Grajki Majki: „Komnata Strachu”, David Wang, Maciej Szymanowicz

Kiedy napis na pudełku gwarantuje „wielkie emocje”, zawsze jestem nieco sceptyczna. Okazuje się jednak, że nie trzeba wiele, by chęć rywalizacji prześcignęła moje wszelkie oczekiwania i zmieniła mnie w małego potworka, który nagle baaardzo nie lubi przegrywać. Wystarczy jeden prosty czynnik – szybkość.

„Komnata Strachu” to gra z wyjątkowo prostymi zasadami, wymagająca dobrego refleksu i szybkiego kojarzenia faktów, utrzymana w strrrrasznie halloweenowym klimacie. Warto wspomnieć, że wieczorna pora wzmagająca atmosferę nie idzie w parze ze szczególną przytomnością umysłu, co może być dodatkowym utrudnieniem, jeśli jest się takim śpiochem, jak ja.

Każdy z graczy (od 2 do 4) otrzymuje zestaw pięciu żetonów z kolorowymi strachami. Kiedy w komnacie strachów, poprzez wyciągnięcie kart ze stosu, pojawią się potworki (a te zawsze chodzą trójkami), należy jak najszybciej wyciągnąć żetony, które odpowiadają owym potworkom kolorem lub kształtem, a następnie klepnąć w dołączony do zestawu włącznik światła. Brzmi prosto, prawda? Żeby nie było zbyt banalnie, możemy trafić na trzy karty z zadaniami specjalnymi w różnych konfiguracjach, które nieźle mieszają w głowach i na moment wywracają wcześniejszą zasadę (tą łatwą) do góry nogami.

Super sprawdzi się jako pomoc naukowa do ćwiczenia kolorów. Okazuje się bowiem, że mając lat 27 i magistra z historii sztuki nie jestem tak biegła w dopasowywaniu barw, jak mogłoby się to wydawać…

Moim zdaniem z zasadami spokojnie poradzi sobie już bardziej ogarnięty czterolatek. Waham się jednak nieco z włączeniem córki do gry ze względu na tematykę. Chociaż przedstawione przez Szymanowicza strachy są zdecydowanie bardziej sympatyczne i zabawne, niż straszne (no błagam, czy można brać na poważnie różowego pająka?), to jednak strachy i potwory pojawiają się coraz częściej w rozwijającej się wyobraźni mojej przedszkolaczki wyrywając ją ze słodkich snów. Chyba faktycznie poczekam jeszcze troszkę.

Gry wydawane przez Naszą Księgarnię zawsze są porządnie wykonane, zaskoczyła mnie jednak pancerna grubość żetonów. Aż do momentu, w którym po raz pierwszy chciałam rzucić nimi w męża, który znów mnie wyścignął. Niedługo później zamaszysty gest wysuwania strachów przed siebie zrzucił je ze stołu. Teraz już wiem, że tutaj wszystko jest przemyślane i przypadek nie wchodzi w grę.

Łatwa i faktycznie burząca krew w żyłach gra, która zmieści się w torebce. Fajny pomysł na imprezę, bo tłumaczenie zasad to dosłownie trzy minuty, a i sama rozgrywka jest bardzo dynamiczna. Równie trafiony pomysł dla dziecka, które grami szybko się nudzi i nie ma czasu i cierpliwości do zbierania grzybków do koszyczków albo obmyślania strategii działania. Tutaj nuda nie ma wstępu, trzeba szybko ogarniać!

Komnata Strachu
Autor: David Wang
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Djeco „Little observation”

To jedna z pierwszych gier, jakie mieliśmy. Sprawiłam ją Majce jakoś w okolicach 2,5 roku życia, ale moim zdaniem spokojnie da sobie radę i w miarę ogarnięty dwulatek. Może nie za pierwszym razem, a raczej metodą prób i błędów, ale właśnie po to jest ta gra – żeby uczyć poprzez zabawę.

A mianowicie uczyć kolorów.

Zasady są banalnie proste. Trzeba rzucić dwiema kostkami i wśród dziewięciu gumowych motylków odszukać takiego, który kolorystycznie będzie odpowiadał kombinacji kolorów wyrzuconych na kostce. W nagrodę można wybrać sobie żeton z motylkiem. Wygrywa ten z graczy, który uzbiera więcej żetonów.

Nieskomplikowana i pomysłowa. Poza powtórką z kolorów trenuje również spostrzegawczość i koncentrację, a kolorowe motylki mogą posłużyć również do innych, wymyślonych zabaw.

Początkowo dezorientowało nas trochę, że na żetonach nie umieszczono odpowiedników wszystkich opcji kolorystycznych gumowych motylków – myślałam, że kolorów trzeba szukać dwukrotnie, raz wśród motylków gumowych, a potem wśród żetonów-nagród i nieco zniechęcało mnie to niedopatrzenie. Jakiś czas później domyśliłam się (po wyrzucaniu niebiesko-żółtego motylka przez całą grę), że gdyby nagrody przypisane do danego koloru po prostu w pewnym momencie się skończyły, liczenie punktów byłoby niesprawiedliwe. Dlatego zapewne kolorystyka szukanego motylka nie musi mieć związku z motylkiem na żetonie.

Jeśli miałabym szukać jakiegoś minusa, to niestety, po pół roku intensywnego używania, farba z motylich skrzydeł gumowych motylków zaczyna się nieco ścierać. Nie na tyle, żeby było to problemem, ale jednak nie wygląda to estetycznie. Z pozostałymi grami tej firmy nie mamy podobnego problemu.

Dobry i sprawdzony kandydat na pierwszą grę maluszka.

Little Observation
Firma: Djeco
Sugerowany wiek: 2,5-5 lat

Bajki Majki: „Ojej! Zmalowane” Anna Jankowska, Adam Święcki

Poznajcie Czarusia. To artysta na miarę naszych czasów – charakteryzuje go otwarty umysł, duży potencjał twórczy, bezmiar wyobraźni i rozmach malarskich realizacji – bez chwili wahania realizuje swoje najśmielsze wizje. Czaruś jest też kotem. Pomarańczowym, pluszowym kotem gwoli ścisłości.

Pewnego dnia natchniony Czaruś postanawia wyżyć się twórczo i zupełnym przypadkiem tworzy prawdziwe dzieło sztuki. Które bez wątpienia musi być zaczarowane, bo tam, gdzie artysta widzi kwiecistą łąkę, jego gałgankowi przyjaciele dostrzegają zupełnie inne rzeczy. Jak to możliwe?

„Bo z prawdziwą sztuką to tak dziwnie jest.”

Nie ma wielu książek dla tak młodych odbiorców, które odważnie podejmują temat sztuki. I to sztuki nowoczesnej. A już na pewno nie ma drugiej tak wyjątkowej – „Ojej! Zmalowane” to komiks. Pedagog i mamowa blogerka w duecie ze świetnym rysownikiem stworzyli przesympatyczną, pełną humoru opowieść, która w minimalnej ilości słów zawiera maksimum treści. To komiks o sztuce nowoczesnej, potędze wyobraźni, różnicach w postrzeganiu świata.

Ja po pięciu latach studiowania historii sztuki nie czuję się w pełni komfortowo opowiadając o dziełach sztuki współczesnej, a ta książeczka „rozwaliła” cały problem na kilku stronach. Warto dodać, że to strony składające się głównie z obrazków ;)
Bo owszem, można maluchom dywagować o konotacjach, symbolach i dyskursywnych paradygmatach, ale po co? Skoro sztuką można się po prostu dobrze bawić? I zupełnie przy okazji nauczyć się nazw kolorów, jeśli jeszcze trochę się mieszają.

Krótka historyjka o pomarańczowym kocie wykracza poza granice standardowo wyznaczane przez okładki. Kod QR na okładce otwiera drogę do dalszej zabawy. Właśnie tak – zabawy. Zgodnie z ideą aktywnego czytania autorka przygotowała pomysły na ożywienie swojej historii i jej kontunuowanie nawet po zamknięciu książki. Mamy zatem do wyboru trzy rodzinne gry rozwijające twórcze myślenie, ćwiczące pamięć, umiejętności kojarzenia faktów, skupiania uwagi i pracy w grupie, a nawet bronienie własnego zdania. Wszystkie zabawy oparte są o tematykę kolorów, a do zagrania wystarczą podstawowe przedmioty, które znajdziemy w każdym domu. Ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia, która po kilku wspólnych rozgrywkach zacznie nas ograniczać coraz mniej.

Ale to nie wszystko! Znajdziemy tu również kolorowanki, dzięki którym czytelnik, wraz z Czarusiem, stworzy własne dzieło sztuki (abstrakcyjne lub zupełnie realistyczne, martwą naturę, wedutę, portret, animalistykę albo co tylko przyjdzie na myśl małemu artyście). A sześciostronicowe opowiadanie powie nam więcej zarówno o samym kocie, jak i o całej, znanej z komiksu, sytuacji.

Możemy połączyć opowiadanie z kolorowanką i stworzyć własną czarusiową przygodę. Możemy też wymyślić zupełnie nową historię i stworzyć książkę jedyną w swoim rodzaju.

„Dorośli mówili, że to wielka sztuka, a ja wyobraziłam sobie, że kamienie to zaklęte trolle, puszki to kosmiczne roboty, a śmieci to szczątki dinozaurów. I wtedy dopiero ta cała sztuka od razu zaczęła mi się bardziej podobać.”

Chodźmy, wyobrażajmy!

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Zmalowane, Wrocław: Atomedia, 2017, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

PS. Książeczka dedykowana jest dzieciom od 3 do 7 lat, ale i ja i Majka bawiłyśmy się przednio!

Bajki Majki: „Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie Czarów. Moje pierwsze kolory” Alison Oliver, Jennifer Adams

Przygody Alicji to druga książeczka z serii a BabyLit® book wydana w Polsce (o „Małym Szekspirze” pisałam TUTAJ) . Tym razem genialny duet Adams&Oliver wzięły się za historię, za którą nigdy tak naprawdę nie przepadałam i do której po dziś dzień podchodzę raczej sceptycznie. Przyznam szczerze, że mimo sympatii do Kota z Cheshire i Gąsienicy palącej fajkę na grzybku-halucynku, nigdy nie czułam się swojsko w zwariowanej, onirycznej i psychodelicznej Krainie Czarów, gdzie towarzyszył mi nieustanny niepokój.

Za to w tej wersji zakochałam się bez pamięci. Ilustracje Alison Oliver są po prostu przecudowne – śliczne, sympatyczne i pełne humoru. Nieco mnie zaskoczyło, że mimo tak ograniczonego wyboru motywów oraz ich łagodnej, pełnej kolorów i dekoracyjnych szczegółów formie, udało się zachować sporą dawkę tajemniczości i niedopowiedzenia, tak charakterystycznych dla książek Carolla. W uzyskaniu tego efektu z pewnością pomagają zapętlone desenie ułożone z jednego powtarzalnego elementu, stanowiące tło dla kolorowych podpisów o kolorach.

Podobnie jak w książeczce „Romeo i Julia”, każda podwójna strona zajmowana jest przez krótki tekst w dwóch językach po lewej i nawiązującą do niego ilustrację po prawej stronie. Ta pozycja, poza zapoznaniem maluszka z bohaterami najpopularniejszej chyba historii o pośpiechu, wprowadza młodego czytelnika w świat kształtów i kolorów. Znajdziemy w niej między innymi białego królika, czarne buty (bo tylko tyle jest nam dane zobaczyć Alicji, która wpadła do króliczej nory), niebieską gąsienicę, brązowy kapelusz kapelusznika, czy czerwone serca złowrogiej królowej. Buteleczki równej wielkości pomogą w nauce porównywania i stopniowania, zgeometryzowany kot o niezwykle szerokim uśmiechu będzie idealnym towarzyszem w rozróżnianiu kształtów. Nie obejdzie się również bez partyjki krykieta z jeżem i flamingami, zielonych żab i parującej herbaty.

W dodatku książeczka jest naprawdę wytrzymała, jej kartonowe strony dzielnie opierają się wszelkim niszczycielskim zabiegom mojej Małej Destrukcji.

Szkoda, że tylko dwie pozycje z serii BabyLit® doczekały się polskiego wydania, gorąco kibicuję dalszym realizacjom, a sama chyba rozejrzę się za resztą serii w oryginale, szczególnie, że tekstu do tłumaczenia nie ma zbyt wiele, a opowieści i tak czytający snuje zupełnie po swojemu. Jestem pewna, że każdą kolejną adaptację klasyki literatury według Pani Oliver i Pani Adams kupię w ciemno.

To po prostu rewelacja, obie z Maj uwielbiamy i polecamy z całego serca!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie Czarów. Moje pierwsze kolory, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

Środa z Bajkowirem: „Szukaj, łącz, poznawaj. Kolorowe zwierzęta”

BookATron bookATronem, ale Środa z Bajkowirem musi być!

Dzisiaj parę słów o książeczce z ruchomymi klapkami, będącej świetną pomocą przy treningu spostrzegawczości, nauce kolorów i rozwijaniu słownictwa o tematyce zwierzęcej.  Sympatyczne pyszczki bohaterów i intrygująca forma zachęcą każdego molika książkowego do edukacyjnej zabawy w „małego detektywa”.

Recenzję można przeczytać TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Bajki Majki: „Bardzo głodna gąsienica” Eric Carle

Bardzo głodna gąsienica, to kolejny bohater książeczki dla dzieci, z którym osobiście bardzo się identyfikuję. Żarłoczna malutka gąsieniczka od razu po wykluciu rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu czegoś pysznego do zjedzenia. Niesamowita z niej szczęściara, bo na swojej drodze trafia na same smakowitości – od owoców, przez listki aż po czekoladowe ciasteczko i kiszonego ogórka. A że straszny z niej obżartuch, to próbuje wszystkiego i to wcale nie po troszku. Suma summarum pod koniec lektury nie jest już „ani mała, ani głodna”, za to idealna do przepoczwarzenia się w motylka. Jaki z tego morał dla maluszków? Jedz grzecznie wszystkie smaczne kąski, które podsuwa Ci mama, a wyrośniesz na pięknego motylka. Albo tłuściutką, ale szczęśliwą gąsieniczkę ;)

Razem z zieloną bohaterką dziecko poznaje nazwy przysmaków, ich kolory, dni tygodnia i liczby. Ponadto uczy się ciekawości otaczającego go świata przyrody.

Wszędobylska gąsieniczka jest urocza, a ilustracje Erica Carle wyjątkowe. Dodatkowo książeczka jest niemalże pancerna, a „stopniowane” strony i malutkie dziurki zachęcają małe paluszki do aktywności – doskonały trening w przewracaniu kartek i pokazywaniu przedmiotów palcem.

Genialna pozycja i dla łakomczuszka i dla wybrednego niejadka. Gwarantuję, że i jednemu i drugiemu w czasie czytania pocieknie ślinka.

Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2015, 24 s.

Bajki Majki: „Popatrz i dopasuj. Kolory” Jacques Beaumont i Mélusine Allirol

A oto i pierwsza Majowa książeczka-układanka. Ta kilkustronicowa niewielka kartonówka podzielona jest na siedem „sekcji” kolorystycznych – w każdej znajduje się po kilka obrazków w danym kolorze – na przykład kolor czerwony reprezentują truskawka, biedronka, czereśnie i czerwona rybka. Jedenaście z nich to wyjmowane puzzle, które należy dopasować w odpowiednie miejsce.

Maj dostała tą pozycję mając 10 miesięcy i początkowo najbardziej interesowało ją wyciąganie ruchomych elementów z grubych kartonowych stron (najpierw przy pomocy rodzica, który delikatnie podważał dany element, potem już samodzielnie). Obecnie (14 miesięcy) zaczynaj już powoli szukać i dopasowywać puzelki w odpowiednie miejsca, choć jeszcze nie wciska ich do środka. I często robi własne kompozycje ;)

Obrazki są proste, kolorowe i urocze. Grube, tekturowe strony gwarantują dużą wytrzymałość i były nieocenione w pierwszych próbach samodzielnego kartkowania książeczek. Minusem jest mała wytrzymałość ruchomych elementów – po kontakcie z dziecięcą ślinką rozmiękają i odchodzi od nich folia z barwnym nadrukiem – trzeba jednak pamiętać, ze jest to książeczka dedykowana dzieciom, które już przestają brać wszystko do buzi.

Bardzo fajna pomoc w nauce kolorów i kształtów, pełni również funkcję małego słowniczka i jest świetnym treningiem małej motoryki – paluszki zdecydowanie mają co robić ;)

UWAGA! Książka jest oznakowana jako nieodpowiednia dla dzieci poniżej 3 lat, gdyż zawiera drobne elementy, które grożą zadławieniem. Mimo, że akurat ta książeczka z serii ma całkiem spore „puzzle”, które nie mieszczą się całe w małej buźce (a Bobasa próbowała bardzo wytrwale), to jednak pozwalam jej bawić się tą pozycją wyłącznie pod nadzorem. Zawsze trzeba zachować ostrożność, szczególnie że inne pozycje z serii „Popatrz i dopasuj” mają mniejsze elementy – z tego powodu nie zdecydowałam się na „Dinozaury” i „Zwierzęta”, które były rewelacyjne. Czasem trzeba poczekać aż dziecko podrośnie.

Jacques Beaumont i Mélusine Allirol, Popatrz i dopasuj. Kolory, Ożarów Mazowiecki: Firma Księgarska Olesiejuk, 2016, 8 s.