Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Oczy uroczne” Marta Kisiel

Moja ekscytacja na samą myśl o tej książce była przeogromna, a entuzjazm podczas odbierania przesyłki porządnie wystraszył kuriera. Rzuciłam wszystko i dosłownie pożarłam. A teraz mi żal, że już się skończyło.

Chociaż żeby być zupełnie szczerym, gdzieś w głębi duszy miałam względem tej książki pewne obawy. W porównaniu z historią z Lichotki, „Szaławiła” nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, nie tylko dlatego, że była opowiadaniem (a ja nie do końca umiem w opowiadania), ale jak zwykle nieszczególnie przekonuje mnie kobieta jako główny bohater. Szczególnie, jeśli mości się na zgliszczach opowieści, która skradła mi serce.

Nie da się ukryć, że jednak Konrad jest mi zdecydowanie bliższy i znacznie łatwiej było mi się z nim utożsamiać, niż z waleczną szaławiłą nie do zdarcia. Tak samo, jak wciąż przedkładam kichające anioły nad czorty z wadą wymowy, choć te drugie też są do serca przytul. Ale kiedy wiłę ogarnął słuszny gniew na ludzką głupotę, to aż mną miotało po pokoju. Oj, w tym temacie nie trudno jednak znaleźć między nami kilku podobieństw.

Mimo zmiany obsady, konwencja utworu nie pozwala zapomnieć, że to jednak kolejna część tego samego cyklu. I chociaż Odę lubię troszkę mniej, niż Konrada, a Bazyla troszkę mniej, niż Licho, to jednak wciągnęłam się momentalnie i nie byłam w stanie się oderwać. To równie dobra część, co dwie poprzednie. Wciąż ten sam humor, ten sam klimat i ten sam urok.

W odróżnieniu od wcześniejszych tekstów z tej serii, nie ma tu aż tylu nawiązań do rodzicielstwa i błędów wychowawczych, choć te wciąż się pojawiają. W końcu co ty to była za frajda, gdyby olbrzymi, rogaty demon nie troszczył się o główną bohaterkę niczym przykładna mama kwoka? Tym razem znajdziemy tu więcej na temat poszukiwania siebie i swojej drogi, życiowych wyborach, oraz zmaganiu się z dziedzictwem, wychowaniem i przeszłością. Jest trochę smalenia cholewek i mnóstwo awantur. I pączki. Ale przede wszystkim dość gorzka refleksja nad postępującym brakiem rozsądku i złudnym poczuciem bezpieczeństwa objawiającym się tak popularnym ostatnio ruchem antyszczepionkowym.

Bo jest to przede wszystkim książka o zarazie. Oby nie okazała się prorocza, bo nie wiem, czy znajdzie się jakaś dzielna wiła, która w parze z demonem ocali nas przed kłopotami, które możemy sami na siebie sprowadzić.

Tylko Rocha mi było mało. Ale jak już był, to wymiatał, skubaniec.

Marta Kisiel, Oczy uroczne, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 320 s.
(premiera 13.03.2019)

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Dożywocie” Marta Kisiel

Już po pierwszych stronach „Małego Licha” wiedziałam, że wpadnę po same uszy. A kiedy tylko dowiedziałam się, że są przynajmniej dwie książki dla dorosłego odbiorcy, które opisują wcześniejsze dzieje tej specyficznej patchworkowej rodziny, poleciałam do księgarni z wywieszonym językiem. Nie bawiłam się nawet w zamawianie w niedrogich internetowych księgarniach, trafiłam prosto do empiku, byleby mieć je teraz zaraz. I od razu zaczęłam czytać, w końcu regał wstydu czeka już tak długo, że na pewno się przyzwyczaił!

Niewątpliwie za sporą część mojej miłości odpowiada język autorki. Pełen dziwacznego, potocznego słownictwa na granicy słowotwórstwa, udziwniony i rozpoetyzowany z olbrzymią dawką humoru i zaskakujących porównań. Gdybym już nie była tak strasznie rozentuzjazmowana, to i tak z pewnością zakochałabym się wraz z pierwszym „chabaziem”.

No i bohaterowie. Totalnie zakręcona zbieranina indywiduów wszelakich – od zmęczonego życiem pisarza o złamanym sercu, przez nieletniego anioła stróża z obsesją sprzątania i alergią na pierze, pradawnego demona z czeluści najczarniejszego zła o niewątpliwym talencie kulinarnym aż po romantyczne do porzygu widmo i parchate utopce.

Wiecie, jakiego literackiego bohatera nie lubiłam najbardziej na świecie przez całą moją nieszczęsną edukację? Wertera wraz z jego całym marudnym nicnierobieniem i ciągłym użalaniem się nad sobą. A Panicz Szczęsny jest jeszcze gorszy (bo jednak bez Goethego)! Mimo to nawet nie wiem jak i kiedy to się stało, że zupełnie przez przypadek udało mi się go polubić tolerować. Głównie za sprawą komizmu. Bo komizmem sytuacyjnym ta książka wręcz ocieka.

Na pewno nie każdemu tego rodzaju grafomania podejdzie do gustu, bo chociaż jest tu sporo treści, to jednak główne idee dałoby radę przedstawić na kilkunastu stronach. Ale nie tak! Zdecydowanie wolę taką rozlazłą formę. A i tak już palce mnie świerzbią do drugiej części.

W tej książce jest wszystko i nic – problemy z dojrzałością, rodzicielstwem, miłością, poszukiwaniem swojego miejsca i sensu życia. Szczypta ekologii, mnóstwo ciężaru egzystencji, radzenie sobie z odmiennością (swoją i innych), ciężar odpowiedzialności i bardzo lewicowa koncepcja rodziny. I różowe króliczki. To taka opowieść o Ohanie z bajki Lilo i Stich, tylko bardziej i przeniesiona ze słonecznych Hawajów do nawiedzonego dworku w środku wielkiego nigdzie. Ale to kochane ciepełko w klatce piersiowej to samo. I problemy z małolatami też podobne. Co z tego, że małolaty mają po kilkaset lat.

Jest ekstra!

Gdybym miała więcej wyobraźni, samozaparcia i w ogóle potrafiła choć trochę pisać książki, to chciałabym, że moje dzieło życia wyglądało właśnie tak.

Tylko jeden mały szczegół co chwila mnie drażnił – uparte nazywanie Lichotki „gotyckim domem”. Wiem, że w książce pełnej widm, potworów i różowych króliczków dopatrywanie się błędów rzeczowych jest zapewne błędem rzeczowym samo w sobie, ale i tak mnie to męczyło. Bo 200 letni dom, nawet wyjątkowo uporny może być neogotycki albo stylizowany. Chociaż zapewne Licho po prostu chciało gotycki i taki właśnie dostało.

Marta Kisiel, Dożywocie, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 376 s.