Bajki Majki: Środa z Bajkowirem: „Gdzie jest konik morski?” Anita Bijsterbosch

Pogoda dziś prawdziwie plażowa, a na Bajkowirze można przeczytać recenzję fantastycznej pozycji w morskich klimatach. Idealnie sprawdzi się jako kompan wypadu nad wodę.

Osią fabuły tej uroczej książeczki dla najmłodszych jest sytuacja, która mogła zdarzyć się tylko ojcu – konik morski zgubił jedno ze swoich dzieci. Rozpoczyna zatem szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą przetrząsając zakamarki morskich głębin i prosząc o pomoc każde napotkane stworzenie. Towarzysząc mu w poszukiwaniach zaginionego synka, mały czytelnik poznaje różnorodne morskie zwierzątka i utrwala liczenie do dziesięciu.

Książka ma piękne ilustracje, przesympatycznych bohaterów (samych tatusiów opiekujących się swą dziatwą, cała akcja chyba dzieje się w weekend ;)), świetne kolory i genialne, różnokształtne okienka. Polecam całym sercem, nie mogę się już doczekać aż Maj do niej dorośnie!

Bajki Majki: „Koala nie pozwala” Rafał Witek, z ilustracjami Emilii Dziubak

„Ta książeczka
wam opowie,
co Koali
siedzi w głowie”

„Koala nie pozwala”, to pierwsza książeczka w zbiorze mojej córki, którą zachwyciła się cała rodzinka. I nic dziwnego, że ja kompletnie wymiękłam, w końcu uwielbiam dziecięce nowości wydawnicze i co jakiś czas zakochuję się bez pamięci w jakiejś perełce. Nic też dziwnego, że Koalę z marszu pokochała Maj, bo książka jest idealna dla maluchów i już sześciomiesięczna Bobasa z zachwytem oglądała ilustracje. Ale to Tata jest w naszym domu największym fanem Koali. Zakumplowali się od pierwszej strony i książka Rafała Witka na dobre wpasowała się w nasz repertuar codziennego czytania. I została w nim do dziś, więc towarzyszy nam już od prawie roku i ani trochę się nie nudzi.

Bo Koala jest genialny. Przede wszystkim przepiękny wizualnie – to od niego zaczęła się nasza miłość do ilustracji Emilii Dziubak. Rysunki są zabawne, szczegółowe, w cudownych kolorach i zajmują spokojnie 80% książki. Uwielbiam ekspresyjną mimikę Koali i jego szalony entuzjazm do zajmowania się dzieckiem. To prawdziwy rodzic – surowy i wymagający, trochę przerażony zmianami, jakie w jego uporządkowanej rzeczywistości wprowadza mały urwis i ani trochę niepozbawiony wad. A jednocześnie wyrozumiały i kochający, skłonny do wielu szaleństw, żeby tylko wywołać uśmiech na twarzy swojego chłopca.

Każdej zilustrowanej sytuacji z życia Koali i Chłopca towarzyszy krótki fragment tekstu – jedno lub dwa zdania, dużymi, kolorowymi literami. Podobnie jak w przypadku rysunków, tekst jest trafny i humorystyczny. Ta lektura to świetna zabawa i dla dziecka i dla rodzica. A mało bystrzy rodzice będą się głowić dlaczego koale to nie misie. Nam to trochę zajęło, zanim przyszło oświecenie :D

Książka jest bardzo poręczna – całokartonowa, z grubymi stronami, o trochę większym formacie niż zazwyczaj, zbliżonym nieco do A5. Choć na naszym egzemplarzu pojawiają się pierwsze oznaki intensywnego użytkowania, jak na razie jest nie do zdarcia i trzyma się naprawdę świetnie. Bardzo wygodna do wspólnego czytania z dzieckiem na kolanach, równie dobrze sprawdza się przy samodzielnym poznawaniu przez małe rączki.

Całą rodziną bardzo bardzo bardzo mocno polecamy!

Rafał Witek, Emilia Dziubak, Koala nie pozwala, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2016, 30 s.

Bajki Majki: „Śpij króliczku” Jörg Mühle

Na Wielkanoc nie może zabraknąć króliczków i innych długouchych kitajców, dlatego Maja w tym roku na Zajączka dostanie śliczną, choć niepozorną książeczkę „Śpij króliczku”. Pokazuję ją z wyprzedzeniem, bo może jeszcze ktoś szuka inspiracji na bobasowy prezent last minute ;)

Jako że u nas czytanie jest elementem przedsennego rytuału, lektury związane ze spaniem i zasypianiem są jak najbardziej pożądane. A kiedy to cudo wpadło w moje ręce, już nie potrafiłam go odłożyć z powrotem na półkę. Pal licho, że akurat byłam w empiku, wiedziałam, że musimy go mieć w domowej biblioteczce. I to natychmiast.

To bardzo prosta historia o króliczku, który szykuje się do spania. A mały czytelnik musi mu w tym pomóc i to właśnie na tym polega cała magia tej pozycji. Interaktywna książeczka wymaga od dziecka wykonywania prostych czynności, bo na każdej stronie czeka zadanie – klaśnięcie, żeby przebrać króliczka w piżamkę, poprawienie poduszeczki, nakrycie kołderką, zgaszenie światła, czy danie małemu bohaterowi całuska na dobranoc. Wspaniały trening dla wyobraźni, który utrwala wieczorne rytuały i uczy dziecko czułości i troskliwości.

Książeczka jest porządna i kartonowa, dzięki czemu mam pewność, że trochę u nas wytrzyma, a króliczek jest przeuroczym bohaterem. Niewielka, prosta, skromna i urocza. Mi już skradła serce, nie mogę się doczekać pierwszego wspólnego czytania i jestem strasznie ciekawa reakcji Bobasy.

Jörg Mühle, Śpij króliczku, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2017, 20 s.

Korzystając z okazji, wszystkim molom i molikom książkowym życzymy wesołych, rodzinnych i smakowitych Świąt Wielkanocnych i mnóstwa przeczytanych wspólnie książek.

_20170414_150416

Bajki Majki: CzuCzu Karty obrazkowe na sznureczku – zwierzątka

Zestaw siedmiu dwustronnych, twardych, tekturowych kart z wizerunkami zwierząt i odgłosami, które owe zwierzątka wydają, połączone sznureczkiem.

Chociaż karty te dedykowane są dla dzieci od 12 miesiąca życia, towarzyszą nam odkąd tylko Bobasa nauczyła się w miarę pewnie chwytać – dzięki obłemu kształtowi, przypominającemu leżącą gruszkę, są idealne dla małych rączek. Bardzo fajna jest również możliwość rozwiązania sznureczka i używania kart pojedynczo – w przeciwieństwie do tradycyjnej książeczki, Maja od początku mogła unieść je samodzielnie (nawet w pozycji leżącej) i nie było obawy, że w przypadku upuszczenia obije sobie nosek.

Sympatyczne, kolorowe zwierzątka kształtują pamięć, a wyrazy dźwiękonaśladowcze zachęcają do wydawania odgłosów i są idealnym treningiem do nauki mówienia. Chociaż Maj jest jeszcze raczej oporna jeśli chodzi o wydawanie w miarę zrozumiałych dźwięków, zawsze lubiła słuchać – naśladowanie odgłosu rybki w wykonaniu mamy (bul bul :D) bardzo długo doprowadzało ją do wybuchów śmiechu.

I co najważniejsze – karty są super wytrzymałe – przetrwały ślinienie, podgryzanie, żucie i rzucanie. Mojej małej Destrukcji nie udało się zrobić im większej krzywdy, żadna z kart nie jest zagięta, naddarta ani porwana, mają jedynie nieco nadjedzone brzegi (zwłaszcza te najbardziej ukochane – z kotkiem i rybką). Jedyną piętą Achillesa jest tekturowy sznureczek, który momentalnie rozmięka w pełnej śliny buźce i chyba kawałek uległ zjedzeniu, ale reszta, o dziwo, przetrwała ;)

To Mai drugie karty na sznureczku, od urodzenia korzystała z kart kontrastowych tej samej firmy i obawiałam się trochę, że ta forma mogła się znudzić i 4/5 miesięczne dziecko nie będzie nimi zainteresowane. Myliłam się bardzo, nowe karty okazały się hitem, a obecnie (Bobasa ma prawie 14 miesięcy) przeżywają swój renesans – tym razem z pokazywaniem paluszkiem i kojarzeniem z zabawkami i obrazkami w innych książeczkach.

Bardzo polecamy!

CzuCzu. Karty obrazkowe na sznureczku. Zwierzątka, Kraków: Bright Junior Media, 2016, 7 s.

Bajki Majki: „Kto zjadł biedronkę?” Hector Dexet

„Kto zjadł biedronkę?” to Mai pierwsza i, jak dotąd, ulubiona książka z dziurą. I choć tytuł ma nieco złowieszczy, nie ma powodów do niepokoju – przy lekturze nie ucierpi żadna biedronka, a cała historia skończy się dobrze ;)

Trzonem historyjki są poszukiwania sympatycznego owada w kropki kojarzonego w Polsce z siecią dyskontów ;P
Choć cały czas widzimy biedroneczkę w samym centrum, wcale nie tak łatwo do niej dotrzeć – podróżujemy coraz bardziej w głąb książeczki poznając kolejne zwierzątka i zastanawiając się, czy któreś z nich przypadkiem nie gustuje w tych niepozornych owadach. Na szczęście upodobania kulinarne kolejnych drapieżników (a już na pewno nie ślimaków) nie zawierają biedronki w karcie ulubionych dań :D

 

Zdecydowanym atutem tej pozycji są fantastyczne ilustracje i genialne kolory – oto wspaniały dowód na to, że książeczki kontrastowe dla najmłodszych nie muszą wcale być czarno-białe! Kolory są soczyste i wyraziste, a zwierzątka, choć proste i schematyczne, są urocze i intuicyjnie rozpoznawalne. Mai zdecydowanym faworytem jest biały pajączek na czerwonym tle, ja uwielbiam różowe flamingi na granacie i biało-niebieskie rybki.

Choć książka jest duża i dość masywna, to wciąż poręczna i bez problemu można nią manewrować jedną ręką, drugą podtrzymując dziecko na kolanach. Strony są naprawdę porządne, co jest dla nas bardzo ważnym kryterium – po ponad pół roku książeczka niemal nie nosi śladów zużycia – nie da się jej podrzeć, powyginać ani zjeść nawet przy samodzielnym obsługiwaniu przez Bobasę, a to prawdziwy wyczyn – jest praktycznie nie do zdarcia.

Bardzo polecamy, „Kto zjadł biedronkę?” to naprawdę godziny wspólnego czytania i już od miesięcy stała pozycja w naszym repertuarze.

Hector Dexet, Kto zjadł biedronkę?, Warszawa: Mamania, 2016, 24 s.