Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Wotum” Maciej Siembieda

W trzecim tomie przygód prokuratora Kani, autor nie zawahał się podnieść ręki na najświętszą z naszych narodowych świętości.

Pewnego grudniowego dnia 2012 roku, niepoczytalny sprawca usiłuje zniszczyć jasnogórski obraz Czarnej Madonny i tylko cud pancernej szyby chroni najsłynniejszy polski symbol chrześcijaństwa przed niechybną zagładą. To, skądinąd rzeczywiste zdarzenie rozpoczyna kolejne śledztwo mojego ulubionego Pana Samochodzika z IPNu. Na prośbę częstochowskich paulinów ma stwierdzić, czy za zamachem na Najświętszą Panienkę nie kryje się przypadkiem coś więcej, niż tylko religijny szaleniec, co zdają się potwierdzać telefony z pogróżkami skierowane nie tylko do Częstochowy, ale i do niewielkiej parafii w Bogorii. A tam, zupełnym przypadkiem, znajduje się obraz łudząco podobny do jasnogórskiego – pilnie strzeżona przez mieszkańców wsi przed jakąkolwiek ingerencją (a już badaniami szczególnie!), najstarsza kopia słynnej ikony. Oficjalnie, bo parafianie mają na ten temat swoje zdanie.

Który z obrazów ma moc sprawiania cudów? Czy uzdrawiającą moc świętych przedstawień da się zmonopolizować i wykorzystać do własnych celów? Czy istnieje sekta mająca na celu zakończenie kupczenia dewocjonaliami i wykorzystywania świętych wizerunków do bogacenia się? I co wspólnego ma z tym wszystkim bogaty przedsiębiorca fundujący renowację kościelnych fresków?

Będą porwania, uprowadzenia i zuchwałe kradzieże, będą zabójstwa, zakazany romans i historyczne tajemnice. Będzie też zwalczanie raka wahadełkiem i „rękoma, które leczą”, siła pieniądza i kontaktów, oraz uraza chowana w sercu przez całe życie.

Maciej Siembieda ma dla nas kolejną przygodę pełną historycznych ciekawostek, spektakularnych akcji służb specjalnych, bezwzględnych złoczyńców i nieustraszonych obrońców narodowego dziedzictwa z moim ulubionym detektywem-łakomczuchem na czele (dzięki Bogu wciąż z czystymi butami i ani trochę nie na diecie!). Tym razem z gościnnym udziałem potęgi wiary – nie tylko tej religijnej – na której można budować imperia.

Maciej Siembieda, Wotum, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 380 s.
(premiera 11.03.2020)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Agora.

Czas na czytanie: „Gambit” Marcin Siembieda

Macie tak czasami, że idąc za prozą ulubionego autora sięgacie po gatunki, które nie leżą w sferze waszych zainteresowań? Robiłam w życiu kilka podejść do klimatów drugiej wojny światowej i zawsze raczej z miernym skutkiem. Aż do teraz. Bo z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gambit” to pierwsza powieść wojenna, która naprawdę mi się podobała. No, może poza „Kamieniami na szaniec”, ale to jednak trochę inny etap czytelniczego życia.

DSC_0115

Dwie poprzednie powieści Macieja Siembiedy polubiłam między innymi za jego głównego bohatera i początkowo było mi trochę żal, że kolejna książka nie należy do jednego z moich najulubieńszych cykli, ale jeśli już musze wymienić Jakuba Kanię na kogoś innego, to Wanda Kuryło jest idealnym pocieszeniem. Silna babeczka, snajperka, działaczka konspiracyjna, superszpieg – aż miło czytać, bo girl power zdaje się być jedną z myśli przewodnich tej powieści. I to w zupełnie naturalny, pozbawiony jakiejkolwiek nachalności sposób! Szczególnie, że to postać niepozbawiona wad, wątpliwości, popełniająca błędy, wychowana i żyjąca w tyglu kultur i narodowości. A do tego będąca na tropie bezcennego skarbu – tak innego od złota, dzieł sztuki i kosztowności, a jednocześnie jeszcze od nich cenniejszego, bo mogącego całkowicie odmienić losy wojny i, co za tym idzie, całego świata.

Ale wiecie co jest najbardziej niesamowite? Że poszukiwania owianego tajemnicą skarbu nie są tu wcale najbardziej emocjonujące i wbrew pozorom to nie one sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. To splątana i kompletnie nieprawdopodobna historia okołowojennych losów jej kilkorga bohaterów, nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Ktoś kiedyś powiedział, że fantastyka musi mieć w sobie co nieco z realizmu, bo inaczej ludzie nie chcieliby jej czytać, a najbardziej zdumiewające historie to te pisane przez życie. Tak jest i w tym przypadku, bo zdumiewające przypadki braci Ostrowskich w książce to historia oparta na faktach. I poznana krok po kroku w równie niezwykły sposób, co mityczne poszukiwania skarbów.

Styl autora jak zwykle nie pozostawia najmniejszego marginesu na jakiekolwiek krytyczne uwagi, a umiejętność ukazywania potworności wojny bez uciekania się do naturalistycznych opisów po raz kolejny mnie zdumiewa.

Trochę powieść wojenna, trochę szpiegowska, trochę detektywistyczna. Z subtelną nutą romansu, muśnięta przesądnym podmuchem łemkowskiej powieruchy. Być może jest też troszkę przeklęta, co kiedy już się po nią sięgnie, to nie sposób odłożyć aż do ostatniej strony.

Maciej Siembieda, Gambit, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 416 s.

Za kilka zarwanych nocy przy lekturze serdecznie dziękuję autorowi.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Miejsce i imię” Maciej Siembieda

Najlepszym sposobem napisania recenzji dobrej książki jest napisanie recenzji dobrej książki.

Nareszcie doczekałam się drugiej części przygód mojego ulubionego skrzyżowania Pana Samochodzika z Robertem Langdonem. Przed Kubą Kanią, znanym czytelnikom z książki „444”, kolejna zagadka z przeszłości. Instytut Jad Waszem zleca swojemu detektywowi odnalezienie pochówku holenderskich szlifierzy diamentów, którzy zginęli w obozie pracy na górze Świętej Anny. Pozornie niewinne zlecenie szybko okazuje się być czymś znacznie bardziej skomplikowanym – kolejną pogonią za legendą i poszukiwaniem bezcennego skarbu. A na to odkrycie czai się więcej niż jeden czarny charakter.

 

Tym razem autor przenosi nas w ponure czasy drugiej wojny światowej, a równoprawnymi bohaterami książki czyni tzw. amsterdamskich „diamentowych Żydów”. Partie powieści pełniące rolę „legendy” zajmują tak samo dużą, lub nawet większą część powieści, a czytlenik poznaje obie historie równolegle. I tym razem to właśnie kwestia przeszłości szczególnie przyciągnęła moją uwagę. XX-wieczny Amsterdam, kunszt rzemieślników wydobywających z grudek surowca brylantowy blask i nieszczęścia, które ów blask ściąga na człowieka niezależnie od czasów, w których przyszło mu żyć to opowieść, obok której nie można przejść obojętnie.

Część „historyczna” powieści jest niesamowicie wciągająca i może właśnie z tego względu było mi trochę mało Jakuba – całe śledztwo przez większość czasu głównie toczy się samo, a nasz bohater albo korzysta z pomocy ABW albo bywa uprzedzony przez Wojciecha Palucha. Tak naprawdę dopiero w ostatnim rozdziale detektyw Kania pokazuje na co go stać.

Przyznam, że Kuba jako bożyszcze sklepowych ekspedientek nieco mnie początkowo zniechęcił, ale jego ortodoksyjna mięsożerność i bezwzględna waga łazienkowa pozwoliły mi pokochać go na nowo. Mam nadzieję, że z tą jazdą na rowerze szybko mu przeszło, bo bycie fit jest strasznie passé!

Swoją drogą uwielbiam motyw prześcigania się w poszukiwaniach skarbu. Podobnie jak Pan Tomasz, Kuba również rywalizuje ze swoim antagonistą na polu wiedzy i umiejętności. I na podobnej zasadzie on sam postępuje zawsze poprawnie i zgodnie z prawem, a jego łasy zysku przeciwnik bez większych wyrzutów sumienia dopuszcza się nieuczciwych, i często nierozważnych, zagrań. Szkoda tylko, że Paluchowi brakuje klasy Waldemara Batury, bo choć skuteczności działania na pewno nie można mu odmówić, to pod względem ogłady, prezencji, czy chociażby pobudek zostaje daleko w tyle za swoim pierwowzorem. Ale może to i dobrze? Nie chodzi tu przecież o produkowanie kolejnych kalek, a zupełnie nową kreację.

Jest niedoceniony geniusz skazany za niewinność, są naziści okradający swój własny naród, jest ucieczka z więzienia o zaostrzonym rygorze, są nielegalne szlifiernie i tragiczna obozowa rzeczywistość, są służby specjalne i nielegalne ekshumacje, są młodzi pasjonaci historii i rosyjscy przemytnicy, są gangsterzy, bezwzględni bogacze i humorzasta kobieta w ciąży zapijająca ogórki kiszone kakaem. Są mroczne aspekty historii i kosztowności zrabowane podczas wojny. Jest wszystko, za co kochamy powieści sensacyjne!

„Diamenty są symbolem szczęścia i luksusu, choć powinny kojarzyć się z cierpieniem i śmiercią (…). Zabiły więcej ludzi, niż niejedna epidemia. Zawsze stała za nimi chciwość i bezwzględność.”

Świetnie napisana, trzymająca w napięciu, zaskakująca do ostatniej strony. A ponadto przezbawna w momentach, których czytelnik kompletnie się nie spodziewa (pozdrawiam Brajanka i jego pączka!). Nie sposób jej odłożyć, więc lepiej przygotujcie się na nieprzespaną noc!

 

P.S. Chociaż uliczki i kanały Amsterdamu wspaniale działały na moją wyobraźnię, odrobinę brakowało mi mazurskich jezior – mam nadzieję, że w kolejnej książce Kuba chociaż zabierze tam rodzinę na wakacje!

Maciej Siembieda, Miejsce i imię, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 488 s.
(premiera 14 marca 2018)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Wielka Litera, jesteście super!

Czas na czytanie: „444” Maciej Siembieda

Burzliwe losy dzieł sztuki, zarówno tych szczęśliwie zachowanych w zbiorach polskich, jak i utraconych podczas niejednej wojennej zawieruchy, bywają gotowymi scenariuszami filmów akcji, lub tylko czekają na spisanie w powieści sensacyjnej (osobiście nie mogę się doczekać, aż ktoś w końcu sfabularyzuje losy „Sądu Ostatecznego” Memlinga, który wreszcie doczekał się porządnej popularyzacji. Bo historia jest genialna, ale i piekielnie trudna do przedstawienia.). Inspirują tajemnicze okoliczności powstania obrazów, niejasne pobudki fundatorów, rozbudowana symbolika, grabieże, oferty kupna, nanoszone poprawki i przemalowania, aż w końcu całkiem częste przypadki zniknięcia z kart historii, urwane tropy, domysły, trwające latami poszukiwania i cudowne odzyskiwanie skradzionych dóbr kultury, które co jakiś czas wypływają na aukcjach albo odnajdują się na strychu wiekowego esesmana.

„Portret młodzieńca” Rafaela, Bursztynowa Komnata, działalność słynnych „The Monuments Men” i w końcu „Chrzest Warneńczyka” Matejki pociągają nie tylko ze względu na kunszt artystyczny dzieł sztuki i nostalgię po ich utracie, ale również swoją historią, tajemniczością i obietnicą przygody.

Siembieda urzekł mnie ironicznym poczuciem humoru i zgrabnym połączeniem faktów historycznych z własnymi domysłami i czystą literacką fikcją. I genialnymi porównaniami!

„Po namyśle i przeliczeniu kalorii zdecydował się na kawałek francuskiego sera, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmiała: „nogi listonosza w sierpniu”, ale smakował wyśmienicie.”

Głównego bohatera naprawdę da się lubić. Ja polubiłam go momentalnie, gdy wykazał się  perfekcyjną znajomością moich ukochanych lektur z dzieciństwa. Bądźmy szczerzy – ludzi zaczytanych w „Tajemniczej Wyspie” nie można nie lubić.

„Tom – wyblakłej żółtej oprawie był tak zaczytany, że przypominał solidną porcję lasagne.”

– i choć miłośnicy książek „bez śladów użytkowania” i czciciele wszelkiego-słowa-jakie-kiedykolwiek-zostało-wydrukowane zapewne złapią się za głowy, to moje wydanie trylogii Verne’a wygląda bardzo podobnie.

Wracając do bohatera – Jakub Kania jest błyskotliwym prokuratorem IPNu specjalizującym się w ściganiu zbrodniarzy i odzieraniu z fałszu względnej prawdy historycznej, który zupełnym przypadkiem i całkiem prywatnie zaczyna interesować się sprawą zaginionego przed laty „Chrztu Warneńczyka” Matejki. Rozpoczyna więc poszukiwania w stylu Pana Samochodzika – zawędruje nawet na mazurskie wyspy! (A seria Nienackiego była, tuż obok Verne’a, drugą moją zaczytaną na śmierć, najulubieńszą lekturą beztroskich lat. Pewnie podobnie jak u większości historyków sztuki.).

I przy tym jest to powieść sensacyjna z prawdziwego zdarzenia – jest pilnie strzeżona przepowiednia, przedwieczne bractwo, tajemnicze zabójstwa, wojny religijne, wyścig z czasem i agenci potrafiący pokonać przeciwnika przy użyciu jednego palca. Tym, co szczególnie mi się podobało, jest brak „oszołomstwa”, często charakteryzującego książki tego gatunku – bohater nie jest mitycznym herosem (choć jak na mój gust jest nieco zbyt przystojny), popełnia błędy, bywa niepewny i nie zawsze rozwiązuje postawione przed nim zagadki. Dzięki bogatemu czerpaniu z historii (której wyobraźnia autora dodaje drugie dno) i zachowaniu umiaru podczas korzystania z efektów specjalnych jest to opowieść, w która naprawdę łatwo uwierzyć. Mimo pewnych bardzo sprzyjających bohaterowi zbiegów okoliczności – no bo kto z nas ma w rodzinie dwóch tajnych agentów zupełnie różnych wywiadów? Z drugiej strony ostatnie pięćdziesięciolecie to były naprawdę ciekawe czasy.

Wplatając w fabułę wiele pobocznych, pozornie nieistotnych wątków, Siembieda buduje historie kreowanych przez siebie postaci robiąc z nich osoby z krwi i kości – stworzone ze swych marzeń, doświadczeń, przeżyć, sukcesów i rozczarowań.

Duży plus również za nienachalny wątek romantyczny, który, choć bardzo istotny, w żadnym wypadku nie wysuwa się na pierwszy plan (chociaż Kasia również jest nieco zbyt urodziwa jak na mój gust. Ja chyba po prostu preferuję brzydali).

Podążając za słowami przedwiecznego proroctwa autor przenosi nas z miejsca na miejsce – od współczesnej Warszawy, gdzie dzieje osadzony został trzon fabularny historii, przez średniowieczne tereny dzisiejszej Portugalii, wojny Władysława Warneńczyka, dwór cara Aleksandra I, krakowską pracownię Matejki i powstanie styczniowe aż do odległej przyszłości. To prawdziwa żonglerka czasów, miejsc i kultur, gdzie wspólnym mianownikiem jest konflikt religijny między światami chrześcijaństwa i islamu. Niezwykle wciągająca podróż, którą pochłania się jednym tchem.

Jeśli coś mi się w tej książce nie podobało, to przeskok w przyszłość. Rozumiem konieczność tego zabiegu dla zamknięcia fabuły, podoba mi się również koncepcja, zgodnie z którą w ostatecznym rozrachunku bogaci będą biednymi, a pierwsi ostatnimi. Jednak tunele czasoprzestrzenne, awatary i skanowanie fal mózgowych to zupełnie nie moje klimaty. A i wizja potęgi, jaką w przyszłości (wreszcie) osiągnąć ma nasz kraj zdaje się być nieco zbyt utopijna. Chociaż moralizatorskiemu Matejce z pewności by się spodobała. Osobiście wolę jednak, żeby niektóre nierozwiązywalne tajemnice zostały tajemnicami.

Bardzo się cieszę z „odczarowania” Matejki, który dotychczas wrzucany był do jednego worka z malarstwem historycznym i „malarzami końskich zadów”, przez co odbierany jest jako artysta po prostu nudny i nieciekawy. Ba, pamiętam nawet, że niektórymi jego dziełami narracyjnymi ilustrowane były moje podręczniki do historii (sic! a przecież nie jestem jeszcze bardzo stara!), choć trudno o malarza bardziej ahistorycznego niż właśnie Matejko. Fantastycznie, że ktoś w końcu sięgnął po mistycyzm i historiozofię „malarza straconych szans”.

Polecam fanom historycznych zagadek i niewyjaśnionych tajemnic. Sama z wielką chęcią sięgnę po kolejny tom przygód prokuratora Kani.

Maciej Siembieda, 444, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 560 s.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.