Czas na czytanie: „Język cierni” Leigh Bardugo

Leigh Bardugo stworzyła świat griszów, który wciągnął mnie jak mało która książkowa kraina – tak podobny i jednocześnie zupełnie różny od naszego. Świat pełen pragmatycznej magii i zręcznego rzemiosła, głębokiej wiary i kupieckiego sprytu. Teraz to wyjątkowe uniwersum zyskało kolejny element kultury – dydaktyczno-moralizatorskie historie przekazywane z pokolenia na pokolejnie, które doczekały się wreszcie spisania i zamknięcia w tomie „Język Cierni”.

Mieszając w tyglu znanych nam baśni, mitów i przypowieści autorka stworzyła zbiór sześciu opowieści, na których mogli wychowywać się jej bohaterowie. Aż trzy z nich pochodzą z kręgu kulturowego Ravki, i po jednej z Nowoziemia, Kerchu i Fjerdy.

To historie przepełnione magią, chciwością i okrucieństwem. Historie przekazujące spora dawkę babskiej energii – pełne silnych, rozważnych, mądrych i zdeterminowanych kobiet, choć nie jest to bynajmniej jedyny ich przekaz. Wraz z bohaterami znajdziemy się w labiryncie potwora, zaklętym lesie, pracowni zegarmistrza-władcy marionetek, chatce wiedźmy, a nawet zanurzymy się w morskie odmęty wraz z syrenami.

To historie wzbudzające cały wachlarz emocji, wśród których przeważa przejmujące poczucie niepokoju i bliżej niezidentyfikowanego zagrożenia. Historie, w których zło nie zawsze przybiera oczywistą postać potwora i nie zawsze ukrywa się za gładkim licem femme fatale.

Historie, które nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać. A każda z nich niesie ze sobą przestrogę stając się cenną lekcją dla młodych słuchaczy. Lekcją o prawdzie, wolności, przyjaźni i słuchaniu siebie nawzajem.

Poza poruszającą treścią, ta książka jest przepięknie wydana. To prawdziwe gesamtkunstwerk, gdzie bardzo klimatyczne, szczegółowe ilustracje narastają wraz z rozwojem fabuły dodatkowo wzmagając napięcie. Nawet kolor czcionki ma związek z fabułą! A złocona okładka przyciąga jak magnes sprawiając wrażenie zdobionej szkatułki, w której zamknięto opowieści.

Właśnie tak powinny wyglądać książki z baśniami!

Leigh Bardugo, Język cierni, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 294 s.

Czas na czytanie: „Ruina i rewolta” Leigh Bardugo

Trzeci tom Trylogii Grisza zdecydowania utarł spory kawałek mojego zarozumiałego nosa. Żywione przeze mnie podejrzenia okazały się być chybione (nieznacznie, ale jednak), a złośliwe żarty – naprawdę myślałam, że mimo tylu ochoczych adoratorów Alina umrze w czystości jak na świętą przystało – okazały się nie mieć pokrycia.

_20170620_213038

Cykl Bardugo jest bardzo dobrym przykładem rozwoju warsztatu pisarskiego – każdy kolejny tom jest lepszy, bardziej zaskakujący i dopracowany. Postacie ewoluują i dojrzewają, zyskujemy również szerszy ogląd na sytuację społecznopolityczną Ravki. Warsztat ten osiągnie mistrzostwo w kolejnej dylogii autorki – „Szóstce wron” i „Królestwie kanciarzy”.

Wbrew moim smętnym podejrzeniom, mimo sporych strat (pewnej ognistorudej postaci wciąż nie mogę odżałować) i krwi, która w tym tomie leje się całkiem wartkimi strumieniami, dostałam całkiem disneyowskie szczęśliwe zakończenie. Takie z białym welonem, biegającymi wokół dziećmi, domkiem na peryferiach i przyjaźniami aż po grób. I w sumie świetnie się składa, bo ja przecież lubię takie zakończenia. Najwyraźniej podobne przyciąga podobne.

Jeśli coś nie podpasowało mi w całej serii, to jest to tłumaczenie. Jasne, to zupełnie naturalne, że wolę to, do którego jestem przyzwyczajona, czyli po prostu to, które czytałam pierwsze. Jako, że zaczęłam czytać Bardugo od końca, jest to tłumaczenie Wojciecha Szypuły i Małgorzaty Strzelec z „Szóstki wron”. Wydaje mi się, że lepiej trafili z nazwami zakonów griszów i bardziej wystrzegają się długich i udziwnionych odmian. Jakoś lepiej mi brzmi „stal griszów” niż „griszaicka stal”, a „nowoziemczański zwyczaj” już zupełnie mnie przerasta. I przyznaję się tu do paskudnej hipokryzji, bo sama przecież wymyślam i używam masę przedziwnych odmian i słowotwórczych nazw jak „majojogurty”, czy „poddupniczek”. Ale to chyba po prostu rzecz gustu, a powszechnie wiadomo, że są gusta i guściki i się o nich nie dyskutuje ;)

Jakby ktoś się jeszcze zastanawiał nad sięgnięciem po tą serię, to polecam. Nie jest to może i mistrzostwo świata, ale na pewno świetna przygoda.

Leigh Bardugo, Ruina i rewolta, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy księżyc, 2015, 437 s.

Czas na czytanie: „Szturm i grom” Leigh Bardugo

Jedno z marzeń mola książkowego – po przeczytaniu wciągającej pozycji móc od razu sięgnąć po drugą część. Jak dobrze, ze Trylogia Grisza jest już ukończona i po „Cieniu i kości” czekały na mnie dwa kolejne tomy. „Szturm i grom” wyczytałam w rekordowym tempie – głównie dlatego, że Maja coraz więcej bawi się sama <3

_20170607_171243

Darkling cudem przetrwał rzeź w Fałdzie Cienia. Stracił sporo ze swojego magnetycznego uroku, a na jego reputacji (i twarzy) pojawiła się spora rysa. Posiadł jednak nową, potworną moc, która pozostawia wszelkich jego przeciwników niemalże bez szans.

Bez większego problemu znajduje Alinę, która pod koniec pierwszego tomu zbiegła wraz z ukochanym za morze. Nie wiem czemu, ale czytając poprzednią część spodziewałam się, że nasi bohaterowie o statusie uchodźców poszukają schronienia w Kerchu (może ze względu na statek, którym uciekli z Ravki?) i czekało mnie spore rozczarowanie kiedy trafili do słynącego z uprawy jurdy Nowoziemska. Ta zmiana miejsca akcji nie trwała jednak długo.

Piraci, bitwy morskie i zadziorni książęta z aspiracjami na Leonarda da Vinci to coś, co zdecydowanie lubię, dlatego „Szturm i grom” wciągnął mnie już od drugiego rozdziału. I tym razem akcja rozwijała się dość równomiernie – nie było szczególnie wielu momentów zapierających dech w piersiach, ale nie było też przydługich, nudnych przerywników. Alina zyskuje pewność siebie, wyznawców, głód mocy, aspiracje i zalotników, co stopniowo odsuwa ją od Mala, który – jak na mężczyznę przystało – smutki i frustrację topi w alkoholu i samczych przepychankach. Przyzywająca Światło dzięki nowemu przyjacielowi zyskuje przychylność króla i staje na czele zupełnie jawnego ruchu oporu. Ale jak na historie Bardugo przystało – misterne plany nigdy nie mają szansy ziścić się co do joty, a co zakończenie, to zaskoczenie. I tak trzymać, bo chociaż wiem, że ta seria nie zajmie wysokiego miejsca w rankingu moich ulubionych młodzieżówek, to do ostatniej części trylogii już świerzbią mnie palce.

Leigh Bardugo, Szturm i grom, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy księżyc, 2014, 453 s.

Czas na czytanie: „Cień i kość” Leigh Bardugo

Tęsknotę za Ketterdamem i pustkę po zamknięciu „Królestwa kanciarzy” postanowiłam zapełnić nadrabiając Trylogię Grisza, która już zdecydowane zbyt długo leży wyrzutem sumienia na mojej komodzie (niedługo w zaczną się niecierpliwić w bibliotece…).

Od samego początku wiedziałam dobrze, że to nie będzie to samo i że narobiłam sobie strasznych spoilerów ale to zawsze jakaś namiastka. Jeśli jest możliwość pozostania w świecie Bardugo o trzy książki dłużej, to nie zamierzam zmarnować ani jednej strony.
Spoilery faktycznie są i to całkiem spore. Mi osobiście ten fakt zupełnie nie przeszkadza, bo nastawiałam się na traktowanie Trylogii Grisza jako prequel do „Szóstki wron”. Jednak jeśli ktoś nie lubi znać (a przynajmniej się domyślać) zakończenia, zdecydowanie odradzam czytanie „Królestwa kanciarzy” przed zabraniem się za tą trylogię.

_20170420_182557

Akcja „Cienia i kości”, pierwszej części trylogii, toczy się we wzorowanej na carską Rosję Ravce, gdzie poznajemy niepozorną sierotkę Alinę i jej przyjaciela Mala – Łamacza Niewieścich Serc służących w szeregach Pierwszej Armii. Chwila śmiertelnego zagrożenia diametralnie zmienia ich przecietne życie – Alina odkrywa w sobie moc, której nikt się nie spodziewał, uzyskuje protektorat najpotężniejszego człowieka w kraju i w mgnieniu oka ląduje w samym środku pałacowych intryg i walk o władzę. Oderwana od kompana z dzieciństwa, zagubiona w środowisku, którego nie zna próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Jej potęga zdaje się być zbawieniem dla ojczyzny, jednak wykorzystana w niecnym celu może przynieść zgubę całemu światu. Komu ufać, a kogo się obawiać? Kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto pragnącym jej mocy wrogiem?

Podziwiam Bardugo za jej wyjątkową umiejętność kreacji fantastycznych światów, które (być może dzięki inspiracjom czerpanym z rzeczywistości) wydają się być najzupełniej realne. Zwyczaje i obyczaje, potrawy, klimat, języki, style ubierania się, legendy i wierzenia– wszystko zostało dopracowane w jak najmniejszym szczególe. I chociaż całe swoje serce oddałam Ketterdamowi, Ravkę zwiedziłam z prawdziwą przyjemnością.

Uwielbiam też pomysł autorki na magię, która potraktowana została niezwykle pragmatycznie. Grisza – osoba, która urodziła się z wyjątkowymi talentami – to tak naprawdę naukowiec dostrzegający więcej niż przeciętny, nieobdarzony człowiek. Spowalnianie rytmu serca, łączenie cząsteczek, manipulowanie żywiołami poprzez subtelne zmiany ciśnienia – magowie zaprzęgani są do zupełnie codziennych czynności, zatrudniani na okrętach, w wojsku i warsztatach rzemieślniczych.

Ta powieść to również cała paleta świetnie skrojonych postaci – zagubiona Alina, która jednak da się lubić, pociągający, pełen zwierzęcego magnetyzmu, mroczny Darkling, piękna i frywolna Genia, oddany i zazdrosny Mal oraz okrutny, świadomy swojej potęgi Ivan – jest w czym wybierać.

A mimo tych wszystkich zalet, po lekturze pierwszego tomu jestem nieco sceptyczna – zupełnie zaskoczył mnie rytm fabuły – z początku wszystko powoli się rozkręca aż do momentu, w którym po prostu nie mogłam się oderwać od lektury mimo późnej pory i świadomości nieuchronnej pobudki bladym świtem (magnetyczna aura Darklinga działa najwidoczniej nie tylko na griszów), a potem nagle wszystko jakby traci cały swój potencjał. I mimo pościgów, dramatycznych ucieczek i karkołomnych poszukiwań akcja wydaje się ciągle zwalniać, brakuje tego specyficznego napięcia, które osiągnęło kulminacyjny moment gdzieś pośrodku powieści i teraz już tylko się wytraca.

No i suma summarum jestem trochę skonfundowana, choć z pewnością nie powstrzyma mnie to przed kontynuacją cyklu. Nie przepadam za porzucaniem historii w połowie, jestem na to po prostu zbyt ciekawska. No i końcówka pozwala mi mieć nadzieję na powrót do Ketterdamu (albo chociaż do Kerchu) za co mocno trzymam kciuki sięgając po drugi tom.

Leigh Bardugo, Cień i kość, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013, 380 s.

P.S. Okładka to prawdziwy koszmarek. Szczególnie w porównaniu z angielską wersją. Grafik chyba płakał jak projektował. A już na pewno ja płaczę na widok oprawy graficznej tej serii :(

Czas na czytanie: „Królestwo kanciarzy” Leigh Bardugo

Miałam nie czytać drugiego tomu „Szóstki wron” dopóki nie nadrobię Trylogii Grisza, żeby nie robić sobie spoilerów, ale oczywiście pokusa okazała się być silniejsza od mojej (słabej) silnej woli.

Obawiałam się trochę, że w drugim tomie przygód Kaza i jego radosnej gromadki, akcja powieści przeniesie się do Ravki. Całe szczęście autorka mi tego nie zrobiła i otrzymałam prawdziwie końską dawkę mojego ukochanego Ketterdamu. Nie potrafię nie wielbić tego miasta – brudna, mroczna, wilgotna wyspa, której mieszkańcy czczą boga handlu i każdą swoją aktywność podporządkowują pomnażaniu zysków. Wczuwając się w tą literacką wedutę, po mistrzowsku wykreowaną przez Panią Bardugo, za każdym razem wracają wspomnienia i wrażenia, jakie wywarła na mnie Wenecja – miasto sukcesu i upadku, pełne zachwycającej sztuki i wybujałej architektury, miasto kupców i złoczyńców, pobożne i pragmatyczne jednocześnie. Eteryczne i nietrwałe, skąpane w niepokojącym zielonkawym blasku odbijającym się od mulistej wody kanałów. Nadgniłe, mieszające smakowite zapachy egzotycznych potraw ze słodkim odorem rozkładu.

Kryjówka na cmentarnej wyspie (chociaż na Isola di San Michele brakuje krypt rzeźbionych na podobieństwo statków, czytając o Czarnym Woalu, stale szukałam w pamięci podobieństw), kościane lampy i trupie barki poruszające się po kanałach niczym łodzie Charona są idealnym dopełnieniem niepokojącego klimatu i przypominają mi o pewnym uporczywym pytaniu: „Miasto miłości, czy miasto śmierci?”. Labirynt kanałów, miasto-zagadka. Fascynujące i uwodzące podróżnych atmosferą tajemniczości. Uwielbiam.

W „Szóstce wron” czytelnicy dowiedzieli się całkiem sporo o przeszłości Niny i Matthiasa oraz Kaza i Inej, tym razem przyszedł czas na zgłębienie smutnej, pełnej zakłamania historii Wylana i poznanie wszystkich grzeszków Jespera. I jak po pierwszym tomie wszystkie pary lubiłam chyba na równi, tak obecnie Jasper i Wylan są zdecydowanie moim numerem jeden.

IMG_20170603_124550_123

„Królestwo kanciarzy” to jeszcze więcej niecnych planów, pościgów po dachach, strzelanin, wybuchów, zamętu i niszczenia własności publicznej. To też heroiczna walka ze swoimi słabościami, płonną nadzieją i rozpaczliwe próby ochrony bliskich. Bo im plan bardziej skomplikowany, tym więcej rzeczy może się nie udać. Szczególnie, że kiedy jesteś ścigany listami gończymi wrogiem staje się każdy mieszkaniec twojego miasta skuszony obietnicą wysokiej nagrody.

Zakręcona akcja nie zwalnia ani na minutę, dzięki czemu niemalże 600 stron czyta się dosłownie jednym tchem.

Już tęsknię za tą bandą nicponi, chętnie wzięłabym udział w ich kolejnych przygodach. Kto wie, może autorka jeszcze kiedyś pozwoli nam do nich wrócić? Zawsze chętnie wybiorę się na małą wycieczkę do Ketterdamu.

I jeszcze na koniec parę słów o okładce, bo w przypadku tak pięknie wydanej książki nie można tego pominąć. Drugi tom jest równie dopracowany co pierwsza część, i chociaż projekt okładki „Szóstki wron” podobał mi się odrobinę bardziej i czarne brzegi stron były moim zdaniem nieco bardziej klimatyczne, to „Królestwo kanciarzy” prezentuje się imponująco. Aż mi trochę żal, że obie części wypożyczyłam z biblioteki, bo fantastycznie prezentowałyby się razem na półce. Gdybym tylko miała jakąś wolną półkę.

Leigh Bardugo, Królestwo Kanciarzy, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 608 s.

Czas na czytanie: „Szóstka wron” Leigh Bardugo

Przyszedł czas na ostatnią pozycję z mojej akcji „nadrabiania młodzieżówek”. Przynajmniej na jakiś czas, bo powieści fantastyczne okazały się być świetnym lekarstwem na książkowego kaca i już wiem, że będę praktykować tą metodę. Strasznie się cieszę, że starczyło mi cierpliwości i grzecznie wyczekałam swoje w bibliotecznej kolejce żeby w końcu dostać „Szóstkę wron” w swoje ręce. Bo naprawdę warto.

To książka, którą bez chwili wahania kupiłabym „po okładce”, gdyby tylko wpadła mi w ręce w sklepie, dawno nie widziałam tak fajnie wydanej książki dla młodzieży. I jak czarne brzegi stron, tasiemka-zakładka i grafiki rozpoczynające rozdziały są estetyczne, tak wrona z okładki, której skrzydła nakrywają miękko wieże miasta, to moim zdaniem mistrzostwo świata. W dodatku blurb na tylnej stronie okładki jest trafny naprawdę zaciekawia (a zwykle umieszczone w tym miejscu streszczenia czy rekomendacje nie mają za wiele wspólnego z samą książką lub zwyczajnie zniechęcają). A treść jak najbardziej odpowiada świetnemu wydaniu.

Przede wszystkim bez pamięci zakochałam się w klimacie Ketterdamu. W strojnych pałacach i odrapanych spelunkach, przystaniach, targach, domach gry i domach rozkoszy. W kolorowych fasadach i wilgotnych wnętrzach, w ulicznych teatrach i przestępczym półświatku. Ta specyficzna brudnomiejskość szemranych dzielnic to coś, czym urzekł mnie Pratchett i coś, czym urzekła mnie Bardugo. Pomieszanie wilgotnej, zielonkawo upiornej atmosfery Wenecji ze swoistym merkantylnym pragmatyzmem Niderlandów to coś, co ja kupuję – te dwie handlowe potęgi zdecydowanie zasługują na mariage, jaki zafundowała im autorka tworząc swoje miasto kupców i złodziei. I choć Holandia wciąż pozostaje na mojej liście podróżniczych marzeń, to bezsprzecznie piękna i czarowna Wenecja ma w sobie ten niepokojący pierwiastek, dzięki któremu nieokreslony dreszczyk na przedramionach nie pozwala ostatecznie rozstrzygnąć, czy jest to jednak miasto miłości, czy miasto śmierci.
Nie bez znaczenia dla istoty stworzonego przez Bardugo świata jest również jej dbałość o nazewnictwo. Sztuczne języki, którymi posługują się postacie (lub jak to określa sama autorka „zmasakrowany język niderlandzki”) brzmią tak specyficznie znajomo, że odczuwanie planu akcji powieści jako realnego i całkiem rzeczywistego nie sprawia czytelnikowi najmniejszych trudności. A nazwisko Jana Van Ecka już totalnie zrobiło mój dzień.

No tak, teraz postacie! Tytułowa „Szóstka wron” to prawdziwa mieszanka kulturowa będąca swego rodzaju odwzorowaniem handlowego charakteru miasta, gdzie mieszają się języki, zwyczaje, wierzenia i kolory skóry. Świętobliwy łowca czarownic, „czarownica” z przeszkoleniem wojskowym, legendarny postrach gangów, eteryczna złodziejka sekretów, wesołkowaty rewolwerowiec ze zgubnym uzależnieniem od hazardu i adrenaliny oraz  zbuntowany dzieciak z dobrego domu. Z jednej strony to tylko banda dzieciaków, które wpadły kiedyś w tarapaty i obracają się w „złym towarzystwie”, z drugiej co postać, to charakterek. I po prostu nie sposób nie żywić sympatii do każdego z nich. Razem są prawdziwą mieszanką wybuchową. Dosłownie.

Z pewnością nie jest to drużyna marzeń, raczej grupa wyrzutków (za to z poczuciem humoru!). A przed nimi skok stulecia – włamanie do najpilniej strzeżonej twierdzy na świecie i zuchwały rabunek. A jak wiadomo, najcenniejsze skarby to nie złoto i kosztowności, a wiedza i informacje. Ale czego się nie robi dla wysokiej nagrody?

To książka, która wciąga czytelnika w sam środek wydarzeń i nie chce puścić. Najpierw kusi klimatem, potem fascynuje złożonością bohaterów, a na koniec wkręca w akcję i ani się człowiek obejrzy, a przewraca ostatnią stronę. I jest głodny więcej, więcej i więcej. I w tym momencie cudowna jest świadomość, że powstał ciąg dalszy. Ustawiam się w bibliotecznej kolejce po następną część.

Leigh Bardugo, Szóstka wron, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2016, 496 s.