Czas na czytanie: „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Dwudziestojednoletnia Frances jest studentką, wrażliwą debiutującą poetką i dość zamkniętą w sobie wnikliwą obserwatorką. Pozostając w cieniu przebojowej przyjaciółki, którą podziwia tak jawnie, jak i skrycie, przygnieciona ciężarem licznych kompleksów, większość emocji zamyka głęboko w sobie nie dając ich po sobie poznać.

Kiedy wdaje się w romans z jedenaście lat starszym atrakcyjnym aktorem, mężem znanej pisarki pracującej nad artykułem o wspólnej twórczości Frances i jej przyjaciółki Bobbi, emocje zaczynają brać górę nad studentką i próbują wyrwać się spod jej żelaznej kontroli. Czy tego rodzaju związek ma szanse na przetrwanie? Szczególnie, kiedy w strachu przed byciem zranionym wolimy otoczyć się murem obojętności albo zaatakować jako pierwsi?

To opowieść o młodości, pierwszych krokach w dorosłe życie, poszukiwaniu pomysłu na siebie, trudnym dzieciństwie, braku wsparcia i dojrzewaniu emocjonalnym, ale również o ogromnej samotności, poczuciu wyobcowania nawet w gronie najbliższych, trudnościach w nawiązywaniu relacji, bezbronności wobec bólu i choroby oraz braku umiejętności poproszenia o pomoc.

„Chciałam jej wyjaśnić, że nie wiem, co mi było wolno czuć ani co z tego, co wtedy czułam wolno mi czuć, gdy teraz spoglądam wstecz”.

Znajdziemy tu obraz młodzieńczego buntu przeciwko normom społecznym i tak pociągającego pseudointelektualizmu, gdzie pod górnolotnymi i filozoficznymi deklaracjami odrzucenia opresyjnych konstruktów kulturowych – jak monogamia, czy związek – młodzi dorośli za wszelką cenę starają się uniknąć odpowiedzialności za swoje życie i ponoszenia konsekwencji podejmowanych decyzji. Wraz z trudnościami w komunikowaniu swoich potrzeb i uzewnętrznianiu uczuć otrzymamy emocjonalny mętlik będący nie tylko cechą charakterystyczną głównej bohaterki, ale również ponurą diagnozą sporej części społeczeństwa.

„Bałam się, że moja osobowość, gdyby się okazało, że ją mam, będzie z gatunku tych niedobrych. Czy martwiłam się tym jedynie dlatego, że byłam kobietą i czułam presję, by przedkładać cudze potrzeby nad własne? Czy ‚dobroć‚ była tylko innym słowem na określenie uległości w sytuacji konfliktu? Podobne rzeczy pisałam jako nastolatka w swoim pamiętniku: jestem feministką i mam prawo nie kochać nikogo”.

Niby nic nowego ani odkrywczego, jednak bez wątpienia dylematy i problemy Frances niejednemu czytelnikowi wydadzą się znajome – w końcu zarówno strach, jak i poszukiwanie to nieodłączne części młodości. Chociaż w moim przypadku ten etap miał miejsce dużo wcześniej (ale też ja urodziłam się stara duchem), raczej w wieku licealnym, niż studenckim i może dlatego chroniczne niezdecydowanie i niedojrzałość Frances mocno działało mi na nerwy. Nie sposób jej jednak nie współczuć. I nie kibicować jej poszukiwaniom szczęścia.

Nie mogę powiedzieć, że to książka, która porwała mnie od pierwszej strony, całkiem długo się do niej przekonywałam. Ale mniej więcej w połowie, kiedy już udało mi się wkręcić w całą historię, mocno mnie wciągnęła i resztę pochłonęłam jednym tchem.

Warto wspomnieć, że jest naprawdę dobrze napisana – czytałam egzemplarz recenzencki, jeszcze przed ostateczną korektą i bez choćby wyodrębnienia dialogów, a mimo to czytało się lekko, płynnie i interesująco. Pod względem literackim to była przyjemność.

No i uwielbiam tą okładkę!

Polecam, z pewnością sięgnę również po drugą pozycję tej autorki, bo nie miałam dotąd jeszcze okazji czytać „Normalnych ludzi”, a słyszałam, że robią wrażenie.

Sally Rooney, Rozmowy z przyjaciółmi, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „I przemówiły ludzkim głosem” Jagna Kaczanowska

Z zasady nie przepadam za opowiadaniami, ale już w zeszłym roku zauważyłam, że ta forma idealnie pasuje mi do przedświątecznego i końcoworocznego rozgardiaszu – kiedy w pracy młyn, a w domu natłok przygotowań miło jest chwilę odpocząć przy czymś sympatycznym do czytania. A kiedy harmonogram jest zbyt napięty, by w spokoju zatonąć w dłuższym tekście i skupić się na bardziej skomplikowanych zwrotach akcji, ciepłe, puchate, doprawione odrobiną magii świąteczne opowiadania sprawdzają się idealnie.

Zbiór opowiadań „I przemówiły ludzkim głosem” idealnie wpisuje się w konwencję świątecznej książki – jest o małych cudach, szukaniu miłości i otwieraniu się na bliźnich. Pojawiają się też słodkie zwierzaki, wokół których zbudowana jest fabuła każdej z historii… tylko czy aby na pewno wszystkie z nich są słodkie i urocze?

Oczywiście będzie zbliżające poszukiwanie małego kotka w śniegu i porzucona w wigilijny wieczór jamniczka z koszykiem szczeniąt. Ale pojawią się również dziki uczące empatii, samiczka egzotycznego ptasznika pomagająca dostrzec i zaakceptować odmienność drugiego człowieka, ptaki, które dokarmiane zimą pomogą samotnikowi znaleźć nową rodzinę, chomik, który nauczy rodziców szanować zdanie i uczucia dziecka i osiołek, który zbliży poróżnionych przed laty braci. Nie zabraknie również świątecznego karpia!

Pewnie, będzie tendencyjnie! Znajdziemy tu mnóstwo wyciskaczy łez i wzruszeń – od malucha z białaczką, przez świeżo upieczoną wdowę, aż po kobietę dotkniętą bolesną i oszpecającą chorobą. To zbiór opowieści o samotności, pogubieniu i ludzkich tragediach. Ale w końcu po to są te historie – by nieść nadzieję, bo każdy z bohaterów odnajdzie miłość (nie tylko ta romantyczną), rodzinne ciepło, szczęście, nadzieję i wiarę w ten wyjątkowy świąteczny czas. Z małą pomocą rozmaitych „braci mniejszych”.

Każde z opowiadań to odrębna historia, ale te subtelnie przeplatają się ze sobą tworząc zamkniętą całość – bohaterowie są sąsiadami lub współpracownikami, mijają się bezwiednie na ulicy, zaglądają do tych samych sklepów i lecznicy dla zwierząt.

To jedna z książek napisanych już w „nowej rzeczywistości” i w każdej z opowieści wspomina się, mniej lub bardziej, o koronawirusie – czasem zupełnie od niechcenia, innym razem opierając na pandemii część fabuły, na przykład jeden z bohaterów, poprzez konieczność pracy zdalnej traci jakikolwiek towarzyski kontakt z innymi ludźmi. Irytowała mnie jednak pewna niekonsekwencja, bo niby ten wirus jest podkreślany, ale nie przekłada się na wynikające z niego obostrzenia – nie ma problemu w zwołaniu tłumnego posiedzenia mieszkańców osiedla, czy zorganizowania Wigilii dla internetowych znajomych. Nie miało to jednak wielkiego wpływu na odbiór tekstów, raczej mała nieścisłość.

Jak to ze świątecznymi książkami bywa, jest troszkę naiwna, ale bardzo przyjemna i z kilkoma fajnymi morałami dotyczącymi między innymi ekologii, relacji międzyludzkich i empatii. Budzi uśmiech, wprowadza świąteczny nastrój i potrafi zaskoczyć. Dobrze mi się przy niej odpoczywało.

Jagna Kaczanowska, I przemówiły ludzkim głosem, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 288 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Rodzina O.” Ewa Madeyska

Z terminem serial literacki spotkałam się po raz pierwszy i nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. A że lubię sobie posiedzieć i przy książce i przy serialu, to zaopatrzona w duży zapas herbaty i przekąsek z entuzjazmem zasiadłam do lektury.

I faktycznie, podobnie jak w przypadku serialu, tuż po rozpoczęciu zupełnie zagubiłam się w gąszczu wątków i postaci, wrzucona w sam środek życia nieźle zakręconej rodziny w nieźle zakręconej rzeczywistości. A kiedy już w miarę ogarnęłam kto jest kim i co z kim robił, historia wciągnęła mnie jak tornado bezbronną krowę.

IMG_20170317_114749_764

Jako, że mam szczęście być dzieckiem urodzonym i wychowanym w dobrostanie kapitalizmu, komunistyczny świat Polski Ludowej to dla mnie kompletne science fiction, na miarę jednej z wizji Lema. I chociaż zdaję sobie sprawę, że to przecież świat moich rodziców i dziadków, to jednak wydaje się być oddalony w czasie bardziej niż codzienność dworu Ludwika XVI. Pewnie dlatego czytało mi się tak dobrze – absurdy i przeżytki tamtych czasów zaskakiwały mnie co kilka stron. Raczej lubiliśmy się w dzieciństwie (młodości?) z lekcjami historii i nigdy nie uważałam się za kompletną ignorantkę (normalnie aż czuję wewnętrzną potrzebę usprawiedliwienia!), no ale wędrowny ostrzyciel noży? Skupowanie szmat? Serio? Moim ulubionym odkryciem są zapałki z „wróżbami” zaczerpniętymi rodem z podręcznika propagandy – aż żałuję, że nie byłam wcześniej świadoma ich istnienia, to jest dopiero temat na pracę magisterską!

Ale, abstrahując od mojej historycznej ignorancji (jednak nie będę się bała tego słowa) i związanych z nią urokliwych zaskoczeń, prawdziwą siłą tej pozycji są jej bohaterowie – każdy inny, każdy wyrazisty, każdy budzi emocje, każdy jest po prostu prawdziwy. To naprawdę sztuka wykreować tak wiele ucieleśnień codziennych wad i przywar nie ocierając się karykaturalność. Bohaterowie Madeyskiej to nie przerysowane exempla, a wciąż ludzie z krwi i kości. A dzięki wieloosobowej narracji i historii opowiadanej z kilku (jeśli nie kilkunastu) perspektyw mamy szansę dobrze poznać każdego z nich – jesteśmy światkiem ich życiowych wyborów, odkrywamy bolesne wspomnienia i postrzegamy ich oczami innych osób. Dzięki temu zyskujemy miejsce w pierwszym rzędzie na spektaklu będącego odwzorowaniem zaskakującej, splątanej jak spaghetti gry losu z przypadkami i niedopowiedzeniami w rolach głównych. Bo świat jest mały, a typowe szaro-bure miasteczko z lat 60. jeszcze mniejsze. I nigdy nie wiesz kogo spotkasz za rogiem.

Są euforie i dramaty, nieślubne dzieci, poobcinane palce, izolatki w domu wariatów, uśmiechy fortuny, sukopsy, homoseksualne gwałty, damski klasztor, morderstwa, egzekucje, powracający krewni, sześćset sześciesiąt sześć w skali Lucyfera, milicjanci i haloperidol. Ten ostatni bardzo potrzebny. A to wszystko w jednej niewielkiej i symbolicznej Bolegoszczy – więcej, w jednej rodzinie! Ojciec Mateusz zielenieje z zazdrości. A ja zielenieję na samą myśl, że teraz będę musiała czekać na drugi sezon. Jak zawsze: „W takim momencie?!”.

Ewa Madeyska, Rodzina O. Sezon I 1968/69, Kraków: Znak, 2017, 544 s.

Za ekscytującą lekturę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.