Czas na czytanie: „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdalena Knedler

Takie właśnie powinny być świąteczne książki! Trzymające w napięciu, zmuszające do wysilenia szarych komórek, pachnące piernikiem i brzmiące bożonarodzeniowymi szlagierami. A w wannie, zamiast karpia pływa topielec.

Mam taki problem z kryminałami, że zanim na dobre zorientuję się kto jest kim i o co tak właściwie chodzi, mija przynajmniej 100 stron. Nie wiem, na czym polega magiczna sztuczka autorki, ale nawet książkę tego gatunku napisała tak, że nie wchodzi gładko od pierwszego zdania. I ani się człowiek obejży, a jest czwarta rano.

Witajcie w pensjonacie Mścigniew (urocza i wyjątkowo adekwatna nazwa, nieprawdaż?) – miejscu, dokąd na Boże Narodzenie ściągają ludzie pragnący ucieczki od przedświątecznego szaleństwa. Bo i oferta brzmi niezwykle kusząco, w końcu to urokliwa samotnia wśród lasów i jezior, nie trzeba sprzątać ani gotować, a właściciel hoteliku do wprowadzania sielskiego nastroju podchodzi z werwą i oddaniem. I wszystko zapowiada się iście beztrosko. Aż do momentu, kiedy zwłoki jednego z gości zostają znalezione w wannie.

Każdy z mieszkańców pensjonatu to interesujący egzemplarz – małżeństwo hipsterów, korposzczurzyca, niespełniona piosenkarka, wiecznie zaczytany polonista, królowa sceny sprzed lat, ojciec z synem przeżywający rodzinną tragedię i nawrócony alkoholik. A odizolowana, cierpiąca na tajemniczą chorobę żona właściciela to wyjątkowo urodziwa wisienka na torcie. Każdy z nich ma swoje sekrety, których zazdrośnie strzeże, każdy gdzieniegdzie mija się z prawdą i mimo makabrycznych okoliczności nikt za bardzo nie pali się do wyjazdu. I co gorsza – nikt zdaje się nie mieć motywu. Nieszczęśliwy wypadek, czy skrzętnie zaplanowana zbrodnia?

Przed oryginalnym duetem policjanta w krawacie w bałwanki i prywatnego detektywa-przystojniaka nie lada wyzwanie wymagające wyjątkowych środków – udając zakochaną parę postanawiają wynająć pokój zwolniony przez tragicznie zmarłego. Wraz z jego wanną.

Kipiąca humorem, zręcznie napisana historia morderstwa pełna świątecznego klimatu. W końcu nic tak nie potrafi rozruszać przed światami, jak morderstwo. Albo dwa!

A jeśli jeszcze mało Wam atrakcji, to okładka jest fantastyczna – ten norweski swetrowy wzorek w czaszeczki, to jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam! Nosiłabym bardzo!

Magdalena Knedler, Nie całkiem białe Boże Narodzenie, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 436 s.

Za idealny przedświateczny prezent dziękuję Anecie! Koniecznie zajżyjcie na jej bloga i przeczytajcie jej książkę ;)

Czas na czytanie: „Pensjonat pod Świerkiem. Opowiadania świąteczne”

Może trochę wstyd się przyznać, ale jeśli chodzi o twórczość polskich pisarzy, mam spore zaległości i poza kilkoma nazwiskami, które lubię i śledzę, nie bardzo jestem w stanie się na ten temat wypowiedzieć.

Dlatego, chociaż w gruncie rzeczy nie przepadam za krótkimi formami literackimi, ze sporym entuzjazmem sięgnęłam po antologię świątecznych opowiadań. To w sumie dwie pieczenie na jednym ogniu – z początkiem grudnia zacznę wprowadzać bożonarodzeniowe klimaty (co obiecałam sobie po zeszłorocznym buncie przeciwko ckliwym świątecznym powieściom) i zrobię mały rekonesans wśród polskich autorów. Bo to jednak było moje noworoczne postanowienie, a tu jak zwykle zaskoczył mnie grudzień…

DSC_1223

Tym też sposobem zafundowałam sobie próbkę twórczości ośmiu pisarzy płci obojga. Co prawda na nieco tendencyjny temat, ale moim zdaniem, jeśli ktoś potrafi oddać czar grudniowej nocy w zasypanym śniegiem pensjonacie na końcu świata, to warto się nim bliżej zainteresować. Jestem osobą wyjątkowo łasą na bożenarodzeniowy kicz, romantyzm i komerchę, więc wbrew pozorom wcale nie jest trudno mnie zadowolić. A mimo to mało komu się udało.

Motywem przewodnim jest średnio urokliwy, postkomunistyczny pensjonat w zapomnianej przez świat leśnej głuszy, prowadzony przez na wskroś dobre rodzeństwo – Ewę i Gabriela. To tam trafiają bohaterowie wszystkich opowiadań i dzięki temu niewielki, na wskroś typowy budyneczek staje się sceną dla niespodziewanych spotkań po latach, kilku tendencyjnych świątecznych cudów, powrotów nadziei, dobrych i złych decyzji i odrobiny tandetnej sensacji, gdzie tryskająca krew miesza się z dzikimi seksami i średnim poziomem literackim.

Bo niestety w większości przypadków jest kiepsko – i pod względem pomysłu i pod względem języka. Zdecydowanie wybijają się (zarówno pod względem fabuły, jak i stylu) dwa opowiadania Magdaleny Knedler, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo jej twórczość to jedno z moich największych odkryć mijającego roku. Czegoś takiego oczekiwałam – oryginalnego pomysłu osadzonego w trącącym nieco kiczem pachnącego piernikiem klimacie świąt Bożego Narodzenia. Może to kwestia gustu, ale jej historie w moim odczuciu stawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że reszta autorów po prostu przy niej blaknie. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że całą antologię przeczytam z podobną przyjemnością.

Drugim wartym wspomnienia nazwiskiem, jest Nina Richter, której opowiadanie bardzo mile mnie zaskoczyło i ma szansę stanąć na podium obok pani Knedler i wcale nie wyglądać przy tym jak szara myszka. I ono też jest tendencyjne – samotna starość, homofobia i wielkie świąteczne pojednanie po latach. A mimo to bardzo dobrze się czyta, a bohaterowie nie są wcale tak szablonowi, jak mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. I o twórczości tej autorki chętnie dowiem się więcej.

Poza tym nikt więcej niestety nie zdołał mnie zainteresować, a niektórzy wręcz zniechęcili.

Liczyłam na coś więcej, ale mimo to polecam jako lekką lekturę na przedświąteczny czas – świetnie sprawdzi się jako mała odskocznia w natłoku obowiązków albo czekadełko w kolejce po karpia. Szczególnie warto dla tych trzech wyjątkowych historii, które dodatkowo potrafią zaciekawić, czytają się z przyjemnością i zostawiają w serduchu to wyjątkowe świąteczne ciepełko.

Pensjonat pod Świerkiem, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 306 s.

Książka na weekend: PRZEPREMIEROWO „Tylko oddech” Magdalena Knedler

„Oboje ciągle czegoś od siebie oczekiwali, i może to właśnie okazało się ich największym błędem. Może raczej trzeba było odrzucić oczekiwania, a w zamian starać się do siebie dopasować – starać się o to przez całe życie, bo przecież człowiek ciągle się zmienia i osoba, z którą się żyje już piętnasty rok nie jest tą samą osobą, którą była w dniu ślubu, czy pierwszego spotkania.”

Tym razem dokonałam wyboru ze względu na miejsca akcji – chata w leśnej głuszy, Półwysep Helski i skansen w Sierpcu to wyjątkowo wakacyjne destynacje, choć bohaterowie powieści odwiedzają je w zdecydowanie innym celu. Książka ukarze się dopiero pod koniec sierpnia, ale uważam, że będzie idealna na koniec wakacji – gwarantuję, że sprowadzi Was na ziemię po wakacyjnych szaleństwach, skłoni do refleksji i zostawi z wieloma przemyśleniami.

Chociaż nie czytałam jeszcze wszystkich książek z dorobku autorki, z czystym sumieniem polecam je w ciemno, bo po „Dziewczynie z daleka” i „Twarzy Grety di Biase” zakochałam się bez pamięci w stylu autorki, jej podejściu do pisania, sposobie budowania historii i humoru tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.

I jej najnowsza książka nie rozczarowała mnie ani trochę, choć jest trochę inna, niż dwie wymienione powyżej.

Przede wszystkim początkowo miałam wrażenie, że nie ma w niej tematu przewodniego, jakim w „Grecie” była sztuka, a w „Dziewczynie” historia. Ale w końcu go odnalazłam – to rodzina. Czasami to, co najbardziej oczywiste zupełnie nam umyka. Szczególnie, że do pisania o niej nie przygotujemy się w archiwach

To książka o wyjątkowo skomplikowanej sytuacji rodzinnej, która wydaje się być zaczerpnięta rodem z brazylijskiej telenoweli, a jednocześnie nie miałam najmniejszego problemu, by w nią uwierzyć. W końcu sama mam wujka, który wymienił się na żony ze znajomym (ale to we Francji – inna kultura!). Książka o relacjach między poszczególnymi członkami rodziny i ich wpływie na kształtowanie się człowieka. O siostrzanych uczuciach i rodzicielstwie, o zdradzie i wyrzutach sumienia, o utracie i tęsknocie, o zbrodni i jej motywach. O rozczarowaniu życiem i układaniu go od nowa. O miłości, która zaskakuje człowieka w zupełnie nieodpowiednim miejscu i czasie. O szukaniu swojej drogi i uczeniu się, co to właściwie znaczy żyć. A nauka zazwyczaj bywa bolesna.

„Wtłoczyła się w schemat, zanim zasmakowała w chaosie, zanim pobyła ze sobą i zdecydowała, czego oczekuje od życia.”

Pełna emocji, które wręcz zjadają bohaterów i udzielają się czytelnikowi. Tak życiowa, że to aż przerażające.

„Póżniej nachodziły ją inne myśli. Że macierzyństwo bywa gorzkie, nierzadko wymaga rezygnacji z siebie, wykańcza psychicznie i fizycznie, że najdokładniej kobietę definiuje i wtłacza w rolę.”

Przyznaję, że ta lektura trochę mnie niepokoi. Znalazłam w niej tak wiele własnych uczuć i przemyśleń, że aż mnie przechodzi dreszcz. W końcu też mam siostrę. Sporo młodszą.

Magdalena Knedler, Tylko oddech, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 278 s. (premiera 27 sierpnia 2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

Czas na czytanie: „Twarz Grety di Biase” Magdalena Knedler

Co tu dużo mówić – ta książka urzekła mnie już samą dedykacją. A potem było jeszcze lepiej.

„- Dlaczego Ty chcesz pojechać do tych cholernych Włoch? Przez nią, prawda? Siedzi Ci w głowie? Zabujałeś się w obrazie?
– Nie zabujałem się w obrazie.
– Mnie też się to kiedyś zdarzyło.”

Dobiegający już czterdziestki Adam żyje w świecie ograniczonym uciążliwymi fobiami. Je tylko kilka wybranych produktów, czuje lęk przed wyjściem z domu, liczy kroki, za każdym razem kilkukrotnie upewnia się, czy aby na pewno zamknął drzwi i bardzo źle znosi najmniejsze nawet zmiany w swojej codziennej rutynie. Prowadzi niewielką galerię na wrocławskim rynku, gdzie każdego dnia układa długopisy w idealnie równym szeregu i dokładnie wyciera kurze. I gdzie raz na jakiś czas wpada jego jedyny przyjaciel – Zygmunt – obiecujący malarz i prawdziwie artystyczna dusza. Tam również trafiają dwa tajemnicze portrety równie tajemniczej włoskiej malarki. Przedstawione na obrazach, przepełnione trudno uchwytnymi emocjami oblicza tej samej modelki nie dają o sobie zapomnieć i popychają Adama do rozpoczęcia intymnej korespondencji z autorką dzieł.

Tak właśnie zaczyna się nieprawdopodobna historia internetowego romansu, która zmusza go do wyrwania się ze szponów nerwicy natręctw i podjęcia korków, na które w innych okolicznościach nigdy by się nie odważył.

„(…) boimy się samych siebie. Tego, co jest w naszych głowach. Mówisz, że w Twojej jest piekło, a ja mogę powiedzieć to samo o sobie.”

Zostawia dorobek swojego życia w rękach znajomej prostytutki oraz oddanego, choć niefrasobliwego przyjaciela i decyduje się na szaloną wyprawę, goniąc za ulotnymi wspomnieniami nieznajomej. To podróż pełna pięknych widoków, artystycznych wzruszeń, ciasnych, brudnych uliczek i smaku smażonych bakłażanów. To również wyprawa głęboko egzystencjalna, wypełniona refleksją nad procesem tworzenia, namysłem nad sztuką będącą gwarancją nieśmiertelności twórcy i nostalgią po artystach, którzy na zawsze osunęli się w mrok zapomnienia.

Zachwycające widoki i zdumiewające efekty wysiłku ludzkich rąk i wyobraźni z umęczonym Chrystusem rozciągniętym na krzyżu w tle. Przedstawienia Zbawiciela w typie krucyfiksu widlastego za każdym razem robią na mnie piorunujące wrażenie. Czasem dobrze sobie przypomnieć, że nie tylko mnie poruszają takie rzeczy jak mistyka wczesnego gotyku. Wspólnota odczuwania podnosi na duchu.

„Adam odnajdywał podobny smutek na wielu obrazach i zawsze wtedy myślał, że jeśli idzie o emocje, istnieje pewien uniwersalizm i pewna ponadczasowość. Ludzie czują tak samo, niezależnie od dekoracji i systemu obowiązujących reguł, a każdy jest bezsilny wobec śmierci, utraty, czy rezygnacji. Jego uwagę przykuło wiele par oczu wyrażających żal, wiele nieruchomych twarzy i ust niewykrzywionych przez uśmiech. Myślał w takich momentach o ogromnej mocy malarza, który nie tylko odtwarza obiekty, ale przede wszystkim je stwarza.”

Kim jest tajemnicza Greta i jakie dramaty doprowadziły ją do namalowania tak przejmujących obrazów?

DSC_1012

To opowieść o cierpieniu, niesprawiedliwości losu i niespełnionej miłości. O fascynacji, obsesji, oddaniu i pokonywaniu własnych słabości. O prawdziwej przyjaźni i uczuciu dla którego warto rzucić wszystko. O pamięci i zapomnieniu. O przemocy i krzywdzie. O nieco naiwnym idealizmie młodości i jego zderzeniu z tragedią. O genialnych twórcach naznaczonych piętnem nieszczęśliwego życia.

„Może chodzi o jedną z tych banalnych i wyświechtanych życiowych prawd, że nie ma ludzi idealnych i trzeba się nauczyć akceptować siebie nawzajem. Bo lepiej już nie będzie, a teraz i tak nie jest źle. Bo razem jest zawsze trochę łatwiej.”

I może przede wszystkim o miłości do sztuki. Dopóki są na tym świecie ludzie przykładający tak dużą wagę do twórczości artystycznej, dopóty jest jeszcze dla nas nadzieja.

„Na tym chyba polegała sztuka – na odnalezieniu własnej drogi lub przynajmniej na jej szukaniu. Może nawet błądzeniu.”

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem solidnego przygotowania Magdaleny Knedler do stworzenia tej historii. Pisze o rzeczach, na których się zna, o miejscach, w których była osobiście i emocjach, jakie sama odczuwała. I ten autentyzm naprawdę czuć podczas lektury.  A o poziomie literackim autorki najlepiej świadczy fakt, że tekst przed korektą właściwie nie potrzebuje korekty. Jej lekkość słowa i poważne tematy podszyte nutką humoru osiadają niczym przysłowiowa wisienka na zawijasie z bitej śmietany.

Książka, która wciąga i nie chce puścić. Ale warto zarwać dla niej noc, bo jest jeszcze lepsza, niż „Dziewczyna z daleka”.

„Mógłbyś znaleźć osobę, która przynajmniej trochę zna temat. No nie wiem, choćby jakiegoś studenta historii sztuki. Wszyscy szukają pracy, a humanistów nikt nigdzie nie chce…”

Magdalena Knedler, Twarz Grety di Biase, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 396 s.
(data premiery 9.05.2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

Czas na czytanie: „Dziewczyna z daleka” Magdalena Knedler

„Poczułam się oszukana. Miałam wuja nazistę, mój ojciec był polskim szlachcicem, mój mąż – muzykiem, kosmopolita i liberałem, a ja uchodziłam za komunistkę. Tymczasem „prawdziwi” komuniści z Rosji właśnie nasłali na nas czołgi.”

Lena Rajska jest młodą, nieustraszoną kobietą. Nieustraszoną do tego stopnia, że przemierza świat pisząc reportaże z tak zwanych „przestrzeni wojny”. Nigdzie nie zatrzymuje się na dłużej i zdaje się ciągle czegoś szukać. Nie ma pojęcia, że najbardziej poruszającą historię skrywa jej własna rodzina.

„(…) wojna wcale nie skończyła się w czterdziestym piątym, ale trwała nadal, w różnych zakątkach świata, i przyjmowała różne oblicza. Dla jednych toczyła się na Syberii, w łagrach na Workucie, dla innych w lasach i więzieniach, dla jeszcze innych w Czeczeni, Afganistanie, Iraku i Syrii. A niektórzy toczyli wojny we własnych domach. Z najbliższymi. Z własnymi demonami. Ze sobą. To się nigdy nie kończyło.”

Babcia Leny – Natasza Slisterwitz to szorstka w obyciu, zgryźliwa i samotna staruszka pozornie nie mająca innym niczego do zaoferowania. Samowystarczalna herod-baba żyjąca na pustkowiu, zawzięcie odstraszająca każde potencjalne towarzystwo. Z wyjątkiem kota Augusta.

Artur Adams, angielski historyk zgłębiający historię swoich dziadków, wpada z butami w życie obu kobiet burząc budowane latami status quo. Nadchodzi czas zwierzeń i czas spowiedzi. Czas, w którym niesympatyczna „stara Niemra”, po wielu latach milczenia ponownie otwiera się na drugiego człowieka. I jednocześnie pozwala sobie na zrzucenie z barków olbrzymiego ciężaru. Jej pokuta nareszcie dobiega końca a historia nareszcie zostaje opowiedziana do końca.

Szalenie sympatyczny Wojtek, policjant z zawodu i powołania, trafia na tą opowieść zupełnie przypadkiem. I znajduje inspirację do dalszego życia.

To książka o zbrodni, winie i karze. O miłości, krzywdzie, oszustwie i olbrzymich wyrzutach sumienia. O wypaczonych ideologiach i koszmarze wojny. O przeszłości, która przekreśla teraźniejszość. Książka, w której każdy bohater jest po trochu ofiarą i czarnym charakterem. I każdemu przychodzi odpokutować zarówno za swoje grzechy, jak i za winę niezawinioną, tragiczne błędy historii. Książka, z którą zarywa się noce, bo taka historia nie pozwala spokojnie zasnąć.

„(…) tamtej dziewczyny z Wileńszczyzny, zagubionej w ideologiach, poglądach, ambicjach i emocjach. Jak to jest, kiedy człowiek dojrzewa w takich warunkach? Dorasta w przyspieszonym tempie i zastanawia się, czy dzień, który właśnie się zaczyna będzie ostatnim?”

Całość okraszona została szczyptą humoru, która dodaje lekturze lekkości i czyni bohaterów bardziej ludzkimi. A historię prawdziwszą. Bo w takie, z pozoru nieprawdopodobne zawirowania losu naprawdę łatwo uwierzyć. Szczególnie, że osadzenie fabuły w tle historycznym poprzedzone zostało gruntownymi badaniami autorki.

„Nie jesteśmy pod okupacją i nie musimy być weganami. Mam kurę w zamrażalniku.”

Magdalena Knedler, Dziewczyna z daleka, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, s.