Grajki Majki: Mozaika Pixel Baby „Kotek”, QUERCETTI

Tego rodzaju układanki pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa, z tym, że moje były na zdecydowanie wyższym poziomie zaawansowania – układało się obrazki z plastikowych „pinezek”, nieco tylko grubszych i bardziej topornych od tych krawieckich.

Mimo, że nigdy nie miałam zbyt wiele cierpliwości do puzzli i innych zadań wymagających dłuższego skupienia, tą zabawę wspominam bardzo pozytywnie i kiedy zobaczyłam, że powstały takie układanki również dla maluszków, zapragnęłam pokazać je córce.

Jako, że jestem strasznie tchórzowatą matką, zdecydowałam się na zestaw dedykowany dzieciom od 1,5 roku do 4 lat, chociaż dla Majki bardziej adekwatny byłby zapewne jeden z zestawów Pixel Junior dla dzieci od 2 do 5 lat. Bałam się jednak, że „grzybki” do umieszczania w otworach będą zbyt małe i pojawi się ryzyko zadławienia. O tym, jak bezsensowne były moje lęki dowiedziałam się tuż po otwarciu pudełka. Bo elementy są ogromne – w mojej zamkniętej dłoni mieści się tylko jeden na raz (mają średnicę prawie 5 cm!). Bez strachu polecam tą zabawkę nawet maluchom, które jeszcze biorą większość zabawek do ust – pixele po prostu całe do buźki się nie zmieszczą.

Dzięki swojemu rozmiarowi są bardzo poręczne i poradzą sobie z nimi nawet nieszczególnie jeszcze wprawione rączki.

Ale zacznijmy od początku. Zestaw składa się z plastikowej walizeczki, która po rozłożeniu na dwie części (zieloną i przezroczystą) zmienia się w tablicę z dziurkami otoczoną „fosą” pełniącą funkcję pudełka na kołeczki, 30 kołeczków (na 24 dziurki) oraz 8 kartonowych kart z wzorami.
„Grzybki” podzielone zostały na trzy kolory i kształty – żółte kółeczka, niebieskie trójkąty i czerwone kwadraty. Obrazki na kartach (kotek, piesek, domek, samolot, ślimak, wieloryb, słoń i żaglówka) zostały utrzymane w tej samej kolorystyce. Dodatkowo na kolorowym tle rysunków umieszczono obrysy kształtów, pomagające dziecku umieścić odpowiedni kołeczek na danym miejscu.

Rozkładamy zatem dziecku tablicę, wspólnie wybieramy wzór i cieszymy się przynajmniej trzydziestoma minutami spokoju (z niewielkimi przerwami na zmiany obrazków, bo to jednak wymaga odrobiny zręczności w palcach). Od prawie tygodnia szykuję w ten sposób obiady.

Znalazłyśmy jednak jeden minus. Chociaż kołeczki wchodzą i wychodzą z otworów bez większego problemu, Majka wywierała na tablicę wystarczająco duży nacisk, by ta co raz się przewracała. Dlatego zrezygnowaliśmy z uchwytu na rzecz układania obrazków „na płasko”, a zielona część pełniła jedynie funkcję pudełka na elementy. I też jest super.

Zabawka zdała śpiewająco nasze testy na wytrzymałość – moja mała Destrukcja upuściła już chyba każdy element, a koty ganiały za kołeczkami po całym salonie – jak na razie bez strat, choć przezroczysty plastik nieco się porysował w jednym miejscu. Mimo to zabawka zdaje się być niemalże pancerna. Tekturki z obrazkami o dziwo też nie uległy jeszcze większym zagnieceniom poza delikatnie wymiętymi rogami. A eksploatujemy naprawdę intensywnie.

Całość jest również bardzo poręczna – chociaż zestaw jest opakowany w kartonik z wygodnym uchwytem, już dawno z niego zrezygnowaliśmy traktując całą zabawkę jako walizeczkę, z którą Majka chodzi po domu i która całkiem zręcznie mieści się do szafki.

To naprawdę przemyślana, porządnie wykonana zabawka trenująca spostrzegawczość, koncentrację i umiejętności małych paluszków. Przyda się również podczas nauki kolorów i kształtów.

Mozaika Pixel Baby „Kotek”
Firma: QUERCETTI
Sugerowany wiek: 1,5-4 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Bajki Majki: „Ojej! Niespodzianka” i „Ojej! Skarb”, Anna Jankowska, Adam Święcki

Niespodzianka! Dwie zupełnie nowe książeczki o Czarusiu już tu są! I gorąco polecają się na Dzień Dziecka.

O pierwszej części przygód pomarańczowego kota i o samej koncepcji aktywnego czytania pisałam już TUTAJ. Poza wartościami edukacyjnymi „Zmalowane” urzekło mnie sprytnym i genialnym w sowiej prostocie sposobem, w jaki można tłumaczyć dzieciom sztukę nowoczesną i odmienne sposoby postrzegania świata. Natomiast „Niespodzianka” i „Skarb” chwyciły mnie za serce swoją… uroczością! Mają tak ciepłe i pozytywne przesłanie, że moją pierwszą reakcją było przeciągłe „Awwww!”. Drugą też.

Obie historie zostały oparte na tym samym schemacie, choć ich tematyka jest zupełnie inna.

W „Niespodziance” Czaruś zauważa, że zupełnie zapomniał przygotować się do urodzin Loli. Ale co to dla niego! Dla tak pomysłowego pluszaka sporządzenie prezentu last minute to żaden kłopot. Szczególnie, kiedy wokół tyle wspaniałości. Zbiera więc wszystko to, co akurat go zachwyci – maliny, czereśnie, kwiatki, kamyki, grzybka, skórkę od banana… Problem pojawia się dopiero w momencie, w którym podczas pakowania kotek pakuje również samego siebie! I tym oto sposobem urządza swojej właścicielce największe zaskoczenie – na urodziny dostała kota w worku!

To piękny przykład dziecięcego zachwytu odkrywaniem świata, kiedy to każdy kwiatek, listek, kamyk i ślimak są czymś wyjątkowym, zaskakującym i wartym zabrania ze sobą i sprezentowania bliskiej osobie. I jedna z najważniejszych życiowych prawd – to my, nasza pamięć i nasze starania jesteśmy najwspanialszym prezentem. A dzieci i ich pomysły to zawsze jedna wielka niespodzianka.

W drugiej książeczce, Czaruś postanawia zdobyć dla Loli najprawdziwszy skarb. W tym celu dokłada wszelkich starań, by przegonić z upatrzonej i bardzo ciekawej dziupli smoka, który mógłby urządzić sobie w niej leże i składować kosztowności. Smok jednak nie jest skory do wyjścia, za to kiedy nasz bohater odważa się w końcu zajrzeć do otworu… sam wpada do środka, gdzie, kocim zwyczajem, zwija się w kłębek i zasypia. Tam właśnie znajduje go kilka godzin później zaniepokojona Lola. A tęsknota i zmartwienie uświadamiają im, że największym skarbem nie są wcale złoto i szlachetne kamienie (a nawet zwykłe kamienie o ciekawych kształtach!), a ci, których kochamy.

Ale przecież przygody Czarusia to nie tylko samo czytanie! Kod QR zabiera nas do strony, skąd pobrać można wersję tekstową komiksu (aż sześciostronicowe opowiadania!), czarusiowe kolorowanki i pomysły na zabawy, logiczne i ruchowe, inspirowane historyjkami. I to nie takie zwyczajne zabawy, a rozwijające przygody, w które można zaangażować całą rodzinę – ćwiczące między innymi skupienie, cierpliwość, myślenie przestrzenne i kreatywność – a przede wszystkim niesamowicie angażujące. Bo czy może być coś fajniejszego od poszukiwania skarbów, sporządzania tajemniczej mapy, pakowania zaskakujących prezentów a nawet szykowania własnego dzieła sztuki?

Urocze historie, zdolne roztopić nawet najbardziej kamienne serce skuteczniej niż ostatnie upały, przesympatyczny pluszowy bohater pełen szalonych pomysłów, niezastąpione ilustracje Adama Święckiego, humor i inspirujące pomysły na przeżywanie przeczytanych książek jeszcze długo po odłożeniu ich na półkę to coś, co czyni z tych niewielkich, cienkich pozycji obowiązkowe lektury nie tylko dziecka, ale i rodziny. Świetnie sprawdzą się również w przedszkolu, czy książkowym klubie maluszka – na przykład jako pomysł na zainicjowanie dyskusji o wartościach.

Czarujący pomarańczowy kot jest zawsze dobrym wyborem. Fantastycznie, że dwie kolejne części są równie wartościowe, co pierwsza i w ten sam sposób zmieniają CZYTANIE w DOŚWIADCZANIE, a dodatkowo gwarantują sporą dawkę wzruszenia i jeszcze więcej niespodzianek.

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Niespodzianka, Wrocław: Atomedia, 2018, 30 s.
Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Skarb, Wrocław: Atomedia, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Autorki.

Bajki Majki: „Ojej! Zmalowane” Anna Jankowska, Adam Święcki

Poznajcie Czarusia. To artysta na miarę naszych czasów – charakteryzuje go otwarty umysł, duży potencjał twórczy, bezmiar wyobraźni i rozmach malarskich realizacji – bez chwili wahania realizuje swoje najśmielsze wizje. Czaruś jest też kotem. Pomarańczowym, pluszowym kotem gwoli ścisłości.

Pewnego dnia natchniony Czaruś postanawia wyżyć się twórczo i zupełnym przypadkiem tworzy prawdziwe dzieło sztuki. Które bez wątpienia musi być zaczarowane, bo tam, gdzie artysta widzi kwiecistą łąkę, jego gałgankowi przyjaciele dostrzegają zupełnie inne rzeczy. Jak to możliwe?

„Bo z prawdziwą sztuką to tak dziwnie jest.”

Nie ma wielu książek dla tak młodych odbiorców, które odważnie podejmują temat sztuki. I to sztuki nowoczesnej. A już na pewno nie ma drugiej tak wyjątkowej – „Ojej! Zmalowane” to komiks. Pedagog i mamowa blogerka w duecie ze świetnym rysownikiem stworzyli przesympatyczną, pełną humoru opowieść, która w minimalnej ilości słów zawiera maksimum treści. To komiks o sztuce nowoczesnej, potędze wyobraźni, różnicach w postrzeganiu świata.

Ja po pięciu latach studiowania historii sztuki nie czuję się w pełni komfortowo opowiadając o dziełach sztuki współczesnej, a ta książeczka „rozwaliła” cały problem na kilku stronach. Warto dodać, że to strony składające się głównie z obrazków ;)
Bo owszem, można maluchom dywagować o konotacjach, symbolach i dyskursywnych paradygmatach, ale po co? Skoro sztuką można się po prostu dobrze bawić? I zupełnie przy okazji nauczyć się nazw kolorów, jeśli jeszcze trochę się mieszają.

Krótka historyjka o pomarańczowym kocie wykracza poza granice standardowo wyznaczane przez okładki. Kod QR na okładce otwiera drogę do dalszej zabawy. Właśnie tak – zabawy. Zgodnie z ideą aktywnego czytania autorka przygotowała pomysły na ożywienie swojej historii i jej kontunuowanie nawet po zamknięciu książki. Mamy zatem do wyboru trzy rodzinne gry rozwijające twórcze myślenie, ćwiczące pamięć, umiejętności kojarzenia faktów, skupiania uwagi i pracy w grupie, a nawet bronienie własnego zdania. Wszystkie zabawy oparte są o tematykę kolorów, a do zagrania wystarczą podstawowe przedmioty, które znajdziemy w każdym domu. Ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia, która po kilku wspólnych rozgrywkach zacznie nas ograniczać coraz mniej.

Ale to nie wszystko! Znajdziemy tu również kolorowanki, dzięki którym czytelnik, wraz z Czarusiem, stworzy własne dzieło sztuki (abstrakcyjne lub zupełnie realistyczne, martwą naturę, wedutę, portret, animalistykę albo co tylko przyjdzie na myśl małemu artyście). A sześciostronicowe opowiadanie powie nam więcej zarówno o samym kocie, jak i o całej, znanej z komiksu, sytuacji.

Możemy połączyć opowiadanie z kolorowanką i stworzyć własną czarusiową przygodę. Możemy też wymyślić zupełnie nową historię i stworzyć książkę jedyną w swoim rodzaju.

„Dorośli mówili, że to wielka sztuka, a ja wyobraziłam sobie, że kamienie to zaklęte trolle, puszki to kosmiczne roboty, a śmieci to szczątki dinozaurów. I wtedy dopiero ta cała sztuka od razu zaczęła mi się bardziej podobać.”

Chodźmy, wyobrażajmy!

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Zmalowane, Wrocław: Atomedia, 2017, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

PS. Książeczka dedykowana jest dzieciom od 3 do 7 lat, ale i ja i Majka bawiłyśmy się przednio!

Czas na czytanie: „Kot, który spadł z nieba” Takashi Hiraide

Nie lubię takich książek. Po prostu jestem za wrażliwa i za bardzo się przywiązuję do bohaterów ( a już szczególnie do tych puchatych i czworonożnych), żeby chętnie sięgać po powieści oparte na tym schemacie.

I nie mam tu bynajmniej na myśli, że jest to zła książka, wręcz przeciwnie! To piękna historia o zmianach, jakie w życiu dwojga ludzi potrafi wprowadzić kot, którego niezależna i cicha obecność dodaje życiu barw i uwrażliwia na piękno otaczającej bohaterów natury. Historia pełna malowniczych opisów, które tak uwielbiam i odległej, egzotycznej kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Powieść przeplatana refleksami na temat twórczości i tworzenia, dostrzegania piękna natury i sztuki, radości obcowania z przyrodą i radzenia sobie z żałobą po stracie bliskiej osoby. To książka o radości, jaką mogą dać pozornie banalne zmiany. O nieuchronnym przemijaniu, raz cichym i niemal niezauważalnym, raz nagłym i niszczycielskim niczym fala powodzi. I przede wszystkim i pięknej przyjaźni między człowiekiem, a zwierzęciem – przyjaźni pełnej szacunku i zachwytu, którą jako posiadaczka wspaniałych czworonożnych kompanów w pełni rozumiem.

Niezwykła forma powieści – jednocześnie minimalistyczna i rozmalowana – podnosi w moich oczach tą niewielką książeczkę do rangi dzieła sztuki odbieranego wieloma zmysłami. To prawdziwa uczta dla wyobraźni.

A mimo to nie lubię takich książek. Bo po całym zachwycie, który towarzyszył mi podczas lektury, poza kilkoma mądrościami, które zapadły mi głęboko w pamięć, w moim sercu zawsze zostaje smutek i żal. A o takiej książce nie jest łatwo zapomnieć.

Takashi Hiraide, Kot, który spadł z nieba, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2016, 144 s.