Bajki Majki: „Huśtawka” Timo Parvela, Virpi Talvitie

Nie jest łatwo być małym niedźwiadkiem. Szczególnie, gdy ma się huśtawkę ale nikogo z kim można by się pohuśtać. Pi całymi dniami czeka na kogoś, kto zechciałby podzielić z nim radość tej prostej zabawy. Ale przyjaźń rzadko przychodzi sama.

Niespodziewanie niedźwiadek zostaje zmuszony do porzucenia biernej postawy i (niekoniecznie z własnej woli) wyrusza w świat na poszukiwanie towarzysza. Ale cóż to jest za świat! Trochę baśniowy, raz onirycznie zwiewny, raz brutalnie zmysłowy. Zamieszkały przez cały garnitur przeróżnych postaci z których jedne są miłe i przyjazne, a inne na nowego przybysza reagują złością i wrogością. Każde spotkanie skłania naszego bohatera do refleksji, ale żadne z napotkanych stworzeń nie chce się huśtać…

To magiczna podróż w skomplikowany świat emocji i kontaktów międzyludzkich. Pełna małych mądrości historia o strachu i odwadze, ocenianiu po pozorach, otwartości na innych i wychodzeniu poza swoją strefę komfortu.

W kreowaniu misiowego świata równie ważne co tekst, są niesamowite ilustracje – Virpi Talvitie zabiera nas w barwny świat wyobraźni. Grubymi warstwami farby i wosku stworzyła niezwykłą, pełną ruchu, soczystych barw i różnorodnych tekstur krainę o niepowtarzalnym klimacie. Wyprawa do świata Timo Parvela i Virpi Talvitie to prawdziwa przygoda. A z odrobinę zagubionymi bohaterami trudno się nie utożsamiać.

Ze względu na dużą ilość tekstu i pełne przenośni podejście do tematu jest to lektura dla dzieci wczesnoszkolnych, sugerowana powyżej 6 roku życia. Ale moja już-prawie-dwuletnia testerka jest oczarowana ilustracjami. I wcale się jej nie dziwię ;)

Timo Parvela, Virpi Talvitie, Huśtawka, Gdańsk: Wydawnictwo EneDuerabe, 2015, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa EneDueRabe.

Bajki Majki: „Pajączek” Eric Carle

Jakiś czas temu pisałam o „Bardzo głodnej gąsienicy” – dzisiaj przyszła pora na drugą książeczkę Erica Carle, której bohaterem jest drobne stworzonko. I choć w tej kartonówce nie przewidziano miejsca na dziury, jest równie ciekawa i potrafi zająć dziecko na długie minuty .

Pewnego słonecznego dnia w gospodarstwie pojawia się nowy mieszkaniec – malutki Pajączek, którego wiatr wraz z babim latem przyniósł na płot zagrody. Nie tracąc czasu ucieszony Pajączek zabrał się za tkanie sieci. Tymczasem kolejne zwierzątka podchodzą do niego przez cały dzień zapraszając go do udziału w różnych praktykowanych przez siebie aktywnościach – od skubania trawki, przez polowanie na koty aż po błotną kąpiel. Pajączek jednak nie daje się skusić i pracowicie tka swoją pajęczynę. A wysiłek się opłaca, bo po skończonej pracy w jego sieć wpada mucha i wytrwały stawonóg idzie spać z pełnym brzuszkiem.

I chociaż główny bohater jest nieco aspołeczny i nie najlepiej radzi sobie z nawiązywaniem nowych znajomości, jego samozaparcie i pracowitość są godne podziwu.

Książeczka przede wszystkim uczy małych czytelników wytrwałości i pilnowania swoich obowiązków. Świetnie sprawdzi się również jako ćwiczenie utrwalające nazwy i dźwięki wydawane przez wiejskie zwierzątka oraz pomoże zapamiętać ich zwyczaje. Dodatkowym szczegółem, który przyciąga uwagę dziecka jest delikatne uwypuklenie pajęczej sieci i wykropkowanie ciałek muchy i pająka – dzięki temu książeczkę czyta się przy użyciu kilku zmysłów angażując jednocześnie wzrok, słuch i dotyk – to również świetny trening wrażliwości dla małych paluszków.

Całokartonowa książeczka została wydana w naprawdę wygodnym formacie (bardzo sobie z Maj cenimy te pozycje, które równie komfortowo czyta się wspólnie – u mamy na kolanach, co samodzielnie), a charakterystyczne dla autora, niebanalne „wycinankowe” ilustracje cieszą zmęczone wszechobecną pastelozą oczy.

Pajączki wcale nie są takie straszne, jakby się mogło wydawać! Ten osobnik okazuje się bardzo sympatyczny, a dzieci głaszczą go na wyścigi ;)

Eric Carle, Pajączek, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2014, 26 s.

Bajki Majki: „Wielkanocny kurczaczek”, „Wielkanoc zajączka” i „Wielkanocny baranek” Urszuli Kozłowskiej, czyli pierwsze wielkanocne lektury Bobasy

Wybór wielkanocnych lektur dla roczniaka nie był wcale taki prosty. Szukałam czegoś, co (wyjątkowo) nie będzie za trudne i nie zniechęci tak małego dziecka. Jak w przypadku Bożego Narodzenia starałam się jeszcze coś tłumaczyć, bo to w końcu radość z narodzin, tak biblijna koncepcja zmartwychwstania zdecydowanie Bobasę przerasta. Z drugiej strony szukałam książeczek, które wprowadzą wiosenno-wielkanocny klimat i przybliżą odrobinę najpopularniejsze zwyczaje, jeszcze bez obciążenia symboliką.

I w ten sposób trafiłam na wierszyki Urszuli Kozłowskiej w kartonowych książeczkach. Jako pierwszego kupiłam „Wielkanocnego kurczaczka” z Wydawnictwa Olesiejuk z ilustracjami Ilony Brydak, który skusił mnie brokatowymi elementami na okładce (a przede wszystkim tą cudną brokatową pszczółką). I faktycznie ten element przyciągnął również moją małą sroczkę, bo sporo czasu minęło, zanim udało nam się ją wspólnie otworzyć – okładka okazała się być super ciekawa. W tekście co prawda nie było nic o wielkanocnych zwyczajach, a wierszyk opowiada o poszukiwaniu zaginionego kurczaczka, jednak wiejskie zwierzątka do pokazywania paluszkiem wszystko nam zrekompensowały. Szczególnie, że był kurczaczek i cukrowy baranek, więc zaczęłyśmy powoli wdrażać się w świąteczne klimaty. Ilustracje są urocze, i chociaż ja miałam chwilę zwątpienia przy Mamie Kurze ze skrzydłami niczym macki ośmiornicy (w sumie każdej mamie by sie takie przydały), to Majce bardzo się podobają. A i znalazły się na jednej z nich świąteczne baby i makowce, więc nasz apetyt został zaostrzony.

Kolejne dwie książeczki z wierszykami pani Kozłowskiej, „Wielkanoc zajączka” i „Wielkanocnego baranka” upolowałyśmy w Pepco. Te dla odmiany są z wydawnictwa Wilga, a autorką ilustracji jest Arleta Strzeszewska. I chociaż ilustracje z tego wydania podobają mi się mniej (szczególnie w zajączku są nieco psychodeliczne) to wierszyki poruszają zwyczaje i tradycje związane ze Świętami Wielkiej Nocy. „Wielkanoc zajączka” dotyczy głównie chowania słodyczy dla dzieci, którego my nie praktykujemy (choć może zaczniemy, kiedy Maja trochę podrośnie), wspomniany jest jednak również zwyczaj święcenia pokarmów i oblewania się wodą w Wielkanocny Poniedziałek.
„Wielkanocny Baranek” to sympatyczny przegląd przez kojarzone z wiosną zwierzątka – Baranek Franek poznaje kaczuszkę, kurczaczka, zajączka i po psotach na zastawionym świątecznie stole wskakuje wraz z nimi do koszyczka.

To wydanie jest nieco skromniejsze, mniejsze i o cieńszych (choć wciąż kartonowych) kartkach. Książeczki są też niestety mniej wytrzymałe, bo kawałek baranka już został odgryziony (dla porównania na kurczaczku widać tylko odciśnięte ślady zębów :D). Ale jako, że są to nabytki za mneij niż 5zł, jestem w stanie pogodzić się z faktem, że to pozycje „na jeden sezon”, które wkrótce polegną w starciu z moją małą Destrukcją.

Wszystkie trzy książeczki (jest jeszcze czwarta „Wielkanocne pisanki”, na którą niestety nie udało nam się trafić) są sympatyczną pomocą podczas pierwszych prób tłumaczenia dziecku czym właściwie jest Wielkanoc. My podczas czytania zaczynamy od kurczaczka i baranka, gdzie poznajemy i zbieramy razem wiosenne zwierzątka i pakujemy je wraz z pokarmami do koszyczka, a kończymy książeczką o zajączku, gdzie w sobotę dzieci zanoszą koszyczek do kościoła na święcenie, w niedzielę szukają łakoci i w poniedziałek oblewają się wodą. Dla czternastomiesięcznego dziecka taki wstęp do świątecznych tradycji i zwyczajów całkowicie wystarczy.

Oczywiście Wielkanoc to czas zajączków i króliczków, więc wykorzystujemy ją również jako pretekst do częstego czytania naszej ukochanej uszatej pozycji – „Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham”, bo to przecież książka na każdą okazję.

Urszula Kozłowska, Wielkanocny kurczaczek, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 12 s.

Urszula Kozłowska, Wielkanoc zajączka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2015, 10 s.

Urszula Kozłowska, Wielkanocny baranek, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2015, 10 s.

Bajki Majki: „Księga dźwięków” Soledad Bravi

W marcu jak w garncu – raz pada śnieg, raz słońce przygrzewa. U nas akurat wiosna pełną gębą – ptaszki ćwierkają, wiaterek szumi, słonko świeci… a katar robi „A psik!”. Bo w końcu piękna pogoda to najlepszy czas na przeziębienie. Zostajemy zatem w domu, wygrzewamy się w promieniach słońca wpadających przez szybkę niczym dorodne pomidory w szklarni i sięgamy po grubaśne książeczki. A ewentualna kąpiel tylko w basenie z kulkami.

„Księga dźwięków” ma aż 112 kartonowych stron i jest pełna onomatopei. Zarówno tych oczywistych, jak dźwięki wydawane przez zwierzątka (chociaż mewa była całkiem zaskakująca i super przydatna, jako że mew Ci u nas dostatek), przez przedmioty w naszym otoczeniu, jak katar, pociąg, bębenek, czy kościelne dzwony aż po dźwięki zupełnie zdumiewające. Bo czy zastanawialiście się kiedyś jak robi ślimak? A szpinak? Gniazdko elektryczne albo Boże Narodzenie? Jeśli tak (i jeśli nie), to koniecznie sięgnijcie tą pozycję, bo jest rewelacyjna.

Grubaśna i dość ciężka pozycja robi u nas furorę nieprzerwanie od miesięcy. I chociaż Maj nie naśladuje jeszcze dźwięków (ostatnio próbuje z odgłosem petardy, ale jeszcze nie zapeszam!), to kartkowanie tej książki uwielbia od zupełnego bobasa. Przy jednych odgłosach zatrzymuje się na dłużej, inne przerzuca nie dając mamie skończyć wydawać z siebie tych dziwnych dźwięków. Zachęca rodziców do czytania, ale i ogląda ją sobie sama.

Książeczka ma jeden jedyny minus – niestety jest mało dziecioodporna. Co prawda strony są usztywniane, karton jest jednak dość cienki, za to stron bardzo dużo – przy kontakcie z moją małą Destrukcją i tak intensywnym użytkowaniu po prostu rozpada się na kawałki. Ale dzielnie lepimy i sklejamy, chociaż liczę się ze sporym prawdopodobieństwem, iż całkiem niedługo będziemy jej używać jako kart ;)

Ekscytujący przewodnik po świecie dźwięków – intensywne kontrastowe kolory, fantastyczne obrazki, zaskakujące dźwięki i różnorodność – absolutny must have bobasa, bardzo polecamy!

Soledad Bravi, Księga dźwięków, Warszawa: Dwie Siostry, 2016, 112 s.

Bajki Majki: CzuCzu Karty obrazkowe na sznureczku – zwierzątka

Zestaw siedmiu dwustronnych, twardych, tekturowych kart z wizerunkami zwierząt i odgłosami, które owe zwierzątka wydają, połączone sznureczkiem.

Chociaż karty te dedykowane są dla dzieci od 12 miesiąca życia, towarzyszą nam odkąd tylko Bobasa nauczyła się w miarę pewnie chwytać – dzięki obłemu kształtowi, przypominającemu leżącą gruszkę, są idealne dla małych rączek. Bardzo fajna jest również możliwość rozwiązania sznureczka i używania kart pojedynczo – w przeciwieństwie do tradycyjnej książeczki, Maja od początku mogła unieść je samodzielnie (nawet w pozycji leżącej) i nie było obawy, że w przypadku upuszczenia obije sobie nosek.

Sympatyczne, kolorowe zwierzątka kształtują pamięć, a wyrazy dźwiękonaśladowcze zachęcają do wydawania odgłosów i są idealnym treningiem do nauki mówienia. Chociaż Maj jest jeszcze raczej oporna jeśli chodzi o wydawanie w miarę zrozumiałych dźwięków, zawsze lubiła słuchać – naśladowanie odgłosu rybki w wykonaniu mamy (bul bul :D) bardzo długo doprowadzało ją do wybuchów śmiechu.

I co najważniejsze – karty są super wytrzymałe – przetrwały ślinienie, podgryzanie, żucie i rzucanie. Mojej małej Destrukcji nie udało się zrobić im większej krzywdy, żadna z kart nie jest zagięta, naddarta ani porwana, mają jedynie nieco nadjedzone brzegi (zwłaszcza te najbardziej ukochane – z kotkiem i rybką). Jedyną piętą Achillesa jest tekturowy sznureczek, który momentalnie rozmięka w pełnej śliny buźce i chyba kawałek uległ zjedzeniu, ale reszta, o dziwo, przetrwała ;)

To Mai drugie karty na sznureczku, od urodzenia korzystała z kart kontrastowych tej samej firmy i obawiałam się trochę, że ta forma mogła się znudzić i 4/5 miesięczne dziecko nie będzie nimi zainteresowane. Myliłam się bardzo, nowe karty okazały się hitem, a obecnie (Bobasa ma prawie 14 miesięcy) przeżywają swój renesans – tym razem z pokazywaniem paluszkiem i kojarzeniem z zabawkami i obrazkami w innych książeczkach.

Bardzo polecamy!

CzuCzu. Karty obrazkowe na sznureczku. Zwierzątka, Kraków: Bright Junior Media, 2016, 7 s.

Bajki Majki: „Kto zjadł biedronkę?” Hector Dexet

„Kto zjadł biedronkę?” to Mai pierwsza i, jak dotąd, ulubiona książka z dziurą. I choć tytuł ma nieco złowieszczy, nie ma powodów do niepokoju – przy lekturze nie ucierpi żadna biedronka, a cała historia skończy się dobrze ;)

Trzonem historyjki są poszukiwania sympatycznego owada w kropki kojarzonego w Polsce z siecią dyskontów ;P
Choć cały czas widzimy biedroneczkę w samym centrum, wcale nie tak łatwo do niej dotrzeć – podróżujemy coraz bardziej w głąb książeczki poznając kolejne zwierzątka i zastanawiając się, czy któreś z nich przypadkiem nie gustuje w tych niepozornych owadach. Na szczęście upodobania kulinarne kolejnych drapieżników (a już na pewno nie ślimaków) nie zawierają biedronki w karcie ulubionych dań :D

 

Zdecydowanym atutem tej pozycji są fantastyczne ilustracje i genialne kolory – oto wspaniały dowód na to, że książeczki kontrastowe dla najmłodszych nie muszą wcale być czarno-białe! Kolory są soczyste i wyraziste, a zwierzątka, choć proste i schematyczne, są urocze i intuicyjnie rozpoznawalne. Mai zdecydowanym faworytem jest biały pajączek na czerwonym tle, ja uwielbiam różowe flamingi na granacie i biało-niebieskie rybki.

Choć książka jest duża i dość masywna, to wciąż poręczna i bez problemu można nią manewrować jedną ręką, drugą podtrzymując dziecko na kolanach. Strony są naprawdę porządne, co jest dla nas bardzo ważnym kryterium – po ponad pół roku książeczka niemal nie nosi śladów zużycia – nie da się jej podrzeć, powyginać ani zjeść nawet przy samodzielnym obsługiwaniu przez Bobasę, a to prawdziwy wyczyn – jest praktycznie nie do zdarcia.

Bardzo polecamy, „Kto zjadł biedronkę?” to naprawdę godziny wspólnego czytania i już od miesięcy stała pozycja w naszym repertuarze.

Hector Dexet, Kto zjadł biedronkę?, Warszawa: Mamania, 2016, 24 s.

Bajki Majki: „Jedzie pociąg z daleka”, ilustracje Ewa Kozyra-Pawlak

A oto i nasz kolejny hicior – czytany na okrągło, aż do znudzenia (przynajmniej Mamy, bo Maja jakoś dziwnym trafem nie nudzi się nawet po –entym razie pod rząd :D ).

Znana i oklepana klasyka w pięknej odsłonie, czyli jak z 10 wersów zrobić małe dzieło sztuki. Wierszyk od lat wpada w ucho i dzięki swoim prostym, śpiewnym rymom jest dziecięcym pewniakiem, u nas recytowanym Bobasce od maleńkości. Ale tym, co popchnęło mnie do kupienia Mai kartonówki z wierszykiem, który każdy zna na pamięć była oprawa graficzna, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ewa Kozyra-Pawlak zilustrowała ten prosty wierszyk… wyszywanką, gdzie każda strona to makatka. Wzorzyste tkaniny, guziczki, niteczki i duża dawka humoru… aż żal, że to tylko zdjęcia, bo aż chciałoby się przejechać palcami po różnorodnych fakturach materiałów. Maja jest na etapie pokazywania szczegółów paluszkiem i ta książeczka jest do tego idealna – mnóstwo kolorowych elementów przyciąga uwagę. Ja najbardziej lubię pieska i Pałac Kultury, Maj najczęściej wybiera do pokazywania krowy, okulary konduktora i guzikowe koła pociągu.

Ta książeczka to bezwzględna śpiewanka. Kilka razy nawet starałam się przeczytać ją „normalnie”, ale za każdym razem już jakoś w trzeciej linijce orientowałam się, że nawet czytając po cichu zaczynam w myślach podśpiewywać – to chyba jakiś odruch bezwarunkowy – pozostało zatem po prostu przestać z tym walczyć. Szczególnie, że Bobasa uwielbia śpiewanki – rymowanki.

W tej serii wydano jeszcze kilka znanych wierszyków, choć z mojego wstępnego rekonesansu wynika, iż są one ilustrowane w bardziej typowy sposób. Kiedyś na pewno skusimy się jeszcze na jakąś.

Kolorowa, rytmiczna, zabawna i szczegółowa. No i jest o pociągu, a wszyscy kochają pociągi (przynajmniej do czasu, kiedy nie muszą podróżować PKP).

Obie bardzo polecamy!

Jedzie pociąg z daleka, ilustrowała Ewa Kozyra-Pawlak, Wydawnictwo Muchomor: Warszawa, 2004, 8 s.

Bajki Majki: „Kicia Kocia i Nunuś. Co robisz?” Anita Głowińska

Po walentynkowym maratonie miał być odpoczynek od dziecięcych słodkości, ale dziś rano kalendarz zaskoczył nas informacją o Dniu Kota (pierwszy raz zapomniałam o Dniu Kota!) A wiadomo, że dzień święty trzeba święcić. Zatem poranne czytanko zaczęliśmy od stosunkowo nowej, bo zakupionej w tym tygodniu, pozycji w majowej biblioteczce.

 

O serii przygód Kici Koci czytałam wiele pozytywnych recenzji, ale wstrzymałam się z zakupem ze względu na papierowe strony, które w połączeniu z niewielkim formatem książeczki mogłyby bardzo szybko ulec zniszczeniu w starciu z moja małą Destrukcją. Czekała mnie jednak miła niespodzianka – całkiem niedawno wydawnictwo rozszerzyło ofertę o nowe części Kici Koci skierowane do najmłodszych – „Kicia Kocia i Nunuś” to porządne, dziecioodporne kartonówki, które wyglądają na nie do zdarcia (chociaż to zapewne okaże się dopiero w praktyce).

„Co robisz?” to jedna z dwóch części skupiających się na młodszym bracie Kici Koci – Nunusiu. To nasza pierwsza książeczka – zgadywanka. Siostra (zapewne zaniepokojona zbyt długą ciszą) puka do drzwi pokoju Nunusia zainteresowana co też braciszek znowu broi. Na podstawie pokazywanych przez młodszego kotka atrybutów (miotła, pędzel, łyżeczka) należy odgadnąć czynność. Zagadki pomagają w nauce kojarzenia przedmiotu z wykonywaną czynnością i samego nazywania codziennych zajęć. Urocze malowane obrazki, prosta forma i nieskomplikowana fabuła bardzo pasują mojemu Roczniakowi – tylko przed pierwszą drzemką przeczytałyśmy tą książeczkę 5 razy zanim Bobasa zdecydowała się pójść spać. Zdecydowanie zakupię też drugą część – o nocnikowaniu – kiedy tylko zdecydujemy się z Maj na poważnie ugryźć ten temat :D

Maja bardzo poleca.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Co robisz?, Poznań: Media Rodzina, 2016, 14 s.

Bajki Majki: „W moim sercu. Księga uczuć” Witek Jo, Christine Roussey

A oto i ostatnia odsłona naszego walentynkowego czytania o miłości. Książeczka, którą znalazłam we wpisie pewnej blogującej  mamy i po którą poleciałam (wbrew swoim zasadom) w poniedziałkowy wieczór do empiku, żeby tylko zdążyć podarować ją Majeczce z okazji święta zakochanych.

„Moje serce mieszka w domku na drzewie.
Czasem uchylam drzwi i wpuszczam do niego tych, których kocham.”

Bobasa uwielbia „książki z dziurą”, bo jest gdzie wkładać paluszki i można obracać strony ciągnąc w różnych miejscach. Musiałyśmy jednak zachować sporo ostrożności, bo choć „Księga uczuć” jest kartonowa, to jej kartki są dość cienkie w porównaniu do innych książek tego typu i jednak dość łatwo się wyginają w rączkach tak małej czytelniczki jak mój Roczniak. Dodatkowo duży, kwadratowy format jest trochę nieporęczny do wspólnego czytania. Ale dziura w kształcie wielkiego kolorowego serducha, co wynagradza wszystkie inne niedogodności <3

„Dziś otworzę szeroko drzwi do mojego serca i zobaczymy, co się w nim kryje.”

Ta pozycja, bardziej niż na miłości samej w sobie, skupia się na uczuciach. Celem jest przybliżenie małemu człowieczkowi tego, co dzieje się w jego serduszku podczas różnych stanów emocjonalnych. Poznajemy zatem i radość, i złość i strach i entuzjazm i smutek i wzruszenie – nazywamy emocje, odkrywamy ich powody i reakcje, jakie w nas wzbudzają.  Opisom towarzyszą bajeczne, zakręcone ilustracje ze świata małej, psotnej dziewczynki ze zgrabnie wkomponowanym motywem serca.

„Bo moje serce to tajemniczy ogród. A Twoje?”

Jo Witek, Christine Roussey, W moim sercu. Księga uczuć, Warszawa: Mamania, 2016, 48 s.