Czas na czytanie: „Wszystko jest niebieskie” Inga

Dzieli ich ponad 40 lat, łączy przypadek, jakiego nie powstydziłaby się żadna porządna komedia romantyczna.

DSC_0194.jpg

Daniel jest po siedemdziesiątce, ma wnuczkę na progu dorosłości i świeżą historię zawałową. Nie oznacza to jednak, że planuje położyć się na kanapie i czekać na śmierć, wręcz przeciwnie. Nie ma przecież wiele do stracenia. Dlatego kiedy pojawia się okazja nawiązania głębszej znajomości z atrakcyjnym młodym chłopakiem postanawia korzystać z życia.

Arek ma 23 lata, demotywującą pracę, mnóstwo nauki na mało poważanym kierunku studiów i niecodzienne upodobania. On również nie waha się długo, gdy na jego drodze pojawia się okazja zrealizowania skrytych fantazji. Ale czy nosząc serce na dłoni można bez problemu wejść w niezobowiązującą relację?

Zaskakująco ciepła, kipiąca emocjami historia romansu niemającego najmniejszej szansy na społeczna aprobatę. Historia pełna kontrastów, jak jej bohaterowie. Jednocześnie smutna i wypełniona uszczypliwym poczuciem humoru, subtelna i delikatna, choć zawiera „momenty”, od których mocno czerwienieją uszy. Pełna poplątanych emocji i prostego pożądania.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, fascynacji drugim człowiekiem, potrzebie uwagi i zrozumienia niezależnej od wieku. O starości i pragnieniu bycia zauważonym. O młodości i lęku przed utratą. O godności, poszukiwaniu siebie i podążaniu za pragnieniami. O ulotności życia i czerpaniu z niego ile tylko się da. Wreszcie o odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby.

Bawi i skłania do refleksji. Zachwyca sensualnymi opisami, szokuje dosadnością. I łechta moje gusta estetyczne malowniczą okładką.

Inga, Wszystko jest niebieskie, Szczecin, 2018, 113 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.

Czas na czytanie: „Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

Nie da się ukryć, że mam wielką słabość do dziwnych rzeczy i sięgam po nie z przyjemnością. Ale tak dziwnej książki, jak „Twierdza Kimerydu” dawno nie czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Ludzkość poczyniła spore postępy w kierunku rozwoju genetyki. Nie tylko wskrzesiła dinozaury, ale również powołała do życia nowe gatunki bezrefleksyjnie mieszając geny stworzeń żywych i wymarłych. Dążąc do pokonania śmierci ulepszyła człowieka modyfikując jego wygląd, wyeliminowała koncepcję starzenia się i poprawiła wytrzymałość. Największym marzeniem okrutnego cesarza hegemona władającego Europą jest stworzenie armii niezwyciężonych żołnierzy będących hybrydami ludzi i dinozaurów. Tymczasem w Afryce, miejscu, skupiającym badania nad prehistorycznymi gadami, przedstawiciele tego gatunku pojawili się zupełnie samoistnie. By nie powiedzieć wręcz „naturalnie”.

Tyrs Mollina nie ma lekkiego życia – urodził się jako wyrzutek, potomek człowieka i raptora. Pozbawiony wspólnoty i własnej tożsamości, wychowany na ulicy od dziecka musi radzić sobie sam, a ponadto na jego barkach ciąży odpowiedzialność za pojawiające się w zastraszającym tempie młodsze rodzeństwo. Jest samcem alfa swojej rodziny, strażnikiem wąwozu, Casanovą, uczniem liceum i przyjacielem dwóch innych młodych chłopaków, całkiem do niego podobnych, a jednak zupełnie innych.

Ta książka to naprawdę wybuchowa mieszanka – problemy egzystencjalne dorastających chłopców mieszają się z walką o przetrwanie i poszukiwaniem własnego „ja”, nie tylko jako człowiek, ale i jako drapieżnik. To walka z zupełnie ludzkimi pragnieniami i popędami podszeptywanymi przez skrytą gdzieś głęboko gadzią naturę. To nieustanna walka o akceptację społeczeństwa, rodziny i samoświadomość. A jakby tego rodzaju rozterek było mało, to pewna słynna kobieta, która trafi przypadkiem w mało gościnne mury tej niestandardowej twierdzy przynosi ze sobą widmo wojny.

Kontrowersyjne tematy, jak homoseksualizm, czy prostytucja kompletnie blakną przy eksperymentach na ludziach (a nawet na własnych dzieciach!), wykorzystywaniu nieletnich, składaniu krwawych ofiar, czy międzygatunkowych związkach z licznym potomstwem. Kompletna jazda bez trzymanki. Czytelnikowi wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, by chwilę później wstrzymywać oddech za zdumienia. A wykreowana antyutopia z każdą stroną przeraża coraz bardziej.

Jest tu wojna i rzeź, są złamane serca i portowe życie spod znaku czerwonych latarni, jest walka o wolność, tożsamość i rzucanie wyzwania niepokonanemu, jest okrucieństwo najeźdźcy i jedzenie ludzkiego mięsa. Jest nadzieja i jej utrata. Są też takie momenty, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o co im wszystkim chodzi i w imię czego właściwie tak strasznie utrudniają sobie życie. Bo motywacje bohaterów bywają przedziwne i zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Wiadomo, były momenty, które podobały mi się bardziej, i te, które mniej przypadły mi do gustu. Długo nie rozumiałam na przykład dlaczego właściwie na siłę upchnięto bohaterów do szkoły – dla mnie z zupełności sprawdziliby się jako żołnierze. A tego rodzaju zabiegów – które zyskują sens dopiero gdy mamy obraz całości – jest całkiem sporo. Frustrująco sporo.

Autorka jest prawdziwą sadystką – nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani tym bardziej czytelników.

Pomijając kompletny miszmasz tematyczny i koncepcyjny, książka jest napisana w bardzo specyficzny sposób. Teraźniejszość miesza się ze wspomnieniami, a różne perspektywy bohaterów niejednokrotnie się na siebie nakładają. Nie przepadam za pierwszoosobową narracją, ale w przypadku tej powieści nadaje ona historii zupełnie inny wymiar. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, to nie sposób przerwać lektury, czyta się jednym tchem.

Dziwna, niestandardowa, zaskakująca. Nie można przestać o niej myśleć, szczególnie, że zakończenie pozostawia mnóstwo niedosytu. Niecierpliwie czekam na drugi tom, i w głębi serca mocno wierzę, że mój ulubiony bohater wcale jednak nie umarł na śmierć i doczekam się jego wielkiego powrotu. Bardzo proszę!

P.S. Nie sposób nie wspomnieć również o opracowaniu graficznym – książka została wzbogacona o trzy kolorowe wkładki z komiksowym przedstawieniem danej sceny. Ta koncepcja przypadła mi do gustu i w ostatecznym rozrachunku było mi tych obrazkowych wtrąceń trochę mało – kiedy już się przyzwyczaiłam, że się pojawiają, one jak na złość przestały się pojawiać. Strasznie spodobał mi się za to gadżet promocyjny, który dostałam wraz z książką – zbiór grafik w formie pliku zdjęć przedstawiających formalne i nieformalne momenty z życia opisanych postaci. Taki intymny wgląd do albumu ten kompletnie niestandardowej, ale jednak rodziny. Fantastyczny pomysł.

Magdalena Pioruńska, Twierdza Kimerydu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 444s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Zniewolony książę” C.S. Pacat

Takie książki to moje dirty pleasure – jedni nie śpią, bo czytają Greya, ja nie śpię, bo czytam yaoi. Powoli już przestaję się oszukiwać, że kiedyś z tego wyrosnę. Cóż, każdy ma gdzieś swoje Waterloo.

Jako, że to specyficzne hobby wciąż jeszcze mi nie przeszło, a zaczynałam gdzieś w gimnazjum, czuję się całkiem doświadczonym na tym polu czytelnikiem i z rosnącym sercem obserwuję rozwój rynku wydawniczego. Dlatego też dobrze wiem, że fabuła nie jest czymś, czego należy oczekiwać. Przynajmniej zazwyczaj.

DSC_0835

I też w tym przypadku pani Pacat jakoś szczególnie mnie nie zaskoczyła, bo to zupełnie typowy slave romance – zły przybrany brat podstępem pozbawia głównego bohatera prawa do tronu i cichaczem sprzedaje go jako niewolnika władcy wrogiego narodu. A przez następne 300 stron bohater próbuje uciec, wrócić do domu i odzyskać tron.

haremy, duszne parowe łaźnie, złote łańcuchy, traktaty, seksy, przymus, walka o dominację, zapasy nasmarowanych olejkiem wojowników, baty, uległe kociaki i uparty buntownik. Wzajemna pogarda i przyciąganie. Klasyka tematu.

Ale są trzy aspekty, które w moich oczach wyróżniają to pozycję i ze względu na nie będę czekała na kolejne tomy trylogii (Ewelino, kochanie, czy mnie czytasz? Dopisz do listy prezentów). Przede wszystkim dworskie intrygi (uwielbiam!), które w tej książce są wyjątkowo zapętlone i perfidnie złe. Na drugim miejscu plasuje się oziębły nowy właściciel naszego zniewolonego bohatera, który ma tak złośliwie wredny charakterek, że to aż cudowne (jego też uwielbiam). I na końcu opisy dwóch wrogich kultur zestawionych ze sobą na zasadzie kontrastu – od zwyczajów dotyczących ubioru, intymności, czy prezentowania majątku, aż po architekturę i sztukę – a tak do siebie podobnych pod względem rządzy władzy i bezwzględnej polityki.

Pod względem literackim bez szału, a na początku nawet trochę męcząco, choć nie wiem, czy to wina autorki, czy tłumaczenia. Za to opisy bywają bardzo plastyczne (czasami aż do przesady), co lubię i doceniam. Całkiem się wczułam.

Jest więc tendencyjnie i bez szczególnych uniesień językowych, chociaż niewątpliwie książka ma swoje momenty. Ale kurczę, wszyscy wiemy po co tu jesteśmy. Bynajmniej nie dla fabuły.

C.S. Pacat, Zniewolony Książę, Warszawa: Studio JG, 2018, 312 s.

Czas na czytanie: „Notatki samobójcy” Michael Thomas Ford

„Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.”

Na ten tytuł trafiłam na jednej z grup książkowych – pewna mama była zniesmaczona faktem, że w książce dla młodzieży pojawiają się „momenty”. I to w dodatku męsko-męskie. A jak wiadomo, tego rodzaju krytyka to najlepsza reklama. Nie byłam w stanie oprzeć się pokusie sprawdzenia, co to za pornograficzne bezeceństwa kryją „Notatki samobójcy”.

DSC_0822

Na samym początku muszę zaznaczyć, że jak zazwyczaj strasznie nie lubię pierwszoosobowej narracji, tak ten pamiętnik czytało mi się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych stron polubiłam samego narratora – piętnastoletniego Jeffa, który jest po prostu świetnym chłopakiem. Błyskotliwy, trochę zarozumiały, wygadany i pełen uszczypliwego poczucia humoru. Nie brak mu typowego dla nastolatków głodu wiedzy i, co już jest mniej typowe dla młodych chłopców, lubi swoją rodzinę i docenia to, co ma. A zdaje się mieć mnóstwo dystansu do siebie i świata. Okazuje się jednak, że jest pewien szczegół, którego wstydzi się nawet przed sobą.

„Czasami ludzie wyglądają normalnie, ale pewnego dnia robią coś kompletnie zaskakującego – i lądują w miejscu takim, jak ten szpital. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto mnie zna, podejrzewał, że zrobię to, co zrobiłem.”

Nie jestem pewna, jak to o mnie świadczy, ale czytałam relację młodziutkiego niedoszłego samobójcy z pobytu w szpitalu psychiatrycznym i momentami musiałam powstrzymywać wybuchy śmiechu. Bo ta historia jest naprawdę lekko napisana. Zabawna i nieco zadziorna narracja nie ujmuje jednak powagi samej tematyce, która przedstawiona z wyjątkowo przystępny sposób.

„Dlaczego trzeba ostrzegać ludzi przed tym, kim się jest? Dlaczego nie można po prostu być sobą?”

To całkiem mądra opowieść o samoakceptacji, odkrywaniu własnej seksualności i dystansowaniu się do zdania innych. O ciężarze sekretów i pozornie błahych problemach, które z punktu widzenia nastolatka wydają się być nie do pokonania. I przy okazji ważna lekcja tolerancji – boleśnie uświadamia jak bardzo ludzkie reakcje potrafią wpłynąć wpływać na nas i innych. A o inności świadczą nie tlyko nasze romantyczne wybory.

Tak, w tej książce są sceny czynności seksualnych zarówno w parze hetero, jak i homoseksualnych. Nie nastawiajcie się jednak na wyjątkowo plastyczne opisy, niepewność pierwszych doświadczeń zdecydowanie dominuje tu nad erotyką.

Osobiście odebrałam ta książkę bardzo pozytywnie, wydaje mi się być świetnie wyważona między powagą tematu, a humorystycznym podejściem. Super, że nie jest to romans, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jest mnóstwo emocji ale wszystko jest nastawione przede wszystkim na poznawanie siebie, nie na fascynację drugim człowiekiem.

Warto poświęcić jej chwilę. A z punktu widzenia rodzica naprawdę nie ma się czego bać. Chociaż może sądzę tak dlatego, że moja córka jeszcze nie potrafi czytać.

Michael Thomas Ford, Notatki samobójcy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012, 272 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Tamte dni, tamte noce” André Aciman

„Ludzie, którzy czytają, są schowani w sobie. Ukrywają to, jacy są. Ludzie schowani w sobie nie zawsze lubią to, jacy są.”

Przeczytałam właśnie książkę o szczęściu. Dlaczego więc nie mogę przestać płakać?

DSC_1049

Pozornie banalna historia wakacyjnego romansu pomiędzy siedemnastoletnim synem znanego profesora i kilka lat starszym letnim rezydentem jego rodziców umiejscowiona w rajskiej scenerii północnych Włoch. I nie byłoby w niej niczego odkrywczego, gdyby nie olbrzymia dawka emocji, którą ów romans ze sobą niesie.

„(…) młodośc nie ma wstydu. Wstyd przychodzi z wiekiem.”

Bardzo długo, bo przez niemalże pół książki nie mogłam przywyknąć do pierwszoosobowej narracji i koncepcji strumienia świadomości. To praktycznie autowiwisekcja wrażliwości głównego bohatera, który każde ze swoich uczuć i każdą reakcję analizuje, rozkłada na czynniki pierwsze i wielokrotnie przeżywa. I choć może być przy tym męczący, doskonale go rozumiem i jednocześnie niesamowicie imponuje mi jego nieposkromione pragnienie przeżywania i ciekawość skierowana zarówno w kierunku drugiego mężczyzny, jak i własnego wnętrza.

„- Wcale nie jestem mądry. Jak już mówiłem, o niczym nie mam pojęcia. Czytam książki i umiem układać słowa w zdania, ale to nie znaczy, że potrafię mówić o sprawach, które są dla mnie najważniejsze.”

Opowieść o stopniowo budzących się namiętnościach. O poszukiwaniu bliskości i absolutnej intymności dzielonej z drugim człowiekiem. O pokrewieństwie umysłów i nieśmiałości. O poznawaniu siebie poprzez poznawanie kogoś innego. O odkrywaniu własnej seksualności. O pragnieniu bycia jednością. O fascynacji, pasji, obsesji, pragnieniu i zakazanym owocu. O magii pierwszego zauroczenia, które potrafi zmienić całe życie. O nastoletniej huśtawce emocjonalnej. O szczęśliwej rodzinie, wsparciu i oddaniu. O absolutnym szczęściu, o tęsknocie, o goryczy straconej szansy i o poddawaniu się bez walki. O pielęgnowaniu wspomnień. O zachłyśnieciu się młodością, wolnością i emocjami.

„Chcę poznać twoje ciało, chcę wiedzieć co czujesz, chcę poznać ciebie, a za twoim pośrednictwem siebie.”

A przy tym skłaniająca do namysłu, stale stawiająca przed czytelnikiem intelektualne wyzwania i świetna literacko. Jest w niej pasja, muzyka, filozofia i plastyczne opisy. Nie raz jeszcze zatęsknię za tym włoskim kawałkiem nieba.

Czy jest szokująca, bulwersująca, czy obrzydliwa? Pewnie może być w ten sposób odbierana, chociaż osobiście nie te odczucia towarzyszyły mi podczas lektury. W moim odczuciu jest raczej bardzo prawdziwa i naturalna, wręcz naturalistyczna. I czuję się przede wszystkim potargana emocjonalnie jako jednostka o niebywale niskiej odporności na takie piękno-gorzkie zakończenia.

Wyczuwam potężnego książkowego kaca. A książki nie mogłabym nie polecić, mimo, że złamała mi serce.

„(…) jak poruszamy się w czasie, jak czas porusza się w nas. Jak się zmieniamy, a potem wracamy do pierwotnej postaci. Można się zestarzeć, nic nie wiedząc na ten temat. (…) Ja się nie zmieniłem. Świat się nie zmienił. A przecież nic nie będzie takie samo. Pozostały tylko marzenia i dziwne wspomnienia.”

André Aciman, Tamte dni, tamte noce, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2018, 332 s.

Czas na czytanie: „Woła mnie ciemność” Agata Suchocka

„Książka zawiera treści nieodpowiednie dla niepełnoletnich oraz takie, które mogą urazić dorosłych.”

Czy można umieścić lepszą zachętę na okładce książki? Nie sądzę. A przynajmniej dla mnie to świetna reklama – w końcu zakazany owoc kusi najbardziej.

DSC_1091

O prawdziwości tych słów przekonał się również główny bohater powieści. Armagnac Jardineux jest zubożałym plantatorem, któremu wojna secesyjna zabrała zarówno majątek, jak i rodzinę. Tułając się samotnie po Londynie i topiąc smutki w alkoholu trafia na niezwykłych przewodników, którzy poprowadzą go do świata, o jakim nigdy wcześniej nie odważył się nawet marzyć.

„- On też doprowadził mnie niemal do szaleństwa swą tajemniczością, tym, że potrafił odczytywać moje pragnienia i zamiary, wkładać mi do głowy wizje, sterować moim ciałem jak marionetką.”

Przypadkowe spotkanie w barze całkowicie odmienia jego los, a ekscentryczny mecenas z dnia na dzień zmienia go z upadłego szlachcica w obiecującą gwiazdę muzyki. Bogactwo, przepych, władza i powszechny podziw to towar, za który warto zapłacić wysoką cenę. Nawet, jeśli część blichtru ginie gdzieś w onirycznej maglinie, a w towarzystwie swego dobroczyńcy pojawiają się zupełnie dotąd nieznane emocje.

„- Nie pozwól sobie na myślenie, że cokolwiek, co sprawia ci przyjemność, jest grzeszne. Nikt nie ma prawa cię oceniać dopóki postępujesz w zgodzie ze swoim sumieniem. Jesteśmy dorosłymi, światłymi ludźmi, możemy robić wszystko to, na co przyjdzie nam ochota.”

To elektryzująca historia o pożądaniu i fascynacji, którą odnaleźć można w zupełnie niespodziewanym miejscu. Historia moralnego upadku i nieuchronnego dążenia ku zatraceniu. Przesycona rozchwianymi uczuciami opowieść o namiętnościach, w której głód miłości i przygniatający ciężar samotnej egzystencji popychają do najstraszniejszych czynów. A manipulacja jest jednym z najmniej szkodliwych dla otoczenia.

„Byłem młody, wolny, świat należał do mnie, a on był częścią tego świata i oddawał mi siebie. Przed przyjęciem tego daru wstrzymywała mnie jakaś cudza moralność, wszczepiona mi w dzieciństwie na zacofanym południu Ameryki, gdzie jeszcze do niedawna nie można było cudzołożyć, ale można było bezkarnie skatować niewolnika na śmierć.”

Nazwanie Agaty Suchockiej polską Anne Rice byłoby zdecydowanie na wyrost, choć w pewnym momencie udało jej się osiągnąć podobnie wyjątkową, niemalże hipnotyczną atmosferę. W „Kronikach wampirów” najbardziej kuszące były niedopowiedzenia w relacjach między bohaterami, których „Woła mnie ciemność” jest zupełnie pozbawiona. Bohaterowie Suchockiej pławią się w hedonistycznej rozpuście i zepsuciu, z godną pozazdroszczenia łatwością ignorując moralne i filozoficzne dylematy, które tak zaprzątały nieśmiertelną duszę Lestata. W swoim postępowaniu przypominają mi o poglądach głoszonych przez Henry’ego Wottona w jednej z moich ulubionych lektur.

Mimo to pierwsza część utworu, w której para głównych bohaterów entuzjazstycznie testuje granice seksualnej wolności oddając się najbardziej wyszukanym rozrywkom, czerpiąc pełnymi garściami ze sławy, bogactwa i młodości nie jest tak magnetyzująca jak mroczna tajemnica nieśmiertelności. Ten aspekt wydał mi się znacznie bardziej pociągający od wymyślnych podbojów młodych dandysów, których przesyt zaczął mi w pewnym momencie doskwierać równie mocno, co samym bohaterom. Co swoją drogą okazało się całkiem zmyślnym zabiegiem ukazującym ślepy zaułek i dowodu na to, że nawet największe przysmaki w nadmiarze powodują jedynie mdłości.

„(…) cały niepokój, wszystkie niedopowiedzenia, kłamstwa, wśród których ostatnimi czasy błądziłem. Rozkosz stawała się pod moimi palcami zepsuciem, a tajemniczość – oszustwem.”

Za to sama niesamowitość stworzeń nocy porwała mnie od samego początku. Zarówno ze względu na pomysł kreacji nadprzyrodzonych stworzeń, ich indywidualne historie, a także podejście poszczególnych bohaterów do ich losu. O tak, o tym z przyjemnością poczytałabym więcej. Dlatego też trochę rozczarował mnie epilog, który zdaje się w kilku zdaniach ucinać całą historię pozostawiając czytelnika z poczuciem niedosytu i niespełnienia. I choć z pewnością jest to dobra zachęta do sięgnięcia po kolejny tom – nieoparta ciekawość, by dowiedzieć się co tak  naprawdę zaszło, to jednak wydaje mi się, że bez epilogu byłoby lepiej. Czasem jednak niedopowiedzenie jest znacznie bardziej intrygujące, niż dramatyczny koniec.

Niemniej jednak bardzo chętnie sięgnę po kolejny tom, którego nie mogę się już doczekać.

„Byłem potworem i uwielbiałem to.”

Anna Suchocka, Woła mnie ciemność, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2018, 384 s.