Bajki Majki: „Pucio umie opowiadać” Marta Galewska-Kustra

Za każdym razem strasznie się cieszę z nowej części przygód Pucia, bo po pierwsze zawsze niesie ona ze sobą sporą wartość edukacyjną, a po drugie sama strasznie lubię te książeczki i jestem ciekawa co też nowego autorka dla nas wymyśliła. I moja radość trwa zwykle mniej więcej do 20 czytania (czyli średnio przez 3/4 dni), kiedy sama mam już troszkę dość postępującej puciozy, a Majka dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo te książki dzieci po prostu uzależniają. Ale plus jest taki, że kiedy wychodzi nowa, to jest szansa na odrobinę odpoczynku od poprzednich części. Niedługiego odpoczynku.

Może jeszcze nie zdążyła mi wyjść bokiem (chociaż 20 już dawno za nami…), ale jak na razie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że „Puco opowiada” jest jak na razie moim faworytem wśród wszystkich pucioksiążeczek.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem walory edukacyjne nie skupiają się na odpowiedniej wymowie onomatopei, słów, czy głosek, jak w poprzednich przygodach, a na budowaniu własnej wypowiedzi. Główny bohater opowiada nam pewną historię, niezwykle ważną dla jego rodziny – o oczekiwaniu na przyjście na świat Bobo i procesie stawania się starszym bratem. Swoją drogą mam wrażenie, że oczekiwanie na rodzeństwo to ostatnio bardzo popularny temat wśród książeczek dla dzieci.

Na każdej stronie, pod ilustracją i tekstem zostały umieszczone fragmenty ilustracji w porządku chronologicznym zachęcające malucha do opowiedzenia całego zdarzenia jeszcze raz – własnymi słowami. Znajdziemy tam także pytania skłaniające rodziców do snucia opowieści dotyczących najwcześniejszego dzieciństwa małego czytelnika.

Super, że ta książka dla odmiany nie skupia się na odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą dzieci?” (takich już kilka mamy), a raczej na tym, jakie zmiany zachodzą najpierw w organizmie mamy, a potem nieuchronnie – w życiu całej rodziny. Od specyficznego apetytu rodzicielki, przez szykowanie kącika dla bobasa i dzielenie się zabawkami, wspominanie niemowlęctwa starszaków, zmęczenie i brak czasu rodziców, aż po poważne zadanie dla super bohaterów stojące przed Puciem i Misią, czyli rola pomocnego starszego rodzeństwa.

Moja ulubiona strona to ta, w której rodzina Pucia leży na kanapie wśród wszechobecnego bałaganu i zamawia pizzę ;)

Poza tak ważnym w całej idei tej serii ćwiczeniem mówienia, książka przygotowuje dzieci do wyzwania, jakim jest powiększanie się rodziny i oswaja z wiążącymi się z tym zmianami.

A przy tym po prostu bardzo przyjemnie się ją czyta – i to z coraz większym i większym udziałem dziecka, które, posiłkując się obrazkami, przejmuje powoli od rodzica (i samego Pucia!) rolę narratora.

Jak zwykle – ciepła, zabawna i super sympatyczna kartonówka dla przedszkolaków.

Marta Galewska-Kustra, Pucio umie opowiadać, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Klasyka dla smyka” Julian Tuwim, Jan Brzechwa

To już druga propozycja zbioru najsłynniejszych wierszyków dla maluszków od Wydawnictwa Papilon – „Klasyka dla smyka” pasuje formą do „Zasypianek” zawierających równie znane rymowanki i kołysanki dla maluszków. Coś mi się wydaje, że szykuje się ponadczasowa seria egzemplarzy obowiązkowych w dziecięcej bliblioteczce.

To również nasza druga książka z poezją Brzechwy i pierwsza (poza „Lokomotywą”) ze zbiorem wierszyków Tuwima. Zauważyłam jakiś czas temu, że gruby tom bajek Brzechwy, który świetnie sprawdzał mi się kiedy Majka była jeszcze leżącym bobasem, obecnie zupełnie wypadł z obiegu i smętnie zalega na półce – jest po prostu zbyt gruby i nieporęczny, szczególnie, że wciąż czytamy tylko kilka ulubionych tytułów. Co ciekawe, we wczesnym dzieciństwie Bobasa leżakująca na przewijaku czy macie gimnastycznej uwielbiała słuchać Brzechwy właśnie. Ale wyłącznie wierszy o morskiej tematyce – o sumie matematyku, rybach, żabach i rakach, czy śledziach. Więc w gruncie rzeczy, mimo wielkiego zbioru i tak czytałam może 10 na okrągło.

Oczywiście w małej książeczce wybór wierszy jest bardzo ograniczony – to tylko 6 wierszy Tuwima i 10 Brzechwy. I żadna nie jest o rybach (w sumie to na całe szczęście, bo nie mogę już na nie patrzeć). Za to w jednym miejscu zabrano najlepsze z najlepszych, wierszykowe szlagiery dzieciństwa, dzięki czemu mamy łatwy dostęp do najsłynniejszych rymowanek bez konieczności szperania w opasłych tomiszczach.

To wierszyki, które sprawdzą się w każdym wieku – od urodzenia aż do podstawówki, kiedy to nadejdzie czas uczenia się rymów na pamięć i recytowania na szkolnych apelach. Chociaż jako ściąga sprawdzi się raczej kiepsko – trudno upchnąć w kieszeni.

Za to twarda tekturka stron z pewnością oprze się terrorowi ząbkowania i kapiącej śliny młodych koneserów literatury. Fantastycznie, że rogi stron zostały bezpiecznie zaokrąglone – da się żyć, nawet, kiedy spadnie na stopę (sprawdzone…). Warto również wspomnieć, że jak na kartonówkę, „Klasyka dla smyka” jest stosunkowo lekka, sprzyja więc samodzielnej lekturze. A niewielki, kwadratowy format pozwala na wygodne trzymanie przez rodzica – nawet w jednej dłoni, podczas gdy drugą ręką trzeba podtrzymywać na kolanach wiercącą się latorośl.

Bardzo dobrze się sprawdza u mojej Prawie Trzylatki – ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej i Ewy Poklewskiej-Koziełło są interesujące i dużo się na nich dzieje (to chyba pierwszy raz, kiedy nie potrafię jasno zadecydować, które opracowanie podoba mi się bardziej), wybór wierszy broni się sam już od pokoleń, a czytająca mama często nie musi nawet patrzeć do tekstu, więc jest jeszcze wygodniej.

Atrakcyjna wizualnie, wygodna, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ponadczasowa lektura.

Super pomysł na jeden z pierwszych prezentów dla maluszka. Trochę trudno napisać dedykację, ale pisak do płyt w dłoń i dla chcącego nic trudnego. A pamiątka na lata, bo ładna, niewielka i wytrzymała.

To prawda, że klasyka zawsze się obroni. A w takim wydaniu, to nic trudnego.

Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Klasyka dla smyka, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” Eric Carle

Po fenomenalnej „Bardzo głodnej gąsienicy” z dziurkami i całkiem uroczym „Pajączku” z wypukłymi elementami, trafiłyśmy z Maj na kolejną książkę Erica Carle, która skradła nasze serducha – do tego stopnia, że Maja sama przyszła do mnie po pieniążki, bo chciałaby kupić sobie jedną książeczkę na pikniku literackim.

Ta nowość (a przynajmniej w polskim tłumaczeniu, bo zdaje się, że oryginał został napisany jakoś w latach osiemdziesiątych) to dla odmiany książeczka – rozkładanka.

Główna bohaterka, Monika, ma pewne marzenie – bardzo chciałaby pobawić się z księżycem. A któż nadaje się lepiej do spełniania dziecięcych marzeń, niż tata? Zaopatrzony w naprawdę długaśną drabinę wyrusza zdobyć księżyc dla swojej córeczki. Ten co prawda okazuje się być nieco zbyt duży, ale na całe szczęście, jak możemy zaobserwować na przeciągu miesiąca, księżyc przecież maleje.

Strasznie sympatyczny pomysł na wytłumaczenie ciekawskiemu maluszkowi zjawiska faz księżyca i przy okazji (a może przede wszystkim!) pełna ciepła opowieść o cudach, do jakich jest zdolny tata zakochany w swojej małej córeczce. A my kochamy książeczki o tatusiowej miłości.

Książeczka jest niewielka i całokartonowa, dzięki czemu sprawia wrażenie naprawdę wytrzymałej, mimo ruchomych, otwieranych elementów. Bo część stron rozkłada się tak, by pokazać wyjątkową długość drabiny, wysokość, na jaką wspina się tata, czy ogrom księżyca.

W całej historii niewiele jest słów (dla porównania, mniej więcej o 1/3 mniej niż w książeczce o gąsienicy) – zdecydowanie dominują charakterystyczne dla autora, malarskie ilustracje, głównie w pięknych odcieniach ultramaryny. Tekst jest jedynie dopełnieniem i objaśnieniem sytuacji – po jednym, dwóch zdaniach (a czasem nawet słowach) na stronę. Co ciekawe, ani trochę nie umniejsza to całej historii.

Od niedawna to nasza ulubiona książeczka na dobranoc. Bardzo polecamy.

Eric Carle, Tato, zdobądź dla mnie księżyc, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2018, 34 s.

Bajki Majki: „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”

U niektórych śnieg już leży, u innych jeszcze go nie widać – za naszym oknem zima to się pojawia, to znika. Odkąd na początku jesieni zainstalowaliśmy na balkonie karmnik dla ptaków, razem z Mają dbamy, aby codziennie pojawiły się w nim jakieś ziarenka albo okruszki.

Zanim jeszcze na stałe wprowadziła się do nas całkiem urocza parka gołębi, przylatywały najróżniejsze okazy – od olbrzymich mew, przez krakające kawki aż do malutkich żółtobrzuchych sikorek i pospolitych wróbelków. Ale części naszych gości nie byliśmy w stanie zidentyfikować. I wtedy wpadł mi w oko przepiękny atlas ptaków dla najmłodszych.

„Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków” to spora, całokartonowa pozycja składająca się z 20 plansz poświęconych 20 gatunkom ptaków. Co ciekawe, jest on ilustrowany nie tylko zdjęciami, ale również kolażami z tkanin, akwarelowymi szkicami, zdjęciami piór „wklejonych” do atlasu, a nawet dziecięcymi rysunkami. Całość układa się w różnorodny, nico barokowy miszmasz – będący tak naprawdę przygotowywanym wspólnie przez całą rodzinę, intymnym albumem dokumentującym wspólne zainteresowania.

Co zaskakujące jak na atlas – jest on narracyjny, a wszystkie informacje o ptaszkach podawane są za pomocą historyjek z życia pewnej rodziny, całkiem podobnej do naszej, która również decydowała się podglądać przylatujących do karmnika gości. Dzięki temu całość czyta się niesamowicie przyjemnie – tekst jest zabawny, pełen ciekawostek i nieobciążający młodziutkich umysłów nadmiarem specjalistycznej wiedzy i trudnych określeń. Autorzy zarażają swoją pasją i pozwalają małemu czytelnikowi zerknąć do swojego świata. Razem z nimi zmieniamy obserwowanie przylatującego po okruchy ze śniadania ptactwa w wielką przygodę. Jesienią niejednokrotnie zastałam czekającą przy drzwiach balkonowych Majkę z jej pluszową sikorką w pod pachą i atlasem otwartym na odpowiedniej stronie, czekającą na śniadanie dla ptaszków, gotową na porównywanie ilustracji z rzeczywistością. A nasza kotka-emerytka za każdym razem dzielnie jej towarzyszy.

DSC_1030

To właśnie dzięki tej fantastycznej pomocy naukowej zidentyfikowaliśmy naszego najbardziej zagadkowego amatora ziarenek – ptaszka z kremowym łebkiem w kropki i niebieskimi paskami na skrzydłach – jako sójkę. I razem z majotatą cieszyliśmy się tym odkryciem dokładnie tak samo jak nasza Bobasa.

Chcecie wiedzieć jaki ptak ma tak dobry słuch, że słyszy ruchy robaków pod ziemią? Który z ptaków się śmieje, a który jest zawsze skory do bijatyki? Jeśli tak, koniecznie sięgnijcie po tą pozycję! Bardzo polecam wszystkim ciekawym natury maluszkom i wszystkim dorosłym rozkochanym w niebanalnej ilustracji dziecięcej. Bo to książka mądra, pożyteczna i naprawdę wyjątkowa pod względem estetycznym.

Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak, Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 42 s.

Bajki Majki: „Mały Książę dla najmłodszych” na podstawie dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry’ego

Klasyka dla najmłodszych? Jestem jak najbardziej na tak, co można wywnioskować z moich recenzji „Alicji w Krainie Czarów” i „Romea i Julii”. Na dobre książki nigdy nie jest za wcześnie! Chociaż w tym przypadku pierwowzór został potraktowany bardziej „na serio”.

Tym, za co uwielbiam Małego Księcia (oczywiście poza ponadczasowym przesłaniem, kumulacją uniwersalnej mądrości i lisem) są ilustracje. Serce krwawi mi za każdym razem, kiedy widzę kolejne wydania tej powieści w nowych odsłonach – filmowych okładkach, czy z odmienioną szatą graficzną. Odautorskie ilustracje są dla mnie nieodłączną częścią historii o chłopcu, który chciał mieć baranka i niesamowicie cieszy mnie pomysł, by wprowadzić je do świata maluszka.

„Mały Książę dla najmłodszych” to całokartonowa książeczka o bezpiecznie zaokrąglonych brzegach. Jej grubość i format są bardzo przyjazne dla małych rączek – mogą bez problemu samodzielnie operować książką, która zabierze małego czytelnika w świat największego, choć niewielkiego myśliciela.

Na każdej z wielokolorowych stron umieszczono jedną, mniej lub bardziej rozbudowaną, ilustrację opatrzoną cytatami dotyczącymi danego bohatera lub przedstawionej sytuacji.

I choć przytoczono chyba wszystkie najbardziej znane mądrości, zostały one potraktowane dość wyrywkowo i nie wystarczą do zrozumienia całego kontekstu. Przyznaję jednak, że całkiem sprawnie zamykają w sobie fabułę powieści. Moim zdaniem jednak niezbędna będzie pomoc rodzica, który opowie, dopowie i wytłumaczy. I co tu dużo mówić – to jest super! Czy można sobie wymarzyć lepszy pretekst do odświeżenia sobie (lub poznania od podstaw, jeśli ktoś nie miał jeszcze tej przyjemności) historii Małego Księcia, niż chęć przybliżenia jej dziecku?

Że książeczka jest piękna, to oczwista oczywistość. Że jest mądra to kolejny pewnik. Jest też trudna i stanowi wyzwanie i dla dziecka i dla rodzica. Ale z pewnością warto je podjąć, bo Mały Książę to przyjemność w każdym calu!

I jeśli coś mi się tu nie podoba, to chyba tylko odmiana nazwiska autora na okładce :P

Antoine de Saint-Exupéry (na podstawie), Mały Książę dla najmłodszych, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2016, 12 s.

 

 

Bajki Majki: „Pajączek” Eric Carle

Jakiś czas temu pisałam o „Bardzo głodnej gąsienicy” – dzisiaj przyszła pora na drugą książeczkę Erica Carle, której bohaterem jest drobne stworzonko. I choć w tej kartonówce nie przewidziano miejsca na dziury, jest równie ciekawa i potrafi zająć dziecko na długie minuty .

Pewnego słonecznego dnia w gospodarstwie pojawia się nowy mieszkaniec – malutki Pajączek, którego wiatr wraz z babim latem przyniósł na płot zagrody. Nie tracąc czasu ucieszony Pajączek zabrał się za tkanie sieci. Tymczasem kolejne zwierzątka podchodzą do niego przez cały dzień zapraszając go do udziału w różnych praktykowanych przez siebie aktywnościach – od skubania trawki, przez polowanie na koty aż po błotną kąpiel. Pajączek jednak nie daje się skusić i pracowicie tka swoją pajęczynę. A wysiłek się opłaca, bo po skończonej pracy w jego sieć wpada mucha i wytrwały stawonóg idzie spać z pełnym brzuszkiem.

I chociaż główny bohater jest nieco aspołeczny i nie najlepiej radzi sobie z nawiązywaniem nowych znajomości, jego samozaparcie i pracowitość są godne podziwu.

Książeczka przede wszystkim uczy małych czytelników wytrwałości i pilnowania swoich obowiązków. Świetnie sprawdzi się również jako ćwiczenie utrwalające nazwy i dźwięki wydawane przez wiejskie zwierzątka oraz pomoże zapamiętać ich zwyczaje. Dodatkowym szczegółem, który przyciąga uwagę dziecka jest delikatne uwypuklenie pajęczej sieci i wykropkowanie ciałek muchy i pająka – dzięki temu książeczkę czyta się przy użyciu kilku zmysłów angażując jednocześnie wzrok, słuch i dotyk – to również świetny trening wrażliwości dla małych paluszków.

Całokartonowa książeczka została wydana w naprawdę wygodnym formacie (bardzo sobie z Maj cenimy te pozycje, które równie komfortowo czyta się wspólnie – u mamy na kolanach, co samodzielnie), a charakterystyczne dla autora, niebanalne „wycinankowe” ilustracje cieszą zmęczone wszechobecną pastelozą oczy.

Pajączki wcale nie są takie straszne, jakby się mogło wydawać! Ten osobnik okazuje się bardzo sympatyczny, a dzieci głaszczą go na wyścigi ;)

Eric Carle, Pajączek, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2014, 26 s.

Środa z Bajkowirem: „Przeciwieństwa” Marianna Oklejak

Są książki ładne i są książki piękne. A ta jest po prostu przepiękna!

Czasami tak wychodzi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie” i chyba właśnie nadszedł czas, że dopadło mnie to oklepane prawidło. Już półtora roku buszuję po świecie literatury dziecięcej i co chwila zachwycam się czymś nowym – wydawało mi się, że jestem już choć trochę obeznana w temacie. A tu niespodzianka – przegapiłam ilustracje Marianny Oklejak! Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać, ale może to i lepiej, bo mogę się nią pozachwycać teraz.

Na pierwszy ogień idzie urocza kartonówka dla zupełnych maluszków – niewielka książeczka do nauki przeciwieństw. O ją wyróżnia?
Po pierwsze – choć oszczędna w słowach, jest pięcio(!)języczna.
Po drugie – ilustracje to absolutne mistrzostwo świata.

Autorka niejednokrotnie sięga po motywy ludowe przepuszczając je przez pryzmat współczesnego świata. Mamy zatem supermena szybującego wśród koronkowych chmur, brodatego dj’a wytatuowanego od stóp do głów w łowickie wzory, pływaków dryfujących wśród fal z ornamentów i wiele innych smaczków. To naprawdę poruszające odnaleźć taki diamencik wśród wszechobecnej tandety i pastelozy – szczególnie dedykowanej małym dzieciom.

Całą recenzję można znaleźć TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Polecam całym sercem, Maja „czyta” ją kilka razy dziennie jak zahipnotyzowana.

P.S. Od przyszłego tygodnia linki do wpisów na Bajkowirze będę udostępniać wyłącznie na fb i instagramie – te media lepiej sprawdzają sie w tej funkcji. Śledźcie Lwa Kanapowego, żeby niczego nie przegapić!

Bajki Majki: „Oto jest ogród” Hector Dexet

Szanowni Państwo, przed państwem Ogród! Chociaż tego autora na pewno nie trzeba specjalnie przedstawiać, przypomnę tylko, że jest prawdziwym mistrzem „dziurawych książek”. I już na pierwszy rzut oka widać, że ta pozycja jest siostrą bliźniaczką „A co to?”, znanej już z mojej zeszłotygodniowej recenzji.

Również w tym przypadku mamy do czynienia z charakterystyczną dla Dexeta stylistyką opartą na prostych, zgeometryzowanych formach i kontraście intensywnych, „niemieszanych” kolorów.

Przyznam szczerze, że ta książeczka podoba mi się jeszcze bardziej, właśnie ze względu na jednolitą tematykę. „A co to?” było jedną wielką zagadką i miszmaszem ciekawostek, a każda strona prezentowała „cosia” zaczerpniętego z zupełnie innej bajki. Tym razem wszystko jest bardziej poukładane i mniej więcej wiadomo czego się spodziewać. Choć i tak bywa zaskakująco!

Jak sama nazwa wskazuje, książeczka zgłębia tajemnice ogrodu i jego maleńkich mieszkańców. Oparta jest na tym samym schemacie – jedna strona przedstawia jakiś obiekt, druga jego metamorfozę (czy to faktyczną, czy wynikającą ze zmiany punktu widzenia), a cały proces jest tym ciekawszy, że wsparty dziurami i dziurkami. Dowiadujemy się zatem kto mieszka w starym drzewie, a kto ukrywa się pod opadniętymi liśćmi, mamy szansę zaobserwować przemianę gąsienicy w motyla (podczas, gdy sama gąsienica przesypia ten proces ;)), towarzyszymy biedronkom w ich wielkiej wodnej przeprawie i mrówkom w zbieraniu resztek po pikniku.

Podobnie jak w przypadku poprzednich książek tego autora, bohaterowie, choć zbudowani z kilku prostych, barwnych kształtów, budzą sympatię uśmiechami i zaciekawienie tajemniczymi spojrzeniami kierowanymi w stronę widza. I choć we mnie czerwone oczy niektórych białych gąsienic budzą bliżej nieokreślony niepokój, tak Majka bardzo je lubi.

To kolejna oszczędna w słowach i formie, a jednocześnie przebogata w pomysły pozycja dla maluchów. Polecam ją dzieciom w wieku około 18 miesięcy – podobnie jak „A co to?” wydana została na sztywnym kartonie, ale już nie tak grubym jak w przypadku „Kto zjadł biedronkę?”. Większy format i ilość stron również sugerują już nieco starszego odbiorcę (uch, ach, dojrzałość tak bardzo!). Choć nieco mniej dziecioodporna, jak na razie, odpukać, bardzo dobrze się trzyma i nie poddaje się zabiegom mojej małej Destrukcji. A, że pełni zaszczytną rolę „hiciora ostatnich tygodni”, targamy ją ze sobą wszędzie – przede wszystkim na dwór i do ogrodu ;)

Jak zawsze u Dexeta – to lektura fantastycznie rozbudzająca ciekawość, umiejętność tworzenia skojarzeń i wyobraźnię. Dziurki nęcą niesamowicie wszystkie małe paluszki i trenowanie motoryki małej zdaje się być zaledwie skutkiem ubocznym świetnej zabawy w poznawanie świata. Zaskakująca, fascynująca, pomysłowa, abstrakcyjna. I roi się w niej od pulchnych robaków!

Hector Dexet, Oto jest ogród, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2017, 36 s.

Bajki Majki: „A co to?” Hector Dexet

„Dziurawe” książki to u mojego półtoraroczniaka podobny pewniak, co książeczki z okienkami. Wspominając sympatię, jaką jeszcze do niedawna cieszyła się u nas książeczka „Kto zjadł biedronkę?”, skusiłam się na kolejną pozycję tego samego autora.

Tym razem dziur jest znacznie więcej ;) Malutkich i całkiem sporych, okrągłych, kwadratowych, palczastych, kocich i o zupełnie niezidentyfikowanych, skomplikowanych kształtach.

To książka, która rozwija wyobraźnię przestrzenną i ciekawość świata, trenuje spostrzegawczość, zachęca do zadawania nawet najbardziej szalonych pytań i wciskania paluszków we wszelkie możliwe dziurki ;)

Podczas lektury mały molik książkowy dowie się między innymi jakie stworzonka wykluwają się z jajek, kto wygryza dziury w serze, gdzie chowa się biały królik i gdzie mieszkają nienarodzone jeszcze dzidziusie. Spora dawka humoru i niebanalność poruszanych tematów mają w sobie coś, co potrafi zaciekawić nawet dorosłego, przyznaję, że za pierwszym razem sama nie mogłam się oderwać. I tego właśnie oczekuję szukając książeczki interaktywnej – żeby czytanie jej było świetną, angażującą zabawą!

Kolejny jestem pozytywnie zaskoczona paletą żywych, intensywnych i kontrastowych kolorów, prostotą rysunków i sympatią, jaką potrafią wzbudzić zupełnie prozaiczni bohaterowie.  Książka jest dość gruba, a mimo to stosunkowo lekka, nadaje się do samodzielnego przenoszenia i oglądania (dzięki zaokrąglonym brzegom pozwalam na to bez stresu), ale również całkiem wygodnie czyta się ją wspólnie z bobasem na kolanach. Jedyny minus to dość cienkie (choć kartonowe) strony. W przypadku skomplikowanych okienek ta grubość niestety się u nas nie sprawdziła i moja niezwykle zaciekawiona wyciętymi paluszkami Destrukcja bardzo dokładnie je powyginała. Zalecam zatem nadzór osoby dorosłej dla bezpieczeństwa książki ;)

Bardzo fajna propozycja dla ciekawych świata maluchów.

Hector Dexet, A co to?, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2017, 36 s.