Czas na czytanie: „Smocza Straż. Pan Widmowej Wyspy” Brandon Mull

Jakoś nie mogę się zdecydować, czy serię „Smoczej Straży” klasyfikować jako Bajki Majki, czy Czas na czytanie. Nie da się ukryć, że to seria dla młodszej młodzieży, osobiście polecałabym ją nawet jeszcze przed lekturą „Harry’ego Pottera”. Ale z drugiej strony, póki Maja do niej nie dorośnie, sama świetnie się bawię podczas lektury. W końcu muszę dokładnie wiedzieć co w przyszłości podsunę dziecku, prawda?

„- (…) Jesteś pewna, że to warte podpadnięcia twojemu ojcu?
– Co, rozmowa ze smokiem? Nie pozwolę, by ojciec pozbawił mnie tego doświadczenia. Chcę mieć swój udział w ratowaniu Gadziej Opoki. Fascynują mnie smoki. No i studiuję historię”.

W trzeciej już części „Smoczej Straży” samych smoków jest zdecydowanie mniej, niż w poprzednich tomach – tym razem prym wiodą wszelkiego rodzaju umarlaki, bo śledząc losy porwanego Setha ograbionego wspomnień trafimy do podziemnej dziedziny pełnej zombie, liczów i upiorów.

Jest też nieco mniej brutalnie, niż w poprzednim tomie, choć i tym razem nie obejdzie się bez ofiar. Nie ma jednak obaw – nie zabraknie wrednego Celebranta, a już sama okładka zdradza pojawienie się na arenie morskiego smoka Jibarro. W smoczym świecie pojawi się również ktoś zupełnie nowy…

„Nie mówimy o złu. Mówimy o ciemności jako źródle mocy. Czy dzień jest dobry, a noc zł? Nie. To niedorzeczne rozróżnienie. Nocą lepiej widać gwiazdy. Czy nocny chłód nie jest korzystniejszy podczas podróży przez pustynię? Zapewne tak. Czy spanie w ciemnym pokoju to zło, a w jasnym to dobro? Nie, i byłbym zdania, że mrok lepiej nadaje się do snu. Istnieje pewien rodzaj ciemności, z której można czerpać jak ze źródła. Możesz ja wykorzystać do dobrych lub do złych celów”.

Dla kontrastu Kendra zabierze nas w iście rajskie klimaty – wraz z przyjaciółmi będzie ratować smoczy azyl na jednej z tropikalnych wulkanicznych wysp. Będą ludożerne rośliny, poszukiwania legendarnego skarbu, domy w koronach drzew, moai, wulkaniczni cyklopi, syreny, selkie, ogniołazy, eksplorowanie morskiego dna, walki z demonami i odzyskiwanie ogromnej perły. I żadna z tych atrakcji nie będzie miała nic wspólnego z wakacyjnym wylegiwaniem się na plaży, bo każda misja to bardziej niebezpieczna przygoda.

Czy Seth odzyska swoje wspomnienia? A może pod wpływem swoich oprawców stanie się łotrem? Czy rozdzielone rodzeństwo zdoła utrzymać pokój w Gadziej Opoce?

Jak zwykle doskonałe proporcje grozy, humoru i przygody!

Ta książka była w tym roku moim plażowym wyborem, ale chyba jednak jeszcze lepiej sprawdzi się jako rozgrzewające pocieszenie po minionych wakacjach – kiedy w okna stuka już jesienny deszcz, a stopy skrywamy pod kocem, zamiast wyciągać je w kierunku słonecznych promieni. Oj tak, w takie wieczory przyda się nieco wulkanicznego żaru!

Brandon Mull, Smocza straż. Pan Widmowej Wyspy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na Czytanie: „Szklany tron” Sarah J. Maas

Po „Małym życiu” długo nie mogłam zabrać się za jakąkolwiek książkę. Szukałam mało wymagającej lektury, która dla odmiany nie zostawi mnie w kawałkach. Mając na uwadze moje niesamowite braki w literaturze młodzieżowej, postanowiłam co nieco nadrobić, bo już zupełnie nie wiem o czym mowa w większości książkowych dyskusji. Stanęło zatem na „Szklanym tronie”, bo był dostępny od ręki w bibliotece i pamiętam, że dużo osób go polecało. A przy okazji znalazłam niesamowitą filię dla dzieci w mojej bibliotece, muszę koniecznie zabrać tam Bobasę.

Ale wracając do meritum – „Szklany tron” to pierwsza część czterotomowego cyklu o słynnej młodej zabójczyni Celaenie. Dowiadujemy się, iż w wyniku zdrady została złapana na gorącym uczynku i w ramach kary za swe zbrodnie odbywa wyrok w obozie pracy. Po roku ciężkich robót, z kopalni zabiera ją pewien przystojny młodzieniec. Ów przystojniak – książę Dorian (i jednocześnie pierworodny syn drania, który zesłał Celeanę na męki) – umyślił sobie wystawienie najlepszej z zabójczyń w organizowanym przez króla turnieju mającym na celu wyłonienie kandydata na stanowisko Królewskiego Obrońcy (czyli, nie owijając w bawełnę, prywatnego zabójcy działającego na zlecenie korony). Jeśli wygra, po kliku latach służby odzyska wolność, jeśli nie – wraca do machania kilofem.

_20170217_093705

Główna bohaterka daje się poznać jako arogancka, zarozumiała i butna dziewczyna o niezachwianej pewności siebie i skłonnościach do dziecinnych wybuchów gniewu i frustracji z błahych powodów. Z jakiegoś jednak powodu wszyscy ją lubią i wszyscy się w niej zakochują. Zabójcza i najlepsza w swoim fachu, a jednak ciągle ktoś ratuje jej życie i bez problemu można wejść do jej pokoju kiedy śpi. Z jednej strony fajnie, bo wyidealizowany główny bohater to nudny główny bohater, z drugiej kiepsko, bo szczeniacki główny bohater, to męczący główny bohater. Zwłaszcza jeśli dodatkowo przez pół książki myśli o całowaniu księcia…

Jeśli czegoś bardzo mi brakowało, to plastycznych opisów – jedyne szczegóły, nad którymi autorka postanowiła trochę popracować, to opisy kolejnych strojnych sukienek i elementów ubioru – te wyszły naprawdę fajnie. Za to jeśli chodzi o budynki, czy krajobrazy, to przeżyłam srogie rozczarowanie, bo nawet jeśli były, to nic wartego zapamiętania – moja wyobraźnia musiała radzić sobie sama. A szkoda, bo szklany pałac, świątynia, czy tajemnicza grobowa krypta aż się proszą o zapierające dech w piersiach wizualizacje. O szklanym tronie nie dowiedziałam się nic, poza faktem, iż był szklany i siedział na nim pewien nieprzyjemny buc.

Fabuła jest z wszech miar tendencyjna i przewidywalna, kompletnie nie zaskakuje – przystojny książę nie szczędzący sobie cielesnych uciech z każdą wyględną niewiastą nagle zostaje całkowicie zauroczony swoją kandydatką w turnieju. Turnieju, który jest ciekawy jak grzybobranie – od samego początku nie ma wątpliwości co do zwycięzcy, praktycznie bez opisów morderczych prób, broni, pojedynków. Więcej kandydatów ginie w tajemniczych okolicznościach niż zostaje wyeliminowanych zgodnie z zasadami. Przez większą część książki miałam niestety wrażenie, że czytam jej streszczenie. I przyznaję bez bicia, że podczas decydującego pojedynku, z którym wiązałam jednak jakieś nadzieje, liczyłam strony patrząc ile mi tej męczarni jeszcze zostało – oniryczne wizje z demonami i zmarłymi z pogranicza światów to zdecydowanie nie moje klimaty. A przynajmniej nie jeśli przeważają nad starą dobrą batalistyką.

Zdarzają się też błędy logiczne, przez które cierpiała fabuła – magia jest zakazana i grozi grillowaniem na stosie, ale jakoś nikt nie zwraca uwagi na podejrzane machanie rękami tuż pod nosem króla i jego rady. I to jeszcze w wykonaniu księżniczki super buntowniczej nacji stawiającej owemu królowi twardy opór.

Plusy za pomysł, ciekawie zapowiadający się świat, suknie, całkiem zgrabny wątek miłosny, bale i pałacowe intrygi. Minusy za niedopracowanie, niewykorzystany potencjał i kompletny brak budowania napięcia. Zupełnie nie potrafiłam wczuć się w rzeczywistość „Szklanego Tronu” – może dlatego, że tak mało dane mi było się o niej dowiedzieć  – czytelnik otrzymuje jedynie niezbędne minimum informacji, by zrozumieć akcję – to jednak za mało, by poczuć się mieszkańcem opisywanych krain, by uczynić ten świat plastycznym światem „z krwi i kości” – brakowało mi opisów, legend, zwyczajów, historii. Może w dalszych tomach autorka się rozkręca, a świat pani Maas nabiera głębi. Może kiedyś, w przypadku kolejnego książkowego kaca, sięgnę po dalsze części, żeby to sprawdzić.

Czytałam dużo lepszych książek i czytałam również sporo gorszych, „Szklany Tron” plasuje się gdzieś pośrodku stawki. Może jestem już za stara, może wychowałam się na odmiennym stylu pisania, ale nie podzielam entuzjazmu fanów. Ani dobra, ani tragiczna – moim zdaniem bardzo przeciętna.

Sarah J. Maas, Szklany tron, Warszawa: Uroboros, 2013, 520 s.