Bajki Majki: „Mama Mu na zjeżdżalni” Jujja Wieslander, Sven Nordqvist

Jak ten czas leci! Dopiero co radości dostarczał nam widok krowy zjeżdżającej na sankach, a już moja Majka chichra na widok Mamy Mu wpadającej z pluskiem do jeziora.

Nie ma co ukrywać – uwielbiamy tą krowę! I staramy się brać z niej przykład. Bo Mama Mu zupełnie nie przejmuje się faktem, że coś może być „nie dla krów”. Szczególnie, jeśli oznacza to dobrą zabawę, bo wtedy nawet cztery nogi, ogon i kopyta nie mogą być przecież ograniczeniem. Jak zwykle bezbłędnie radzi sobie ze zrzędliwym Panem Wroną i jego nastroszonym głosem rozsądku, który, delikatnie podpuszczony, jest świetnym kompanem psot.

Pełna energii i radości czerpanej z małych, przyziemnych przyjemności opowieść niesie nie tylko ochłodę, ale i sporą mądrego przesłania. Niezwykła bohaterka udowadnia czytelnikom, że to nic złego odczuwać niepokój stojąc na szczycie stromej zjeżdżalni (nawet, jeśli zjazd jest czymś, czego bardzo pragniemy!). I że nawet jeśli coś się nieumyślnie zepsuje, to nie ma co załamywać rąk i nadmiernie się obwiniać – lepiej spróbować naprawić szkodę. A czasami najprostsze rozwiązania bywają najskuteczniejsze.

Zawsze chętna do próbowania nowych rzeczy oaza cierpliwości z głową pełną pomysłów – Mama Mu jest super! Prawie tak super, jak wodne zjeżdżalnie w samym środku upalnego dnia na plaży.

Mam nadzieję, że w tym roku lato będzie dla nas bardziej łaskawe, niż zima i chociaż nad wodą trochę poszalejemy. Bo ta nowość otworzyła u nas sezon na książki o morzu i wodzie, a takie lektury potrafią narobić wielkiego apetytu przed wakacjami. Upały, przybywajcie!

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Nad morzem” Germano Zullo & Albertine

Nareszcie doczekałam się momentu, w którym moje dziecię zaczęło wykazywać zainteresowanie książeczkami składającymi się wyłącznie z rozbudowanych, pełnych szczegółów ilustracji. Dotychczas Majka wybierała raczej pozycje, w których każdy element został wyraźnie i czytelnie wyeksponowany, a wszystkie bardziej skomplikowane kompozycje, zamiast wzbudzać ciekawość, szybko ją nudziły.

A tu nagle niespodzianka – z okazji zmiany pogody na prawdziwie letnią (w końcu!), wyjęłam z majoregału „Nad morzem”, który wraz z drugą, zimową częścią  czeka na swój moment już prawie rok. I tym razem Bobasa chwyciła bakcyla. Szczególnie, że morskie klimaty od zawsze cieszą się u nas szczególnym powodzeniem (w końcu mieszkanie w Gdańsku zobowiązuje).

Od razu ostrzegam, że ta książka jest po prostu szalona. I jednocześnie wypełniona rewelacyjnymi ilustracjami aż po same brzegi. Składa się z się z grubych i wytrzymałych całokartonowych stron formatu A4, które autorzy podzielili ją na siedem podwójnych plansz, dzięki czemu mamy szansę przyjrzeć się praktycznie wszystkim zakamarkom typowego nadmorskiego kurortu. Do wyboru mamy kąpielisko, plażę, przekrój przez hotel, sklep z pamiątkami i muzeum morskie, lunapark oraz camping. Każde z tych miejsc jest po prostu chaotycznie przepełnione (jak to w sezonie bywa) przeróżnymi postaciami. I to nie tylko takimi, które zwykliśmy kojarzyć z nadmorskim wypoczynkiem.

Przy dłuższym oglądaniu mały czytelnik zorientuje się, że w każdym ze zilustrowanych miejsc przebywają ci sami (przesympatyczni) bohaterowie – szara myszka dzierżąca wielką walizkę, która przypłynęła na wakacje tratwą, mama szukająca zagubionego Adasia, superbohater w masce i pelerynie, syrena, fotograf wraz ze swoją modelką, którym za każdym razem jakieś natrętne zwierzę wchodzi w kadr, mól książkowy zgłębiający tajemnice w kolejnych poradnikach, poszukiwacz skarbów, muzycy, ryby, a także kosmici, kobieta uczepiona kurczowo szyi żyrafy i nawet uśmiechnięty balonik. A to tylko Ci, który najbardziej zapadli mi w pamięć. Każda z ilustracji to jeden wielki zaplątany miszmasz pełen biegających wkoło dzieci, zabawnych sytuacji, szalonych przygód i kuriozalnych połączeń. Do pełnego obrazu klasycznych wakacji nad Bałtykiem (i pewnie nad każdym innym morzem na świecie) brakuje chyba tylko parawanów i pirackich gadżetów :D

Już samo wyszukiwanie ulubionych postaci na każdym z obrazków zapewni spokojnie kilkadziesiąt minut zabawy (swoją drogą to genialny trening spostrzegawczości i skupiania uwagi), a co dopiero kiedy zaczniemy wymyślać historie do każdej scenki? Możemy oglądać każdą plansze osobno albo wybrać jednego z bohaterów i śledzić jego losy (i, co najważniejsze, wszystko dobrze sie kończy!). A że ilustracje są pełne ruchu, humorystyczne i niesamowicie zaskakujące, nie pozwolą się nudzić ani dziecku, ani dorosłemu. Szczególnie, że książka jest naprawdę nie do zdarcia i można zabrać ją ze sobą absolutnie wszędzie (jeśli tylko ma się odpowiednio dużą torebkę, ale to już chyba cecha charakterystyczna każdej matki, że chodzi objuczona jak wielbłąd) – była już z nami na plaży (i w morzu!), w jednej torbie z mokrymi ręcznikami i rozciapcianym jedzeniem, czytaliśmy ją w restauracji w trakcie obiadu, na kilku wózkowych spacerach i w aucie. Jest superwytrzymała, stosunkowo lekka (choć spora), wygodna do oglądania nawet w trudnych warunkach, a zaokrąglone rogi zapewniają bezpieczne korzystanie nawet tym najbardziej podekscytowanym dzieciom.

Zachęca do snucia historii i wspólnego zgłębiania tajemnic, intryguje, bawi i zaskakuje na każdym kroku. Co jej nie otworzę, zawsze zauważę coś nowego. A przecież jestem już zupełnie dorosła i mam pewne doświadczenie w oglądaniu obraz(k)ów.

Zakręcone, kolorowe, pełne szczegółów wakacyjne piekiełko. Któż chciałby z tego zrezygnować? My na pewno nie, więc bardzo polecamy i tym mieszkającym nad morzem, i wczasowiczom, i wszystkim tęskniącym za letnimi klimatami. Ta książka to rewelacja, wakacyjny must have małego mola książkowego.

Germano Zullo & Albertine, Nad morzem, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2016, 14 (wypełnionych wakacyjnym szaleństwem) stron.