Bajki Majki: „Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba” Przemysław Wechterowicz, Gabriela Cichowska

Prozę Przemysława Wechterowicza znamy już nie od dziś – „Uśmiech dla żabki”, „Proszę mnie przytulić” i, swego czasu najulubieńsza na świecie, „Być jak tygrys” stopniowo zadomowiały się na majeczkowej półce towarzysząc nam w naszej czytelniczej przygodzie niemalże od samego jej początku. I każda kolejna książka potwierdza tylko wielkość autora.

„Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu…” znacznie się wyróżnia wśród znanych nam już opowieści Pana Wechterowicza. Może dlatego, że napisana została dla starszych dzieci, które są już w stanie nieco więcej zrozumieć (sugerowany wiek odbiorcy to 5+), ale przede wszystkim ze względu na jej klimat. To faktycznie baśń z prawdziwego zdarzenia – oniryczna, tajemnicza, trochę smutna i skłaniająca do refleksji. Złożona aż z trzech osobnych historii szkatułka wprowadza małego czytelnika w zupełnie nowy sposób odbioru opowieści. Uczy łączenia faktów i szukania analogii w pozornie nie związanych ze sobą narracjach.

To opowieść o zupełnie zwyczajnym misiu, jakich w lasach żyją zapewne setki. Kiedy ten na swojej drodze natrafia na tajemniczy przedmiot – książkę – nie spodziewa się nawet jak bardzo umiejętność czytania i przeżywania opowieści zamkniętych na kartach książek potrafi zmienić życie. Pragnie podzielić się ze swoim wspaniałym odkryciem ze wszystkimi mieszkańcami lasu, szybko okazuje się jednak, że nikt go nie rozumie i wcale nie tak łatwo jest zarazić kogoś swoją pasją.

Nostalgiczna historia o samotności w tłumie, braku zrozumienia i inności. O głębokiej potrzebie przyjaźni, poszukiwaniach bratniej duszy i wytrwałości. O marzeniach i prawdziwych przyjaciołach. I o tym, że czasami najlepszym ratunkiem jest po prostu przy kimś trwać.

O pasji czytania i o tym, że rozsmakowując się w książkach mamy szansę na przeżywania miliona żyć. O niecodziennych rozwiązaniach i odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. O tym, że inny znaczy wyjątkowy.

Nastrojowa i nieco poetycka historia tchnąca przykurzonym nieco duchem romantyzmu.

I, co wyjątkowo ważne – przepięknie opracowana graficznie. Monochromatyczne ilustracje w odcieniach szarości i brązu są połączeniem pasteli, kolarzu i delikatnych pociągnięć ołówka. Oddzielają od siebie poszczególne historie i jednocześnie łączą je w nierozerwalną całość. Budują nastrój, wzbudzają emocje i zachwycają na każdej ze stron.

To jedna z książek będących małymi dziełami sztuki, w których słowo idealnie współgra z obrazem, a ponadczasowe przesłanie ma szansę zostać z czytelnikiem na zawsze. Książka, która potrafi choć na chwilę zatrzymać pęd codzienności. Z pewnością nie tylko dla dzieci.

Przemysław Wechterowicz, Gabriela Cichowska, Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2019, 72 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: PREMIEROWO: „Najwyższa na świecie wieża z książek” Rocio Bonilla

„(…) wszystko, co odkrywał, czego się uczył i co sobie wyobrażał dzięki książkom, napełniało go zachwytem.”

Ta książka jest tak strasznie urocza i tak bardzo o mnie, że normalnie nie mogę przestać się nią cieszyć!

Mały Jerzyk marzy o tym, by latać. Zanim jeszcze dorósł do pierwszych prób zdobywania licencji pilota, mama podsunęła mu pierwszą książkę. Po kolejną sięgnął już sam i… wszyscy wiemy jak to się potem toczy, ani się człowiek nie obejrzy, a już tkwi głęboko w szponach ksiązkowego nałogu!

To przepiękna historia o podróżowaniu po krainach wyobraźni, pośredniego poznawaniu świata i życiu tysiącem żyć zamkniętych bezpiecznie między okładkami. Historia, którą pamięta każdy z nas i która dla wielu jeszcze się nie zakończyła.

Historia genialnie opakowana wizualnie – nie tylko możemy zobaczyć głównego bohatera wewnątrz scen ze znanych nam powieści, ale ponadto jego „książkowe doświadczenie” wizualizuje rosnąca stopniowo wieża skonsumowanej literatury. Wieża tak wysoka, że szybko staje się atrakcją turystyczną regionu.

Tak, moja mama też nie miała ze mną łatwo. Kiedyś zapowiedziała, że na  co, jak na co, ale na książki dla córki zawsze znajdzie pieniądze. Zmieniła zdanie baaardzo szybko!

W sumie dlaczego nigdy o tym nie pomyślałam? Od lat buduję dzielnie stosy wstydu przyglądając się ile to mam do przeczytania w tak ograniczonym czasie, jaki daje średnia długość ludzkiego życia i tylko mnie to demotywuje. Powinnam raczej, podobnie jak Jerzyk, układać wieżę z przeczytanych pozycji – to by była dopiero imponująca budowla! I patrzyło by się na nią z dumą, a nie z wyrzutami sumienia! Pomysł zdecydowanie do przemyślenia! Tylko gdzie ją budować, żeby nie ingerować nielegalnie w państwową przestrzeń powietrzną?

Fantastyczna podróż w przeszłość dla tych, którzy czytelnicze początki mają już za sobą i genialny budulec na podstawę powstającej dopiero wieży.

Rocio Bonilla, Najwyższa na świecie wieża z książek, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Seria o Eli i Olku” Catarina Kruusval

Te cztery niewielkie, kartonowe książeczki, to nasz obowiązkowy punkt programu podczas prawie każdego czytania. „Ela i Olek jedzą”, „… bawią się”, „… jeżdżą” i „… kąpią się” to proste historyjki o codziennych czynnościach wykonywanych przez sympatyczne rodzeństwo.

Zazwyczaj na jednej stronie przedstawiony został przedmiot – piłka, szalik, wózek dla lalek, motylki do pływania, czy buciki – na drugiej natomiast widzimy owy przedmiot w użyciu, czyli dzieci bawiące się wózkiem, z szalikiem na szyi, czy grające w piłkę wśród liści. To dla nas genialne rozwiązanie, bo chociaż Majka jeszcze nie mówi, to z chęcią poznaje nowe słowa i naprawdę dużo już kojarzy. Dlatego po pokazaniu przedmiotu, zapytana: „Gdzie jest piłeczka?” jest w stanie wskazać ją na wszystkich kolejnych obrazkach. Świetna pomoc przy nauce mówienia i poznawaniu świata. Poza samymi słowami dziecko uczy się też pór roku i czynności, które można o danej porze wykonywać. Ta seria jest również bardzo ładnym przykładem zgodnego spędzania czasu razem z rodzeństwem (chociaż nas na szczęście ten temat /jeszcze?/ nie dotyczy).

Trochę inaczej zbudowana jest „Ela i Olek jedzą”, gdzie każdy obrazek przedstawia coś do jedzenia albo jedzące dziecko. Tą pozycję Maja lubi równie mocno jak pozostałe, szczególnie kiedy może wskazywać na produkty spożywcze, które sama uwielbia, zwłaszcza jagody i zielonego ogórka. Analogicznie, te obrazki podzielone są zgodnie z porami posiłków i (bardzo edukacyjnie!) kończą się myciem ząbków :)

Książeczki są kolorowe, proste w formie i nie przeładowane informacjami. Z twardego kartonu, jak na razie z sukcesem opierają się niszczycielskim skłonnościom mojej małej Destrukcji. Bardzo ładne ilustracje i bohaterowie, z którymi małe dziecko zaczyna się identyfikować. W dodatku niewielka forma została idealnie dopasowana do możliwości małych rączek, co pozwala na samodzielną „lekturę” – Maja często wybiera sobie te książeczki i idzie sama oglądać je na kanapę, albo pakuje którąś z nich do swojej torebeczki i idzie w siną dal. W końcu mieć przy sobie książkę, to jak mieć przy sobie najlepszego przyjaciela ;)

Naszym zdaniem bomba! Maja poleca, mama poleca i pluszowa kura – modelka z sesji zdjęciowej poleca równie mocno!

Catarina Kruusval, Ela i Olek bawią się, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.
Catarina Kruusval, Ela i Olek jedzą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.
Catarina Kruusval, Ela i Olek jeżdżą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.
Catarina Kruusval, Ela i Olek kąpią się, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.

Bajki Majki: „Śpij króliczku” Jörg Mühle

Na Wielkanoc nie może zabraknąć króliczków i innych długouchych kitajców, dlatego Maja w tym roku na Zajączka dostanie śliczną, choć niepozorną książeczkę „Śpij króliczku”. Pokazuję ją z wyprzedzeniem, bo może jeszcze ktoś szuka inspiracji na bobasowy prezent last minute ;)

Jako że u nas czytanie jest elementem przedsennego rytuału, lektury związane ze spaniem i zasypianiem są jak najbardziej pożądane. A kiedy to cudo wpadło w moje ręce, już nie potrafiłam go odłożyć z powrotem na półkę. Pal licho, że akurat byłam w empiku, wiedziałam, że musimy go mieć w domowej biblioteczce. I to natychmiast.

To bardzo prosta historia o króliczku, który szykuje się do spania. A mały czytelnik musi mu w tym pomóc i to właśnie na tym polega cała magia tej pozycji. Interaktywna książeczka wymaga od dziecka wykonywania prostych czynności, bo na każdej stronie czeka zadanie – klaśnięcie, żeby przebrać króliczka w piżamkę, poprawienie poduszeczki, nakrycie kołderką, zgaszenie światła, czy danie małemu bohaterowi całuska na dobranoc. Wspaniały trening dla wyobraźni, który utrwala wieczorne rytuały i uczy dziecko czułości i troskliwości.

Książeczka jest porządna i kartonowa, dzięki czemu mam pewność, że trochę u nas wytrzyma, a króliczek jest przeuroczym bohaterem. Niewielka, prosta, skromna i urocza. Mi już skradła serce, nie mogę się doczekać pierwszego wspólnego czytania i jestem strasznie ciekawa reakcji Bobasy.

Jörg Mühle, Śpij króliczku, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2017, 20 s.

Korzystając z okazji, wszystkim molom i molikom książkowym życzymy wesołych, rodzinnych i smakowitych Świąt Wielkanocnych i mnóstwa przeczytanych wspólnie książek.

_20170414_150416

Czas na czytanie: „Król kruków” Maggie Stiefvater

Kruczy cykl ma kilku głównych bohaterów. Jednym z nich jest obrzydliwie bogaty i dość zarozumiały nastoletni geniusz o głupim imieniu, który, opierając się na wierzeniach i legendach Zjednoczonego Królestwa, całą swoją energię poświęca na poszukiwania magii. Od samego początku nie mogłam opędzić się od skojarzeń z bohaterem mojego dzieciństwa – Artemisem Fowlem. Już za samo to porównanie od razu całym sercem polubiłam „Króla kruków” (jako niezwykle sentymentalne stworzenie uwielbiam nostalgiczne powroty do beztroskich lat). I chociaż, w przeciwieństwie do Artemisa, Gansey ma przyjaciół (nie tylko wśród osobników swojego gatunku, ale nawet w swoim wieku!), to jego zdolności interpersonalne pozostawiają równie wiele do życzenia. A jednak mimo to ma on zgraną paczkę przyjaciół, z których każdy jest kompletnie innym typem osobowości i na pierwszy rzut oka łączy ich jedynie snobistyczne liceum, do którego uczęszczają. Bo cóż mogłoby łączyć ambitnego i zakompleksionego Adama, młodego i gniewnego Ronana, cichego i niepozornego Noaha i dołączającą do nich Blue – ekscentryczną córkę wróżki? Tylko trochę szalony i bardzo zdeterminowany Gansey, jego poszukiwania linii mocy i nieugięte pragnienie obudzenia półlegendarnego Walijskiego króla z magicznego snu.

_20170410_192915

Są wróżki, szybkie samochody, karty tarota, niewyjaśnione zabójstwa, duchy, rozmowy z drzewami, nadprzyrodzone zjawiska, mroczne przepowiednie i siła przyjaźni. Jest super.

I chociaż bardzo szybko odgadłam kto jest zabójcą, kto zginął i dlaczego (mam na uwadze, i bardzo nad tym ubolewam, że nie jestem jednak głównym odbiorcą tej serii i nie mieszczę się w targecie wiekowym), to jednak wcale nie było przewidywalnie, a moja domyślność ani odrobinę nie przeszkadzała mi się dobrze bawić. I po kolejne części też sięgnę z przyjemnością, bo przygody Kruchych Chłopców to świetny relaks nawet dla takiej wyrośniętej młodzieży jak ja, a co!

Maggie Stiefvater, Król kruków, Warszawa: Uroboros, 2013, 496 s.

Bajki Majki: „Wielkanocny kurczaczek”, „Wielkanoc zajączka” i „Wielkanocny baranek” Urszuli Kozłowskiej, czyli pierwsze wielkanocne lektury Bobasy

Wybór wielkanocnych lektur dla roczniaka nie był wcale taki prosty. Szukałam czegoś, co (wyjątkowo) nie będzie za trudne i nie zniechęci tak małego dziecka. Jak w przypadku Bożego Narodzenia starałam się jeszcze coś tłumaczyć, bo to w końcu radość z narodzin, tak biblijna koncepcja zmartwychwstania zdecydowanie Bobasę przerasta. Z drugiej strony szukałam książeczek, które wprowadzą wiosenno-wielkanocny klimat i przybliżą odrobinę najpopularniejsze zwyczaje, jeszcze bez obciążenia symboliką.

I w ten sposób trafiłam na wierszyki Urszuli Kozłowskiej w kartonowych książeczkach. Jako pierwszego kupiłam „Wielkanocnego kurczaczka” z Wydawnictwa Olesiejuk z ilustracjami Ilony Brydak, który skusił mnie brokatowymi elementami na okładce (a przede wszystkim tą cudną brokatową pszczółką). I faktycznie ten element przyciągnął również moją małą sroczkę, bo sporo czasu minęło, zanim udało nam się ją wspólnie otworzyć – okładka okazała się być super ciekawa. W tekście co prawda nie było nic o wielkanocnych zwyczajach, a wierszyk opowiada o poszukiwaniu zaginionego kurczaczka, jednak wiejskie zwierzątka do pokazywania paluszkiem wszystko nam zrekompensowały. Szczególnie, że był kurczaczek i cukrowy baranek, więc zaczęłyśmy powoli wdrażać się w świąteczne klimaty. Ilustracje są urocze, i chociaż ja miałam chwilę zwątpienia przy Mamie Kurze ze skrzydłami niczym macki ośmiornicy (w sumie każdej mamie by sie takie przydały), to Majce bardzo się podobają. A i znalazły się na jednej z nich świąteczne baby i makowce, więc nasz apetyt został zaostrzony.

Kolejne dwie książeczki z wierszykami pani Kozłowskiej, „Wielkanoc zajączka” i „Wielkanocnego baranka” upolowałyśmy w Pepco. Te dla odmiany są z wydawnictwa Wilga, a autorką ilustracji jest Arleta Strzeszewska. I chociaż ilustracje z tego wydania podobają mi się mniej (szczególnie w zajączku są nieco psychodeliczne) to wierszyki poruszają zwyczaje i tradycje związane ze Świętami Wielkiej Nocy. „Wielkanoc zajączka” dotyczy głównie chowania słodyczy dla dzieci, którego my nie praktykujemy (choć może zaczniemy, kiedy Maja trochę podrośnie), wspomniany jest jednak również zwyczaj święcenia pokarmów i oblewania się wodą w Wielkanocny Poniedziałek.
„Wielkanocny Baranek” to sympatyczny przegląd przez kojarzone z wiosną zwierzątka – Baranek Franek poznaje kaczuszkę, kurczaczka, zajączka i po psotach na zastawionym świątecznie stole wskakuje wraz z nimi do koszyczka.

To wydanie jest nieco skromniejsze, mniejsze i o cieńszych (choć wciąż kartonowych) kartkach. Książeczki są też niestety mniej wytrzymałe, bo kawałek baranka już został odgryziony (dla porównania na kurczaczku widać tylko odciśnięte ślady zębów :D). Ale jako, że są to nabytki za mneij niż 5zł, jestem w stanie pogodzić się z faktem, że to pozycje „na jeden sezon”, które wkrótce polegną w starciu z moją małą Destrukcją.

Wszystkie trzy książeczki (jest jeszcze czwarta „Wielkanocne pisanki”, na którą niestety nie udało nam się trafić) są sympatyczną pomocą podczas pierwszych prób tłumaczenia dziecku czym właściwie jest Wielkanoc. My podczas czytania zaczynamy od kurczaczka i baranka, gdzie poznajemy i zbieramy razem wiosenne zwierzątka i pakujemy je wraz z pokarmami do koszyczka, a kończymy książeczką o zajączku, gdzie w sobotę dzieci zanoszą koszyczek do kościoła na święcenie, w niedzielę szukają łakoci i w poniedziałek oblewają się wodą. Dla czternastomiesięcznego dziecka taki wstęp do świątecznych tradycji i zwyczajów całkowicie wystarczy.

Oczywiście Wielkanoc to czas zajączków i króliczków, więc wykorzystujemy ją również jako pretekst do częstego czytania naszej ukochanej uszatej pozycji – „Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham”, bo to przecież książka na każdą okazję.

Urszula Kozłowska, Wielkanocny kurczaczek, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 12 s.

Urszula Kozłowska, Wielkanoc zajączka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2015, 10 s.

Urszula Kozłowska, Wielkanocny baranek, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2015, 10 s.

Czas na czytanie: „Fak maj lajf” Marcin Kącki

To moje pierwsze spotkanie z Marcinem Kąckim, zarówno jeśli chodzi o książki, jak i gazety (z którymi jakoś nigdy nie było mi po drodze), dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej pozycji o wiele obiecującym tytule.

_20170404_194116

Otwarta kompozycja powieści pozwala uczestniczyć czytelnikowi tylko w niewielkim (choć burzliwym) wycinku życia bohaterów. Autor wrzuca nas na krótką chwilę do świata celebrytów – zarówno tych związanych z polityką czy filmem, jak i osób ledwie pretendujących do tego miana – czyli prosto na okładki kolorowych magazynów. Poznajemy telewizyjne gwiazdki, które zrobiłyby wszystko, by nie schodzić z przed obiektywów paparazzi i polityków, który oddaliby sporo, żeby owych paparazzi uniknąć. Naciągaczki i krętaczy marzących o sztucznych piersiach i lepszym życiu. Paparazzi gotowych sprzedać wszystko i każdemu kto tylko da wyższą cenę, którzy bez najmniejszych skrupułów, kilkoma zdjęciami niszczą innym życie i dziennikarzy, którzy jeszcze odrobinę wierzą w etykę i prawdę.  Kontakty, układy, pogoń za medialną sensacją (nie ważne, czy prawdziwą, czy kompletnie zmyśloną) i niesamowity wpływ, jaki wywierają media – nie bez powodu nazywane „czwartą władzą”.

Okrutna gra losu i ludzi na wysokich stanowiskach. A z drugiej strony prosty, niewyedukowany odbiorca, który z przyjemnością o takiej medialnej sensacji poczyta (a jeszcze chętniej posłucha, bo w końcu kultura czytanie odchodzi już do lamusa). Siła mediów i internetu, portali społecznościowych, mocnego hasła i umiejętnej manipulacji – siła słowa. Karykaturalnie przerysowana, a jednak coś w tym jest. A przynajmniej brzmi jakoś znajomo.

Wieloosobowa narracja ukazuje zepsuty świat sławy z kilku perspektyw – telewizyjnej gwiazdy i oszusta, dziewczyny ze wsi i młodego reportera, polityka i paparazzi – ponury świat, w którym nastąpiło kompletne przewartościowanie podstawowych wartości, a każdy myśli tylko o tym, żeby jak najwięcej zagarnąć dla siebie (sławy, pieniędzy, władzy), nie przejmując się za bardzo skutkami jakie odczują inni.

Zgorzkniała satyra, w której próżno szukać małych bohaterów wygrywających z systemem, czy szczęśliwego zakończenia, obnażająca absurdy manipulacji społeczeństwem. I trudno uniknąć porównania z Syzyfem pchającym kamień pod stromy szczyt tylko po to, by ten z łoskotem stoczył się w dół. I choć bohaterowie są świadomi bezsensu swojej pracy, choć wieczorem ogarnia ich nostalgia, od rana na nowo zaczynają pchać swój kamień.

Książka nie rzuciła mnie na kolana i chyba nie zaszokowała tak bardzo jak miała, to jednak czytało się dobrze i dała co nieco do myślenia. Chociaż daleko mi do utożsamiania się z którymkolwiek z bohaterów, a Ci raczej niesamowicie mnie irytowali (już ja bym ich wychowała!), to jednak mimo braku sympatii trochę mi ich żal. Chyba każdego z nich. Pewnie gdybym oglądała telewizję i czytała plotkarską prasę, to po tej książce zaprzestałabym tych czynności i może taki był jej cel. Tylko czy fani długaśnych seriali, obecnych wydań „Wiadomości” i artykułów o ludziach, którzy „Nie śpią, bo trzymają sufit” sięgają po książki? Nawet pod tak chwytliwym tytułem?

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanowa.

Marcin Kącki, Fak maj lajf, Kraków: Znak Literanowa, 2017, 368 s.

Czas na czytanie: „Rodzina O.” Ewa Madeyska

Z terminem serial literacki spotkałam się po raz pierwszy i nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. A że lubię sobie posiedzieć i przy książce i przy serialu, to zaopatrzona w duży zapas herbaty i przekąsek z entuzjazmem zasiadłam do lektury.

I faktycznie, podobnie jak w przypadku serialu, tuż po rozpoczęciu zupełnie zagubiłam się w gąszczu wątków i postaci, wrzucona w sam środek życia nieźle zakręconej rodziny w nieźle zakręconej rzeczywistości. A kiedy już w miarę ogarnęłam kto jest kim i co z kim robił, historia wciągnęła mnie jak tornado bezbronną krowę.

IMG_20170317_114749_764

Jako, że mam szczęście być dzieckiem urodzonym i wychowanym w dobrostanie kapitalizmu, komunistyczny świat Polski Ludowej to dla mnie kompletne science fiction, na miarę jednej z wizji Lema. I chociaż zdaję sobie sprawę, że to przecież świat moich rodziców i dziadków, to jednak wydaje się być oddalony w czasie bardziej niż codzienność dworu Ludwika XVI. Pewnie dlatego czytało mi się tak dobrze – absurdy i przeżytki tamtych czasów zaskakiwały mnie co kilka stron. Raczej lubiliśmy się w dzieciństwie (młodości?) z lekcjami historii i nigdy nie uważałam się za kompletną ignorantkę (normalnie aż czuję wewnętrzną potrzebę usprawiedliwienia!), no ale wędrowny ostrzyciel noży? Skupowanie szmat? Serio? Moim ulubionym odkryciem są zapałki z „wróżbami” zaczerpniętymi rodem z podręcznika propagandy – aż żałuję, że nie byłam wcześniej świadoma ich istnienia, to jest dopiero temat na pracę magisterską!

Ale, abstrahując od mojej historycznej ignorancji (jednak nie będę się bała tego słowa) i związanych z nią urokliwych zaskoczeń, prawdziwą siłą tej pozycji są jej bohaterowie – każdy inny, każdy wyrazisty, każdy budzi emocje, każdy jest po prostu prawdziwy. To naprawdę sztuka wykreować tak wiele ucieleśnień codziennych wad i przywar nie ocierając się karykaturalność. Bohaterowie Madeyskiej to nie przerysowane exempla, a wciąż ludzie z krwi i kości. A dzięki wieloosobowej narracji i historii opowiadanej z kilku (jeśli nie kilkunastu) perspektyw mamy szansę dobrze poznać każdego z nich – jesteśmy światkiem ich życiowych wyborów, odkrywamy bolesne wspomnienia i postrzegamy ich oczami innych osób. Dzięki temu zyskujemy miejsce w pierwszym rzędzie na spektaklu będącego odwzorowaniem zaskakującej, splątanej jak spaghetti gry losu z przypadkami i niedopowiedzeniami w rolach głównych. Bo świat jest mały, a typowe szaro-bure miasteczko z lat 60. jeszcze mniejsze. I nigdy nie wiesz kogo spotkasz za rogiem.

Są euforie i dramaty, nieślubne dzieci, poobcinane palce, izolatki w domu wariatów, uśmiechy fortuny, sukopsy, homoseksualne gwałty, damski klasztor, morderstwa, egzekucje, powracający krewni, sześćset sześciesiąt sześć w skali Lucyfera, milicjanci i haloperidol. Ten ostatni bardzo potrzebny. A to wszystko w jednej niewielkiej i symbolicznej Bolegoszczy – więcej, w jednej rodzinie! Ojciec Mateusz zielenieje z zazdrości. A ja zielenieję na samą myśl, że teraz będę musiała czekać na drugi sezon. Jak zawsze: „W takim momencie?!”.

Ewa Madeyska, Rodzina O. Sezon I 1968/69, Kraków: Znak, 2017, 544 s.

Za ekscytującą lekturę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” oraz „Quidditch przez wieki” – porównanie z pierwszym wydaniem.

Sowi kurier przyniósł mi dziś pod drzwi, tak wyczekiwane przez polskich fanów, wznowione wydanie dodatków do Harrego Pottera: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, „Quidditch przez wieki” i „Baśnie Barda Beedle’a”. Chociaż, będąc szczęśliwą posiadaczką dwóch z nich, nie wyczekiwałam tej premiery tak niecierpliwie jak inni potteromaniacy, to jednak z Harrego nie wyrosnę nigdy i otwieranie paczki było dla mnie prawdziwym powrotem do dzieciństwa.

Na samym wstępie chciałabym bardzo podziękować wydawnictwu Media Rodzina za nowe wydanie – to naprawdę super, że ulegliście jękom i marudzeniom fanów. Super też, że po raz kolejny cały dochód ze sprzedaży zostaje przekazany organizacjom charytatywnym Comic Relief i Lumos. I chociaż nie wiem, czy skoro książeczki zostały napisane przez Rowling właśnie po to, by wspomóc dzieci i najuboższych, w ogóle możliwe byłoby wydanie komercyjne, ale to nie ma znaczenia. Nowe wydanie – nowe zakupy, więcej wsparcia. A pomoc zawsze jest en vogue. Zatem wielkie dzięki, jesteście najlepsi.

Różnice obu wydań są widoczne na pierwszy rzut oka. Przede wszystkim różnią się formatem – pierwsze wydanie to bardziej broszurki, niż książki (no, może książeczki). W miękkiej oprawie, niewielkie i cienkie, liczyły po około 50 stron. Nowe wydanie prezentuje się znacznie bardziej imponująco – wielkości standardowej książki (zbliżonej do A5) i w twardej oprawie. Co ciekawe, kolory oprawy zostały zamienione – wcześniej „Quidditch…” miał zieloną okładkę, a „Fantastyczne zwierzęta…” czerwoną, obecnie jest odwrotnie. Dzięki większej czcionce, lepszemu papierowi i dużej ilości ilustracji książki liczą obecnie około 150 stron.

DSC_090721

Jeśli chodzi o różnice w treści, to z „Fantastycznych zwierząt…” zniknęła przedmowa Albusa Dumbledore’a zastąpiona przedmową Newta Skamandera jako autora podręcznika. Ich treść jest zbliżona i dotyczy przekazywania funduszy na rzecz wymienionych wcześniej organizacji charytatywnych. Notka „O autorze” została przeniesiona z początku książki na jej koniec. Na końcu umieszczono również informacje o organizacjach Lumos i Comic Relief.
Wielkim plusem są fantastyczne ilustracje fantastycznych zwierząt – dekoracyjne inicjały i duże ryciny to coś, czego tej książce brakowało, w pierwszym wydaniu przedstawienia zwierząt były malutkie i pojawiały się sporadycznie. Zniknęły natomiast notatki i „bazgroły” Harrego i Rona obecne w broszurce.

DSC_0933
Ilustracje są wspaniałe. No i wszyscy kochają Niuchacze <3

Zmiany między okładkami „Quidditcha…” są mniej zauważalne – podobnie jak w „Fantastycznych zwierzętach…” informacje o autorze podręcznika zostały przeniesione na koniec, gdzie dodano również ustępy o organizacjach. Książka zyskała kilka nowych ilustracji, a te obecne w pierwszym wydaniu powiększono. Dodano ozdobne strony tytułowe rozdziałów i dekoracyjne rysuneczki otaczające numery stron.

DSC_0923
Nowe ryciny genialnie oddają klimat „Quidditcha przez wieki”.
DSC_0922
Urocze detale <3

Za wyższą jakością wydania idą również różnice w cenie – wydane w 2001 roku książeczki kosztowały 10 zł (9 sykli i 7 knutów ;)), cena okładkowa nowych wydań to 25 złotych. Jednak większe dochody, to większe wsparcie udzielone organizacjom charytatywnym i w tym przypadku z przyjemnością wydałam i więcej złotówek i sykli (choć kurs czarodziejskiej waluty na dzień dzisiejszy nie został podany).

W moim porównaniu pomijam „Baśnie Barda Beedle’a”, ponieważ mimo że czytałam je w dzieciństwie, to jednak nigdy nie miałam własnego egzemplarza. Aż do dziś! Pamiętam jednak, że pierwsze wydanie „Baśni…” znacznie różniło się od podręczników – było większe i w twardej, błękitnej oprawie. Obecnie wszystkie trzy dodatki są spójne wizualnie.

Absolutny must have każdego potteromaniaka! <3

DSC_0917J. K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, Poznań: Media Rodzina, 2017, 152 s.
J. K. Rowling, Quidditch przez wieki, Poznań: Media Rodzina, 2017, 144 s.
J. K. Rowling, Baśnie Barda Beedle’a, Poznań: Media Rodzina, 2017, 144 s