Czas na czytanie: „Wszyscy ludzie przez cały czas” Marta Guzowska

Bardzo specyficznie czytało się ta książkę na leżaku mocząc stopy w basenie wakacyjnego kurortu, smażąc się w słońcu. Przede wszystkim dlatego, że akcja powieści dzieje się w okolicach Wielkanocy, kiedy to pogoda na Krecie – zdominowana przez wilgotny chłód i bardzo silny lodowaty wiatr – zupełnie nie przypomina tego znanego nam ze zdjęć wypełniających katalogi biur podróży. Ale również dlatego, że to kryminał w klimatach rytualnych mordów i składania ofiar z ludzi, co niekoniecznie komponuje się z radosnym piskiem chlapiących się w wodzie dzieciaków. Niemniej jednak ani trochę nie żałuję wyboru urlopowej lektury, zimny dreszcz na plecach przynosił nieco ochłody, szczególnie między lodami na śniadanie, a lodami na obiad.

Mario Ybl jest doktorem Housem antropologii – to genialny w swojej dziedzinie, zadufany w sobie, rozpamiętujący przeszłość socjopatyczny gbur z paranoją i tendencją do obrażania wszystkich wokół. Chociaż ma niesamowite oko do szczegółów, niezbędnych w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, z typowaniem zabójców idzie mu nieco gorzej. Tak samo, jak i mi, bo aż do samego końca typowałam innego sprawcę.

Zanim jeszcze nasz bohater postawił nogę na Krecie, już zdążył dokonać sensacyjnego odkrycia – na stanowisku archeologicznym, na które został zaproszony przez swojego przyjaciela, składano ofiary nie ze zwierząt, a z ludzi. Szybko okazuje się jednak, że kreteńska ludność wcale nie zaprzestała tej praktyki przebłagiwania bogów i zupełnie współczesnych zwłok zamordowanych w bardzo starożytny sposób pojawia się nagle całkiem sporo. I to całkiem blisko archeologów.

Nocne ucieczki przed mordercą, upadki z urwiska, trzęsienia ziemi, włamania do magazynu, wariaci uzbrojeni w noże i starożytne kości, pogrzeby, rodzinne vendetty, wyklęcia z klanu, wielopoziomowe intrygi, wątpliwe moralnie relacje damsko-męskie, serie z kałasznikowa, przebite serca i poderżnięte gardła, złodzieje kóz i hektolitry raki to tylko nieliczne z atrakcji urozmaicających życie w niewielkim, sennymi miasteczku. A finał, choć wyjątkowo spektakularny, nie wzbudzi większych emocji w nikim, poza czytelnikiem.

Chociaż ta ponura, niegościnna, zimna Kreta wydaje się być zupełnie innym światem, autorka oddaje obraz wyspy, w który bardzo łatwo uwierzyć nawet odwiedzając ją w sierpniu, bo wiele szczegółów turysta jest w stanie wyłapać wokół siebie i w szczycie sezonu. Od wisiorków z labrysem zajmujących honorowe miejsce w witrynie każdego sklepu jubilerskiego, przez trujące rododendrony obrastające szczelnie granice ulic, wąskie górskie drogi pełne samobójczych zakrętów, osamotnione kościoły na górskich szczytach, ogrodzenia zbudowane z kamieni podebranych ze stanowisk archeologicznych, niewielkie puby i niedofinansowane, obskurne muzea. I jakoś ten obraz Guzowskiej, choć ponury, kusi równie mocno. Chociaż może niekoniecznie na urlop z trzylatką, kiedy to niektóre przygody zdecydowanie rozważniej zostawić na kartach powieści.

Marta Guzowska, Wszyscy ludzie przez cały czas, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2015, 398 s.

Czas na czytanie: „Zabójcza biel” Robert Galbraigh

Jeśli chodzi o kryminały, zdecydowanie jestem laikiem, zauważyłam jednak, że ostatnimi czasy coraz częściej po nie sięgam. Serię o Cormoranie Strike’u czytam w miarę na bieżąco i bardzo cenię fakt, że po niemalże dwóch latach od poprzedniej części nie muszę przypominać sobie dokładnie fabuły wcześniejszych książek. Mimo, że miniowe wydarzenia są wspominane i mają bezpośredni wpływ na sytuację bohaterów w czwartym tomie, jest to na tyle subtelne, by nie zmuszać czytelnika do usilnego przypominania sobie wyrywkowych faktów, o których czytał lata wcześniej.

Są śluby, rozwody, wielkie powroty byłych ukochanych i praca pod przykrywką. Są ciekawostki z życia koni, polityka, olimpiada i snobistyczne elity. Jest toksyczny związek, brak pewności siebie, trauma i ukrywanie problemów. Są zuchwałe, niezwykle pomysłowe morderstwa, porwania, nocne rozkopywanie grobów w głębi lasu i zbrodnie sprzed lat. A mimo to ta część wydaje mi się jakoś mniej makabryczna od ostatniej i to dla mnie spory plus, bo chyba jednak jestem większą fanką intelektualnej rozgrywki, w której to wszystkie zbierane po drodze poszlaki składają się w jedną całość, niż dokładnego opisu rozkładu zmasakrowanych zwłok. Chociaż zapewne jedno nie wyklucza drugiego.

Podsumowując, ciągle coś się dzieje, a urozmaicona tematyka nie pozwala się nudzić ani przez chwilę. Ponadto to jeden z tych kryminałów, które wciągają od pierwszych stron i nie potrzeba kilku rozdziałów na „wczucie się” – może dlatego, że to już kolejna część cyklu, a może wszystko zależy od stylu pisania. Wyraziści bohaterowie, odrobina poczucia humoru i świat, którego zupełnie nie znam – dla mnie tyle wystarczy, by dobrze się bawić. Zwłaszcza, że ponad 600 stron czyta się błyskawicznie.

Jakiś minus? W tej części było dla mnie trochę za dużo Robin, a za mało Cormorana – może dlatego bohaterka w pewnym momencie zaczęła nieco grać mi na nerwach. Na szczęście nie tak bardzo, żebym zdołała ją znielubić. Nieszczególnie podoba mi się też okładka, jakoś poprzednie trzy bardziej do mnie przemawiały.

Robert Galbraith, Zabójcza biel, Poznań: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2018, 647 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Wiara, miłość, śmierć” Peter Gellert, Jörg Reiter

Nie wiem, czy to jesienno-zimowa, ponura aura wzbudza we mnie apetyt na krwawe morderstwa, ale ostatnio wyjątkowo często sięgam po kryminały.

Tym razem głównym bohaterem jest policyjny duchowny, który kierując się powołaniem wyraźnie się z nim minął. Bo zdecydowanie lepiej czuje się w roli odkrywającego prawdę, niż pocieszyciela zbłąkanych owieczek. To ewidentnie człowiek akcji i akcja to chyba wyczuwa, bo jakimś cudem stale jest w jej centrum.

A kiedy ocalony przez niego samobójca zostaje znaleziony martwy zaledwie kilka godzin później, Martin Bauer nie potrafi zostawić tej sprawy w spokoju wściubiając nos w każdy szczegół i przez przypadek odkrywa spiralę zbrodni ciągnącą się od prawie 25 lat. A potem staje przed tragicznym wyborem ratowania własnej córki albo chłopca, którego obiecał sobie uchronić przed złem.

Podążając za podsuwanymi przez autorów wskazówkami, nie jest czytelnikowi trudno odgadnąć co tak naprawdę się wydarzyło tak samo szybko, albo nawet szybciej, niż główny bohater. Trzeba więc powiedzieć, że „Wiara, miłość, śmierć” jest w pewnym stopniu przewidywalna, ale jako kompletny laik w temacie kryminałów, osobiście lubię ten rodzaj przewidywalności. I to satysfakcjonujące uczucie „Ha! Wiedziałam, że to on!” tuż po oficjalnym rozwiązaniu zagadki.

Co wyróżnia tą książkę na tle innych kryminałów, które czytałam? Zdecydowanie sposób pracy głównych bohaterów. Tak, jak samozwańcze śledztwo osoby nie mającej uprawnień policjanta, za to przekonanej o swojej racji jest czymś popularnym, tak postać Vereny i jej związek z Bauerem już niekoniecznie. Tak naprawdę to śledcza prowadzi dochodzenie, a duchowny tylko patrzy jej przez ramię. Mimo to to jemu tutaj zależy i to on drąży dalej, nawet, kiedy sprawa jest uważana za zakończoną. Nie są partnerami, nie współpracują, a jednak wzajemnie sobie pomagają rzadko aprobując wybory drugiego, nieco się wykorzystują i chronią sobie tyłki. Ta niezależna zależność ma w sobie coś intrygującego i choćby dla niej chętnie sięgnę po kolejne tomy.

A poza tym mamy tu całe spektrum efektów specjalnych – skakanie z mostu (i ogólnie wyjątkowo dużo upadków), uzbrojonych nastolatków z burzą hormonów, pościgi samochodowe, rumuńskie prostytutki uciekające z miejsca pracy, poprzewracane tiry, małżeńskie zdrady, skorumpowanych urzędników państwowych, młodzieńcze porywy serca (zarówno w kierunku płci przeciwnej, jak i koncepcji naprawiania świata), obławy antyterrorystów, ciężar rodzicielstwa, mafijne porachunki, pacyfikowane zamieszki, zaginione dzieci i sesje buddyjskiej medytacji. A wszystko to w atmosferze nadciągającego huraganu.

Nie można nie wspomnieć również o kwestii wiary, która towarzyszy Bauerowi na każdym kroku – to duchowny „wyluzowany” – wątpiący, stale zmagający się z dogmatami Pisma, zawierający umowy z Bogiem i zawierzający intuicji, jako boskiemu natchnieniu. Fajny z niego ksiądz, pewnie dlatego, że protestancki – normalny facet zmagający się z problemami normalnych ludzi. A przy tym trochę James Bond w sutannie. To się chyba wtedy nazywa „Ojciec Mateusz”. Tylko bez sutanny, bo pastorzy w końcu nie noszą.

Chociaż nie można powiedzieć, że książka stale trzyma w napięciu, to jednak ciągle się coś dzieje, przez praktycznie nie zauważyłam, kiedy minęło 400 stron. Naprawdę dobrze się czyta.

Obszerny fragment powieści możecie przeczytać TUTAJ.

Peter Gellert, Jörg Reiter, Wiara, miłość, śmierć, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 416 s.

Czas na czytanie: „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdalena Knedler

Takie właśnie powinny być świąteczne książki! Trzymające w napięciu, zmuszające do wysilenia szarych komórek, pachnące piernikiem i brzmiące bożonarodzeniowymi szlagierami. A w wannie, zamiast karpia pływa topielec.

Mam taki problem z kryminałami, że zanim na dobre zorientuję się kto jest kim i o co tak właściwie chodzi, mija przynajmniej 100 stron. Nie wiem, na czym polega magiczna sztuczka autorki, ale nawet książkę tego gatunku napisała tak, że nie wchodzi gładko od pierwszego zdania. I ani się człowiek obejży, a jest czwarta rano.

Witajcie w pensjonacie Mścigniew (urocza i wyjątkowo adekwatna nazwa, nieprawdaż?) – miejscu, dokąd na Boże Narodzenie ściągają ludzie pragnący ucieczki od przedświątecznego szaleństwa. Bo i oferta brzmi niezwykle kusząco, w końcu to urokliwa samotnia wśród lasów i jezior, nie trzeba sprzątać ani gotować, a właściciel hoteliku do wprowadzania sielskiego nastroju podchodzi z werwą i oddaniem. I wszystko zapowiada się iście beztrosko. Aż do momentu, kiedy zwłoki jednego z gości zostają znalezione w wannie.

Każdy z mieszkańców pensjonatu to interesujący egzemplarz – małżeństwo hipsterów, korposzczurzyca, niespełniona piosenkarka, wiecznie zaczytany polonista, królowa sceny sprzed lat, ojciec z synem przeżywający rodzinną tragedię i nawrócony alkoholik. A odizolowana, cierpiąca na tajemniczą chorobę żona właściciela to wyjątkowo urodziwa wisienka na torcie. Każdy z nich ma swoje sekrety, których zazdrośnie strzeże, każdy gdzieniegdzie mija się z prawdą i mimo makabrycznych okoliczności nikt za bardzo nie pali się do wyjazdu. I co gorsza – nikt zdaje się nie mieć motywu. Nieszczęśliwy wypadek, czy skrzętnie zaplanowana zbrodnia?

Przed oryginalnym duetem policjanta w krawacie w bałwanki i prywatnego detektywa-przystojniaka nie lada wyzwanie wymagające wyjątkowych środków – udając zakochaną parę postanawiają wynająć pokój zwolniony przez tragicznie zmarłego. Wraz z jego wanną.

Kipiąca humorem, zręcznie napisana historia morderstwa pełna świątecznego klimatu. W końcu nic tak nie potrafi rozruszać przed światami, jak morderstwo. Albo dwa!

A jeśli jeszcze mało Wam atrakcji, to okładka jest fantastyczna – ten norweski swetrowy wzorek w czaszeczki, to jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam! Nosiłabym bardzo!

Magdalena Knedler, Nie całkiem białe Boże Narodzenie, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 436 s.

Za idealny przedświateczny prezent dziękuję Anecie! Koniecznie zajżyjcie na jej bloga i przeczytajcie jej książkę ;)

Bajki Majki: Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. T 1. „Tajemnica diamentów” oraz T 25. „Tajemnica zamku”

Maja jest jeszcze zdecydowanie za mała na kryminały, dlatego ta seria dotychczas nie wzbudziła mojego zainteresowania, chociaż nie mogę powiedzieć, że o niej nie słyszałam. Nie dość, że jednym z autorów jest Martin Widmark, to jeszcze co drugi rodzic starszaka poleca ten cykl innym.

Dlatego też z okazji niedawnej premiery kolejnego, już 25 (!) tomu przygód pomysłowych przyjaciół postanowiłam pochylić się nad tym fenomenem.

I chociaż przyznaję, że typowy dla Heleny Willis sposób ilustrowania kompletnie nie wpasował się w moje gusta (i chyba jednak do klimatu bardziej pasują mi czarno-białe ilustracje pierwszego tomu, niż kolorowe ostatniego), to już kilka stron pierwszego tomu zrobiło ze mnie zagorzałą fankę Lassego i Mai. Bo ta dwójka maluchów swoje ferie (i każdą inną wolną chwilę) spędzają w swojej bazie urządzonej na biuro detektywistyczne zaczytując się w kryminałach. I ani trochę nie tęsknią do bawiących się na podwórku kolegów. Moja krew!

Wiecie, że w dzieciństwie moi koledzy mieli szlabany na wychodzenie z domu, a moi rodzice za złe zachowanie i kiepskie oceny konfiskowali mi książki? Działało.

Wracając jednak do tematu, pomysł kryminału dla dzieciaków uczących się dopiero płynnie czytać jest w dechę. Z formalnego punktu widzenia są to typowe książki „na rozruch” – maja duże, czytelne litery, wciąż naprawdę sporo obrazków, zajmujących niekiedy całe strony i potrafią zaciekawić. Ponadto są wydane jak najzupełniej „dorosłe” pozycje, choć mają mniej więcej po 100 stron. A każda z tych książek, to nowa zagadka, którą uczeń z podstawówki jest w stanie sobie poradzić przy odrobinie dobrych chęci.

Zleceniodawca jasno wykłada przed młodymi detektywami swój problem i przedstawia sylwetki podejrzanych – każdy z nich ma motyw popełnienia przestępstwa. Każdy ma jakieś dziwactwa i każdy coś ukrywa. A uważna obserwacja Lassego i Mai kroczek po kroczku prowadzi ich do rozwiązania sprawy – często zaskakująco pomysłowego.

Jest akcja, bywają momenty grozy (odpowiednio krótkie, by mały czytelnik nie zdążył się na poważnie zestrachać), a wszystko kończy się logicznym wyjaśnieniem, wylewnymi podziękowaniami i uściskami dłoni.

W tej serii jest również to, co tak bardzo lubię w kryminałach – niezależnie, czy zaczniemy od tomu pierwszego, szóstego, czy dwudziestego trzeciego (albo jakiegokolwiek innego, który akurat jest dostępny w bibliotece u babci na wakacjach), możemy zaczynać lekturę nie gubiąc żadnych istotnych informacji. Choć wszystkie części łączą postacie samych detektywów, ich miasteczko i jego mieszkańcy, każda książka jest osobną, zamkniętą historią. Można również dokonywać wyboru lektury kierując się tematyką. Wśród tytułów znajdziemy bowiem nie tylko tak oczywiste jak „Tajemnica hotelu”, „Tajemnica pociągu”, czy „Tajmenica złota”, ale również tajemnicę pływalni, biblioteki, zwierząt, szafranu, czy mody. To w ogóle bardzo tajemnicza seria.

Czytelnik ma zatem szansę nie tylko dowiedzieć się kim jest detektyw, jaki sprzęt przydaje mu się w pracy i na co powinien zwracać uwagę, ale może również ruszyć głową i nieco wysilić szare komórki próbując odkryć kto popełnił przestępstwo. No i oczywiście przeżyć przygodę i zakochać się w kryminałach.

Sama nieźle się wkręciłam, to była świetna odskocznia od czytanych przeze mnie ostatnio coraz brutalniejszych i bardziej krwawych przedstawicielach tego gatunku. Mam trochę wrażenie, że dorosłego czytelnika coraz bardziej stara się zaszokować, a pragnąc czystej rozrywki intelektualnej, zagadki rozumianej jako puzzle, trzeba sięgnąć po książkę dla dzieci. W sumie czemu nie?

Ale czy faktycznie miłość do powieści detektywistycznych jest zaraźliwa i roznosi się u pierwszo- i drugoklasistów za pośrednictwem Lassego i Mai, dam Wam znać po Świętach, bo zamierzam sprezentować kilka tomów chrześniakowi ;)

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica diamentów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 76 s.

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica zamku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 102 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Czas na czytanie: „Kręgi” Zbigniew Zborowski

Ta książka zaczyna się od cytatu z Pocahontas. Serio. To taka luźna informacja, jakby ktoś jeszcze zastanawiał się, czy po nią sięgnąć.

Uwielbiam w kryminałach to, że wcale nie muszę znać wszystkich losów detektywa od deski do deski. Wystarczy sięgnąć po dowolny – ot, akurat dostępny – tom z cyklu, żeby wciągnąć się w stu procentach.

I „Kręgi” właśnie takie są. Chociaż to druga część przygód Bartka Koneckiego, zaczynanie lektury w tym momencie, tak naprawdę w niczym nie przeszkadza. To prawda, pojawiają się aluzje dotyczące wcześniejszego życia detektywa, robiące czytelnikowi smaczek na pierwszą część – rodzinna tragedia, szokujące śledztwo, czy wydalenie z policji – ale brak tych informacji zupełnie nie przeszkadza w przezywaniu z bohaterem nowej przygody. I to jest dla mnie super.

Po pierwszych rozdziałach miałam ambiwalentne odczucia – były mundurowiec z problemami zdrowotnymi i depresją, zapatrzony w narzeczoną, która wydaje się nie być do końca uradowana tym związkiem, otwiera biedne biuro detektywistyczne i otrzymuje podejrzane zlecenie z gwiazdką kina w roli głównej – ten schemat wydał mi się niepokojąco wręcz znajomy. Na szczęście im dalej w las, tym podobieństwa z innymi literackimi detektywami się kończą, a akcja robi się coraz ciekawsza.

Będą klimatyczne, opuszczone rzeźnie, potworne pomysły na wykorzystywanie nieletnich, porwania, zwłoki z poobcinanymi dłońmi, niewyjaśnione śledztwa z przed lat, specyficzne oferty wycieczek dla turystów zza granicy, skorumpowani gliniarze, wypaczone pojęcie zbawienia, demony przeszłości, kaskaderskie sztuczki, sporo mordobicia, policyjne przekręty i zdecydowanie więcej niż jeden sprawca.

Tym, co spodobało mi się szczególnie akurat w tej książce, jest fakt, iż dreszczyk związany z bliskością poznania sprawcy pojawia się już w okolicach osiemdziesiątej strony, a nie, jak to zwykle bywa, dopiero pod koniec powieści. Samo napięcie, zamiast powoli, ale sukcesywnie narastać, przypomina raczej sinusoidę spokoju i dramatów, a podejrzenia odnośnie sprawcy całego zamieszania sukcesywnie rozwiewają kolejne fałszywe poszlaki i ślepe zaułki.

Nie ma przydługich wstępów, bardzo łatwo wczuć się w klimat, główny bohater da się lubić (a już na pewno da się rozumieć jego pobudki, co w przypadku policjanto-detektywów nie jest wcale takie oczywiste), wątki romantyczne nie przeważają nad krwawą masakrą, a sprawcy są konkretnie psychiczni, ale wciąż bardzo prawdopodobni – suma summarum czyta się bardzo dobrze. Subtelne nawiązania do całkiem ciekawej przeszłości Bartka skutecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po pierwszy tom, a ukryta groźba zawarta w ostatnich stronach sprawiła, że nie mogę doczekać się kontynuacji.

Tylko końcowe „odpuszczenie win” i powrót w chwale nie do końca mi pasują.

Na jesień lektura jak znalazł.

Zbigniew Zborowski, Kręgi, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Sąd ostateczny” Anna Klejzerowicz

„Morze ognia falowało w ciemnościach nocy.”

Czasami pierwsze zdanie wystarczy, by wyrobić sobie opinię o książce. Niestety w tym przypadku dokładnie oddaje charakter całego utworu.

 

 

Sam pomysł na powieść bardzo mi się spodobał i od razu wzbudził skojarzenia z serialem „Castle”, gdzie morderca, pozując swoje ofiary, inspirował się scenami z kryminałów poczytnego pisarza. A kiedy nieuchwytny zbrodniarz układa ciała brutalnie zamordowanych wzorując się postaciami potępionych z Sądu Ostatecznego Memlinga, może być tylko ciekawiej – dlatego mimo nie do końca pozytywnego pierwszego wrażenia podeszłam do tej książki z wielką dawką entuzjazmu.

Jednak toporny styl autorki, męczący główny bohater i mnogość błędów logicznych odebrały historii sporo czaru.

Emil Żądło podążając (chyba) za marzeniami rezygnuje z posady w policji na rzecz kariery dziennikarskiej. Tym samym traci żonę, syna i źródło utrzymania, bo choć (podobno) reporterem jest dobrym i cieszy się „wyrobioną marką”, to od dłuższego czasu nie ma pracy. Co z kolei wpędza go w depresję, nędzę i pierwsze symptomy choroby alkoholowej.

Z marazmu wyciąga go dopiero tajemnicze morderstwo znajomej, tuż po ich spotkaniu po latach.

I mogłoby się wydawać, że jest to dobry materiał na kultowego bohatera (na podobnej zasadzie Rowling wykreowała Cormorana Strike’a), gdyby nie to, że Emilowi brakuje pewnej… lotności umysłu i smykałki do kojarzenia faktów, cechującej poczytnego detektywa. Pojawiają się co prawda trafne przeczucia, ale jego zdolność do ignorowania ostrzeżeń i porywania się do akcji bez chwili pomyślunku są porażające.

Co tu dużo mówić, to egoista i użalający się nad sobą mizantrop, który stale gubi się w zeznaniach – w jednej chwili narzeka, że zła żona ogranicza mu kontakty z ukochanym synkiem, a kilka stron później oświadcza, że jak dla niego koniec świata może nadejść i dziś, bo na niczym mu nie zależy. Cóż moim zdaniem Armagedon to raczej kiepski prezent dla malucha, ale co ja tam wiem.

Nie ogarnia własnego życia, jest nie przedsiębiorczy i nie myśli o przyszłości. Jest głodny, więc za ostatnie pieniądze kupuje ciastko i kawę w kawiarni. Najtańsza kawa to koszt około 7 zł, a za tyle można ugotować całkiem sycący obiad (ale co ja tam wiem). Ciastka i kanapek na bułkach z Biedronki nie będę nawet porównywać. Alimentów nie płaci, bo nie ma za co, ale na piwo i papierosy jakoś się fundusze znajdują. Mimo szczerych wysiłków nie potrafię obdarzyć sympatią takiego bohatera.

Podobną fuszerkę odstawia „prowadząc śledztwo”. Ważne dla fabuły objawienie nachodzi go na widok „witraża” z reprodukcją Sądu Ostatecznego, który od 2006 do 2011 roku wypełniał jedno z okien Dworca Głównego w Gdańsku. Wobec tego nasz detektyw „dokładnie mu się przygląda”, a nawet robi zdjęcia i dostrzega szczegóły. Nie bardzo rozumiem dlaczego marnuje tyle energii i ekscytacji na analizę repliki wydrukowanej na przezroczystej folii i umieszczonej dobrych kilkadziesiąt metrów nad ziemią zamiast przejść się kawałek (ewentualnie przejechać dwa przystanki tramwajem) i poświęcić swoją uwagę oryginałowi, do którego można podejść na odległość kilku centymetrów. Okazuje się, Emil- Gdańszczanin nie ma pojęcia gdzie ów oryginał się znajduje (nie, żeby na reprodukcji wisiała tabliczka z wymownym napisem „Muzeum Narodowe w Gdańsku”. Najwidoczniej podczas swoich gruntownych oględzin obrazu jej obecność jakoś mu umknęła, podobnie jak autorce…), więc zanim wreszcie trafia do muzeum zaspokaja swoją ciekawość fragmentami z kupionej na szybko broszurki (siedząc w kawiarni kilka metrów od Biblioteki Gdańskiej oferującej większość literatury na temat tryptyku) i bardzo kiepskiej jakości kopią z Bazyliki Mariackiej. Nie mogę się też nadziwić, że szukając informacji żaden z bohaterów nie sięga po Wikipedię, co na pewno bardzo usprawniłoby śledztwo. Swoją drogą zjawisko internetu pojawia się dopiero na 105 stronie, a wcześniej jako źródła informacji używa się książek telefonicznych (sic!). Uprzedzając argumenty o kiepskiej sytuacji finansowej głównego bohatera informuję szanownego pana Emila, że zarówno dworzec pkp, jak i Literacka oferują darmowe wi-fi, a biblioteka również dostęp do komputera. [edit: Faktycznie, pod koniec 2006 roku dostęp do internetu nie był tak powszechny jak dziś, choć można było z niego skorzystać na przykład w bibliotece. Ale, jako że książka została wydana w 2014 roku, przyjęłam za czas akcji mniej więcej lata 2010-2011. Być może w tym tkwi mój błąd.] Ale nasz ekspolicjant i samozwańczy śledczy zgrabnie omija wszystkie łatwo dostępne źródła informacji o obrazie… Z biblioteką przeprasza się dwa dni później (zaraz po przypomnieniu sobie o dobrodziejstwie internetu), tuż po zakupieniu pięknego (i drogiego) albumu na temat obrazu w księgarni. Pisałam już o przedsiębiorczości i priorytetach bohatera?

Autorka podaje w tekście tytuł bardzo dobrego opracowania na temat obrazu i sama przytaczana przez nią historia tryptyku, choć bardzo skrótowa i opowiedziana raczej w sposób „przewodnikowy”, niż porywający, nie budzi zastrzeżeń. Główny bohater podchodzi do dzieła sztuki w sposobu bardzo emocjonalny i może właśnie przez skupienie się na sferze wrażeń zdarzają się błędy w szczegółach – między innymi pisarka myli ołtarzyk z relikwiarzem (sic!), a Rogiera van der Weyden przechrzciła na angielsko brzmiącego Rogera.

Ale najbardziej zabolał mnie absurd wyjątkowo dramatycznej, kulminacyjnej sceny spotkania z mordercą. Poszukiwany zbrodniarz spotyka się z główną bohaterką w jej pracowni konserwatorskiej po godzinach zamknięcia muzeum, gdzie wchodzi podając się za przedstawiciela firmy produkującej odczynniki, czy inną chemię. Po czym ganiają się po całym muzeum, od części administracyjnej, do ekspozycyjnej, od sali do sali, od rzeźby do obrazu.

Szkoda tylko, że autorka zupełnie pomija wszystkie procedury bezpieczeństwa panujące w tego rodzaju instytucjach. Interesant przychodzący do muzeum poza godzinami jego otwarcia wchodzi wejściem administracyjnym, gdzie ochrona, po konsultacji z pracownikiem, z którym był wcześnie umówiony, wystawia mu przepustkę na podstawie dowodu osobistego. Następnie interesant jest z tego miejsca odbierany przez owego pracownika – nie ma takiej opcji, że osoba nie zatrudniona w instytucji swobodnie porusza się po jej korytarzach po zamknięciu. Drugim dużym zgrzytem jest domniemana pogoń, w której autorka zupełnie ignoruje istnienie wielkiej metalowej kraty oddzielającej część ekspozycyjną i administracyjną muzeum oraz fakt zamykania i pieczętowania każdego pomieszczenia ekspozycyjnego każdego wieczora. W powieści Anny Klejzerowicz drzwi, kraty i rolety nie istnieją… Za to w sklepie z pamiątkami można kupić relikwie Archanioła Michała.

Jasne – mam do czynienia z fikcją literacką. Ale jednak kiedy owa fikcja dzieje się w realnej przestrzeni wymagam od autora zachowania jak największego autentyzmu. Bez tego nie ma szans na „wczucie się” w powieść i, co za tym idzie, nie ma dobrej powieści. A w tym przypadku najwyraźniej po prostu odpuszczono wywiad środowiskowy, choć sam bohater historii o niego zadbał. I owszem, w tym przypadku może dopadła mnie słynna „klątwa wiedzy”, ale to naprawdę nie są trudno dostępne informacje. Wystarczy trochę zainteresowania i jedna wizyta w muzeum.

Jeśli zaś chodzi o styl autorki, szczególnie męczyły mnie momenty krótkich, bełkotliwych zdań i wyjątkowo patetyczne, górnolotne wtrącenia. Nie bardzo rozumiem sens tych zabiegów.

„Światło gubiło się gdzieś pośród potężnych sklepień i kolumn, podobnie jak echo kroków Emila. A kolor to w końcu światło. Światło przyjazne człowiekowi. Gra świateł. Bez światła barwy przecież gasną.”

„To bardzo piękny obraz. Podobno czyni cuda. On sam jest cudem, ale to nikogo nie obchodzi! Mnie tam już nic nie zdziwi.”

„Dopóki facet bawi się z nami w kotka i myszkę, ona jest bezpieczna. Tak czuję. To jest jego gra. Dlatego telefonował. Rajcuje go to. Poza tym będę chronił Martę. Czekaj, musze do niej zadzwonić!”

„Odpuścić nie zamierza. Dorwie sukinsyna. Choćby nawet miał postradać przy tym własne życie. Ono nie jest w końcu aż tak wiele warte.”

I tak co kilka stron…

Podsumowując: sam pomysł bardzo mi się podoba – zarówno na zbrodnię, jak i na sylwetkę samego mordercy – jego motyw, historię i chorobę. Podobnie jak umiejscowienie akcji na ulicach Gdańska. Główny bohater niestety nie przypadł mi do gustu – miałam wrażenie, że wciąż wyprzedzam go o krok, a w przypadku powieści detektywistycznej chyba powinno być dokładnie odwrotnie? Irytujące zabiegi językowe mogłyby zostać wygładzone na etapie korekty, ale samej korekty chyba nie było, co tłumaczy również niewyłapane drobne błędy rzeczowe. Ale brak dbałości o realizm istotnych szczegółów zabija potencjał książki. Strasznie szkoda.

Anna Klejzerowicz, Sąd Ostateczny, Zakrzewo: Wydawnictwo Replika, 2014, 316 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „Przeczucie” Tetsuya Honda

„Japoński kryminał” – to brzmi dziwnie. Skandynawskie, brytyjskie, francuskie czy amerykańskie obiły mi się o uszy (i oczy), ale japońskie? Może to kwestia zatrważających braków w edukacji, ale Japończycy kojarzą mi się raczej z minimalizmem, literaturą filozoficzną (egzystencjonalną?) i lapidarną poezją, z historiami wojennymi i opowieściami miłosnymi z dworskim życiem w tle, a także z nieco dziwacznym science-fiction. Jednocześnie dobrze wiem, że ten kraj potrafi szokować, tym chętniej sięgnęłam po książkę Hondy. W końcu z im bardziej odległą kulturą mamy do czynienia, tym bywa ciekawiej. I nie zawiodłam się ani odrobinę.

Wydało mi się niezwykle egzotyczne, że policjanci częściej poruszają się pociągami, niż radiowozem, wszyscy się wszystkim kłaniają i stale ktoś kogoś przeprasza. A jednocześnie motyw zbrodni, jak i sama jej realizacja są naprawdę chore – nikt nie podejrzewałby o takie pomysły grzecznych, ułożonych i honorowych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie ma co, Japonia jest ewidentnie krajem pełnym sprzeczności.

Historia „Przeczucia” jest przedstawiona z trzech punktów widzenia – młodziutkiej komisarz-prymuski prędko pnącej się po szczeblach kariery, starego policyjnego wygi o podwójnej moralności i nie do końca określonej sprawczyni. Dzięki temu nie tylko jesteśmy na bieżąco z rozwojem sytuacji i tokiem śledztwa, ale poznajemy również samych bohaterów, ich odczucia, emocje, charaktery oraz wspomnienia i doświadczenia, które ukształtowały ich osobowości.

Reiko Himekawa jest obdarzoną wyjątkową intuicją śledczą, która szybko wywalczyła sobie miejsce w zdominowanej przez mężczyzn policyjnej hierarchii.  Twarda, zdeterminowana i niezależna, całe serce oddaje pracy. Z drugiej strony prowadzi prywatną walkę z zaniżonym poczuciem własnej wartości po traumatycznym zdarzeniu sprzed lat, podsycanym natrętnymi nagabywaniami rodziny i przyjaciół o zamążpójście. Bardzo przejmuje się zdaniem innych, niemal obsesyjnie myśli o własnej prezencji. W życiu prywatnym trochę chce, a trochę nie chce wahając się między adoratorami i własnymi chęciami-niechęciami.

Kensaku Katsumata to na pierwszy rzut oka (na drugi i trzeci również) cham i burak. Komisarz, zdegradowany członek służb specjalnych. Szowinistyczna świnia, gruboskórny drań zamknięty w klatce własnych uprzedzeń. Zapatrzony w siebie skrajny egoista i narcyz. Nie szanuje chyba nikogo, dla rozwiązania sprawy nie cofnie się przed niczym… poza oddaniem tropu kogoś innemu. Pełen pogardy dla świata i każdego napotkanego człowieka. W ramach rozrywki znęca się nad słabszymi, co choć na chwilę poprawia mu humor. Kompletnie pozbawiony taktu i wrażliwości gbur – oto szybka charakterystyka rywala i zaciekłego wroga Himekawy. Które z nich wygra wyścig o chwałę i jako pierwsze rozwikła zagadkę tajemniczego mordercy?

A im dalej posuwa się śledztwo, tym zbrodnia staje się brutalniejsza, dziwniejsza i bardziej niepokojąca angażując więcej i więcej pozornie zwykłych szarych obywateli.

Moim zdaniem to naprawdę dobry kryminał – spójny i przemyślany, usiany drobnymi wskazówkami i czasem nawet zbyt narzuconymi fałszywymi tropami, praktycznie przez cały czas trzyma w niepewności. Dopracowany pod względem ciekawostek z zakresu kryminologii i patologii sądowej oraz zaburzeń psychicznych (największe wrażenie zrobił na mnie pozornie łagodny i mało morderczy mutyzm). Do samego końca nie domyśliłam się kto był wspólnikiem w zbrodni, a i w tożsamość samej morderczyni zdążało mi się powątpiewać.

Super, że Pani Detektyw, mimo niewątpliwego instynktu, nie jest ani pozbawiona słabości, ani nadnaturalnie błyskotliwa ani wszechwiedząca. A zakończenie jest zaskoczeniem nie tylko pod względem tożsamości sprawcy, ale również i samego jej rozwiązania.

Tetsuya Honda, Przeczucie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 350 s.
(premiera książki 16 sierpnia 2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins

„Dziewczynę z pociągu” zabrałam ze sobą w drogę do Warszawy – trzy godziny w jedną stronę, wciągający kryminał powinien sprawić, że kompletnie stracę poczucie czasu. A że pociągiem podróżuję raz na kilka lat, jest to spore wyróżnienie. „Będzie klimatycznie!” – pomyślałam. Ale niestety. Z ręką na sercu przyznaję, że ta książka zmieniła moje trzy godziny jazdy w najdłuższą podróż świata – jest po prostu przeraźliwie nudna! Po 120 stronach liczyłam pola rzepaku za oknem, żeby tylko nie wracać do Rachel i jej żałosnego, samotnego i szaro-burego jak flaki z olejem życia. W drodze powrotnej (jako że było już ciemno za oknem i rzepak był już niewidoczny) zasnęłam w trakcie lektury. Dwa razy.

I nie mówię, że pomysł jest zły – sama fabuła jest całkiem ciekawie skonstruowana, intryga, motyw, rodzinne problemy i sama zagadka naprawdę miały potencjał. Ale moim zdaniem wszystko zostało zaprzepaszczone przez zdecydowanie za długi wstęp, kiedy to niby coś się dzieje, ale tak naprawdę słychać cykającego w tle świerszcza (spokojnie można czytać tą książkę mniej więcej od 200 strony bez większych strat w fabule) i płytkich, nieciekawych bohaterów. Sam morderca pod koniec robi się całkiem ciekawy, ale cała akcja trwa może ze 3 strony. I to jest jedyny przykład jakiejkolwiek próby pogłębienia psychologicznego postaci.

IMG_20170520_051922_899

Rozczarowana swoim nieudanym życiem Rachel uprzyjemnia sobie egzystencję obserwując jeden z mijanych domów, widoczny przez okno pociągu. Fantazje na temat życia pewnej, oglądanej dwa razy dziennie pary są jej sposobem na radzenie sobie z rutyną, a ucieczka w świat wyobraźni pomaga jej nieco rozwiać mroki samotnej codzienności. Pewnego dnia dostrzega jednak coś, czego widzieć nie powinna i okazuje się, że jej wyidealizowana historia nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Pogrążona w depresji i chorobie alkoholowej bohaterka znajduje cel, a pomoc w odkryciu prawdy staje się jej motorem do działania. Niestety, Rachel – detektyw jest równie nudna, pozbawiona refleksji i głębi, co bierna Rachel – skopofilka.

To smutna historia o uzależnianiach – od alkoholu, od mężczyzny i od kłamstwa. Po tak zachwalanej i rozdmuchanej medialnie pozycji spodziewałam się jednak znacznie więcej – dreszczu niepokoju, demonicznego czarnego charakteru, narodzin geniusza zła. Tymczasem, mimo coraz większej ilości informacji, które czytelnik ma szanse poznać, same postacie stoją w miejscu. Mimo kolejnych życiowych doświadczeń, ich charaktery nie ulegają zmianom, nie rozwijają się, nie ewoluują – jedna wielka stagnacja. I choć pod koniec okazuje się, że psychika zbrodniarza jest całkiem ciekawa i naprawdę przerażająca, w jego przypadku nie zostaje nam dane dowiedzieć się przyczyn tych odchyłów. Szkoda.

Zakończenie również wydaje mi się nieco naiwne, szczególnie jeśli chodzi o działanie wymiaru sprawiedliwości, kiedy to osoba winna zabójstwu wieczorem jest już na wolności i w dodatku opuszcza miasto. Nie wydaje mi się, żeby w rzeczywistości wszystko poszło równie gładko.

Dobry pomysł, świetny marketing, duże litery, zmarnowany potencjał i sporo nudy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać filmu na podstawie tej pozycji.

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu, Warszawa: Świat Książki, 2016, 328 s.