Czas na czytanie: „Przeczucie” Tetsuya Honda

„Japoński kryminał” – to brzmi dziwnie. Skandynawskie, brytyjskie, francuskie czy amerykańskie obiły mi się o uszy (i oczy), ale japońskie? Może to kwestia zatrważających braków w edukacji, ale Japończycy kojarzą mi się raczej z minimalizmem, literaturą filozoficzną (egzystencjonalną?) i lapidarną poezją, z historiami wojennymi i opowieściami miłosnymi z dworskim życiem w tle, a także z nieco dziwacznym science-fiction. Jednocześnie dobrze wiem, że ten kraj potrafi szokować, tym chętniej sięgnęłam po książkę Hondy. W końcu z im bardziej odległą kulturą mamy do czynienia, tym bywa ciekawiej. I nie zawiodłam się ani odrobinę.

Wydało mi się niezwykle egzotyczne, że policjanci częściej poruszają się pociągami, niż radiowozem, wszyscy się wszystkim kłaniają i stale ktoś kogoś przeprasza. A jednocześnie motyw zbrodni, jak i sama jej realizacja są naprawdę chore – nikt nie podejrzewałby o takie pomysły grzecznych, ułożonych i honorowych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie ma co, Japonia jest ewidentnie krajem pełnym sprzeczności.

Historia „Przeczucia” jest przedstawiona z trzech punktów widzenia – młodziutkiej komisarz-prymuski prędko pnącej się po szczeblach kariery, starego policyjnego wygi o podwójnej moralności i nie do końca określonej sprawczyni. Dzięki temu nie tylko jesteśmy na bieżąco z rozwojem sytuacji i tokiem śledztwa, ale poznajemy również samych bohaterów, ich odczucia, emocje, charaktery oraz wspomnienia i doświadczenia, które ukształtowały ich osobowości.

Reiko Himekawa jest obdarzoną wyjątkową intuicją śledczą, która szybko wywalczyła sobie miejsce w zdominowanej przez mężczyzn policyjnej hierarchii.  Twarda, zdeterminowana i niezależna, całe serce oddaje pracy. Z drugiej strony prowadzi prywatną walkę z zaniżonym poczuciem własnej wartości po traumatycznym zdarzeniu sprzed lat, podsycanym natrętnymi nagabywaniami rodziny i przyjaciół o zamążpójście. Bardzo przejmuje się zdaniem innych, niemal obsesyjnie myśli o własnej prezencji. W życiu prywatnym trochę chce, a trochę nie chce wahając się między adoratorami i własnymi chęciami-niechęciami.

Kensaku Katsumata to na pierwszy rzut oka (na drugi i trzeci również) cham i burak. Komisarz, zdegradowany członek służb specjalnych. Szowinistyczna świnia, gruboskórny drań zamknięty w klatce własnych uprzedzeń. Zapatrzony w siebie skrajny egoista i narcyz. Nie szanuje chyba nikogo, dla rozwiązania sprawy nie cofnie się przed niczym… poza oddaniem tropu kogoś innemu. Pełen pogardy dla świata i każdego napotkanego człowieka. W ramach rozrywki znęca się nad słabszymi, co choć na chwilę poprawia mu humor. Kompletnie pozbawiony taktu i wrażliwości gbur – oto szybka charakterystyka rywala i zaciekłego wroga Himekawy. Które z nich wygra wyścig o chwałę i jako pierwsze rozwikła zagadkę tajemniczego mordercy?

A im dalej posuwa się śledztwo, tym zbrodnia staje się brutalniejsza, dziwniejsza i bardziej niepokojąca angażując więcej i więcej pozornie zwykłych szarych obywateli.

Moim zdaniem to naprawdę dobry kryminał – spójny i przemyślany, usiany drobnymi wskazówkami i czasem nawet zbyt narzuconymi fałszywymi tropami, praktycznie przez cały czas trzyma w niepewności. Dopracowany pod względem ciekawostek z zakresu kryminologii i patologii sądowej oraz zaburzeń psychicznych (największe wrażenie zrobił na mnie pozornie łagodny i mało morderczy mutyzm). Do samego końca nie domyśliłam się kto był wspólnikiem w zbrodni, a i w tożsamość samej morderczyni zdążało mi się powątpiewać.

Super, że Pani Detektyw, mimo niewątpliwego instynktu, nie jest ani pozbawiona słabości, ani nadnaturalnie błyskotliwa ani wszechwiedząca. A zakończenie jest zaskoczeniem nie tylko pod względem tożsamości sprawcy, ale również i samego jej rozwiązania.

Tetsuya Honda, Przeczucie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 350 s.
(premiera książki 16 sierpnia 2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Kot, który spadł z nieba” Takashi Hiraide

Nie lubię takich książek. Po prostu jestem za wrażliwa i za bardzo się przywiązuję do bohaterów ( a już szczególnie do tych puchatych i czworonożnych), żeby chętnie sięgać po powieści oparte na tym schemacie.

I nie mam tu bynajmniej na myśli, że jest to zła książka, wręcz przeciwnie! To piękna historia o zmianach, jakie w życiu dwojga ludzi potrafi wprowadzić kot, którego niezależna i cicha obecność dodaje życiu barw i uwrażliwia na piękno otaczającej bohaterów natury. Historia pełna malowniczych opisów, które tak uwielbiam i odległej, egzotycznej kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Powieść przeplatana refleksami na temat twórczości i tworzenia, dostrzegania piękna natury i sztuki, radości obcowania z przyrodą i radzenia sobie z żałobą po stracie bliskiej osoby. To książka o radości, jaką mogą dać pozornie banalne zmiany. O nieuchronnym przemijaniu, raz cichym i niemal niezauważalnym, raz nagłym i niszczycielskim niczym fala powodzi. I przede wszystkim i pięknej przyjaźni między człowiekiem, a zwierzęciem – przyjaźni pełnej szacunku i zachwytu, którą jako posiadaczka wspaniałych czworonożnych kompanów w pełni rozumiem.

Niezwykła forma powieści – jednocześnie minimalistyczna i rozmalowana – podnosi w moich oczach tą niewielką książeczkę do rangi dzieła sztuki odbieranego wieloma zmysłami. To prawdziwa uczta dla wyobraźni.

A mimo to nie lubię takich książek. Bo po całym zachwycie, który towarzyszył mi podczas lektury, poza kilkoma mądrościami, które zapadły mi głęboko w pamięć, w moim sercu zawsze zostaje smutek i żal. A o takiej książce nie jest łatwo zapomnieć.

Takashi Hiraide, Kot, który spadł z nieba, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2016, 144 s.