Grajki Majki: „Rycerze” – komiks paragrafowy

To mój pierwszy raz z grą paragrafową i zdaje się, że połknęłam bakcyla!

Czy jest ktoś, kto nie chciał nigdy zostać rycerzem? Teraz to możliwe! Możemy wcielić się w jednego z trzech ambitnych braci i spróbować swoich sił w rywalizacji o możliwość uczestnictwa w morderczym treningu o godność rycerską. Liczy się samozaparcie, uczciwość, spostrzegawczość, wytrzymałość i… instynkt samozachowawczy, bo każda nasza decyzja ma swoje konsekwencje. A konkurenci nie śpią!

W tego rodzaju komiksie czytelnik sam steruje fabułą. Podejmując decyzje wędrujemy po książce kierując się się do określonych pól oznaczonych cyframi zgodnymi z naszym wyborem (przy okazji to świetne ćwiczenie z poznawania cyfr dla młodszych odbiorców). W ten sposób każda rozgrywka jest inna i różnymi gracze mogą trafić w zupełnie różne miejsca i mierzyć się z różnymi wyzwaniami.

„Dziennik bohatera” to tak naprawdę wstęp do przygody mający na celu oswoić nas z mechaniką gry. By dostąpić zaszczytu szkolenia na rycerza musimy zdobyć jak najwięcej bransoletek odwagi wędrując po lasach i wertepach wokół szkoły. Dzięki określonych przymiotach naszego bohatera – sile, odwadze, charyzmie i zręczności – możemy w różny sposób reagować na napotkane sytuacje, na przykład stanąć do pojedynku, albo pertraktować. Warto jednak mierzyć siły na zamiary! Musimy zdobyć konia, broń i pieniądze, a unieść możemy tylko tyle, ile zmieścimy w plecaku, z którym wyruszamy po przygodę, zdążyć odszukać tyle bransoletek męstwa, ile zdołamy i przy tym nie zgubić się w lesie. A mamy na to tylko 5 dni i nocy!

„Dziennik bohatera” to jednak kaszka z mleczkiem. Prawdziwe wyzwania dopiero czekają! Wraz z kolejnymi częściami wzrasta poziom trudności – w „Wiadomości” udało nam się już dostać do szkoły rycerskiej i dzięki temu możemy wybrać jeden z dwóch trybów gry: szybki i uproszczony tryb giermka albo docelowy tryb rycerza, jeśli czujemy się na siłach. A to już nie przelewki! Musimy dostarczyć hrabiemu bardzo ważną wiadomość od króla. Na drodze czekają nas epickie pojedynki z potworami i łamiące główki zagadki, a ich wyniki zależą tak od sprawności umysłu, jak i od szczęścia, bo pojedynki kołem się toczą. Dosłownie. Również karta postaci jest znacznie bardziej skomplikowana, niż w pierwszej części, bo pojawiają się punkty życia i doświadczenia, które zmieniają się po każdym z pojedynków i zależą od broni, którą się posługujemy. Podczas wykonywania zadań natrafimy także na karty specjalne, za które zdobędziemy atrakcyjne bonusy.

Przygody i pojedynki to za mało? Na złaknionych skarbów czeka trzecia część „Rycerzy” – kolejna rycerska misja! „Ukryte miasto” to nie tylko wyprawa po przygody, ale i po atrakcyjne fanty – nasi bohaterowie, uzbrojeni w listę ukrytych skarbów, będą eksplorować legendarne miasto na tropikalnej wyspie. I tym razem czekają nas pojedynki, zagadki i niebezpieczeństwa, tylko w bardziej atrakcyjnej scenerii – mapy, krwiożercze kościotrupy, drogocenne świecidełka, zamknięte skrzynie… na pewno czujecie te klimaty. Dużym ułatwieniem jest fakt, że w przypadku tej przygody nie zmienia się już wzór karty postaci, koło pojedynków również zostaje – po prostu zamiast kart specjalnych z „Wiadomości”, mamy listę skarbów do odkrycia. Tym bardziej przyda się spostrzegawczość i hart ducha. Również w tej części możemy wybrać miedzy uproszczonym trybem giermka, a standardową rozgrywką rycerza.

Bardzo doceniam, że karty postaci i wszystkie te elementy, które powinno się wypełnić i wyciąć z książki można również pobrać ze strony internetowej wydawnictwa, dzięki czemu książki nie jest „jednorazowego użytku”.

Super rozrywka i dla młodszych i dla starszych graczy. Trochę komiks, trochę książka, trochę gra. Strasznie fajnie nie tylko poczuć się bohaterem czytanej historii za sprawą siły  wyobraźni, ale i mieć realny wpływ na jej przebieg!

Rycerze. Dziennik bohatera
Rycerze 2. Wiadomość
Rycerze 3. Ukryte miasto

Autorzy: Shuky, Waltch, Novy
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 1
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Czas na czytanie: „Folwark Zwierzęcy” George Orwell, ODYR

To już druga adaptacja książki z klasycznego kanonu, którą czytam jako powieść graficzną i naprawdę mogłabym się do tego przyzwyczaić. Może nie jako wersję mającą zastąpić oryginalny tekst, ale jako powtórka po latach (albo na przykład przed egzaminem) sprawdzi się bardzo dobrze.

Pamiętam, że akurat „Folwark zwierzęcy” był jedną z tych lektur, które czytało się raczej chętnie – niedługa, pozbawiona ozdobników stylistycznych, zwięzła i na temat, przemawiająca do wyobraźni, mimo, że w podstawówce mało kto traktuje taką tematykę jako aktualny problem, a nie relikt przeszłości. Wydaje mi się, że „Folwark” nie jest książką, której atrakcyjność trzeba podnosić ale i tak adaptacja graficzna wyszła jej zdecydowanie na plus, ilustracje jeszcze bardziej dodają powieści klimatu.

Bo i sposób ilustrowania został idealnie dopasowany – Odyr przedstawił rzeczywistość folwarku bardzo w stylu traktorzystek i podawania cegły. I chociaż jako realizm socjalistyczny raczej nie odnalazłaby aprobaty, bardzo dobrze działa na wyobraźnię odbiorcy i jest bardzo dobrym dopełnieniem treści utworu. A i czyta się przyjemniej, a już na pewno bardziej sprawnie, bo tekst został oczywiście odpowiednio dopasowany do nowej formy przekazu. I co za tym idzie, skrócony, chociaż nie odczułam w związku z tym jakiegoś szczególnego braku.

Jeśli mam się doszukiwać minusów tego wydania, to jedynym jest różnica formatu, między „Folwarkiem zwierzęcym”, a wydaną na początku roku drugą powieścią graficzną – „Zabić drozda”. I chociaż obie książki, poza pomysłem na komiksową adaptację, nie łączy wiele, chętnie potraktowałabym je jako serię „klasyka graficznie” i ujednoliciła format wydania. Jakoś tak wtedy zawsze łatwiej znaleźć miejsce na półce.

George Orwell, ODYR, Folwark zwierzęcy, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 176 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zabić drozda” Harper Lee, Fred Fordham

Nowe podejście do klasycznego kanonu zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Czy adaptacja stanie na wysokości zadania? Czy ponownie opowiadając znaną historię i poszukując nowych środków wyrazu nie przegapimy (świadomie lub nie) jakiejś istotnej treści? Szczególnie w przypadku tekstu poruszającego tak wiele ważnych i trudnych tematów?

Tym razem naprawdę się udało. Sięgając po komiks nie spodziewałam się, że zarówno narracja z punktu widzenia kilkulatki stykającej się z rasizmem, podziałami klasowymi, wykluczeniem społecznym i ludzkim okrucieństwem, jak i sam przekaz będą równie przejmujące, co w książce Harper Lee.

Przedstawione w formie graficznej sytuacje nie straciły nic ze swojej dynamiki i dramatyzmu. Z powodzeniem udało się również pogłębienie psychologiczne postaci, zarysowanie sytuacji społeczno-politycznej Alabamy lat 30. XX wieku i skomplikowanie ludzkiej natury. Jest inaczej, ale w moim odczuciu równie dobrze.

„Zabić drozda” nie znajduje się obecnie na liście lektur, choć powinna, bo przecież większość opisywanych w niej problemów jest wciąż aktualnych, mimo że współcześnie hipokryzja nienawiść do drugiego człowieka wyrażana jest w odmienny sposób. Myślę, że forma komiksu jest dla młodego czytelnika nie tylko bardziej atrakcyjna, ale przede wszystkim łatwiejsza do przyswojenia – zarówno ze względu na krótszy czas, który trzeba spędzić by poznać treść, jak i na dodatkowy środek przekazu, jakim jest obraz. Ta wersja mogłaby się sprawdzić jako przedmiot szkolnej dyskusji równie dobrze, co oryginał. Bo i jest przecież o czym dyskutować.

Harper Lee, Fred Fordham, Zabić drozda, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 278 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Ojej! Zmalowane” Anna Jankowska, Adam Święcki

Poznajcie Czarusia. To artysta na miarę naszych czasów – charakteryzuje go otwarty umysł, duży potencjał twórczy, bezmiar wyobraźni i rozmach malarskich realizacji – bez chwili wahania realizuje swoje najśmielsze wizje. Czaruś jest też kotem. Pomarańczowym, pluszowym kotem gwoli ścisłości.

Pewnego dnia natchniony Czaruś postanawia wyżyć się twórczo i zupełnym przypadkiem tworzy prawdziwe dzieło sztuki. Które bez wątpienia musi być zaczarowane, bo tam, gdzie artysta widzi kwiecistą łąkę, jego gałgankowi przyjaciele dostrzegają zupełnie inne rzeczy. Jak to możliwe?

„Bo z prawdziwą sztuką to tak dziwnie jest.”

Nie ma wielu książek dla tak młodych odbiorców, które odważnie podejmują temat sztuki. I to sztuki nowoczesnej. A już na pewno nie ma drugiej tak wyjątkowej – „Ojej! Zmalowane” to komiks. Pedagog i mamowa blogerka w duecie ze świetnym rysownikiem stworzyli przesympatyczną, pełną humoru opowieść, która w minimalnej ilości słów zawiera maksimum treści. To komiks o sztuce nowoczesnej, potędze wyobraźni, różnicach w postrzeganiu świata.

Ja po pięciu latach studiowania historii sztuki nie czuję się w pełni komfortowo opowiadając o dziełach sztuki współczesnej, a ta książeczka „rozwaliła” cały problem na kilku stronach. Warto dodać, że to strony składające się głównie z obrazków ;)
Bo owszem, można maluchom dywagować o konotacjach, symbolach i dyskursywnych paradygmatach, ale po co? Skoro sztuką można się po prostu dobrze bawić? I zupełnie przy okazji nauczyć się nazw kolorów, jeśli jeszcze trochę się mieszają.

Krótka historyjka o pomarańczowym kocie wykracza poza granice standardowo wyznaczane przez okładki. Kod QR na okładce otwiera drogę do dalszej zabawy. Właśnie tak – zabawy. Zgodnie z ideą aktywnego czytania autorka przygotowała pomysły na ożywienie swojej historii i jej kontunuowanie nawet po zamknięciu książki. Mamy zatem do wyboru trzy rodzinne gry rozwijające twórcze myślenie, ćwiczące pamięć, umiejętności kojarzenia faktów, skupiania uwagi i pracy w grupie, a nawet bronienie własnego zdania. Wszystkie zabawy oparte są o tematykę kolorów, a do zagrania wystarczą podstawowe przedmioty, które znajdziemy w każdym domu. Ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia, która po kilku wspólnych rozgrywkach zacznie nas ograniczać coraz mniej.

Ale to nie wszystko! Znajdziemy tu również kolorowanki, dzięki którym czytelnik, wraz z Czarusiem, stworzy własne dzieło sztuki (abstrakcyjne lub zupełnie realistyczne, martwą naturę, wedutę, portret, animalistykę albo co tylko przyjdzie na myśl małemu artyście). A sześciostronicowe opowiadanie powie nam więcej zarówno o samym kocie, jak i o całej, znanej z komiksu, sytuacji.

Możemy połączyć opowiadanie z kolorowanką i stworzyć własną czarusiową przygodę. Możemy też wymyślić zupełnie nową historię i stworzyć książkę jedyną w swoim rodzaju.

„Dorośli mówili, że to wielka sztuka, a ja wyobraziłam sobie, że kamienie to zaklęte trolle, puszki to kosmiczne roboty, a śmieci to szczątki dinozaurów. I wtedy dopiero ta cała sztuka od razu zaczęła mi się bardziej podobać.”

Chodźmy, wyobrażajmy!

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Zmalowane, Wrocław: Atomedia, 2017, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

PS. Książeczka dedykowana jest dzieciom od 3 do 7 lat, ale i ja i Majka bawiłyśmy się przednio!

Bajki Majki: Najbardziej misiaste książeczki o misiach

Pluszowy miś jest archetypem przytulanki – jednego z pierwszych przyjaciół maluszka, towarzysza zabaw, odgoniciela smutków i pogromcy strachów. I nawet jeśli dziecko ukochało sobie szczególnie inne mięciutkie zwierzątko (u nas bywa różnie – Bobasa śpi z Żółwiem Stefanem, a w dzień często zmienia ulubieńców – ostatnio szczególnymi względami cieszą się Świnka Peppa i pluszowa sikorka), to jednak chyba nie ma malucha, który nie posiada swojego misiaka. Pluszowe misie towarzyszą nie tylko dzieciom, ale również bohaterom dziecięcych książeczek. Mało tego!  Sami mogą być ich bohaterami! Okazuje się, że pluszowy niedźwiadek jest nie tylko wspaniałym kompanem ale również wdzięcznym podmiotem literackim.

Oto nasze ulubione książeczki z misiami w roli głównej:

„Miś Maksa” Barbro Lindgren, Eva Eriksson – Mocny kandydat na jedną z pierwszych książeczek maluszka. Pełne ciepła ilustracje uzupełniono jednozadaniowymi podpisami zwracającymi uwagę małego czytelnika na wykonywane przez Maksa czynności – misia można tulić, lizać, podgryzać a nawet wrzucić do nocnika – miś i piesek dzielnie towarzyszą chłopcu w każdej zabawie. Cieplutka opowiastka o przyjaźni i dziecięcej codzienności.

“Róźnimisie” Agata Królak – Czym różnią się misie? Mogą być małe albo duże, grube albo chude, odważne albo nieśmiałe, ale wszystkie są przekochane. Ta kartonowa książeczka to wspaniały punkt wyjścia do rozmowy o różnicach i podobieństwach nie tylko wśród misiów. Przyda się również w nauce przeciwieństw. Urzekająco proste, „dziecięce” ilustracje i sympatyczne pyszczki chwytają za serce i małych i dużych.

Pan Łasuch Miś” Adam Święcki – Komiks dla bobasa? Czemu nie! Szczególnie z tak łakomym bohaterem. To nie jest kolejna przytulaśna historyjka o pluszu i uściskach. Tutaj mamy włamanie i zuchwałą kradzież oraz pościg za złodziejaszkiem, gdzie żywe, kontrastowe kolory i rymowane wypowiedzi wzmagają dynamizm akcji. Usiana sytuacyjnymi żartami, opowiadana humorystycznym wierszem opowieść niemalże kryminalna. Ale nie martwcie się – pogoń pszczółek zakończy się traktatem pokojowym ustalonym przy prawdziwych pysznościach.

„Mmmmm” Monika i Adam Świerżewscy – Jeszcze jedna historia o misiu łakomczuszku i wielkim skoku na ul. Tym razem opowiedziana bez użycia ani jednego słowa. Ta zaskakująca książka składa się wyłącznie z przepięknych, jarzących się soczystymi kolorami, pełnych ruchu ilustracji. Trochę książka, trochę film – „Mmmmm” wprowadza malucha w bajkowy świat animacji poklatkowej. Piękna, pomysłowa, doprawiona nutką humoru – można ją oglądać na okrągło. Wyjątkowa książeczka.

„Koala nie pozwala” Rafał Witek, Emilia Dziubak – tej pozycji na Lwie Kanapowym nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. „Grumpy” Koala bawi całą naszą rodzinę już prawie półtora roku i nie nudzi się ani odrobinę. Coś czuję, że do bólu życiowy, przezabawny, cudownie zilustrowany Koala jeszcze długo nie da się zdetronizować. Więcej o Koali pisałam TUTAJ.

„Idziemy na niedźwiedzia” Michael Rosen, Helen Oxenbury – jedna z najfajniejszych książeczek dźwiękonaśladowczych, na jakie trafiłam. Pełna trudów i walki z naturą wyprawa na niedźwiedzia, fantastycznie ilustrowana onomatopejami i obrazkami – na przemian czarno-białymi i barwnymi. A przy czytaniu nie sposób usiedzieć w spokoju – fabuła porywa na równe nogi i skłania do uczestnictwa w przygodzie. Fantastycznie sprawdza się w zabawach ruchowych. Jedyny szkopuł to papierowe strony, które ulegają nieco destrukcyjnej mocy entuzjazmu i dobrej zabawy, podobnie jak nie do końca bezpieczne ostre rogi. Wiem jednak, że od niedawna można dostać również wersję kartonową i chyba tą bym bardziej polecała.

„Kubuś Puchatek” – Klasyka misiowatości. Mały Głupiutki Miś ma już chyba ze sto lat a mimo to chyba nigdy się nie zestarzeje. Głęboko ubolewam nad majkowym brakiem zainteresowania Stumilowym Lasem, bo jak na razie ani czytanie ani animacja jeszcze jej nie wciąga, choć lubi piosenki z bajki i kojarzy bohaterów (ma ich głównie na szczoteczkach do zębów :D ) – całe szczęście przed nami jeszcze duuuużo czasu na Kubusia. Ja za to uległam pokusie i sprawiłam sobie (bo w tym przypadku po prostu nie sposób zasłonić się dzieckiem) najnowszą książkę z opowiadaniami inspirowanymi twórczością A. A. Milnego. „Nowe przygody Kubusia Puchatka” są cztery i każda odnosi się do jednej pory roku, mam zatem ambitny plan czytania jednej co kwartał. Mam nadzieję, że starczy mi cierpliwości!

Seria o Borysie Anne Leblanc – Moje nostalgiczne wspomnienie z dzieciństwa. Najukochańsze książeczki, jedne z niewielu, które zostawiłam sobie na „wieczną pamiątkę” i już niedługo przekażę je swojej córeczce. Pełne uroku przygody w 100% pluszowego misia ilustrowane zdjęciami maleńkich scenek zakomponowanych z zabawek.
Niestety „Borys i śnieg” gdzieś mi przepadła – jeśli ktoś przez przypadek ma na zbyciu, bardzo chętnie oddam za nią nerkę.

Barbro Lindgren, Eva Eriksson, Miś Maksa, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2007, 28 s.
Agata Królak, Różnimisie, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2012, 24 s.
Adam Święcki, Pan Łasuch Miś, Warszawa: Wydawnictwo Tadam, 2017, 20 s.
Monika i Adam Świerżewscy, Mmmmm, Gdańsk: Wydawnictwo EneDueRabe, 2015, 20 s.
Michael Rosen, Helen Oxenbury, Idziemy na niedźwiedzia, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2015, 36 s.
Kate Saunders, Brian Sibley, A.A. Milne, Jeanne Willis, Paul Bright, Nowe przygody Kubusia Puchatka, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2017, 136 s.
Anne Leblanc, Borys grzeczny miś; Borys szuka przyjaciela; Borys pomaga mamie, Poznań: Podsiedlik-Raniowski i Spółka, 1995, 24 s.

A jak to jest u Was? Macie swoich ulubionych misiowych bohaterów? A wasze dzieci? ;)

Czas na czytanie: „Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu” Łukasz Pawlak

Panie i Panowie, przed Państwem najniezwyklejsza biografia artysty na świecie, bo zamknięta w formie komiksu. I to komiksu z dużym poczuciem (często bardzo czarnego) humoru „z jajem” i na kompletnym luzie.

Komiks ten dedykowany jest młodym pasjonatom sztuki lub osobom zupełnie nieobeznanym z tematem, jego zrozumienie bowiem nie wymaga posiadania podstawowej choćby wiedzy z zakresu sztuki, czy historii – wszystkie niezbędne fakty i pojęcia zostaną podane czytelnikowi dosłownie „na talerzu”.

Zarówno życie, jak i dzieła Hansa Memlinga zostały opisane przy użyciu przystępnych, „młodzieżowych” zwrotów, które w zestawieniu z tematem historyczno-artystycznym prezentują się nieco egzotycznie, co tylko przyciąga dodatkową uwagę. Zabieg ten ma na celu zmniejszenie dystansu między czytelnikiem z ery smartfonów i internetowych memów, a XV-wiecznym malarzem słynącym z tematów religijnych. I jest bardzo skuteczny  – Memling przestaje być odległym o ponad 500 lat nieboszczykiem, o którego istnieniu świadczą jedynie historyczne zapiski i kilka machnięć pędzlem po desce. Staje się za to dobrze znanym, zupełnie swojskim „równym gościem”, który chodzi z kolegami na piwo, wpada na szalone pomysły oraz dwoi się i troi, by spełnić oczekiwania swoich zleceniodawców zgodnie z ideą „będzie Pan zadowolony!”. To chyba najlepszy patent na biografię – opisać swojego bohatera tak, żeby po prostu dał się lubić. W przypadku twórcy, o którego życiu nie wiadomo zbyt wiele, autor ma duże pole do popisu.

I chociaż początkowo drażniła mnie „kreska” rysownika (odniosłam wrażenie, że wszystko, co przedstawia jest podejrzanie obłe i zdaje się być włochate?), szybko się do niej przyzwyczaiłam. Okazało się również, że same obrazy ukazane zostały znacznie bardziej restrykcyjnie niż chociażby szczegóły anatomiczne bohaterów komiksu. W przeciwieństwie do biało-błękitno-szarej części narracyjnej, przedstawione zostały przy użyciu pełnej gamy kolorystycznej, co jest dużym plusem i na pewno ułatwi laikowi skojarzenie wizji rysownika z oryginałem.

Ten komiks to spora dawka specjalistycznych informacji nieobarczona specjalistycznym językiem. W dynamicznie rozwijającej się historii autor ukradkiem przemyca nowe pojęcia i „trudne słówka”, dzięki czemu lektura jest zarówno przyjemna, jak i pouczająca, szczególnie dla odbiorcy nie mającego dotychczas dużego kontaktu z językiem sztuki. To naprawdę sprytny sposób przekazywania wiedzy, która najzwyczajniej w świecie „sama wchodzi do głowy”.

To świetna alternatywa dla tradycyjnego wykładu, czy zdobywania wiedzy z nudnawej książki naukowej. Z pewnością będzie odświeżającym urozmaiceniem dla wszystkich uczniów, którzy zmierzą się z tą lekturą. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że autor konstruuje swoją wypowiedź na podobnej zasadzie, z której korzystałam sama sporządzałam swoje notatki z wykładów – prosty język i zabawne porównania pomogą zapamiętać nawet najbardziej zagmatwane fakty, to znany fakt!

Bardzo się cieszę, że gdański ołtarz Memlinga doczekał się wreszcie promocji z prawdziwego zdarzenia. Jego niesamowity potencjał marketingowy już od dawna strasznie się marnował, wspaniale, że w końcu zaczęto z niego korzystać. Ślicznie poproszę więcej takich inicjatyw!

Łukasz Pawlak, Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu, Gdańsk: Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku, 2017, 48