Bajki Majki: „Tajemnice Gryzmołkowa. Duch z fabryki krówek” David O’Connell

Ta książka, to najlepszy bajkowo-fantastyczny koktajl na całym świecie! Bo czy możecie sobie wyobrazić lepsze połączenie, niż słodycze i smoki (czy wspominałam już kiedyś, jak bardzo KOCHAM SMOKI?)?

 

Archie McKarmelek dowiaduje się pewnego dnia, że dzięki tajemniczemu spadkowi jeszcze bardziej tajemniczego stryjecznego dziadka, z dnia na dzień stał się nie tylko właścicielem bardzo tajemniczego domu wraz z sąsiadującą z nim fabryką najpyszniejszych krówek w okolicy, ale przy okazji głową bardzo tajemniczego rodu. I przy okazji najmłodszym dziedzicem w historii tej zakręconej rodziny. Szybko okazuje się jednak, że cały ten majątek wisi na włosku, a co gorsza już wkrótce może zabraknąć najbardziej mięciutkich, cudownie rozpływających się w ustach słodyczy. Ale czy przytłoczony nowymi obowiązkami Archie ma szansę odnaleźć zaginiony składnik słynnych krówek McKarmelka, gdy musi udowodnić, że jest godzien swojego dziedzictwa? Szczególnie, że na jego życie czyha demoniczna ciotka z dobrze odżywionymi kuzynami, a wokół zaczynają dziać się coraz bardziej niesamowite rzeczy?

„Miej oczy otwarte i kubki smakowe gotowe! Pomoc przyjdzie w najdziewniejszych okolicznościach. Gryzmołkowo to osobliwe miejsce – spodziewaj sie tego, co niespodziewane…”

Na szczęście nasz bohater nie jest sam – na pomoc ruszają mu nowi przyjaciele. A z drużyną złożoną z przyszłej inżynierki, świeżo upieczonego dziedzica, specjalisty od zjawisk nadprzyrodzonych i małego białego pieska, żadna dziuwnuść nie ma szans! Wspólnie rozwiążą wszystkie tajemnicze zagadki i uratują świat słodyczy! A przynajmniej przyszłość rodzinnej firmy.

Detektywistyczna przygoda z lekkim dreszczykiem i świetnymi ilustracjami do kompletu. Upiorne zamki, mapy skarbów, słodkie szyfry, zakurzone piwnice, tajemnicze przejścia, mnóstwo magii, najróżniejszych słodkości i… miodne smoki. A miodne smoki to najgenialniejszy pomysł, o jakim kiedykolwiek słyszałam. I kiedykolwiek usłyszę.

Można dostać próchnicy od samego czytania! A to dopiero pierwszy tom przygód z kipiącego magicznymi dziuwnuściami, tajemniczego Gryzmołkowa! Nie mogę się doczekać kolejnych części! I wcale nie będę czekać, aż moja Majka do nich dorośnie…

David O’Connell, Tajemnice Gryzmołkowa. Duch z fabryki krówek, Warszawa: Kapitan Nauka, 2019, 200 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka. „Tajemnice Gryzmołkowa można kupić TUTAJ.

Bajki Majki: „Sekret pustej książki” Marta Kucharz

Jak zachęcić dziecko do czytania? Interaktywnie! Zagadkami, tajemnicami i literackimi podchodami.

Kiedy Hania, z powodu przeprowadzki, otrzymuje w spadku po poprzednich właścicielach olbrzymi regał od góry do dołu wypełniony książkami, jest daleka od zachwytów. To w końcu raczej średnia atrakcja dla kogoś, kto nie lubi czytać. Z tego samego powodu jedyna sąsiadka w wieku zbliżonym do Hani wydaje się strasznie nudnym materiałem na przyjaciółkę – całymi dniami nic, tylko siedzi z nosem w książce. Takie nastawienie może zmienić tylko jakieś niezwykłe zdarzenie. Albo przygoda! A taką właśnie zapowiada zagadka odnaleziona w jednym z wiekowych tomów. Zagadka, do której rozwiązania przyda się oczytana znajoma, jej aportujący kot i… zdziwaczała staruszka z sąsiedztwa? Tajemniczy liścik prowadzi do kolejnego i jeszcze następnego, a na końcu tej zakręconej drogi ma czekać skrzynia ze skarbem!

Niedługa, intrygująca i bardzo pomysłowa historia poruszająca uniwersalne tematy, jak obawy związane ze zmianą środowiska, lęk przed odrzuceniem i przyjaźń – nie tylko między rówieśnikami. To po prostu międzypokoleniowe czytelnicze podchody!

To świetna propozycja dla dzieci, które radzą już sobie z samodzielnym czytaniem, ale jeszcze nie tak płynnie, by porywać się na powieść standardowego formatu. „Sekret pustej książki” budową przypomina kultowe książeczki o Hani Humorek, czy Koszmarnym Karolku – szczególnie pod względem sporej, wygodnej czcionki o dużej interlinii i krótkich rozdziałów bogato przetykanych ilustracjami. Jest jednak od nich bardziej atrakcyjny wizualnie. Wydanie jest wyjątkowo ładne – w twardej oprawie, na błyszczącym papierze, z kolorowymi ilustracjami Elżbiety Moyski, które wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Ciekawa, pomysłowa, ładna i dostosowana do potrzeb czytelnika stojącego na progu swej wielkiej książkowej przygody. Naprawdę warta uwagi, świetnie sprawdzi się jako prezent dla dziecka, które chcemy zarazić czytelniczą pasją.

Marta Kucharz, Sekret pustej książki, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 105 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Bajki Pani Basi”, Barbara Delimat + KONKURS

Przychodzę do Was dzisiaj z piękną historią – pewna pani napisała kiedyś króciutką bajkę dla swoich córek. Lata później tą samą bajkę pokochały również jej wnuczki. Z jednej bajeczki zrobiły się dwie, później trzy i cztery. A kiedy i wnuczki dorosły, pojawił się pomysł, by twórczością mamy i babci – Pani Basi – podzielić się również z innymi dziećmi. Znalazły uzdolnioną ilustratorkę, której pracy dodały opowieściom magii i wspomogły wyobraźnię. Wspólnymi siłami udało im się wydać niewielki nakład czterech sympatycznych, bajkowych historii, mniej lub bardziej magicznych, pełnych ciepła i delikatnego uroku.

Wszystkie książeczki zostały wydane w wyjątkowy sposób – są wielkości A4, ale w orientacji poziomej, co bardzo korzystnie wpływa na odbiór ilustracji. Ze względu na miękki papier, rekomenduję je już nieco bardziej wprawionym czytaczom, albo pod czujnym okiem rodzica.

DSC_0472.jpg

„Przygody Krasnala Kichusia”, czyli ta, od której wszystko się zaczęło, to ślicznie zilustrowana, króciutka opowieść o leśnym krasnalu, znanym nie tylko z uprzejmości i przyjacielskiego stosunku do sąsiadów, ale również z pewnej specyficznej przypadłości – naprawdę solidnych kichnięć, od których las trzęsie się w posadach! Nigdy nie zgadniecie co się stało, kiedy pewna psotna mucha postanowiła spłatać naszemu bohaterowi figla i, wlatując mu do nosa, skłoniła biedaka do nieprzerwanego kichania. Czy przyjaciele zdołają uwolnić Kichusia od pasażerki na gapę?

Tekst tej bajeczki łatwo wpada w ucho – jest melodyjny, a rymy należą do tych prostych, dobieranych niemalże intuicyjnie i dzięki temu łatwych w odbiorze nawet dla malutkiego odbiorcy. Tekstu nie ma wiele – prym zdecydowanie wiodą tu barwne, rozmalowanie ilustracje, które wraz z zabawną, rytmiczną treścią przypadną do gustu już najmłodszym przedszkolakom. A jeśli jakiś maluszek nie ma niszczycielskich ciągot do stron z cienkiego papieru, to moim zdaniem spokojnie można czytać ją i młodszym molikom.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Przygody Krasnala Kichusia, wydanie prywatne 2016, 13 s.

Ulubiona książeczka Majki (głownie ze względu na spory udział kocich bohaterów) – „Babcia Mania” zabiera czytelników na wycieczkę na wieś, gdzie mogą poobserwować nieco sielskiego życia. A to nie jest nudne ani trochę! Babcia Mania ma wielkie serce i w jej zagrodzie zawsze można znaleźć pomoc w potrzebie, pełną miskę i suchy kąt. Dlatego też to gospodarstwo tętni życiem – gołębie, wróbelki i inne ptactwo zlatuje się na okruszki, słoninkę i ziarenka, ranne leśne zwierzęta przychodzą po leczenie, a samotna kotka znajduje tu swój dom. To pełna domowego ciepła, cierpliwości i wyrozumiałości opowieść o otwartym sercu i pomaganiu sobie wzajemnie.

Jest to już bardziej obszerna książeczka, nie tylko dłuższa, ale również o większej objętości tekstu. Choć delikatne ilustracje wciąż pełnią tu bardzo ważną rolę, zajmują jedynie jedną stronę, druga w całości poświęcona jest treści, tym razem opowieści pisanej prozą.

A na samym końcu na czytelników czeka mała niespodzianka – miejsce, gdzie mogą upiększyć swoją książeczkę ozdabiając ją własnym portretem Babci Mani i jej przyjaciół.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Babcia Mania, wydanie prywatne 2017, 27 s.

Niedługa książeczka „Bazyli w podróży”, czyli wakacyjna przygoda krasnala Bazylego, to tak naprawdę przewodnika po Wrocławiu dla małych odkrywców. A właściwie przewodnik po wrocławskich krasnalach – nie miałam pojęcia, że jest ich tak wiele! Bazyli dostaje zaproszony w odwiedziny do kuzyna Bazylego, który wraz z resztą rodziny zamieszkuje wrocławskie uliczki, zaułki i fontanny. Krewniacy prześcigają się w pomysłach dokąd najpierw zabrać gościa i jaki rodzaj aktywności zainteresuje go najbardziej – zwiedzanie zabytków, Ogród Botaniczny, dzielnica artystów, a może drzemka na parkowej ławce? Na każdą atrakcję znajdzie się chwila!

Choć to sympatyczni, brodaci przyjaciele oprowadzają nas po mieście, nie sposób nie docenić cudnych ilustracji, równie istotnych przy wyobrażaniu sobie odwiedzanych miejsc. Szczegółowe, klimatyczne akwarele dodają miastu nutkę bajkowości – tak pasującą do niezwykłych bohaterów tej opowieści. Podobnie jak nieoczywiste, znacznie trudniejsze, niż w przypadku pierwszej krasnoludkowej bajki, rymy i stylizowany szyk zdania.

Barbara Delima, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Bazyli w podróży, wydanie prywatne 2017, 13 s.

Najnowsza i najobszerniejsza jak dotąd bajka Pani Basi – „Jaś Nie” to zdecydowanie moja faworytka. Może dlatego, że zachowanie głównego bohatera czasem kogoś mi przypomina?

Jaś to gagatek jakich mało – jego najulubieńszym na świecie słowem jest „nie”, szczególnie gdy chodzi o pomoc mamie, słuchanie dobrych rad, czy dzielenie się zabawkami. Uwielbia też robić na przekór, a każdy z nakazów i zakazów opiekuńczych rodziców to nieoparta pokusa, by robić na przekór. Jaś nie wie jeszcze, że słowa rodziców powodowane są troską o jego bezpieczeństwo, a zakazy i zabezpieczenia broniące dostępu do studni, czy maszyn w garażu mają za zadanie go chronić. Jednak już wkrótce to zrozumie, gdy tylko wymknie się niepostrzeżenie przez niedomkniętą furtkę. A w lesie bardzo łatwo się zgubić…

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Jaś Nie, wydanie prywatne 2018, 29 s.

Więcej o Bajkach Pani Basi możecie przeczytać na jej stronie internetowej, a niedługo również na budowanym dopiero profilu na Instagramie. Również tam można dokonać zakupu – cena jest symboliczna, a ze względu na mały nakład bajeczki mają szansę stać się niedługo białymi krukami.

Możecie również spróbować swoich sił w KONKURSIE.

Dzięki uprzejmości autorek mam dla was cały zestaw Bajek Pani Basi do wygrania. Wystarczy napisać o jakim bohaterze chcielibyście przeczytać bajkę i dlaczego. Konkurs trwa od dziś do 15.08, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu dwóch dni.

Wzięcie udziału w konkursie jest równoznaczne ze zgodą na udostępnienie (drogą mailową) danych niezbędnych do wysyłki nagrody oraz przekazanie ich sponsorowi konkursu.

Bajki Majki: PREMIEROWO: „Najwyższa na świecie wieża z książek” Rocio Bonilla

„(…) wszystko, co odkrywał, czego się uczył i co sobie wyobrażał dzięki książkom, napełniało go zachwytem.”

Ta książka jest tak strasznie urocza i tak bardzo o mnie, że normalnie nie mogę przestać się nią cieszyć!

Mały Jerzyk marzy o tym, by latać. Zanim jeszcze dorósł do pierwszych prób zdobywania licencji pilota, mama podsunęła mu pierwszą książkę. Po kolejną sięgnął już sam i… wszyscy wiemy jak to się potem toczy, ani się człowiek nie obejrzy, a już tkwi głęboko w szponach ksiązkowego nałogu!

To przepiękna historia o podróżowaniu po krainach wyobraźni, pośredniego poznawaniu świata i życiu tysiącem żyć zamkniętych bezpiecznie między okładkami. Historia, którą pamięta każdy z nas i która dla wielu jeszcze się nie zakończyła.

Historia genialnie opakowana wizualnie – nie tylko możemy zobaczyć głównego bohatera wewnątrz scen ze znanych nam powieści, ale ponadto jego „książkowe doświadczenie” wizualizuje rosnąca stopniowo wieża skonsumowanej literatury. Wieża tak wysoka, że szybko staje się atrakcją turystyczną regionu.

Tak, moja mama też nie miała ze mną łatwo. Kiedyś zapowiedziała, że na  co, jak na co, ale na książki dla córki zawsze znajdzie pieniądze. Zmieniła zdanie baaardzo szybko!

W sumie dlaczego nigdy o tym nie pomyślałam? Od lat buduję dzielnie stosy wstydu przyglądając się ile to mam do przeczytania w tak ograniczonym czasie, jaki daje średnia długość ludzkiego życia i tylko mnie to demotywuje. Powinnam raczej, podobnie jak Jerzyk, układać wieżę z przeczytanych pozycji – to by była dopiero imponująca budowla! I patrzyło by się na nią z dumą, a nie z wyrzutami sumienia! Pomysł zdecydowanie do przemyślenia! Tylko gdzie ją budować, żeby nie ingerować nielegalnie w państwową przestrzeń powietrzną?

Fantastyczna podróż w przeszłość dla tych, którzy czytelnicze początki mają już za sobą i genialny budulec na podstawę powstającej dopiero wieży.

Rocio Bonilla, Najwyższa na świecie wieża z książek, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Teatr. Zadaniariusz” Ricardo Henriques, André Letria

To jedna z pozycji zdecydowanie na wyrost i jeszcze dłuuugo poczeka na mojej półce, zanim trafi w ciekawskie rączki Majki, ale w końcu po to ma się dzieci, żeby móc cieszyć oko pozycjami takimi jak ta. A i dorosłym nieco frajdy się z życia należy. A co jak co, ale czar teatru przyciąga osobników chyba w każdym wieku.

A jednak pierwszy kontakt z tą pozycją nieco mnie rozczarował – spodziewałam się jednego z tych monumentalnych wydań będących ozdobą półki po wsze czasy, a „Teatr”, który wyjęłam z paczki przypominał raczej czasopismo. Pomyślałam nawet, że to może kwestia zadań, które będą miała wymagały wypełniania (co zasugerował mi trochę gruby papier dobrej jakości), nie był to jednak trafiony strzał, bo „Zadaniariusz” nie wymaga przyborów papierniczych.

Drugim minusem, który uderzył mnie już na pierwszy rzut oka jest nieco za mała czcionka.

Ta książka to alfabetyczny leksykon (słownik terminologiczny?) pojęć związanych z teatrem. Hasłom daleko jednak do sztywnych, słownikowych definicji – są zabawne, wciągające, przystępne i erudycyjne, dzięki czemu przypominają bardziej ciekawostki, niż przegląd specjalistycznej nomenklatury. A jak już się zacznie czytać, to oderwanie się od lektury graniczy z cudem. Wciągnęłam w jeden wieczór i nie ukrywam, że nadrobiłam dzięki temu naprawdę spore braki w wiedzy. Wiem więc już czym jest wodewil, do czego przymocowany jest sztankiet, do czego tańczy się kathakali, oraz co się robi w skene. Ten sposób zdobywania wiedzy, to sama przyjemność.

 

A samo czytanie to jeszcze nie wszystko! Niektórym z definicji towarzyszą propozycje zadań praktycznych – przeczytaj książkę, obejrzyj film, wysłuchaj piosenki, naucz się portugalskiego, odpraw magiczny rytuał w ogródku… to tylko kilka z pomysłów na poszerzenie wiedzy i rozwinięcie umiejętności. A jeśli po tym wszystkim wciąż brakuje czytelnikowi wrażeń, książka zawiera cztery strony wypełnione pomysłami na teatralne prace plastyczne. Maska, deszczownica, czaszka Yoricka, a może własny teatr? Zaczynam podejrzewać, że nie ma takiej rzeczy, której nie można stworzyć przy użyciu kleju, nożyczek i odrobiny wyobraźni.

I na sam koniec zostawiłam wisienkę na torcie, czyli to, co (poza tematyką), mnie do tej książki przyciągnęło. Ilustracje. I tutaj nie może być mowy o żadnym rozczarowaniu. Duże, rozedrgane, monochromatyczne rysunki przykuwają uwagę, uzupełniają treść i same w sobie bywają ironicznym komentatorem. Sprawiają, że ta książka jest jeszcze lepsza. Idealna symbioza została osiągnięta.

Osobiście wybrałabym dla tej pozycji mniejszy format, większą czcionkę i zamknęłabym ją w twardej oprawie. Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń – fantastyczne ilustracje, ciekawe zagadnienia (od zawsze mam słabość do wszelkiego rodzaju słowników, leksykonów i encyklopedii), ambitne wyzwania i inspirujące pomysły diy.

Jest naprawdę świetna, niech no moja Majka szybko rośnie!

Ricardo Henriques, André Letria, Teatr. Zadaniariusz, Toruń: Wydawnictwo TAKO, 2018, 72 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa TAKO.

Bajki Majki: Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. T 1. „Tajemnica diamentów” oraz T 25. „Tajemnica zamku”

Maja jest jeszcze zdecydowanie za mała na kryminały, dlatego ta seria dotychczas nie wzbudziła mojego zainteresowania, chociaż nie mogę powiedzieć, że o niej nie słyszałam. Nie dość, że jednym z autorów jest Martin Widmark, to jeszcze co drugi rodzic starszaka poleca ten cykl innym.

Dlatego też z okazji niedawnej premiery kolejnego, już 25 (!) tomu przygód pomysłowych przyjaciół postanowiłam pochylić się nad tym fenomenem.

I chociaż przyznaję, że typowy dla Heleny Willis sposób ilustrowania kompletnie nie wpasował się w moje gusta (i chyba jednak do klimatu bardziej pasują mi czarno-białe ilustracje pierwszego tomu, niż kolorowe ostatniego), to już kilka stron pierwszego tomu zrobiło ze mnie zagorzałą fankę Lassego i Mai. Bo ta dwójka maluchów swoje ferie (i każdą inną wolną chwilę) spędzają w swojej bazie urządzonej na biuro detektywistyczne zaczytując się w kryminałach. I ani trochę nie tęsknią do bawiących się na podwórku kolegów. Moja krew!

Wiecie, że w dzieciństwie moi koledzy mieli szlabany na wychodzenie z domu, a moi rodzice za złe zachowanie i kiepskie oceny konfiskowali mi książki? Działało.

Wracając jednak do tematu, pomysł kryminału dla dzieciaków uczących się dopiero płynnie czytać jest w dechę. Z formalnego punktu widzenia są to typowe książki „na rozruch” – maja duże, czytelne litery, wciąż naprawdę sporo obrazków, zajmujących niekiedy całe strony i potrafią zaciekawić. Ponadto są wydane jak najzupełniej „dorosłe” pozycje, choć mają mniej więcej po 100 stron. A każda z tych książek, to nowa zagadka, którą uczeń z podstawówki jest w stanie sobie poradzić przy odrobinie dobrych chęci.

Zleceniodawca jasno wykłada przed młodymi detektywami swój problem i przedstawia sylwetki podejrzanych – każdy z nich ma motyw popełnienia przestępstwa. Każdy ma jakieś dziwactwa i każdy coś ukrywa. A uważna obserwacja Lassego i Mai kroczek po kroczku prowadzi ich do rozwiązania sprawy – często zaskakująco pomysłowego.

Jest akcja, bywają momenty grozy (odpowiednio krótkie, by mały czytelnik nie zdążył się na poważnie zestrachać), a wszystko kończy się logicznym wyjaśnieniem, wylewnymi podziękowaniami i uściskami dłoni.

W tej serii jest również to, co tak bardzo lubię w kryminałach – niezależnie, czy zaczniemy od tomu pierwszego, szóstego, czy dwudziestego trzeciego (albo jakiegokolwiek innego, który akurat jest dostępny w bibliotece u babci na wakacjach), możemy zaczynać lekturę nie gubiąc żadnych istotnych informacji. Choć wszystkie części łączą postacie samych detektywów, ich miasteczko i jego mieszkańcy, każda książka jest osobną, zamkniętą historią. Można również dokonywać wyboru lektury kierując się tematyką. Wśród tytułów znajdziemy bowiem nie tylko tak oczywiste jak „Tajemnica hotelu”, „Tajemnica pociągu”, czy „Tajmenica złota”, ale również tajemnicę pływalni, biblioteki, zwierząt, szafranu, czy mody. To w ogóle bardzo tajemnicza seria.

Czytelnik ma zatem szansę nie tylko dowiedzieć się kim jest detektyw, jaki sprzęt przydaje mu się w pracy i na co powinien zwracać uwagę, ale może również ruszyć głową i nieco wysilić szare komórki próbując odkryć kto popełnił przestępstwo. No i oczywiście przeżyć przygodę i zakochać się w kryminałach.

Sama nieźle się wkręciłam, to była świetna odskocznia od czytanych przeze mnie ostatnio coraz brutalniejszych i bardziej krwawych przedstawicielach tego gatunku. Mam trochę wrażenie, że dorosłego czytelnika coraz bardziej stara się zaszokować, a pragnąc czystej rozrywki intelektualnej, zagadki rozumianej jako puzzle, trzeba sięgnąć po książkę dla dzieci. W sumie czemu nie?

Ale czy faktycznie miłość do powieści detektywistycznych jest zaraźliwa i roznosi się u pierwszo- i drugoklasistów za pośrednictwem Lassego i Mai, dam Wam znać po Świętach, bo zamierzam sprezentować kilka tomów chrześniakowi ;)

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica diamentów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 76 s.

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica zamku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 102 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Bajki Majki: „Mitologia. Przygody słowiańskich bogów” Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło

Tak, to jedna z tych książek, które z pełną premedytacją kupiłam dla siebie zasłaniając się faktem posiadania dziecka (niecałe 3 lata, oj tam oj tam!) i budowania biblioteczki na przyszłość. Ale prawda jest taka, że w swoim czasie z prawdziwą przyjemnością podsunę ją mojej córce. A na razie sama skorzystam.

Strasznie się cieszę, że nareszcie powstają pozycje takie jak ta – dotychczas nasza rodzima, słowiańska mitologia traktowana była po macoszemu przygnieciona popularnością monumentalnego dziedzictwa grecko-rzymskiego i coraz częściej pojawiających się motywów zaczerpniętych z kultury skandynawskiej. O ile dobrze pamiętam, w szkole poznaje się wyłącznie jeden słowiański mit, chyba o Światowidzie, bogu o czterech obliczach.

Sama dowiedziałam się nieco więcej na temat słowiańskich bogów całkiem niedawno z fantastycznych książek „Bestiariusz słowiański” i „Mitologia słowiańska”. I chociaż tą pierwszą widziałam ostatnio na dziale dziecięcym w markecie, to jednak nieszczególnie rekomenduję tą encyklopedię jako źródło wiedzy dla najmłodszych, a raczej dla ciekawskich kończących już pomału podstawówkę. Natomiast książka Melanii Kapelusz skierowana jest właśnie do tych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją szkolną przygodę. Według mnie można ją spokojnie sprezentować już ośmiolatkowi. I będzie to piękny i wartościowy prezent.

No właśnie – ta książka jest piękna i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Jak większość pozycji z egmontowej serii ART, została starannie wydana i jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Duży format, twarda oprawa i magiczne ilustracje zakomponowane na całych stronach to już uczta dla wyobraźni sama w sobie. A do tego tekst faktycznie traktujący wierzenia naszych przodków jako cudowne i zaskakujące przygody.

Pięć mitów przybliżających czytelnikowi w jaki sposób Słowianie tłumaczyli sobie istnienie świata i zjawiska pogodowe zakończonych zostało krótkim słowniczkiem z krótkimi opisami bogów, jakbyśmy podczas lektury zapomnieli kto jest kim. I jedynym, czego trochę zabrakło, jest spis treści.

Mi osobiście czytało się świetnie. Znalazłam tu nie tylko znane mi już mity subtelnie przystosowane do sugerowanego wieku odbiorców, ale również zupełnie nowe opowieści. Bez wahania polecam i małym i dużym, bo to przygoda dla czytelnika w każdym wieku.

Piękna i wartościowa. I nareszcie mamy się czym pochwalić, bo przygody naszych bogów, szczególnie tak atrakcyjnie przedstawione, nie odstają w niczym heroicznym opowieściom o bogach greckich, czy nordyckich.

Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło, Mitologia. Przygody słowiańskich bogów, Warszawa: Wydawnictwo EGMONT ART, 2018, 82 s.

Bajki Majki: „A co to?” Hector Dexet

„Dziurawe” książki to u mojego półtoraroczniaka podobny pewniak, co książeczki z okienkami. Wspominając sympatię, jaką jeszcze do niedawna cieszyła się u nas książeczka „Kto zjadł biedronkę?”, skusiłam się na kolejną pozycję tego samego autora.

Tym razem dziur jest znacznie więcej ;) Malutkich i całkiem sporych, okrągłych, kwadratowych, palczastych, kocich i o zupełnie niezidentyfikowanych, skomplikowanych kształtach.

To książka, która rozwija wyobraźnię przestrzenną i ciekawość świata, trenuje spostrzegawczość, zachęca do zadawania nawet najbardziej szalonych pytań i wciskania paluszków we wszelkie możliwe dziurki ;)

Podczas lektury mały molik książkowy dowie się między innymi jakie stworzonka wykluwają się z jajek, kto wygryza dziury w serze, gdzie chowa się biały królik i gdzie mieszkają nienarodzone jeszcze dzidziusie. Spora dawka humoru i niebanalność poruszanych tematów mają w sobie coś, co potrafi zaciekawić nawet dorosłego, przyznaję, że za pierwszym razem sama nie mogłam się oderwać. I tego właśnie oczekuję szukając książeczki interaktywnej – żeby czytanie jej było świetną, angażującą zabawą!

Kolejny jestem pozytywnie zaskoczona paletą żywych, intensywnych i kontrastowych kolorów, prostotą rysunków i sympatią, jaką potrafią wzbudzić zupełnie prozaiczni bohaterowie.  Książka jest dość gruba, a mimo to stosunkowo lekka, nadaje się do samodzielnego przenoszenia i oglądania (dzięki zaokrąglonym brzegom pozwalam na to bez stresu), ale również całkiem wygodnie czyta się ją wspólnie z bobasem na kolanach. Jedyny minus to dość cienkie (choć kartonowe) strony. W przypadku skomplikowanych okienek ta grubość niestety się u nas nie sprawdziła i moja niezwykle zaciekawiona wyciętymi paluszkami Destrukcja bardzo dokładnie je powyginała. Zalecam zatem nadzór osoby dorosłej dla bezpieczeństwa książki ;)

Bardzo fajna propozycja dla ciekawych świata maluchów.

Hector Dexet, A co to?, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2017, 36 s.

Bajki Majki: „Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie Czarów. Moje pierwsze kolory” Alison Oliver, Jennifer Adams

Przygody Alicji to druga książeczka z serii a BabyLit® book wydana w Polsce (o „Małym Szekspirze” pisałam TUTAJ) . Tym razem genialny duet Adams&Oliver wzięły się za historię, za którą nigdy tak naprawdę nie przepadałam i do której po dziś dzień podchodzę raczej sceptycznie. Przyznam szczerze, że mimo sympatii do Kota z Cheshire i Gąsienicy palącej fajkę na grzybku-halucynku, nigdy nie czułam się swojsko w zwariowanej, onirycznej i psychodelicznej Krainie Czarów, gdzie towarzyszył mi nieustanny niepokój.

Za to w tej wersji zakochałam się bez pamięci. Ilustracje Alison Oliver są po prostu przecudowne – śliczne, sympatyczne i pełne humoru. Nieco mnie zaskoczyło, że mimo tak ograniczonego wyboru motywów oraz ich łagodnej, pełnej kolorów i dekoracyjnych szczegółów formie, udało się zachować sporą dawkę tajemniczości i niedopowiedzenia, tak charakterystycznych dla książek Carolla. W uzyskaniu tego efektu z pewnością pomagają zapętlone desenie ułożone z jednego powtarzalnego elementu, stanowiące tło dla kolorowych podpisów o kolorach.

Podobnie jak w książeczce „Romeo i Julia”, każda podwójna strona zajmowana jest przez krótki tekst w dwóch językach po lewej i nawiązującą do niego ilustrację po prawej stronie. Ta pozycja, poza zapoznaniem maluszka z bohaterami najpopularniejszej chyba historii o pośpiechu, wprowadza młodego czytelnika w świat kształtów i kolorów. Znajdziemy w niej między innymi białego królika, czarne buty (bo tylko tyle jest nam dane zobaczyć Alicji, która wpadła do króliczej nory), niebieską gąsienicę, brązowy kapelusz kapelusznika, czy czerwone serca złowrogiej królowej. Buteleczki równej wielkości pomogą w nauce porównywania i stopniowania, zgeometryzowany kot o niezwykle szerokim uśmiechu będzie idealnym towarzyszem w rozróżnianiu kształtów. Nie obejdzie się również bez partyjki krykieta z jeżem i flamingami, zielonych żab i parującej herbaty.

W dodatku książeczka jest naprawdę wytrzymała, jej kartonowe strony dzielnie opierają się wszelkim niszczycielskim zabiegom mojej Małej Destrukcji.

Szkoda, że tylko dwie pozycje z serii BabyLit® doczekały się polskiego wydania, gorąco kibicuję dalszym realizacjom, a sama chyba rozejrzę się za resztą serii w oryginale, szczególnie, że tekstu do tłumaczenia nie ma zbyt wiele, a opowieści i tak czytający snuje zupełnie po swojemu. Jestem pewna, że każdą kolejną adaptację klasyki literatury według Pani Oliver i Pani Adams kupię w ciemno.

To po prostu rewelacja, obie z Maj uwielbiamy i polecamy z całego serca!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie Czarów. Moje pierwsze kolory, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.