Bajki Majki: „Mały Książę dla najmłodszych” na podstawie dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry’ego

Klasyka dla najmłodszych? Jestem jak najbardziej na tak, co można wywnioskować z moich recenzji „Alicji w Krainie Czarów” i „Romea i Julii”. Na dobre książki nigdy nie jest za wcześnie! Chociaż w tym przypadku pierwowzór został potraktowany bardziej „na serio”.

Tym, za co uwielbiam Małego Księcia (oczywiście poza ponadczasowym przesłaniem, kumulacją uniwersalnej mądrości i lisem) są ilustracje. Serce krwawi mi za każdym razem, kiedy widzę kolejne wydania tej powieści w nowych odsłonach – filmowych okładkach, czy z odmienioną szatą graficzną. Odautorskie ilustracje są dla mnie nieodłączną częścią historii o chłopcu, który chciał mieć baranka i niesamowicie cieszy mnie pomysł, by wprowadzić je do świata maluszka.

„Mały Książę dla najmłodszych” to całokartonowa książeczka o bezpiecznie zaokrąglonych brzegach. Jej grubość i format są bardzo przyjazne dla małych rączek – mogą bez problemu samodzielnie operować książką, która zabierze małego czytelnika w świat największego, choć niewielkiego myśliciela.

Na każdej z wielokolorowych stron umieszczono jedną, mniej lub bardziej rozbudowaną, ilustrację opatrzoną cytatami dotyczącymi danego bohatera lub przedstawionej sytuacji.

I choć przytoczono chyba wszystkie najbardziej znane mądrości, zostały one potraktowane dość wyrywkowo i nie wystarczą do zrozumienia całego kontekstu. Przyznaję jednak, że całkiem sprawnie zamykają w sobie fabułę powieści. Moim zdaniem jednak niezbędna będzie pomoc rodzica, który opowie, dopowie i wytłumaczy. I co tu dużo mówić – to jest super! Czy można sobie wymarzyć lepszy pretekst do odświeżenia sobie (lub poznania od podstaw, jeśli ktoś nie miał jeszcze tej przyjemności) historii Małego Księcia, niż chęć przybliżenia jej dziecku?

Że książeczka jest piękna, to oczwista oczywistość. Że jest mądra to kolejny pewnik. Jest też trudna i stanowi wyzwanie i dla dziecka i dla rodzica. Ale z pewnością warto je podjąć, bo Mały Książę to przyjemność w każdym calu!

I jeśli coś mi się tu nie podoba, to chyba tylko odmiana nazwiska autora na okładce :P

Antoine de Saint-Exupéry (na podstawie), Mały Książę dla najmłodszych, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2016, 12 s.

 

 

Bajki Majki: „Pajączek” Eric Carle

Jakiś czas temu pisałam o „Bardzo głodnej gąsienicy” – dzisiaj przyszła pora na drugą książeczkę Erica Carle, której bohaterem jest drobne stworzonko. I choć w tej kartonówce nie przewidziano miejsca na dziury, jest równie ciekawa i potrafi zająć dziecko na długie minuty .

Pewnego słonecznego dnia w gospodarstwie pojawia się nowy mieszkaniec – malutki Pajączek, którego wiatr wraz z babim latem przyniósł na płot zagrody. Nie tracąc czasu ucieszony Pajączek zabrał się za tkanie sieci. Tymczasem kolejne zwierzątka podchodzą do niego przez cały dzień zapraszając go do udziału w różnych praktykowanych przez siebie aktywnościach – od skubania trawki, przez polowanie na koty aż po błotną kąpiel. Pajączek jednak nie daje się skusić i pracowicie tka swoją pajęczynę. A wysiłek się opłaca, bo po skończonej pracy w jego sieć wpada mucha i wytrwały stawonóg idzie spać z pełnym brzuszkiem.

I chociaż główny bohater jest nieco aspołeczny i nie najlepiej radzi sobie z nawiązywaniem nowych znajomości, jego samozaparcie i pracowitość są godne podziwu.

Książeczka przede wszystkim uczy małych czytelników wytrwałości i pilnowania swoich obowiązków. Świetnie sprawdzi się również jako ćwiczenie utrwalające nazwy i dźwięki wydawane przez wiejskie zwierzątka oraz pomoże zapamiętać ich zwyczaje. Dodatkowym szczegółem, który przyciąga uwagę dziecka jest delikatne uwypuklenie pajęczej sieci i wykropkowanie ciałek muchy i pająka – dzięki temu książeczkę czyta się przy użyciu kilku zmysłów angażując jednocześnie wzrok, słuch i dotyk – to również świetny trening wrażliwości dla małych paluszków.

Całokartonowa książeczka została wydana w naprawdę wygodnym formacie (bardzo sobie z Maj cenimy te pozycje, które równie komfortowo czyta się wspólnie – u mamy na kolanach, co samodzielnie), a charakterystyczne dla autora, niebanalne „wycinankowe” ilustracje cieszą zmęczone wszechobecną pastelozą oczy.

Pajączki wcale nie są takie straszne, jakby się mogło wydawać! Ten osobnik okazuje się bardzo sympatyczny, a dzieci głaszczą go na wyścigi ;)

Eric Carle, Pajączek, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2014, 26 s.

Środa z Bajkowirem: „Przeciwieństwa” Marianna Oklejak

Są książki ładne i są książki piękne. A ta jest po prostu przepiękna!

Czasami tak wychodzi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie” i chyba właśnie nadszedł czas, że dopadło mnie to oklepane prawidło. Już półtora roku buszuję po świecie literatury dziecięcej i co chwila zachwycam się czymś nowym – wydawało mi się, że jestem już choć trochę obeznana w temacie. A tu niespodzianka – przegapiłam ilustracje Marianny Oklejak! Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać, ale może to i lepiej, bo mogę się nią pozachwycać teraz.

Na pierwszy ogień idzie urocza kartonówka dla zupełnych maluszków – niewielka książeczka do nauki przeciwieństw. O ją wyróżnia?
Po pierwsze – choć oszczędna w słowach, jest pięcio(!)języczna.
Po drugie – ilustracje to absolutne mistrzostwo świata.

Autorka niejednokrotnie sięga po motywy ludowe przepuszczając je przez pryzmat współczesnego świata. Mamy zatem supermena szybującego wśród koronkowych chmur, brodatego dj’a wytatuowanego od stóp do głów w łowickie wzory, pływaków dryfujących wśród fal z ornamentów i wiele innych smaczków. To naprawdę poruszające odnaleźć taki diamencik wśród wszechobecnej tandety i pastelozy – szczególnie dedykowanej małym dzieciom.

Całą recenzję można znaleźć TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Polecam całym sercem, Maja „czyta” ją kilka razy dziennie jak zahipnotyzowana.

P.S. Od przyszłego tygodnia linki do wpisów na Bajkowirze będę udostępniać wyłącznie na fb i instagramie – te media lepiej sprawdzają sie w tej funkcji. Śledźcie Lwa Kanapowego, żeby niczego nie przegapić!

Bajki Majki: „Oto jest ogród” Hector Dexet

Szanowni Państwo, przed państwem Ogród! Chociaż tego autora na pewno nie trzeba specjalnie przedstawiać, przypomnę tylko, że jest prawdziwym mistrzem „dziurawych książek”. I już na pierwszy rzut oka widać, że ta pozycja jest siostrą bliźniaczką „A co to?”, znanej już z mojej zeszłotygodniowej recenzji.

Również w tym przypadku mamy do czynienia z charakterystyczną dla Dexeta stylistyką opartą na prostych, zgeometryzowanych formach i kontraście intensywnych, „niemieszanych” kolorów.

Przyznam szczerze, że ta książeczka podoba mi się jeszcze bardziej, właśnie ze względu na jednolitą tematykę. „A co to?” było jedną wielką zagadką i miszmaszem ciekawostek, a każda strona prezentowała „cosia” zaczerpniętego z zupełnie innej bajki. Tym razem wszystko jest bardziej poukładane i mniej więcej wiadomo czego się spodziewać. Choć i tak bywa zaskakująco!

Jak sama nazwa wskazuje, książeczka zgłębia tajemnice ogrodu i jego maleńkich mieszkańców. Oparta jest na tym samym schemacie – jedna strona przedstawia jakiś obiekt, druga jego metamorfozę (czy to faktyczną, czy wynikającą ze zmiany punktu widzenia), a cały proces jest tym ciekawszy, że wsparty dziurami i dziurkami. Dowiadujemy się zatem kto mieszka w starym drzewie, a kto ukrywa się pod opadniętymi liśćmi, mamy szansę zaobserwować przemianę gąsienicy w motyla (podczas, gdy sama gąsienica przesypia ten proces ;)), towarzyszymy biedronkom w ich wielkiej wodnej przeprawie i mrówkom w zbieraniu resztek po pikniku.

Podobnie jak w przypadku poprzednich książek tego autora, bohaterowie, choć zbudowani z kilku prostych, barwnych kształtów, budzą sympatię uśmiechami i zaciekawienie tajemniczymi spojrzeniami kierowanymi w stronę widza. I choć we mnie czerwone oczy niektórych białych gąsienic budzą bliżej nieokreślony niepokój, tak Majka bardzo je lubi.

To kolejna oszczędna w słowach i formie, a jednocześnie przebogata w pomysły pozycja dla maluchów. Polecam ją dzieciom w wieku około 18 miesięcy – podobnie jak „A co to?” wydana została na sztywnym kartonie, ale już nie tak grubym jak w przypadku „Kto zjadł biedronkę?”. Większy format i ilość stron również sugerują już nieco starszego odbiorcę (uch, ach, dojrzałość tak bardzo!). Choć nieco mniej dziecioodporna, jak na razie, odpukać, bardzo dobrze się trzyma i nie poddaje się zabiegom mojej małej Destrukcji. A, że pełni zaszczytną rolę „hiciora ostatnich tygodni”, targamy ją ze sobą wszędzie – przede wszystkim na dwór i do ogrodu ;)

Jak zawsze u Dexeta – to lektura fantastycznie rozbudzająca ciekawość, umiejętność tworzenia skojarzeń i wyobraźnię. Dziurki nęcą niesamowicie wszystkie małe paluszki i trenowanie motoryki małej zdaje się być zaledwie skutkiem ubocznym świetnej zabawy w poznawanie świata. Zaskakująca, fascynująca, pomysłowa, abstrakcyjna. I roi się w niej od pulchnych robaków!

Hector Dexet, Oto jest ogród, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2017, 36 s.

Bajki Majki: „A co to?” Hector Dexet

„Dziurawe” książki to u mojego półtoraroczniaka podobny pewniak, co książeczki z okienkami. Wspominając sympatię, jaką jeszcze do niedawna cieszyła się u nas książeczka „Kto zjadł biedronkę?”, skusiłam się na kolejną pozycję tego samego autora.

Tym razem dziur jest znacznie więcej ;) Malutkich i całkiem sporych, okrągłych, kwadratowych, palczastych, kocich i o zupełnie niezidentyfikowanych, skomplikowanych kształtach.

To książka, która rozwija wyobraźnię przestrzenną i ciekawość świata, trenuje spostrzegawczość, zachęca do zadawania nawet najbardziej szalonych pytań i wciskania paluszków we wszelkie możliwe dziurki ;)

Podczas lektury mały molik książkowy dowie się między innymi jakie stworzonka wykluwają się z jajek, kto wygryza dziury w serze, gdzie chowa się biały królik i gdzie mieszkają nienarodzone jeszcze dzidziusie. Spora dawka humoru i niebanalność poruszanych tematów mają w sobie coś, co potrafi zaciekawić nawet dorosłego, przyznaję, że za pierwszym razem sama nie mogłam się oderwać. I tego właśnie oczekuję szukając książeczki interaktywnej – żeby czytanie jej było świetną, angażującą zabawą!

Kolejny jestem pozytywnie zaskoczona paletą żywych, intensywnych i kontrastowych kolorów, prostotą rysunków i sympatią, jaką potrafią wzbudzić zupełnie prozaiczni bohaterowie.  Książka jest dość gruba, a mimo to stosunkowo lekka, nadaje się do samodzielnego przenoszenia i oglądania (dzięki zaokrąglonym brzegom pozwalam na to bez stresu), ale również całkiem wygodnie czyta się ją wspólnie z bobasem na kolanach. Jedyny minus to dość cienkie (choć kartonowe) strony. W przypadku skomplikowanych okienek ta grubość niestety się u nas nie sprawdziła i moja niezwykle zaciekawiona wyciętymi paluszkami Destrukcja bardzo dokładnie je powyginała. Zalecam zatem nadzór osoby dorosłej dla bezpieczeństwa książki ;)

Bardzo fajna propozycja dla ciekawych świata maluchów.

Hector Dexet, A co to?, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2017, 36 s.

Środa z Bajkowirem: „Spanie” Liesbet Slegers

Pamiętacie przesympatyczną kartonówkę o małym chłopcu i jego pierwszych przyjaźniach, którą opisywałam jakiś czas temu? Jeśli nie, to koniecznie zajrzyjcie TU dla przypomnienia, potem zajrzyjcie na Bajkowir, gdzie opisałam nasze wrażenia z lektury drugiej części przygód tego malucha – tym razem czytelnik towarzyszy mu w przygotowaniach do snu.

Chociaż nasz wieczorny rytuał znacząco różni się od tego zaproponowanego przez autorkę, Maja z przyjemnością obserwuje jak bohater zakłada piżamkę w groszki i kapciuszki, grzecznie wypija wieczorną porcję mleka, ogląda książeczkę na dobranoc, przytula misia i bez grymaszenia kładzie się do łóżeczka.

I choć ta pozycja ma malutkie wady (gdzie prysznic i mycie ząbków po kolacji? – pytam jako troskliwa i nieco zbulwersowana tym uchybieniem mama), jest kolejną lekturą, która świetnie zdaje egzamin podczas naszych wieczornych czytanek.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Bajki Majki: „Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie Czarów. Moje pierwsze kolory” Alison Oliver, Jennifer Adams

Przygody Alicji to druga książeczka z serii a BabyLit® book wydana w Polsce (o „Małym Szekspirze” pisałam TUTAJ) . Tym razem genialny duet Adams&Oliver wzięły się za historię, za którą nigdy tak naprawdę nie przepadałam i do której po dziś dzień podchodzę raczej sceptycznie. Przyznam szczerze, że mimo sympatii do Kota z Cheshire i Gąsienicy palącej fajkę na grzybku-halucynku, nigdy nie czułam się swojsko w zwariowanej, onirycznej i psychodelicznej Krainie Czarów, gdzie towarzyszył mi nieustanny niepokój.

Za to w tej wersji zakochałam się bez pamięci. Ilustracje Alison Oliver są po prostu przecudowne – śliczne, sympatyczne i pełne humoru. Nieco mnie zaskoczyło, że mimo tak ograniczonego wyboru motywów oraz ich łagodnej, pełnej kolorów i dekoracyjnych szczegółów formie, udało się zachować sporą dawkę tajemniczości i niedopowiedzenia, tak charakterystycznych dla książek Carolla. W uzyskaniu tego efektu z pewnością pomagają zapętlone desenie ułożone z jednego powtarzalnego elementu, stanowiące tło dla kolorowych podpisów o kolorach.

Podobnie jak w książeczce „Romeo i Julia”, każda podwójna strona zajmowana jest przez krótki tekst w dwóch językach po lewej i nawiązującą do niego ilustrację po prawej stronie. Ta pozycja, poza zapoznaniem maluszka z bohaterami najpopularniejszej chyba historii o pośpiechu, wprowadza młodego czytelnika w świat kształtów i kolorów. Znajdziemy w niej między innymi białego królika, czarne buty (bo tylko tyle jest nam dane zobaczyć Alicji, która wpadła do króliczej nory), niebieską gąsienicę, brązowy kapelusz kapelusznika, czy czerwone serca złowrogiej królowej. Buteleczki równej wielkości pomogą w nauce porównywania i stopniowania, zgeometryzowany kot o niezwykle szerokim uśmiechu będzie idealnym towarzyszem w rozróżnianiu kształtów. Nie obejdzie się również bez partyjki krykieta z jeżem i flamingami, zielonych żab i parującej herbaty.

W dodatku książeczka jest naprawdę wytrzymała, jej kartonowe strony dzielnie opierają się wszelkim niszczycielskim zabiegom mojej Małej Destrukcji.

Szkoda, że tylko dwie pozycje z serii BabyLit® doczekały się polskiego wydania, gorąco kibicuję dalszym realizacjom, a sama chyba rozejrzę się za resztą serii w oryginale, szczególnie, że tekstu do tłumaczenia nie ma zbyt wiele, a opowieści i tak czytający snuje zupełnie po swojemu. Jestem pewna, że każdą kolejną adaptację klasyki literatury według Pani Oliver i Pani Adams kupię w ciemno.

To po prostu rewelacja, obie z Maj uwielbiamy i polecamy z całego serca!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie Czarów. Moje pierwsze kolory, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

Bajki Majki: „Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry” Alison Oliver, Jennifer Adams

Czy roczny molik książkowy jest jeszcze zbyt mały na poważne arcydzieła światowej literatury? Jennifer Adams, autorska serii książeczek dla najmłodszych a BabyLit book udowadnia, że wcale nie!

„Mały Szekspir. Romeo i Julia” nie tylko pomoże maluchowi oswoić się z bohaterami jednego z najpopularniejszych romansów wszechczasów, ale również wprowadzi go w świat kolorów i cyfr oraz rozwinie słownictwo, uwaga, w dwóch językach. Zgrany duet pisarki i ilustratorki wyciągnął najciekawsze elementy tego kanonicznego dzieła i w nieskomplikowany sposób przedstawił je najmłodszym. Dzięki niezwykle urokliwym, dość schematycznym ilustracjom w przepięknych kolorach poznamy siedzącą na balkonie Julię, część najważniejszych bohaterów dramatu, bardzo uproszczony plan Werony i dwa sztampowe cytaty z dzieła Szekspira ( w przekładach Stanisława Barańczaka oraz Macieja Słomińskiego). Ponadto książka pełna jest serduszek, róż, miłosnych listów, muzykantów i karnawałowych masek.

Każda podwójna strona zajmowana jest przez cyfrę i hasło (w językach polskim i angielskim) odnoszące się do ilustracji. Mamy zatem jeden balkon, dwa serca, trzy osoby, cztery róże i tak dalej.

To książeczka przede wszystkim do opowiadania. Któż jednak nie poradziłby sobie z prostym opowiedzeniem historii tych słynnych zakochanych? A mamusiowo-tatusiowa narracja pozwoli załagodzić kilka zdecydowanie zbyt drastycznych szczegółów ;)

Poręczny format, wytrzymałe kartonowe strony i zaokrąglone rogi czynią ta pozycję jeszcze bardziej przyjazną małolatom.

Podczas czytania zgrzytnęły mi jednak a szczegóły – primo: gdzie jest Benvolio? Rozumiem, że autorki dokonały subiektywnego wyboru pięciorga przyjaciół na piątej stronie, nie mogę jednak odżałować braku mojego ulubionego bohatera. No i znacznie poważniejsze secundo: na mapie Werony wielkimi literami oznaczono Koloseum. Nie wiem, czy z jest to niedopatrzenie autorki, czy może błąd (pójście na skróty?) tłumacza, jednak Koloseum, czyli Amfiteatr Flawiuszów jest nazwą własną obiektu znajdującego się w Rzymie. Budowla tego typu umiejscowiona w Weronie, Nîmes, czy jakimkolwiek innym mieście na świecie nazywamy „amfiteatrem”, ewentualnie „areną”. I może to z mojej strony „czepianie się szczegółów”, ale nie powinno się dzieciarni wprowadzać w błąd już od maluszka. A przynajmniej ja udzielam Maj sprostowania podczas każdej lektury :D

Niemniej jednak jestem zachwycona i samym pomysłem i wykonaniem wizualnym tej pozycji. A Bobasa sięga po nią równie chętnie, co ja, więc świetnie dogadujemy się w tej kwestii. Z pewnością sięgniemy po kolejne pozycje z tej serii.

Bardzo mocno polecamy!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

Bajki Majki: „Toczą się koła, toczą… Magda i jej buldożer

To moja ostatnia zdobycz upolowana na Warszawskich Targach Książki. Wpadła mi w oko, kiedy obładowana jak wielbłąd, ledwo zipiąc z przeciążenia usiłowałam dostać się do wyjścia. Ale nie mogłam przejść obok niej obojętnie i choć cena nie odbiegała wiele od sklepowej, Magda wraz ze swoim buldożerem dociążyła jedną z moich wypełnionych do granic możliwości toreb.

Historyjka jest krótka, bardzo prosta i schematyczna – Magda, będąca kierowcą buldożera, musi uprzątnąć drogę ze skalnych odłamków, które blokują przejazd innym pojazdom. Również ilustracje są przeciętne i nie zachwycają. Tym, co wyróżnia tą książeczkę, jest jej forma – solidna kartonówka, o bardzo grubych stronach wycięta została w kształcie pojazdu. W połączeniu z obracającymi się plastikowymi kółkami, bardzo solidnie przyczepionymi do książki, z powodzeniem może ona pełnić również funkcję zabawki – kółka są całkowicie sprawne, książeczka bez problemu stoi w pionie, a popchnięta ładnie przejedzie spory kawałek. To właśnie te plastikowe opony przyciągnęły moją uwagę, bo znam upodobanie mojej córki do wszystkich kółek i kółeczek. I miałam rację – duże, łatwe do obracania kółka oraz rzep spinający książeczkę zapewniły mi czas na ugotowanie obiadu :D
Jak moja bobasa jeszcze trochę podrośnie, fajnym pomysłem będzie, po lekturze, odegranie tej samej historyjki przy pomocy zamkniętej książeczki – pojazdu.

Mimo tych zalet zapewne nie skusiłabym się na zakup (a przynajmniej w tamtym momencie i w niemalże regularnej cenie), gdyby nie fakt, że posiadaczką buldożera jest akurat Magda. To dyskryminujące, ale z Piotrka czy Daniela zrezygnowałabym po chwili namysłu ;)

Już przy okazji recenzji „Zostaw to mnie” pisałam o fascynacji Majki ciężkimi maszynami budowlanymi i przyznałam się do mojego niespełnionego marzenia z dzieciństwa o jeżdżeniu walcem. Żyję w głębokim przeświadczeniu, że małe dziewczynki również mogą jeździć walcami, lubić koparki i marzyć o karierze kierowcy rajdowego. Jasne, każdy z tych zawodów, to ciężka i mało komfortowa praca, ale dużo lepiej przekonać się o tym samemu, niż usłyszeć „to dla chłopaków!”.

Dlatego właśnie całkiem przeciętna pod względem tekstu i ilustracji „Magda…” jest super i wraz z Maj jeżdżą po całym domu. Czasem dobry pomysł i otwarty umysł to klucz do sukcesu.

Bardzo polecamy fanom i fankom pojazdów wszelakich. „Toczą się koła, toczą…” to cała seria książeczek z kołami, wśród których znajdziemy między innymi wyścigówkę, śmieciarkę, czy motor, toteż każdy znajdzie swój ulubiony pojazd.

Toczą się koła, toczą… Magda i jej buldożer, Wydawnictwo YoYo Books, 2015, 10 s.