Bajki Majki: „Van Dog” Gosia Herba, Mikołaj Pasiński

Są taki książki, którym poświęcasz rzut oka i już wiesz, że musisz mieć, bo to będzie WMN – Wielka Miłość Nieskończona. Już na sam tytuł spadły mi kapcie (mimo, że jestem zdeklarowaną kociarą, mam nadzieję, że ta zdrada zostanie mi wybaczona!) a jak jeszcze dodamy do niego jedną z moich najulubieńszych ilustratorek, to wiadomo, że musi być sztos, nie ma innej opcji.

Kochałam, więc zanim jeszcze otworzyłam, a jak już otworzyłam, to pokochałam jeszcze bardziej.

„Van Dog” to obłędnie kolorowy i pełen szczegółów, cudownie zwariowany picturebook o sztuce, tworzeniu i postrzeganiu świata.

Artysta wybiera się w plener. Kiedy od samego rana w skupieniu oddaje się malowaniu, łąka wokół niego zaczyna budzić się do życia i… wchodzić z nim w interakcje. Na początku powoli i przewidywalnie – uważne oko będzie miało szansę zauważyć coraz więcej robaczków, ptaszków, jaszczurek i chmurkowych baranków. Ale im dalej w las, tym bardziej goście będą odbiegać w kierunku surrealizmu. Pojawią się rozbrykane dzieciaki, rycerze kosmiczne mrówki, olbrzymia gadzina pytająca o drogę do Tokio (wraz z alpinistką wspinającą się zawzięcie po jej ogonie), pająk wielbiciel koloru niebieskiego, kosmici, wędkarze, wampiry, budka z lodami, kometa, przelotne opady deszczu i domorosły krytyk sztuki. A to tylko wybrane zagadnienia! Oczywiście cała ta hałastra wydaje z siebie olbrzymie ilości wyrazów dźwiękonaśladowczych, pytań natury egzystencjalnej i wyznań miłości w kierunku lodów. Czyste szaleństwo. Czy można sobie wyobrazić lepsze warunki dla tworzenia sztuki? Bynajmniej! Dlatego też powstanie prawdziwe arcydzieło!

Fantastyczna zarówno pod względem humorystycznym, jak i wizualnym, fani Gosi Herby znajdą tu niejednego z jej robaczków, pajączków i krwiopijców, a fani wielkiej światowej sztuki z pewnością będą zachwyceni żabią wersją Cecylii Gallerani, świńskim Courbetem i jamniczkowym Młodzieńcem.

To też genialna wyszukiwanka, bo dzieje się tak dużo, że czasami nadążyć za losami jednego z bohaterów nie jest wcale łatwo. A i ci zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Na samym końcu zaś na młodych czytelników czeka plakat, na którym będą mogli stworzyć swoje własne, mniej lub bardziej realistyczne dzieło.

Gosia Herba, Mikołaj Pasiński, Van Dog, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Czas na czytanie: „Dywan z wkładką” Marta Kisiel

Do gatunku „komedia kryminalna” podchodzę zawsze ze sporą rezerwą, bo choć bardzo cenię sobie książki z humorem, a nawet „z jajem”, to jednak za bardzo lubię dobre kreacje psychopatów i zagmatwane intrygi, by lekko podchodzić do kryminałów. Nic więc dziwnego, że tytuły komedii kryminalnych, które naprawdę mi się podobały mogę policzyć na placach jednej ręki.

Niemniej jednak „Marta Kisiel” jest marką, po którą sięgam (a nawet polecam!) w ciemno i jeszcze nie zdarzyło mi się na tym zwyczaju przejechać. Tym razem nie było inaczej.

Kiedy z lodówki rodziny Trawnych zaczyna wydobywać się entuzjastyczna wokalizacja erotyczna nowej sąsiadki, wyprowadzka „w dzicz” nie wydaje się wcale a wcale przesadzoną reakcją. Szybko okazuje się jednak, że podmiejski „koniec świata” to ni mniej ni więcej, jak siedlisko występku, a motywy ukatrupienia uciążliwego sąsiada może mieć właściwie każdy z sąsiedztwa. Kto z nich jest tajemniczym zbrodzieniem? I czy to aby na pewno nie szanowny małżonek? W takich okolicznościach nawet dobrze mieć przy sobie przygotowaną na każdą sytuację teściową – pożeraczkę męskich serc, joginkę i wytrawnego stratega wyćwiczonego w licznych planszówkowych bitwach. W jednej osobie! Szczególnie, kiedy twoje ciekawskie dzieciaki – pogromczyni stereotypów, hejterka różu i obrończyni klimatu (również jedna osoba) oraz oddany minecraftowicz dominującym charakterem siostry przytłoczony – depczą Ci po piętach.

O tym, że rekreacyjne bieganie po lesie ” dla zdrowia” prowadzi do samych kłopotów nie trzeba mnie długo (w sumie to wcale) przekonywać, ani że może się to skończyć trupem też nie, jak dla mnie całkiem realna sytuacja. Niemniej jednak, jak to w komediach kryminalnych bywa, przede wszystkim jest to komedia, a dopiero potem kryminalna, więc i sama intryga należy raczej do tych raczej mało poważnych, choć po słowo „infantylna” raczej bym nie sięgnęła. Jest to też jak najbardziej lektura dla dorosłego odbiorcy, chociaż raczej dla takiego bez kijaszka w życi.

Mimo początkowych obaw, że bez fantastyki, kichających aniołów, romantycznych widm, podróży w czasie, półglutów i tym podobnych klimatów to już nie będzie to samo i zabraknie magii, jest kiślowato od pierwszego do ostatniego zdania. Cudowne poczucie humoru, bohaterowie, których kochasz z całego serducha i masz ochotę udusić jednocześnie oraz nieprzewidywalnie absurdalne zwroty akcji to przepis na sukces. Znowu. Nawet odrobina poezji romantycznej zaplącze się to tu, to tam i Alleluja też!

No i nareszcie mam książkę dla wszystkich tych znajomych, którym uparcie polecam jedną z moich ulubionych autorek, a oni „nie lubią fantastyki…”!

Uśmiałam się jak norka, polecam.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 333 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Nie mogę, trzymam dziecko” Ksenia Potępa

„Nie mogę, trzymam dziecko” towarzyszy mi właściwie od samych początków macierzyństwa – Mysza, pierworodna autorki, jest tylko kilka miesięcy młodsza od mojej Majki i rysunkowy pamiętnik Kseni zaczął powstawać mniej więcej w okresie, kiedy udało mi się względnie opanować umiejętność operowania telefonem komórkowym podczas karmienia i innego ogarniania dziecka, a moje umiejętności umysłowe wróciły do stanu, w którym byłam w stanie rozumieć żarty.

A że na większość przedstawionych sytuacji reagowałam entuzjastycznym szeptem „tak, ja też tak mam!” (żeby przypadkiem nie obudzić niemowlaka), bardzo szybko zapałałam do drugiej początkującej mamy spora sympatią. W końcu to prawdziwa ulga, kiedy nie jest się jedyną matką, która nie zawsze ogarnia wszechświat.

Dlatego też chętnie, choć nie bez obaw, sięgnęłam po tą książkę. Nie bez obaw bo znacie moje podejście po poradników (nie lubię, nie ufam, demotywują mnie), no i nierzadko zdarza się, że blogerzy piszący własne książki nie są już w tak fajni, jak w krótkich formach, jakim są posty na Instagramie.

Na całe szczęście „Nie mogę, trzymam dziecko” pozostała sobą. Jest więc obowiązkowa dawka luzu i humoru, a codzienne zmagania z rzeczywistością młodych rodziców zostały sprytnie sprowadzone do rangi użytecznych wymówek – w końcu najlepszym wytłumaczeniem na poplamione ubrania, mówienie do siebie, czy nie do końca wytłumaczalne zachowania jest posiadanie dziecka. I to podejście bardzo mi się podoba. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie zawołał nigdy do sprzedawczyni w piekarni „Papa, do jutra!”. Z dzieckiem wygląda to dobrze. Bez dziecka nieszczególnie (tak, byłam bez dziecka. Tak, później chodziłam już tylko do piekarni na drugim końcu osiedla).

Jak to określił szanowny małżonek, dla nas ta książka jest już trochę postdated, więc jako mama prawie pięciolatki zrobiłam sobie wieczorem kubeł herbaty, i kiedy moja odchowana latorośl grzecznie spała we własnym łóżeczku, spędziłam z „Nie mogę, trzymam dziecko” miły i zabawny wieczór, czyli pochłonęłam „na raz”. Ale jak najbardziej jest to książka dla rodziców pociech w stadium larwalnym – nieodkładanych i pochłaniających uwagę 38 godzin na dobę. Została podzielona na 27 (!) króciutkich tematycznych rozdziałów, które można przyswoić rzutem oka i w stanie nie do końca obudzonym na przykład podczas gotowania wody na kawę, która i tak nam ostygnie. Albo podczas, gdy wokół wszystko płonie, ale my już potrafimy się z tym pogodzić. Rozdziały są poprzetykane 13 „wstawkami bonusowymi” – między innymi przepisem na ciasteczka zawierającym wskazówki dla malucha odnośnie nie jedzenia surowego ciasta, pozycjami z mamojogi, wskazówkami odnośnie pakowania rodziny na wyjazd, czy definicją głuchoty wybiórczej. I oczywiście komiksowymi scenkami spod pióra autorki. W ogóle cała książka jest bardzo ładnie wydana. Ma też duże literki i sporo obrazków!

Aż trudno w to uwierzyć, ale z 27 tematów – od spania i jedzenia, przez kupę, ubieranie, granice cierpliwości, aż po dobre rady i typowe zachowania rodziców tylko 2 (słownie dwa) problemy nie dotknęły mnie osobiście – nie wiem, czy nie strach się do tego przyznawać, ale macierzyństwo oszczędziło mi współspania (z wyboru, bardzo się przed tym broniłam i Majka spędziła z nami tylko jedną noc we wspólnym łóżku) i uciążliwego ząbkowania – Czasami miałam wrażenie, że Ksenia po prostu siedziała mi w głowie. Albo podglądała mnie gdzieś przez ukrytą kamerę, co jest dość niepokojącym pomysłem. Zdecydowanie wolę myśleć, że po prostu wszystkie mamy tak mają. Nie jesteś jedyną nieidealną i nieogarniającą matką na świecie! A to myśl, która szalenie podnosi na duchu.

Fantastyczny pomysł na prezent dla młodych rodziców. Polecam bardzo i żałuję, ze sama jej nie miałam podczas zmagań z początkami rodzicielstwa. Sama sobie zostawię na półce „na wszelki wypadek” i czekam na kolejną część poświęconą przedszkolakom!

Ksenia Potępa, Nie mogę, trzymam dziecko. Rodzicielstwo bez instrukcji obsługi, Warszawa: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 240 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Jak wytresować kota? Historie prawdziwe” Dawid Ratajczak

Książki o kotach są gratką dla kociarzy w każdym wieku i świetnie się ubawiłam czytając ten tytuł. Pamiętam jednak, jak uwielbiałam w dzieciństwie tego typu historie – „Kocie opowieści” Jamesa Herriota były jedną z moich ulubionych książek, kiedy tylko nauczyłam się w miarę sprawnie czytać. Znam je niemalże na pamięć. A że książki Ratajczaka nie mają tak naprawdę ograniczenia wiekowego i zostały wydane nakładem Wydawnictwa Skrzat, które niejako konotuje literaturę dziecięcą, czwarty tom „Jak wytresować kota” trafił do kategorii Bajki Majki, choć zdecydowanie przez jakiś czas będzie jeszcze na wyrost.

Ale nie dajcie się zwieść! Bardzo rekomenduję tą pozycję również dla dorosłych, swój egzemplarz zamierzam niebawem [nie czytaj tego siostro, chyba, że chcesz mieć urodzinowy spoiler!] sprezentować siostrze na 23 urodziny.

 

Oczywiście dzieci nie wszystko zrozumieją – nie mają w końcu aż tak dużego życiowego doświadczenia i obycia z kotami i stworzeniami kotopodobnymi (wciąż podejrzewam Vincenta o jakieś tajemnicze małpie geny), jak człowiek dorosły – ale z pewnością i tak będą miały ubaw po pachy. Ja miałam.

W przeciwieństwie do poprzednich trzech części serii, ta nie powstała jako typowy poradnik. Na tą niewielką gabarytowo książeczkę składa się pięć opowieści pięciu kotów i ich właścicieli. Są to historie mogące stanowić archetyp kociego zachowania, bez wątpienia znany wszystkim wytrawnym kociarzom. Ci, czytając, będą mądrze kiwać głową ze zrozumieniem, gładząc brodę i podkręcając wąsa. Dla początkujących użytkowników stanowią cenną wartość dydaktyczno-moralizatorską, pomagając im choć trochę przygotować się psychicznie na nieuniknione.

Pewne wydarzenia są bowiem całkowicie przewidywalne – jak na skutek ścierania się zimnych i ciepłych mas powietrza musi powstać burza, tak możemy spodziewać się pewnych określonych efektów, kiedy próbujemy podać kotu tabletkę, przypiąć mu smycz i zabrać na spacer (aczkolwiek jestem w posiadaniu pewnego dowodu anegdotycznego, że to jednak możliwe!), czy postawimy w domu kota choinkę. A jednak mimo to za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, prawda?

Wszystkie są świetne w swojej prawdziwości, ale moją ulubioną zdecydowanie jest opowieść (chociaż bardziej może przypowieść?) o odchudzaniu „puszystego, ale szczęśliwego” Krokieta, zawierająca relację jego diety z godziny na godzinę, niczym napad na mennicę królewską.

Lekki język, komizm życia codziennego, dużo bardzo kocich kotów i całkiem sporą dawkę wartościowej kociej wiedzy przeplecionej między wierszami gwarantują poprawiająca humor i pożyteczną rozrywkę niezależnie od metryki odbiorcy. Wystarczy tylko umieć czytać!

Dawid Ratajczak, Jak wytresować kota? Historie prawdziwe, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 160 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Wróżka Prawdomówka” Matt Haig, Chris Mould

Ni to książka z obrazkami, ni to komiks – bardzo bogato ilustrowana, rymowana, niewielka formatem, bardzo baśniowa i ogromnie zakręcona powieść dla młodszej młodzieży.

Główna bohaterka nie jest taką wróżką, którą zazwyczaj sobie wyobrażamy – nie ma trzepoczących skrzydełek z magicznym pyłkiem, nie potrafi czarować i nie spełnia życzeń. Nie znaczy to jednak, że nie została obdarzona magiczną mocą, wręcz przeciwnie – jej umiejętność zdaje się być piękną i pożądaną cechą. Otóż nasza wróżka może mówić tylko prawdę. Brzmi świetnie, prawda? Okazuje się jednak, że prawda często nie jest tym, co chcielibyśmy usłyszeć od drugiej osoby, a przekazana w mało delikatny sposób potrafi nieźle zranić. I sprowadzić na naszą małą wróżkę niemałe kłopoty! Nikt chyba nie lubi dowiadywać się, że jego nowa fryzura przypomina poskręcane druty, oddech nieprzyjemnie pachnie, a ubrania są brzydkie. Nic więc dziwnego, że Prawdomówka nie ma zbyt wielu przyjaciół. Właściwie, poza myszką żyjącą w jej swawolnych włosach, nie ma nikogo bliskiego. Nie martwcie się jednak, to się zmieni! I kiedy tylko wróżka trafi na dziewczynkę, której prawda na temat jej najbliższej przyszłości na pewno nie ucieszy, ale którą jednocześnie bardzo będzie chciała podnieść na duchu.

To nie jest grzeczna i poprawna historia, co to to nie! Mamy tu nieszczególnie ładne wzorce zachowań, sporo gówienek i mocno niemiłe traktowanie. Ale jednocześnie to bardzo prosta i wyrazista lekcja empatii, panowania nad kulturą wypowiedzi i uważności w wydawaniu sądów. I jednocześnie, jak to na baśń przystało, niesie oklepane, ale dość uniwersalne przesłanie:

„Nigdy szczęścia tak naprawdę nie poznam, jeśli najpierw smutku w życiu nie doznam”,

A nawet po najczarniejszej nocy wyjdzie słońce i po nieprzyjemnym okresie w życiu, przyjdzie czas na lepsze dni.

Zabawna, mądra, trochę niepoprawna, dużą ilością charakterystycznych ilustracji i zasmarkanymi trollami. Całkiem odjechana historia, dzieciaki ją pokochają.

Matt Haig, Chris Mould, Wróżka Prawdomówka, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 122 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Bajki Majki: „Nie mrugaj!” Amy Krouse Rosenthal, David Roberts

Ta zabawna książeczka na dobranoc w pierwszym momencie wzbudziła moje skojarzenia z ukochaną i znienawidzoną (wciąż ziewam na samą myśl) „Wszyscy ziewają”. Choć wizualnie zupełnie inne i skierowane do odmiennych gryp wiekowych, łączy je wspólny cel – nakłonienie malucha do pójścia spać. „Nie mrugaj!” również pewien podstępny sposób oszukuje nasze mózgi sprowadzając senność za pomocą prostego odruchu – tym razem, jak sama nazwa wskazuje, za pomocą mrugania.

Główna bohaterka książki – wielkooka sowa – ma dla małego czytelnika fantastyczną propozycję. Jeśli tylko uda mu się nie przewracać kolejnych stron tej książeczki, nie będzie musiał iść spać. I to nawet przez całą noc! Jest jednak pewien haczyk – stronę trzeba przewrócić zza każdym razem, gdy się mrugnie. Wystarczy zatem nie mrugać, a sen nam nie zagrozi, proste prawda?

Ale sówka nie pozostawia nas samym sobie, oj nie! Podsuwa odbiorcy kolejne pomysłowe sposoby na powstrzymanie się od mrugania – od gapienia się (w sufit, w kogoś innego, a nawet w zakręcone iluzje optyczne), przez mrużenie oczu, aż po przytrzymywanie powiek palcami. Ich skuteczności można się domyślić, choć znacznie ciekawiej jest samemu spróbować! Czy można się wymrugać na zapas? I jaki jest w końcu ten niezawodny przepis na nie mruganie? Bo zdradzę Wam w sekrecie, że taki jednak istnieje! Ale odkryjecie go już sami, po lekturze tej książki.

Genialna propozycja dla rodziców przedszkolaków, którzy nie mogą skutecznie ululać swoich pociech. To cudny przykład aktywnego czytania, podczas którego dziecko jest zaangażowane w proces, zamiast być jego biernym odbiorcą – reaguje, angażuje się w zadania i ma szansę odczuć lekturę całym ciałem. No, przynajmniej oczami. W końcu będzie to dla nich niezła gimnastyka!

Niewiele tekstu i oszczędne ilustracje, prosty pomysł, estetyczne wykonanie i świetny efekt. Moim zdaniem jedna z pozycji obowiązkowych na półce przedszkolaka. Szczególnie takiego, który wieczorem najchętniej znajdowałby się jak najdalej od swojego łóżeczka. Czyli w sumie każdego…

Amy Krouse Rosenthal, David Roberts, Nie mrugaj!, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.