Czas na czytanie: „Gambit” Marcin Siembieda

Macie tak czasami, że idąc za prozą ulubionego autora sięgacie po gatunki, które nie leżą w sferze waszych zainteresowań? Robiłam w życiu kilka podejść do klimatów drugiej wojny światowej i zawsze raczej z miernym skutkiem. Aż do teraz. Bo z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gambit” to pierwsza powieść wojenna, która naprawdę mi się podobała. No, może poza „Kamieniami na szaniec”, ale to jednak trochę inny etap czytelniczego życia.

DSC_0115

Dwie poprzednie powieści Macieja Siembiedy polubiłam między innymi za jego głównego bohatera i początkowo było mi trochę żal, że kolejna książka nie należy do jednego z moich najulubieńszych cykli, ale jeśli już musze wymienić Jakuba Kanię na kogoś innego, to Wanda Kuryło jest idealnym pocieszeniem. Silna babeczka, snajperka, działaczka konspiracyjna, superszpieg – aż miło czytać, bo girl power zdaje się być jedną z myśli przewodnich tej powieści. I to w zupełnie naturalny, pozbawiony jakiejkolwiek nachalności sposób! Szczególnie, że to postać niepozbawiona wad, wątpliwości, popełniająca błędy, wychowana i żyjąca w tyglu kultur i narodowości. A do tego będąca na tropie bezcennego skarbu – tak innego od złota, dzieł sztuki i kosztowności, a jednocześnie jeszcze od nich cenniejszego, bo mogącego całkowicie odmienić losy wojny i, co za tym idzie, całego świata.

Ale wiecie co jest najbardziej niesamowite? Że poszukiwania owianego tajemnicą skarbu nie są tu wcale najbardziej emocjonujące i wbrew pozorom to nie one sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. To splątana i kompletnie nieprawdopodobna historia okołowojennych losów jej kilkorga bohaterów, nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Ktoś kiedyś powiedział, że fantastyka musi mieć w sobie co nieco z realizmu, bo inaczej ludzie nie chcieliby jej czytać, a najbardziej zdumiewające historie to te pisane przez życie. Tak jest i w tym przypadku, bo zdumiewające przypadki braci Ostrowskich w książce to historia oparta na faktach. I poznana krok po kroku w równie niezwykły sposób, co mityczne poszukiwania skarbów.

Styl autora jak zwykle nie pozostawia najmniejszego marginesu na jakiekolwiek krytyczne uwagi, a umiejętność ukazywania potworności wojny bez uciekania się do naturalistycznych opisów po raz kolejny mnie zdumiewa.

Trochę powieść wojenna, trochę szpiegowska, trochę detektywistyczna. Z subtelną nutą romansu, muśnięta przesądnym podmuchem łemkowskiej powieruchy. Być może jest też troszkę przeklęta, co kiedy już się po nią sięgnie, to nie sposób odłożyć aż do ostatniej strony.

Maciej Siembieda, Gambit, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 416 s.

Za kilka zarwanych nocy przy lekturze serdecznie dziękuję autorowi.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO ”Czas burzy” Adrian Grzegorzewski

Nigdy nie byłam wielbicielką powieści wojennych. Tak naprawdę jedyną książką w tym klimacie, którą w życiu czytałam, jest „Złodziejka książek”. Moja przerośnięta wrażliwość sprawia, że smutno mi na widok gołębia z jedną nogą, wyobraźcie sobie zatem do jakiego stanu doprowadzają mnie okropieństwa wojny. Dlatego też nigdy nie sięgnęłam po „Czas tęsknoty” – pierwszą część historii Grzegorzewskiego. Do zapoznania się z tą lekturą przekonała mnie jednak obietnica poczucia choć przez chwilę klimatu okupowanej Warszawy. No i, nie ukrywajmy, chęć spróbowania czegoś nowego.

_20170424_144905

I nie rozczarowałam się, bo Warszawa w tej książce jest cudowna. Czarowne i śmiertelnie niebezpieczne miejsce, w którym w jednym momencie gruchasz z ukochaną nad brzegiem Wisły, a w drugim ukrywasz się po podwórkach przed śledzącym Cię uzbrojonym nieznajomym. A pragnienie zjedzenia pączka w eleganckim i kultowym lokalu Bliklego, może się skończyć tragicznie. To też miasto, w którym można zorganizować prywatny seans kinowy w środku nocy dla swojej świeżo upieczonej narzeczonej. Miasto wielu twarzy, nieprzewidywalne i magiczne, z wyjątkowo rozbudowanym aparatem konspiracji. Tym bardziej bolał akt bezwzględnego zniszczenia, jaki dokonywał się na tym pięknym mieście podczas opisywanego powstania. Ludzie, miejsca, urok i historia zmiecione z powierzchni ziemi – to coś, czego, podobnie jak mieszkańcy z kart powieści, nie mogłam powstańcom wybaczyć.

Choć nie znałam wcześniejszych losów bohaterów, nie czułam się z tego powodu zdezorientowana. Najważniejsze wydarzenia z ich przeszłości zostały nienachalnie wspomniane wprowadzając nowego czytelnika w temat, a wzajemne relacje i portrety psychologiczne głównych postaci szybko dały się poznać podczas okrutnej i zaskakującej gry losu, którą wojenna zawierucha zgotowała bohaterom Grabowskiego. I mimo, że nie udało mi się polubić żadnej z pierwszoplanowych postaci – ani zmiennego uczuciowo Piotra, niby wiernego, a jednak kochliwego bawidamka, ani egzaltowanej i nadmiernie bohaterskiej Swiety, ani narwanej i nieco dwulicowej Marty – nie byłam w stanie nie przejąć się ich losem i im nie współczuć, choć ten romansowy trójkąt (a momentami czworo-, a nawet pięciokąt) budził we mnie niesmak. Uwielbiam za to drugoplanowe sylwetki starego, doświadczonego przez życie Witalija i znającego granice Kuby „Hucuła”.

Tak uwielbiana przeze mnie malowniczość opisów, w przypadku tej powieści okazała się być mieczem obusiecznym – bo autor jest w tym świetny. Ale równie obrazowo opisuje piękno krajobrazu, klimat miasta i bestialstwo mordów. Przy lekturze wyobraźnia działa na pełnych obrotach. Nie ukrywam, że moja wrażliwość na krew i tragedię została wystawiona na ciężką próbę. Ale wiedziałam, na co się piszę i ani trochę nie żałuję.

Bo odmalowany przez Grabowskiego świat, choć przecież fikcyjny, wydaje się być przerażająco bliski i prawdziwy. Pomaga w tym niewątpliwie częste nawiązywanie do historycznych postaci i wydarzeń oraz wyszperane w odmętach historii i wspomnień „smaczki” jak żółwie w roli chodzących konserw, czy paczki od Bliklego wysyłane na Pawiak. Podobnie jak szczęśliwe zakończenie bez szczęśliwego zakończenia. Życie i bajki to w końcu dwie zupełnie inne rzeczy, ale nie tylko hollywoodzki happy end może dać spokój i szczęście. A szczęście, o dziwo, może istnieć mimo bólu, straty i tęsknoty.

Co mi się nie podobało? Prorocze sny i rozmowy z duchami to już zupełnie nie moje klimaty. Nawet jeśli tego rodzaju paranormalne zdarzenia dzieją się jedynie w głowach bohaterów i są sposobem na radzenie sobie z traumą, swoistym katalizatorem pozwalającym uporać się z ogromem straty i samotności. Moim zdaniem takie zbiegi bardziej szkodzą fabule niż pomagają.

Ta opowieść to nie tylko historia trójki zakochanych szukających swojego szczęścia mimo przeciwności losu, ale przede wszystkim obraz miłości samej w sobie. To historia miłości w starciu z hekatombą wojny. Miłości romantycznej, przyjacielskiej i rodzicielskiej. To historia o nadziei i jej utracie. O niestrudzonych poszukiwaniach, o wolności i o wierności, o marzeniach i o pragnieniu zemsty. O niewyobrażalnym okrucieństwie, do jakiego potrafi posunąć sie człowiek. O strachu i niepewności jutra. O próbach ocalenia siebie podczas gdy wszystko wokół sypie się w gruzy. I jednocześnie o pomocy innym nawet za cenę utraty samego siebie.

Barwo panie Grzegorzewski, na pewno szybko nie zapomnę pańskiej książki! I choć na pewno nie polubię tego gatunku, to warto było przeczytać każdą stronę i każde zdanie „Czasu burzy”.

Adrian Grzegorzewski, Czas burzy, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2017, 411s.
(premiera 26 kwietnia 2017)

Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.