) wspólnymi siłami, choć każdy w swoim niepowtarzalnym stylu, opowie czytelnikowi o tym, co zdarzyło pewnego niesamowitego lata.

A pomogą im w tym przesympatyczne, tęczowo kolorowe ilustracje, które od czasu do czasu zajmują całe strony książeczki, a jeśli nie, to wciskają się między spory, wygodny na poczatkującego czytelnika tekst jak tylko mogą – choćby jednym ptaszkiem, kotkiem, czy ślimaczkiem.

Spakujcie do kieszeni trochę czosnku i latarkę, na szyi powieście niebieskie koraliki, a pod pachę chwyćcie pluszowego dziobaka. Tak wyposażeni otwórzcie książkę – jesteście gotowi na przygodę!

Pamiętajcie, że magia może kryć się w najzwyklejszej nawet historii. Trzeba tylko umieć ją dostrzec!

Agnieszka Tyszka, Róże w garażu, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 125 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 1″ S. L. Leśna

Książka, którą chcę Wam dzisiaj polecić jest drukowanym wydaniem dwóch pierwszych ksiąg opowiadania pod tym samym tytułem, publikowanego kilka lat temu na blogu https://tamgdzietopniejelod.wordpress.com/ – wraz z pojawieniem się wersji papierowej Księga I i II zostały usunięte z internetu.

TGTL to historia zderzenia dwóch światów. Suen jest uzdrowicielem, wygnanym ze swojego ludu za popełnioną przed laty zbrodnię. Osiada w cichej świątyni i pod wpływem bolesnych wspomnień stopniowo pogrążą się w marazmie. Jego życie po raz kolejny zostaje wywrócone do góry nogami, gdy zostaje uprowadzony przez okrutnych barbarzyńców i zmuszony do podróży w samo serce mroźnej północy. Jego zdolności są ostatnią szansą na przywrócenie sprawności brata przyszłego wodza plemienia władającego wilkami.

Odmienny wygląd, kultura, moralność, a nawet sposób odczuwania bohaterów są powodem licznych nieporozumień, ale również pogłębiającej się fascynacji. A nic tak nie zbliża, jak wspólna podróż, gdzie walka z bezwzględnością natury miesza się z nieprawdopodobnymi i przy tym śmiertelnie niebezpiecznymi przygodami.

Mimo, że miałam już do czynienia z tą opowieścią, książkę czytało mi się świetnie – z jednej strony dlatego, że na blogu śledziłam losy bohaterów ze sto lat temu i sporo szczegółów zdążyło już mi umknąć, z drugiej zaś mam wrażenie, że w papierowej książce pojawiło się trochę zmian.

Z tego, co pamiętam z blogowego opowiadania, w papierowej wersji Suen zyskał nieco na stanowczości i pewności siebie. Wcześniej postrzegałam go raczej jako biedne, choć zadziorne kurczątko w lisiej norze, a teraz widzę w nim młodego buntownika, który sam nie do końca wie, czego chce, ale nie jest całkowicie bezbronny, dba o swój interes i na pewno prosi się o utarcie nosa. Teraz chyba lubię go bardziej.

Chociaż spore ograniczenie scen erotycznych i rezygnacja z ich dosłowności sprawiło mi nieco zawodu (nie mogę odżałować wycięcia mojego ulubionego „momentu” w grocie!), samej książce chyba jednak wyszło na dobre – teraz to mniej „pikantny romans”, a bardziej fantastyka z dodatkiem romansu. Sama relacja między bohaterami zyskała głębi, ale mam wrażenie, że dręczące ich elektryzujące przyciąganie stało się trudniejsze do uchwycenia. Z drugiej strony dlaczego czytelnik ma mieć wszystko podane na tacy?

Na tym zabiegu zdecydowanie zyskał świat przedstawiony – nie jest już tłem „50 twarzy barbarzyńców”, a głównym tematem opowieści. Wraz ze swoimi legendami, wierzeniami, zwyczajami i magią wciska się na pierwszy plan porywając czytelnika równie mocno, co sama historia i pokręcone losy bohaterów. To wciągająca przygodówka osadzona w dobrze skonstruowanym świecie wzorowanym na życiu i wierzeniach ludów Starożytnej Syberii, doprawiona szczyptą erotyzmu, kuszącym owocem zakazanego romansu, międzyklanowymi waśniami i intrygami demonów. A najlepsze jest to, że opowieść wciąż trwa i niedosyt po zamknięciu książki uciszyć można sięgając po III i IV Księgę, które rozdział po rozdziale pojawiają się na blogu. Uciszyć chwilowo, bo zakończenie wciąż jest jedną wielką niewiadomą, a zwrotów akcji nie brakuje…

Jeśli nie byliście jeszcze na skutej lodem ziemi Raghów, koniecznie musicie to nadrobić (szczególnie jeśli narzekacie na czerwcowe upały). Natomiast jeśli już kiedyś zawitaliście w te strony, warto skusić się na ponowną lekturę – choć równice między wersjami są kosmetyczne i nie mają wielkiego wpływu na fabułę, papierowe wydanie jest bardziej dopracowane i klimatyczne, co nieco zmienia odbiór całości.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 1, 2019, 327 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.