Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Cyferkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Nie da się ukryć, że „Literkowa książka” okazała się hitem. Okazała się wyjątkowa nie tylko ze względu na cudną formę „wydzierganych” ilustracji, ale również dzięki wspomaganiu zapamiętywania przez różne dodatkowe aktywności do wykonania przez na maluszka.

Druga część, poświęcona cyferkom, utrzymuje ten schemat – jest równie imponująca pod względem wizualnym i nie brak jej pomysłowości. Poza samym liczeniem, na dziecko czekają dodatkowe polecenia pomagające zapamiętać zarówno kształt samych cyfr, jak i odpowiadające im ilości. Przy cyferce 1 musimy wskazać, co mamy pojedynczego, np. nos, czy głowę. Przy 2 mamy dwie nogi i dwie ręce, należy więc podskoczyć i klasnąć. Na dzieci czeka też miedzy innymi wymienianie czterech pór roku, siedmiu dni tygodnia, czy nazywanie wszystkich pięciu palców.

Poza wspomaganiem wyobraźni maluszka poprzez główkowanie nad zadaniami, pomyślano również o prostej wizualizacji. Obok każdej z cyfr widzimy regał (oczywiście włóczkowy)- na samym początku jest pusty (to strasznie super, że w książce uwzględniono również zero!), po czym najpierw pojawia się na nim jeden miś, później dwie filiżanki, trzy autka, pociąg z czterema wagonikami… i tak dalej. Dzięki temu za każdym razem maluszek może policzyć pojawiające się przedmioty podczas poznawania cyfr, a następnie wykorzystać zapełniający się regał do podstawowych działań matematycznych dodając do siebie nie tylko zabawki jednego rodzaju, ale również sumując je wszystkie po kolei.

Co dwie cyfry pojawia się włóczkowa scenka rodzajowa z życia rodziny, uzupełnione krótkim wierszykiem i kolejnymi zadaniami dla małego czytelnika – trzeba na kolejnych obrazkach (w domu, na plaży, na ulicy i w przedszkolu) odszukać przedmioty, które występują po kilka razy i policzyć je.

Nie myślcie jednak, że książką kończy się wraz z cyfrą 9, co to, to nie! Po dziewiątce czytelnicy dowiedzą się czym są liczby dwucyfrowe i poznają pierwsze cztery z nich. Następnie pojawi się strona poświęcona rzeczom nieskończonym, jak gwiazdy i bakterie oglądane przez rodziców przy pomocy teleskopu i mikroskopu, a po wszystkich stronach poświęconych dodawaniu zabawek pojawi się również czas na odejmowanie.

Najfajniejsze jest jednak to, że wszystkie te wyliczanki i stopniowe zapełnianie regału zabawkami i dekorowanie ścian gwiazdkami ułożyło się w prostą fabułę – na ostatniej stronie dowiadujemy się, że do rodzinki dołączyła malutka Hania a regał wraz z zabawkami był kompletowany do pokoju małej siostrzyczki. W połączeniu ze scenkami rodzajowymi całość układa się w całkiem rozbudowaną historię pewnej szydełkowej rodzinki.

A wszystko to po raz kolejny w wytrzymałym, ząbko- i ślinoodpownym kartonowym wydaniu z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami. Nie „Cyferkowa książka” mam wątpliwości, że powtórzy sukces pierwszej części.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Cyferkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Pucio w mieście” Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos

W najnowszej książeczce z przygodami Pucia szykuje się wielkie wydarzenie – wernisaż Cioci Igi. Z tej okazji w domu puciorodzinki odbędzie się rodzinny zjazd i uroczysty obiad. A to przecież masa przygotowań! Na szczęście Pucio i Misia zawsze są chętni do pomocy.

Miasto tętni życiem – podczas spaceru witają się sąsiedzi, pobliska budowa skutecznie odciąga uwagę Bobo od wyprawy po zakupy, który to obowiązek spada na tatę – po przyjęciu ostatniego pacjenta w swojej klinice weterynaryjnej odbierze starszaki z przedszkola i wspólnie pojadą do supermarketu.

Czas nagli, ale stłuczka spowoduje korki i dziadkowie będą musieli chwilę zaczekać, nim zostaną odebrani z dworca, na pewno jednak wszyscy zdążą do galerii na wernisaż. A potem koniecznie na lody do parku!

Mam wrażenie, że w tej części wyjątkowo dużo miejsca poświęcono zasadom bezpieczeństwa w przeróżnych sytuacjach i sposobom zachowania się w miejskiej dżungli – mali czytelnicy dowiedzą się na przykład, że przed przejazdem transportem publicznym należy kupić bilet, które miejsca w autobusie są zarezerwowane dla kogo, że nie wolno za bardzo zbliżać się do placu budowy (nawet jeśli jest się największym fanem koparek na świecie) i że kawa dla mamy to priorytet.

Bardzo lubię pomysł, dzięki któremu Pucio rośnie wraz ze swoimi czytelnikami. Chociaż moja Majka zdążyła już trochę Pucia przerosnąć i przywykła już do nieco bardziej skomplikowanych konstrukcji zdań, to tekstu jest na tyle dużo, że wciąż chętnie słucha najnowszych części, a w opowiadaniu co się wydarzyło po prostu wymiata. Aż nie do wiary, że najpierwsiejszą część przygód Pucia dostałyśmy tuż przed roczkiem i pomagał Bobasie w nauce pierwszych słów. Kiedy to zleciało, ja się pytam?

Jak zawsze jest edukacyjnie i rozwijająco – w tej części duży nacisk położono na opowiadanie, ale znajdziemy tu również przeróżne nazwy zawodów, tajemniczych przedmiotów i pojazdów oraz przyimki miejsca. Książeczka pomoże również oswoić różne, często stresujące sytuacje, jak wizyta z pupilem u weterynarza, spóźnienie wynikające z wypadku drogowego, czy osobistą kraksę na hulajnodze. Jest też rodzinnie (a rodzina Pucia stale się rozrasta), zabawnie i sympatycznie. I zaostrza apetyt na więcej, bo zapowiada kolejną część z sielską wsią w roli głównej.

Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos, Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO: „Opowiem Ci mamo, co robią konie” Ewa Poklewska-Koziełło, Izabela Mikrut

Najnowsza część serii „Opowiem Ci mamo” jest skierowana do najmłodszych czytelników (moim zdaniem jakoś 0-4 lata), bo też różnica poziomu np. między tą pozycją, a „Skąd się bierze miód” jest naprawdę spora.

Na każdej stronie zadania i łamigłówki mieszają się płynnie z informacjami i ciekawostkami z życia koni. I jedne i drugie dotyczą przeróżnych końskich zagadnień – od prehistorycznych koni Przewalskiego i wizerunków naskalnych prosto z Lascaux, przez prace, jakie wykonywały udomowione konie na przestrzeni wieków, aż po różne końskie krzyżówki – wyniki mezaliansów i stworzenia prosto z kart baśni. Mały czytelnik pozna budowę konia, nazwy różnych końskich maści  i chodów oraz wyposażenie stajni, zobaczy jak wygląda dzień z życia stadniny nauczy się nazywać elementy ubioru jeździeckiego zarówno dżokeja, jak i jego konia, a także dowie się co te zwierzęta jedzą i jak je pielęgnować oraz kim były tarpany.

Zdecydowaną przewagę nad słowem pisanym mają tu wypełniające całe strony, bajecznie kolorowe i bardzo szczegółowe ilustracje, a dopełniający je tekst (zarówno przekazujący informacje, jak i treść poleceń) podany jest wpadającym w ucho wierszem lub w formie krótkich podpisów do rozmaitych elementów ilustracji.

Podobnie jak w przypadku poprzednich tytułów z tej serii, jest to jedna z tych książek, które zdobytą wiedzę utrwalają nakłaniając maluchy do wykonywania zadań. Trzeba będzie odnaleźć różnice między pozornie identycznymi stronami książki, nazwać wyrwane z kontekstu fragmenty obrazków, połączyć w pary źrebaki i ich mamy, przejść przez labirynt, a nawet zagrać w wyścigową grę planszową. Na czytelnika czeka też mnóstwo wyszukiwanek, bo i na tych ilustracjach jest czego szukać i za czym sobie oczy wypatrywać – od dzieci, przez zwierzątka, aż po kwiaty czy owady. I bynajmniej nie jest to łatwe zadanie!

Przesympatyczna i bardzo atrakcyjna wizualnie kartonówka dla najmłodszych (z wytrzymałego kartonu, o bezpiecznie zaokrąglonych rogach) nie tylko przekazująca wiedzę o świecie (czasem bardzo szczegółową, bo czy wiecie czym różni się zebryna od zebruli? Ja nie miałam pojęcia!), ale również zachęcająca do aktywnego czytania. Ćwiczy cierpliwość, umiejętność skupienia się przez dłuższą chwilę, spostrzegawczość, kojarzenie faktów i pamięć.

Gorąco polecamy wszystkim małym miłośnikom koników (kucyków, jednorożców i zebryn również!).

Ewa Poklewska-Koziełło, Izabela Mikrut, Opowiem Ci mamo, co robią konie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.
(premiera 27.01.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Emomisie” Agata Matraś

To już trzecia, po „Liczyświnkach” i „Kolorysiach”, kartonowa wyszukiwanka Agaty Matraś dla najmłodszych.

Tym razem autorka wzięła na tapetę niezwykle ważny dla maluchów (i ich rodziców!) temat – emocje. Bo i będące głównymi bohaterami książeczki misie, wbrew moim pierwszym skojarzeniom, wcale nie eksponują przechodzonego właśnie buntu pasiastą odzieżą, ciężkimi butami i farbowaną grzywką na pół twarzy (ach, pamiętam te czasy!), a po prostu uczą się przeżywać, rozpoznawać i radzić sobie z emocjami. A mali czytelnicy mogą im w tym aktywnie towarzyszyć.

Podobnie jak w poprzednich częściach, książka jest podzielona na strony „wstępu” będące sytuacją przedstawiającą dane zagadnienie (w tym przypadku emocję targającą danym misiem nawiązując tekstem do popularnej dziecięcej wyliczanki) oraz stronę z dotyczącymi go zadaniami – naprzemiennie.

Wszystkie zadania rozpoczynają się od rozpoznawania i wyszukania danej emocji na pyszczkach misiów, a następnie – jak zwykle – czekają malucha labirynty, wypatrywanie różnic i szczegółów, łączenie w pary, zadania na kojarzenie faktów i układanie ciągów przyczynowo skutkowych. Poza samym poznawaniem emocji, ich przyczyn i skutków maluch dowie się również między innymi z czego nie powinno się śmiać, w jakich sytuacjach należy zachować ostrożność, czy jak najlepiej skończyć kłótnię.

W ten sposób w książeczce zostały omówione radość, smutek, strach, zdziwienie, duma, złość, zazdrość, wstyd i niechęć.

Zarówno pod względem wydania – niewielka kartonówka z grubej tektury o bezpiecznie zaokrąglonych rogach – jak i treści jest to książeczka dla młodszych przedszkolaków i dzieci przedprzedszkolnych, ale moja Lada Dzień Już Pięciolatka wciąż bardzo lubi tą serię i równie często wybiera ją do wspólnego czytania, jak i przegląda sama. Okazuje się też, że rozpoznawanie emocji po mimice wcale nie przychodzi jej tak łatwo, jak się spodziewałam – szczególnie jeśli chodzi o wstyd, zazdrość i niechęć.

Jak zwykle jest edukacyjnie, kolorowo, zabawnie i wierszem.

Agata Matraś, Emomisie, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Jeśli szukacie książeczek o emocjach dla nieco starszych dzieci, koniecznie zajrzyjcie do recenzji  „12 ważnych emocji”. Za to maluchom na pewno spodoba się również „Feluś i Gucio poznają emocje”.

Bajki Majki: „Rok na placu budowy”, Artur Nowicki

Znacie serię książek obserwacyjnych „Rok w…”? Sięgnęłyśmy z Mają po kilka tytułów z tej serii i niektóre przyjęły się fantastycznie, jak „Rok w lesie”, a inne oddawałam do biblioteki po tym, jak przez miesiąc kompletnie nie udało im się wkraść w łaski mojej wymagającej córki, jak „Rok w Krainie Czarów” – nigdy nie wiem, czego się spodziewać.

Jednak o powodzenie najnowszej części – „Rok na placu budowy” – jakoś się nie martwiłam. I miałam rację, Panna Majeczka od razu przyjęła ją z dużym zainteresowaniem. No cóż, w końcu z miłości do koparek się nie wyrasta (Wiem coś o tym, po dziś dzień uwielbiam walce drogowe i wciąż marzę o kursie prowadzenia wózków widłowych. A moja przyjaciółka, również w wieku podeszłym, czyli tuż przed 30. wierzy, że widok koparki przynosi szczęście i za każdym razem łapie się za guzik, jak niektórzy robią w przypadku kominiarza)!

Podobnie jak w innych książkach z tego cyklu, spora i wytrzymała kartonówka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami podzielona została na 12 plansz – po jednej rozkładówce na każdy miesiąc roku. Dzięki temu możemy prześledzić długotrwały proces budowania garażu (ze stacją obsługi pojazdów i myjnią!) etap po etapie – od planowania, przez wykopy, fundamenty, stawianie konstrukcji, murowanie i tynkowanie ścian, aż do uporządkowania przestrzeni wokół i przyjęcia z okazji zakończenia projektu. I przy okazji świąt Bożego Narodzenia, bo wraz postępami w budowie możemy obserwować zmiany w otoczeniu związane z mijającymi porami roku. A miasto wokół żyje, bo kawiarnia, księgarnia, kwiaciarnia i sklep papierniczy w najbliższym sąsiedztwie funkcjonują nieprzerwanie. Co ciekawe wszyscy bohaterowie tej książki to antropomorfizowane pojazdy, więc samochody i maszyny budowlane pracują nie tylko na budowie, ale również w lokalach usługowych wokół.

Poza 12 rozkładówkami na 12 miesięcy, książkę uzupełniają dwie dodatkowe plansze – na początkowej możemy poznać postacie dramatu – Spychacz, Dźwig, Żuraw, Walec, Zagęszczarka, Niwelator, Przesadzarka do drzew i wiele innych mniej lub bardziej znanych maszyn z przyjemnością nam się przedstawi i zdradzi swoją funkcję. Tylko krótko, zwięźle i na temat, bo już na kolejnych stronach ruszają do pracy pod kierownictwem nieustraszonego Jeepa Budowniczego. Natomiast ostatnia z plansz przedstawia Mecha Budowlanego – fantazyjnego robota zbudowanego z pojazdów, maszyn i ich fragmentów, występujących na wcześniejszych stronach książki, który jest kolejnym sprawdzianem spostrzegawczości.

Bardzo kolorowa propozycja dla wszystkich fanów maszyn budowlanych idealna do ćwiczenia spostrzegawczości. Chociaż wydaje mi się, że to jeden z łatwiejszych tomów tej serii, wciąż mnóstwo się dzieje, a na jej stronach wprost roi się od szczegółów. Poza treningiem pamięci, uważności, skupienia się na drobiazgach i cierpliwości, będzie również dobrym sposobem na układanie prostych narracji, przećwiczenie ciągów przyczynowo skutkowych oraz uzmysłowieniem sobie upływu czasu (pory roku, miesiące, postęp prac). Świetnie sprawdzi się jako jedna z pierwszych wyszukiwanek maluszka, ale zainteresuje i przedszkolaka. Są takie tematy, którym trudno się oprzeć, niezależnie od wieku ;)

Artur Nowicki, Rok na placu budowy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Feluś i Gucio poznają emocje”, Katarzyna Kozłowska, Marianna Shoett

Dwa tygodnie temu pokazywałam Wam książkę o z opowiadaniami o emocjach dla starszaków, tym razem znani nam już i super sympatyczni Feluś i jego miś Gucio wprowadzą w świat emocji najmłodszych moli książkowych. W końcu maluchy to nie tylko wulkany energii, ale również uczuć, a jeszcze niekoniecznie potrafią okiełznać ten skomplikowany emocjonalny bałagan. Najłatwiej będzie im to zrobić poznając swoje reakcje na określone wydarzenia i ucząc się nazwać to, co się z nimi dzieje.

To już trzecia część przygód tych bohaterów – wcześniej pomagali maluchom oswoić się z przedszkolem i przypominali o zasadach dobrego wychowania. Tym razem również kierują swoje nauki do przedszkolaków.

Każda rozkładówka poświęcona została jednej z emocji. Większą część strony zajmuje ilustracja obrazująca sytuację, w której dziecko może odczuwać daną emocję (najczęściej w środowisku przedszkolnym), krótki opis tego uczucia oraz zadanie dla pluszowego Gucia, który porównuje emocje do zjawisk organoleptycznych – dowiemy się więc jak smakuje radość, jak brzmi spokój, jaką pogodą jest smutek, czy co mówi zdziwienie. W ten sposób przedstawiono radość, wstyd, przyjaźń, zniecierpliwienie, spokój, nudę, ciekawość, odwagę, smutek, szczęście, strach, dumę, złość, wdzięczność, zazdrość, współczucie, tęsknotę i zdziwienie, czyli całkiem konkretne tornado uczuć malucha – warto poznać je wszystkie! Wiemy w końcu, jak szybko uczucia dzieci przechodzą ze skrajności w skrajność.

Prym zdecydowanie wiodą tu delikatne ilustracje Marianny Schoett w stonowanych kolorach, tekst jest krótki, ale treściwy – nic dodać, nic ująć. A zakończenie wszystkiego zadaniem opisowym do wykonania razem z Guciem pomaga wyobrazić sobie, nazwać i zapamiętać dane odczucie.

Całość poprzedzona jest wstępem i wskazówkami dla rodziców, a zakończona kilkoma radami dla dziecka, które nie wie do końca co zrobić, gdy nie radzi sobie z przepełniającymi je emocjami.

Polecam ten tytuł przede wszystkim dla trzylatków, bo moja Majka (obecnie lat 4,5) szybko się nią znudziła – woli już pozycje z większą ilością tekstu. Chociaż oczywiście prostych i obrazowych definicji nigdy zbyt wiele, mam nadzieję, że co nieco z niej zapamiętała :)

„Pamiętajmy, że nie ma złych emocji, są tylko trudne. Wszystkie są równie ważne i naturalne. Nie trzeba się ich wstydzić, ani im zaprzeczać, bo zawsze czemuś służą”.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Shoett, Feluś i Gucio poznają emocje, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Kolorysie” Agata Matraś

Agata Matraś po raz drugi zaprasza do zatłoczonego, gwarnego świata zwierząt. Tym razem zapuścimy się do dzielnicy zamieszkanej przez rysie, a skoro, jak wkrótce się przekonamy, wielu przedstawicieli tego gatunku oddaje się malarskim pasjom, wraz z Rysiem i innymi bohaterami poznamy lub powtórzymy kolory.

W poszukiwaniu barw, wraz z rysiami odwiedzimy plażę, pole pełne maków, wiejskie gospodarstwo, targ, park, dżunglę, czy kurort narciarski. A w każdym z tych miejsc aż roi się od nawiązań do słynnych dzieł sztuki – można oglądać i oglądać, a i tak za każdym razem wypatrzy się coś nowego! Bardzo, bardzo mi się podoba!

Analogicznie do „Liczyświnek” książka jest podzielona na strony będące wstępem i przedstawieniem danego koloru oraz stronę z dotyczącymi go zadaniami – naprzemiennie.

Wśród zagadek są labirynty i wyszukiwanki i szukanie różnic trenujących skupianie uwagi i spostrzegawczość, ale też wyjątkowo dużo zadań na kojarzenie faktów – oczywiście związanych z kolorami, bo to przecież po kolorach rozpoznajemy smaki lodów, czy owoce są już dojrzałe, z którego kranu leci ciepła woda oraz deszczowe chmury. Każdej barwie towarzyszy również zadanie z mieszania kolorów – mały czytelnik dowie się, co trzeba uczynić, żeby uzyskać kolory nie należące do barw podstawowych, jak rozjaśnić farby i co nam wyjdzie z mieszania kolorów z czarnym.

Pojawią się też „trudne słówka” z dziedziny szeroko pojętego malarstwa, jak terpentyna, tusz, szkic, atrament, sprej, węgiel czy pastele – będzie więc również fajnym punktem wyjścia do rozmowy o technikach malarskich i, kto wie!, może również własnych prób.

A wszystko to wierszem, rymowanką, wyliczanką do melodyjnego czytania i zapamiętywania!

Temat kolorów jest chyba nieco łatwiejszy, niż cyferki, i trochę szybciej znudził moją czterolatkę, dlatego polecam tą książeczkę dla nieco młodszych dzieci – myślę że od 2 do 4 lat będzie idealnie. Z drugiej jednak strony nawiązania do światowego malarstwa to już trochę wyższy poziom jazdy i fajnie jest wspólnie z dzieckiem przeglądać oryginały i dopasowywać do nich rysiowe odpowiedniki. Nie mówiąc już o tym, że te przeróbki są naprawdę zabawne!

Agata Matraś, Kolorysie, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

 

Bajki Majki: „Pucio umie opowiadać” Marta Galewska-Kustra

Za każdym razem strasznie się cieszę z nowej części przygód Pucia, bo po pierwsze zawsze niesie ona ze sobą sporą wartość edukacyjną, a po drugie sama strasznie lubię te książeczki i jestem ciekawa co też nowego autorka dla nas wymyśliła. I moja radość trwa zwykle mniej więcej do 20 czytania (czyli średnio przez 3/4 dni), kiedy sama mam już troszkę dość postępującej puciozy, a Majka dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo te książki dzieci po prostu uzależniają. Ale plus jest taki, że kiedy wychodzi nowa, to jest szansa na odrobinę odpoczynku od poprzednich części. Niedługiego odpoczynku.

Może jeszcze nie zdążyła mi wyjść bokiem (chociaż 20 już dawno za nami…), ale jak na razie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że „Puco opowiada” jest jak na razie moim faworytem wśród wszystkich pucioksiążeczek.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem walory edukacyjne nie skupiają się na odpowiedniej wymowie onomatopei, słów, czy głosek, jak w poprzednich przygodach, a na budowaniu własnej wypowiedzi. Główny bohater opowiada nam pewną historię, niezwykle ważną dla jego rodziny – o oczekiwaniu na przyjście na świat Bobo i procesie stawania się starszym bratem. Swoją drogą mam wrażenie, że oczekiwanie na rodzeństwo to ostatnio bardzo popularny temat wśród książeczek dla dzieci.

Na każdej stronie, pod ilustracją i tekstem zostały umieszczone fragmenty ilustracji w porządku chronologicznym zachęcające malucha do opowiedzenia całego zdarzenia jeszcze raz – własnymi słowami. Znajdziemy tam także pytania skłaniające rodziców do snucia opowieści dotyczących najwcześniejszego dzieciństwa małego czytelnika.

Super, że ta książka dla odmiany nie skupia się na odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą dzieci?” (takich już kilka mamy), a raczej na tym, jakie zmiany zachodzą najpierw w organizmie mamy, a potem nieuchronnie – w życiu całej rodziny. Od specyficznego apetytu rodzicielki, przez szykowanie kącika dla bobasa i dzielenie się zabawkami, wspominanie niemowlęctwa starszaków, zmęczenie i brak czasu rodziców, aż po poważne zadanie dla super bohaterów stojące przed Puciem i Misią, czyli rola pomocnego starszego rodzeństwa.

Moja ulubiona strona to ta, w której rodzina Pucia leży na kanapie wśród wszechobecnego bałaganu i zamawia pizzę ;)

Poza tak ważnym w całej idei tej serii ćwiczeniem mówienia, książka przygotowuje dzieci do wyzwania, jakim jest powiększanie się rodziny i oswaja z wiążącymi się z tym zmianami.

A przy tym po prostu bardzo przyjemnie się ją czyta – i to z coraz większym i większym udziałem dziecka, które, posiłkując się obrazkami, przejmuje powoli od rodzica (i samego Pucia!) rolę narratora.

Jak zwykle – ciepła, zabawna i super sympatyczna kartonówka dla przedszkolaków.

Marta Galewska-Kustra, Pucio umie opowiadać, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.