Grajki Majki: „Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci”

Uwaga! „Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci” jest dodatkiem do „Najlepszej gry o kotach”. Podstawowa wersja jest niezbędna do gry dodatkiem.

Jeszcze więcej kotów (w tym zupełnie nowe szare koty), nowe gadżety (szczotka, laser i papierowa torba na zakupy), nowe przysmaki (łakocie – pozwalające nakarmić kota z dowolnymi wymaganiami żywieniowymi, ale obniżające wartość jego karty i dezaktywujące jej zdolności oraz kurczak z tuńczykiem) i oczywiście nowe kocie wymagania i zdolności. No i najważniejsze – karty pudełek, w których możemy umieszczać określone koty i w ten sposób mnożyć ich wartość. Liczenie punktów to teraz konkretna matematyka!

Dodatek otwiera przed nami zupełnie nowe możliwości – nie tylko zwiększa maksymalną liczbę graczy do 6 osób, ale również wprowadza wariant jednoosobowy dzięki specjalnej talii kart. I opcję współpracy między graczami!

Poza nowymi kartami w dodatku znajdziemy również żetony-łapki wspólnych celów, dzięki którym będziemy mogli współpracować graczami siedzącymi obok nas i zdobyć dodatkowe punkty. I to jest moim zdaniem super sprawa, bo elementy współpracy w grze opartej na rywalizacji to dla mnie coś zupełnie nowego.

Drugim świetnym rozwiązaniem jest wprowadzenie wariantu jednoosobowego. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy nigdy nie wiesz, czy przypadkiem nie trafi Ci się izolacja i nie zostaniesz rozdzielony nie tylko z rodziną, ale nawet ze swoim osobistym kotem. W tym celu pojawiła się postać Futrzastego gracza, kierującego się kilkoma szczególnymi zasadami, i zastępującego przeciwnika. To właśnie ten element gry jest najbardziej skomplikowanym novum dodatku, ale po kilku próbach bez problemu można ogarnąć również ten typ rozgrywki. Poza tym rozszerzenie gry o zawartość dodatku nie sprawi fanom „Najlepszej gry o kotach” najmniejszego kłopotu, a fajnie odświeży i urozmaici rozgrywkę.

Karty dodatku zostały oznaczone serduszkowymi kwiatuszkami w lewym dolnym rogu, dzięki czemu łatwo je oddzielić od kart z wersji podstawowej.

Fajna sprawa z tym dodatkiem – zasady gry zostają właściwie takie same, a otrzymujemy cały wachlarz nowych możliwości. A żeby się nie pogubić, na ostatniej stronie instrukcji przygotowano ściągę ze skrótem zasad.

Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci
Autor: Josh Wood
Ilustracje: Marco Morte
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 1-6
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Okołoksiążkowy miszmasz: Karton od Filemona

Zdążyłam już zapomnieć jak bardzo lubię pudełka–niespodzianki, dopóki nie trafiłam na Karton od Filemona. Nie musiałam się długo zastanawiać, po prostu musiałam mieć to pudło. To znaczy moje koty musiały je mieć!

Filemon jest głównym muzem kociej fotografki Moniki Małek (zwanej też Zaklinaczką Kotów) i swoim imieniem, pyszczkiem i kłaczkami sygnuje sklep internetowy „U Filemona”, w którym można znaleźć mnóstwo fantastycznych kocich książek, puzzli i gadżetów ze świetnymi zdjęciami super kotów (między innymi mojego Figla).

Karton od Filemona (to już druga edycja) jest pudłem, pełnym kocich rzeczy dla kotów i kocich matek, którego zawartość do samego końca zostaje tajemnicą. Jedynym gadżetem, o którym było wiadomo, że znajdzie się w kartonie były kalendarze – można było wybrać karton z kalendarzem książkowym (jak ja) lub ściennym. Po pewnym czasie uchylono kolejny rąbek tajemnicy i zdradzono, że drugim przedmiotem w kartonie będzie dekoracyjna puszka.

Kartony były wysyłane tak, by można było odpakować je na Mikołajki. Niektórzy odbiorcy jednak zostawili sobie tą przyjemność do Gwiazdki albo podarowali prezenty bliskim i włożyli pudła pod choinkę, więc przegląd środka zostawiłam na bezpieczny termin w połowie stycznia. Mam nadzieję, że teraz już nikomu nic nie zespoileruję.

Nie był to to mój pierwszy zakup w filemoniwym sklepie, więc już dobrze wiem jak pięknie (i ekologicznie, bez grama plastiku!) Monika wraz z kocimi pomocnikami pakują swoje paczki. Tym razem jednak przeszli samych siebie, bo każda rzecz w kartonie miała swoje miejsce, określoną funkcję i dołączoną notatkę od Filemona. Mimo, że oczywiście postawiłam sobie karton do góry nogami i otworzyłam od spodu, to i tak była najładniej zapakowany karton, jaki widziałam.

A co znalazłam w środku?

– wspomniany już koltendarz, czyli koci kalendarz od Moniki mam już drugi rok i nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę chciała inny. Pełen kocich zdjęć i świąt (znajdziecie w nim także zdjęcie Jego Mechatość Figla, szukajcie w okolicach Dnia Kota Garfielda), z twardą okładką, dużą ilością miejsca na notatki i na papierze, na którym żaden rodzaj pisadła się nie rozlewa ani nie rozmazuje. Jeśli chcielibyście się jeszcze na taki skusić, to do wyczerpania zapasów jest w super promocyjnej cenie 20 zł – szukajcie w sklepie „U Filemona”;

puszka na skarby ze zdjęciem Blani (drugiej osobistej kociej muzy Moniki) szykującej wypieki okazała się bardzo pojemna –  super, że mieszczą się w niej zarówno pierniczki, jak i kredki, czy długopisy;

– instagramowe konto Moniki słynie z kartonowych scenek, często z udziałem kartonowych kotów. Jeden z nich również znalazł swoje miejsce w kartonie – Pusia, czyli arcycierpliwy kot z odzysku, do towarzystwa, zabawy i pozowania;

bon zniżkowy na kotosesję– Figiel i Vincent mają już jedną na koncie i polecam z całego serca. To więcej niż prawdopodobne, że skusimy się i na kolejną, kiedy tylko Monika będzie akurat w pobliżu;

– polaroidowe zdjęcie Filemona Twórcy Kartonu i narratora tej opowieści, które zawsze można mieć przy sobie;

– tajemniczy kwestionariusz matrymonialny dla kota do tajemniczej akcji walentynkowej. Czyżby miłość kryła się tuż obok, w przepastnych czeluściach internetów?;

luksusowe zabawki dla kota: rzemyki, czerwone kropki w wersji „możliwe do złapania”, kulki z folii i suche kasztany, czyli to, co koty lubią najbardziej;

woreczek podejrzanego zioła. Szczerze wierzę, że to kocimiętka, w każdym razie Vincent pogardził, a Figiel oszalał i zaczął robić naprawdę dziwne rzeczy. Ale było widać, ze dobrze się bawi!;

– zdrowe smakołyki „Juicy Bites” – jedne z niewielu, które nie zaszkodziły Figlowi na jego chory brzuszek. Za to właśnie uwielbiam takie kartony, można wypróbować nowe rzeczy i odkryć prawdziwe skarby;

sensoryczna mata węchowa hand made – moje koty interesowały się nią krótko, ale posłałyśmy dalej w ramach świątecznego prezentu zaprzyjaźnionej kociej rodzinie i tam podobno był szał;

– kocia kartka świąteczna;

– spory plakat (A3?) z kotami. A właściwie kocimi języczkami – do zakrycia wydrapanej przez kitki dziury w tapecie;

– koci magnes, żeby było co zrzucać z lodówki;

ekologiczna torba na kotki wielorazowego użytku;

– kocie lusterko kieszonkowe, by codziennie móc podziwiać swoją urodę;

nasionka trawy dla kotów wraz z instrukcją siania;

słoik pełen genialnych pomysłów na spędzanie czasu do losowania. Oczywiście z kotami w roli głównej;

– kocie kłaczki;

– no i oczywiście to, co najcenniejsze, czyli wszystkie papiery i kartony! Z kartonu głównego, papierów, w który owinięte były rzeczy, sznureczków i sensorycznej maty powstał koci park rozrywki, który wypełniał moją sypialnię przez jakiś tydzień i przez cały ten czas aktywnie zabawiał moje futra.

Dawno nie trafiło w moje ręce coś takiego – wykonanego ręcznie, z dużą starannością i dbałością o każdy szczegół i z taką ilością włożonego serca, a przy tym tak pomysłowego. I z dużym zacięciem ekologicznym, będącym zachętą i inspiracją do wykorzystywania rzeczy ponownie.

Karton kosztował około 100 zł (cena samego kalendarza to 50 zł), więc moim zdaniem, jak za taką ilość autorskich gadżetów i zaangażowania twórców jest to naprawdę bardzo atrakcyjna cena. Szczególnie, że wszystkie rzeczy są niepowtarzalne i dostępne wyłącznie w sklepie Moniki i Filemona (no, może poza kasztanami i kotozabawkami będącymi drugim życiem przedmiotu).

Karton od Filemona
Monika Małek
cena – ok 100 zł

Grajki Majki: Koty. Smart Bingo

Czy może być coś łatwiejszego niż gra w bingo? Oczywiście! Gra w bingo z kolorami i słodkimi kotkami. Minimum zasad, urocza szata graficzna i staranne, wytrzymałe wykonanie to zalety, dzięki którym ta nieskomplikowana gra może umilić wieczór całej rodzinie kociarzy – wraz z jej najmłodszymi członkami.

Gra ma dwa warianty, łatwiutki dla początkujących i wymagający odrobinę więcej spostrzegawczości – zarówno na kole do losowania ze strzałką, jak i na dwóch stronach plansz mamy do wyboru kolory kłębuszków lub rysunki kotów. W zależności od wybranego wariantu zaznaczamy przy pomocy żetonów z łapkami, każdy na swojej planszy, wylosowany obiekt – kotka lub kłębuszek. Celem jest zaznaczenie 4 pól w rzędzie przy pomocy paska zwycięstwa.

Łatwiejszy wariant, z kłębkami wełny, jest całkowicie losowy – po wylosowaniu koloru każdy z graczy zaznacza na swojej planszy oba kłębki danego koloru. W wariancie z kotkami dochodzi element prostej strategii – po wylosowaniu kociego pyszczka można zaznaczyć tylko jeden (z dwóch) obrazek odpowiadający temu kotu, a podjęty wybór może mieć bezpośredni wpływ na zwycięstwo lub przegraną. Jest też możliwość gry jednoosobowej – może któremuś z rodziców uda się w tym czasie wypić ciepłą kawę? ;)

Wszystkie element wykonano z grubej tekturki, dzięki czemu są odporne na wyzwania stawiane im przez małych graczy – zarówno tych biorących jeszcze czasem niektóre rzeczy do ust, jak i do tych polujących pazurkami na kręcącą się strzałkę.

Bardzo sympatycznie zilustrowana, w żywych, ale nie rażących kolorach rozwija spostrzegawczość, umiejętność skupienia się na szczegółach, kojarzenie faktów, refleks, nazwy kolorów i sprawność manualną. I oczywiście umiejętność radzenia sobie z przegraną, z czym ostatnio moja mała prymuska ma pewien problem.

Gra jest propozycją dla dzieci od 3go roku życia, ale moim zdaniem spokojnie można po nią sięgnąć nieco wcześniej, szczególnie jeśli chodzi o wariant z kolorowymi kłębuszkami. Świetnie sprawdzi się w roli pierwszej gry maluszka.

Smart bingo. Koty
Redakcja: Izabela Gołaszewska
Ilustracje: Kinga Spiczko
Wydawnictwo Kapitan Nauka
Liczba graczy: 1-4
Czas rozgrywki: 10-20’
Sugerowany wiek: 3-7

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.

Grę możecie kupić TUTAJ.

Grajki Majki: Pluszowe zwierzaki domowe, National Geographic Kids

Mam straszną słabość do pluszaków od National Geographic! Są pięknie wykonane, mięciutkie w dotyku i całkiem realistyczne. Mam już całkiem spore ZOO – pokazywałam te we wpisie o dzikich zwierzętach i leniwcu. Dobrze, że mam dziecko, mogę udawać, że to wszystko córki! Chociaż tak naprawdę większość mieszka w mojej sypialni. Tylko foką śnieżną Maja się nie dzieli. A teraz również perskim kotem, bo kiedy całkiem niedawno pojawiła się nowa seria – zwierząt domowych – oczywiście nie potrafiłam się powstrzymać.

Jestem jedną z tych mam, które na wyjęczaną prośbę „Mamusiu, chcę mieć pieska!” odpowiadają spokojnie, „Kochanie, ale przecież masz pieska. Mieszka u babci”. Majkowy piesek, który mieszka u babci wabi się Dexter i jest Cocer Spanielem. Dlatego też przebierając wśród przeróżnych ras maskotek nie wahałam się długo – dla mojej córy wybrałam tą rasę, którą zna i która jest jej bliższa. Na ten moment jest to młodszy braciszek Dextera (bo też pluszaki z tej kolekcji to szczenięta i kocięta), ale podejrzewam, że jak obejrzymy „Zakochanego Kundla” w któryś z długich, jesiennych wieczorów, to „młodszy braciszek” szybko stanie się Lady.

Bo i drugi z moich wyborów – pluszowy kotek rasy perskiej – od razu został określony jako dziewczynka, ochrzczony Milusią i zabrany do łóżka (serio, nie wiem, jakim cudem Majka się tam jeszcze mieści, w tym gangu pluszaków, jaki okupuje jej wyrko). Figlowi i Vincentowi do majkowego łóżka nie wolno, dlatego wreszcie ma kotka, z którym może spać (bo przecież trzy foki, niedźwiedź polarny, trzy świnki i Wilk, dalmatyńczyk, Truskawka Tosia, baranek i króliczek-pisanka to za mało…).

Milusia jest persem nieco odmiennego umaszczenia, niż nasz Figiel – biała podpalana z nieco bardziej płaskim pyszczkiem, dlatego też nie jest tak podobna do naszego osobistego żywego egzemplarza, jak jest to w przypadku Cocer Spaniela. Ale już do swojego pierwowzoru ze zdjęcia na etykiecie podobieństwo jest bardzo duże.

Tym razem etykietki, poza realnym zdjęciem, nie zawierają ciekawostek o danej rasie, a o całym gatunku – kotach lub pasach. Dowiemy się między innymi, że to koty są najpopularniejszymi zwierzętami domowymi na świecie i znajdują się w co trzecim amerykańskim gospodarstwie domowym oraz w jaki sposób psy się z nami komunikują.

Pluszaki z tej serii sprzedawane są w kartonowych podstawkach i, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, ofoliowane. Zazwyczaj wolę unikać zbędnego plastiku, ale w czasach pandemii czuję się bezpieczniej, kiedy pojawia się ta dodatkowa osłona. Szczególnie w przypadku pluszowej zabawki, którą trudno zdezynfekować, a dziecko będzie z nią spać i przytulać ją do twarzy.

Kot perski, Cocker Spaniel
National Geographic

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: „Najlepsza gra o kotach” Josh Wood

Gry o kotach i z kotami w roli głównej od dawna są mile widziane w  naszym domu, ta jest chyba jednak najbardziej urocza ze wszystkich. I dla starszych graczy, co jest super ekstra, bo dotychczas królowały u nas kocie gry dla przedszkolaków (koniecznie przeczytajcie o „Kotku Psotku” i „Kociakach Łobuziakach”!).

Chociaż „Najlepsza gra o kotach” to karcianka, a pudełko ma niewielkie rozmiary, nie polecam zabierania jej w podróż z dziećmi ze względu na sporą ilość małych elementów (również szalenie uroczych) i dość spore wymagania stołowe, bo rozłożenie kart i smakołyków wymaga nieco przestrzeni. Świetnie za to sprawdzi się w domowym zaciszu, a ile tylko koty nie rozłożą się Wam na stole w samym środku rozgrywki.

Gra polega na zbieraniu i dogadzaniu kotom wybieranym z karty dostępnych na stole. Każdy z kotów ma inne wymagania kulinarne, zazwyczaj im kudłacz bardziej wybredny, tym więcej punktów daje pod koniec rozgrywki. Wśród kart z kotami znajdziemy również karty przysmaków niezbędnych do wykarmienia naszego stadka, karty z ogłoszeniami o zaginionym kocie, które możemy później wymienić na kociaki przybłędy, które odwdzięczą nam się rozmaitymi punktami specjalnymi, kart z walerianką, spryskiwaczem, kocimi zabawkami i ubrankami – a wszystko to odpowiednio punktowane.

Zawsze trzeba zebrać cały rząd kart ze stołu (i przy tym nie może być to ten sam rząd, z którego przed chwilą wziął przeciwnik!) i trzeba dokonywać rozważnych wyborów, bo może się zdarzyć, że nie zdołamy wykarmić wszystkich przygarniętych kociaków (koty głodne punktów nie dają…). A i za chomikowanie nadmiarowych smakołyków są punkty ujemne! Chociaż cała punktacja jest dość skomplikowana, przynajmniej podczas pierwszych rozgrywek, dużym ułatwieniem jest notesik z tabelą punktów, który wypełniamy po zakończeniu gry.

Ogromy plus za tłumaczenie (chociaż sama zostałabym jednak przy „dosłownym” tłumaczeniu tytułu „Cat Lady” jako „Kociara”), szczególnie imion kotów – Wincent van Kot, Kocilla, Kotangens, Brandonek, Kikomora czy Mruczeł kompletnie skradli moje serducho. Szczególnie w zestawieniu z tymi słodkimi mordkami. A i ilustracje robią robotę, zwróćcie choćby uwagę na ubranka dla kotów i pałające entuzjazmem pyszczki przebranych w nie futrzaków!

Wydaje mi się, że wypatrzyliśmy drobny błąd w oznaczeniu kart, a dokładniej w kolorach kotów – rude koty powinny być oznaczone literką R, a część z nich oznaczono literką P – prawdopodobnie ktoś się nie dogadał i uznał koty rude za pomarańczowe, albo po prostu był głodny i zjadł laseczkę. Nie wpływa to jednak zupełnie na komfort grania, jak już się dojdzie do tego, że P i R należy traktować jednakowo.

Nie mogę się doczekać, aż zagramy w większym gronie, bo w rozgrywce dwuosobowej wykorzystuje się ograniczoną liczbę kart, jeszcze tyle kociaków czeka na nakarmienie! Dostałam też zestaw do tworzenia własnych kart specjalnych, (czyli przybłęd) dzięki czemu mogłam dorobić kartę Jego Mechatości Figla! Daje bardzo dużo punktów, ale trudno skubańca wykarmić :-D

Najlepsza gra o kotach
Autor: Josh Wood
Ilustracje: Marco Morte
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Bajki Majki: „Ta książka jest kotem” Silvia Borando

Można by pomyśleć, że Maja jest już nieco za duża na tego rodzaju literaturę z niewielką ilością tekstu i kartonowymi stronami, ale ostatnio trafiliśmy w kawiarni na „Zaśnij ze mną” – książeczkę opartą na tym samym schemacie, która od dawna już nie gościła w naszym domu. I zaskakująco duże ponowne zainteresowanie tą pozycją „dla bobasów” przygotowało mnie na entuzjastyczne przyjęcie nowego interaktywnego tytułu, szczególnie, że „Śpij, króliczku!” było swego czasu jedną z najbardziej zaczytanych pozycji w naszych zbiorach [o wspomnianych wcześniej interaktywnych książeczkach możecie przeczytać TU]. A i kocia tematyka zawsze się u nas sprawdza.

Zarówno fabuła, jak i ilustracje kociej książki są wyjątkowo nieskomplikowane. Na każdej stronie mamy przedstawienie rudego kota na białym tle i tekst w różnych kolorach – czarny wprowadza czytelników w temat i informuje o tym, co robi kotek, zielone zdania są zadaniami do wykonania przez małego mola książkowego. Dowiadujemy się więc na przykład, że kot głośno mruczy i otrzymujemy polecenie, by podrapać go pod brodą. Jeśli pojawia się jakiś czynnik dodatkowy – pchły, czy deszcz – zaznaczono to w tekście odcieniem niebieskiego.

Otwierając tą książeczkę, mamy więc szansę towarzyszyć kotu w, niedługiej zapewne, przerwie między drzemkami. By dowiedzieć się co nieco o kocich zwyczajach, dziecko wchodzi z książeczką w interakcję – głaszcze, osłania przed deszczem, przegania pchły, ratuje ptaszka z kociego pyszczka, co zachęca dziecko do aktywnego uczestnictwa w lekturze i zmienia czytanie w zabawę.

Wielki plus za wydanie – chociaż książka została wyposażona w całokartonowe, całkiem pancerne (zębo- i ślionoodporne) strony, to mimo wszystko jest dość lekka, a jej niewielki format  i zaokrąglone rogi sprzyjają pierwszym czytelniczym próbom małych rączek. Ponadto wygodnie trzymać ją w jednej dłoni podczas czytania dziecku.

I jest również psia wersja!

Silvia Borando, Ta książka jest kotem, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Jak wytresować kota? Historie prawdziwe” Dawid Ratajczak

Książki o kotach są gratką dla kociarzy w każdym wieku i świetnie się ubawiłam czytając ten tytuł. Pamiętam jednak, jak uwielbiałam w dzieciństwie tego typu historie – „Kocie opowieści” Jamesa Herriota były jedną z moich ulubionych książek, kiedy tylko nauczyłam się w miarę sprawnie czytać. Znam je niemalże na pamięć. A że książki Ratajczaka nie mają tak naprawdę ograniczenia wiekowego i zostały wydane nakładem Wydawnictwa Skrzat, które niejako konotuje literaturę dziecięcą, czwarty tom „Jak wytresować kota” trafił do kategorii Bajki Majki, choć zdecydowanie przez jakiś czas będzie jeszcze na wyrost.

Ale nie dajcie się zwieść! Bardzo rekomenduję tą pozycję również dla dorosłych, swój egzemplarz zamierzam niebawem [nie czytaj tego siostro, chyba, że chcesz mieć urodzinowy spoiler!] sprezentować siostrze na 23 urodziny.

 

Oczywiście dzieci nie wszystko zrozumieją – nie mają w końcu aż tak dużego życiowego doświadczenia i obycia z kotami i stworzeniami kotopodobnymi (wciąż podejrzewam Vincenta o jakieś tajemnicze małpie geny), jak człowiek dorosły – ale z pewnością i tak będą miały ubaw po pachy. Ja miałam.

W przeciwieństwie do poprzednich trzech części serii, ta nie powstała jako typowy poradnik. Na tą niewielką gabarytowo książeczkę składa się pięć opowieści pięciu kotów i ich właścicieli. Są to historie mogące stanowić archetyp kociego zachowania, bez wątpienia znany wszystkim wytrawnym kociarzom. Ci, czytając, będą mądrze kiwać głową ze zrozumieniem, gładząc brodę i podkręcając wąsa. Dla początkujących użytkowników stanowią cenną wartość dydaktyczno-moralizatorską, pomagając im choć trochę przygotować się psychicznie na nieuniknione.

Pewne wydarzenia są bowiem całkowicie przewidywalne – jak na skutek ścierania się zimnych i ciepłych mas powietrza musi powstać burza, tak możemy spodziewać się pewnych określonych efektów, kiedy próbujemy podać kotu tabletkę, przypiąć mu smycz i zabrać na spacer (aczkolwiek jestem w posiadaniu pewnego dowodu anegdotycznego, że to jednak możliwe!), czy postawimy w domu kota choinkę. A jednak mimo to za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, prawda?

Wszystkie są świetne w swojej prawdziwości, ale moją ulubioną zdecydowanie jest opowieść (chociaż bardziej może przypowieść?) o odchudzaniu „puszystego, ale szczęśliwego” Krokieta, zawierająca relację jego diety z godziny na godzinę, niczym napad na mennicę królewską.

Lekki język, komizm życia codziennego, dużo bardzo kocich kotów i całkiem sporą dawkę wartościowej kociej wiedzy przeplecionej między wierszami gwarantują poprawiająca humor i pożyteczną rozrywkę niezależnie od metryki odbiorcy. Wystarczy tylko umieć czytać!

Dawid Ratajczak, Jak wytresować kota? Historie prawdziwe, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 160 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Grajki Majki: „Kociaki Łobuziaki” Jeffrey D. Allers, Maciej Szymanowicz

Ach, jaka życiowa gra! Każdy z graczy jest właścicielem strasznie zabałaganionego pokoju. Po pokojach w dzikim szale biegają koty – od ściany do ściany, od lampy do krzesła, od szafki do stołu i tak dalej, w zależności od elementów wystroju, które wylosujemy… Oczywiście tratując wszystko, co leży im na drodze, czyli porozrzucane zabawki graczy. A im więcej stratują, tym więcej punktów gracz zbierze. Żeby było jeszcze ciekawiej, trasy kotów wyznacza się kolorowymi sznureczkami. Wymaga to całkiem sporo sprytu i strategicznego myślenia, bo za każdą z zabawek, która znajdzie się pod nitką zyskuje się punkty, a im później zbierze się żeton z punktami za daną zabawkę, tym jego wartość jest wyższa. Trzeba jednak uważać, bo gdy żetony się skończą, możemy zostać bez niczego!

Jeśli ma się na stanie prawdziwe koty, rozgrywka zyskuje dodatkowy poziom trudności, bo sznurki są tym, co kociaki łobuziaki lubią najbardziej. Podobnie jak pudełka od gier i małe elementy, z którymi można zwiewać aż miło.

Chociaż na pierwszy rzut oka gra wydaje się całkiem rozbudowana – głównie ze względu na pieczołowite przygotowania, w którym dzielnie towarzyszą nam zawsze nasze prywatne łobuziaki (ach, któż byłby w stanie oprzeć się tym sznureczkom?), 12 rund mija bardzo sprawnie i rozgrywka faktycznie nie przekracza 20 minut, nawet kiedy gramy z prawieczterolatką, a koty podkradają nam kartoniki z punktami. Super, też że można grać już w dwie osoby!

Świetne ilustracje (nie wiem, jak to działa, że Szymanowicza doceniam dopiero w grach, pierwszy raz zachwyciłam się jego oprawą graficzną w Potwornych Porządkach) i fantastyczny pomysł z bardzo oryginalną koncepcją „pionków”. Nie da się ukryć, że sznureczkami jeszcze nie graliśmy, a dla dziecka to niespodziewanie duże wyzwanie! Już samo nawleczenie nitki na szpulkę wymaga sporo skupienia, a przewleczenie sznureczka przez planszę i to tak, by po drodze nazbierać jak najwięcej fantów, to już naprawdę wyższa szkoła jazdy – i dla paluszków i dla główki przedszkolaka!

I przy tym, jak zawsze w przypadku tego wydawnictwa, bardzo dobra jakość wykonania. Vincenty nam przeżuł chyba każdy element, bo nie sposób upilnować ich wszystkich, szczególnie próbując jednocześnie poznać zasady i mechanikę gry, a nie zostały żadne ślady kocich zębów i śliny. Kocio i dziecioodporna rozrywka dla CAŁEJ rodziny, włącznie z jej futurystami członkami.

Kociaki Łobuziaki
Autor: Jeffrey D. Allers
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)