Grajki Majki: „Historia Polski. Gra edukacyjna” Hubert Bobrowski, Zuzanna Wollny

„Historia Polski” to gra edukacyjna łącząca w sobie kilka koncepcji – mechaniką gry przypomina klasyczne „Grzybobranie” – poruszamy się po planszy zgodnie z liczbą oczek wyrzuconą na kostce i mamy szansę stanąć na jednym z trzech kolorów pól. Pomarańczowe pola są neutralne, czerwone i niebieskie wiążą się z sięgnięciem po kartę. Karty czerwone zawierają po trzy pytania związane z historią Polski wraz z trzema wariantami odpowiedzi. Wśród kart niebieskich mogą trafić się dwa rodzaje: z fragmentami ilustracji, które trzeba jak najszybciej wyszukać na planszy lub z zadaniem, przypominające nieco karty „Szansy” z „Monopolu” – może się na przykład zdarzyć, że zagada nas handlarka przyprawami na targu, przez co stracimy kolejkę, albo wygramy bitwę, dzięki czemu możemy przesunąć się o trzy pola do przodu.

Zarówno plansza, jak i niebieskie karty otrzymały fantastyczną szatę graficzną – ilustracje są bardzo w moim guście i mają zaskakująco wysoki poziom szczegółowości. Planszę ozdobiono 11 ilustracjami przedstawiającymi różne fragmenty dziejów naszego kraju – od średniowiecznego grodu, przez szlachecki dworek, wiek pary i elektryczności aż do Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Podobnie pytania dotyczą przeróżnych etapów historii i dotyczą zarówno pojęć, osób, wydarzeń, jak i dat.

Jeśli miałabym coś zmienić, to przydałoby się większe zróżnicowanie poziomu pytań – na każdej z kart zrobiłabym pytania na trzech poziomach trudności – żeby nieco starsi też mieli przed sobą drobne wyzwanie, bo pytania są raczej łatwe, niektóre nawet na krawędzi komizmu (już samo układanie ich musiało być świetną zabawą!). Nagroda za odpowiedź mogłaby być adekwatna do poziomu pytania (na przykład jedno pole do przodu za pytanie łatwe, dwa za średnie, trzy za trudne). I w gratisie byłby element ryzyka!

Zgrabne połączenie gry planszowej opartej na losowości rzutu kostką, quizu historycznego i wyszukiwanki ćwiczącej refleks, pamięć i spostrzegawczość. A przy tym bardzo przyjemny sposób przyswajania wiedzy dzięki ciekawostkom i elementowi rywalizacji. Bo zawsze najlepsza nauka, to ta przez zabawę!

Historia Polski
Autor: Hubert Bobrowski
Ilustracje: Zuzanna Wollny
Wydawnictwo Kapitan Nauka
Liczba graczy: 2-5
Czas rozgrywki: 20-40’
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.

Grę możecie kupić TUTAJ.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Miejsce i imię” Maciej Siembieda

Najlepszym sposobem napisania recenzji dobrej książki jest napisanie recenzji dobrej książki.

Nareszcie doczekałam się drugiej części przygód mojego ulubionego skrzyżowania Pana Samochodzika z Robertem Langdonem. Przed Kubą Kanią, znanym czytelnikom z książki „444”, kolejna zagadka z przeszłości. Instytut Jad Waszem zleca swojemu detektywowi odnalezienie pochówku holenderskich szlifierzy diamentów, którzy zginęli w obozie pracy na górze Świętej Anny. Pozornie niewinne zlecenie szybko okazuje się być czymś znacznie bardziej skomplikowanym – kolejną pogonią za legendą i poszukiwaniem bezcennego skarbu. A na to odkrycie czai się więcej niż jeden czarny charakter.

 

Tym razem autor przenosi nas w ponure czasy drugiej wojny światowej, a równoprawnymi bohaterami książki czyni tzw. amsterdamskich „diamentowych Żydów”. Partie powieści pełniące rolę „legendy” zajmują tak samo dużą, lub nawet większą część powieści, a czytlenik poznaje obie historie równolegle. I tym razem to właśnie kwestia przeszłości szczególnie przyciągnęła moją uwagę. XX-wieczny Amsterdam, kunszt rzemieślników wydobywających z grudek surowca brylantowy blask i nieszczęścia, które ów blask ściąga na człowieka niezależnie od czasów, w których przyszło mu żyć to opowieść, obok której nie można przejść obojętnie.

Część „historyczna” powieści jest niesamowicie wciągająca i może właśnie z tego względu było mi trochę mało Jakuba – całe śledztwo przez większość czasu głównie toczy się samo, a nasz bohater albo korzysta z pomocy ABW albo bywa uprzedzony przez Wojciecha Palucha. Tak naprawdę dopiero w ostatnim rozdziale detektyw Kania pokazuje na co go stać.

Przyznam, że Kuba jako bożyszcze sklepowych ekspedientek nieco mnie początkowo zniechęcił, ale jego ortodoksyjna mięsożerność i bezwzględna waga łazienkowa pozwoliły mi pokochać go na nowo. Mam nadzieję, że z tą jazdą na rowerze szybko mu przeszło, bo bycie fit jest strasznie passé!

Swoją drogą uwielbiam motyw prześcigania się w poszukiwaniach skarbu. Podobnie jak Pan Tomasz, Kuba również rywalizuje ze swoim antagonistą na polu wiedzy i umiejętności. I na podobnej zasadzie on sam postępuje zawsze poprawnie i zgodnie z prawem, a jego łasy zysku przeciwnik bez większych wyrzutów sumienia dopuszcza się nieuczciwych, i często nierozważnych, zagrań. Szkoda tylko, że Paluchowi brakuje klasy Waldemara Batury, bo choć skuteczności działania na pewno nie można mu odmówić, to pod względem ogłady, prezencji, czy chociażby pobudek zostaje daleko w tyle za swoim pierwowzorem. Ale może to i dobrze? Nie chodzi tu przecież o produkowanie kolejnych kalek, a zupełnie nową kreację.

Jest niedoceniony geniusz skazany za niewinność, są naziści okradający swój własny naród, jest ucieczka z więzienia o zaostrzonym rygorze, są nielegalne szlifiernie i tragiczna obozowa rzeczywistość, są służby specjalne i nielegalne ekshumacje, są młodzi pasjonaci historii i rosyjscy przemytnicy, są gangsterzy, bezwzględni bogacze i humorzasta kobieta w ciąży zapijająca ogórki kiszone kakaem. Są mroczne aspekty historii i kosztowności zrabowane podczas wojny. Jest wszystko, za co kochamy powieści sensacyjne!

„Diamenty są symbolem szczęścia i luksusu, choć powinny kojarzyć się z cierpieniem i śmiercią (…). Zabiły więcej ludzi, niż niejedna epidemia. Zawsze stała za nimi chciwość i bezwzględność.”

Świetnie napisana, trzymająca w napięciu, zaskakująca do ostatniej strony. A ponadto przezbawna w momentach, których czytelnik kompletnie się nie spodziewa (pozdrawiam Brajanka i jego pączka!). Nie sposób jej odłożyć, więc lepiej przygotujcie się na nieprzespaną noc!

 

P.S. Chociaż uliczki i kanały Amsterdamu wspaniale działały na moją wyobraźnię, odrobinę brakowało mi mazurskich jezior – mam nadzieję, że w kolejnej książce Kuba chociaż zabierze tam rodzinę na wakacje!

Maciej Siembieda, Miejsce i imię, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 488 s.
(premiera 14 marca 2018)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Wielka Litera, jesteście super!

Czas na czytanie: „Sułtan” Demet Altinyeleklioğlu

Czasami sięgamy po jakąś książkę ze względu na piękną okładkę, intrygującą rekomendację, albo po prostu z ciekawości. Ja przeczytałam „Sułtana” ponieważ… główny bohater nazywa się Dżem. Po prostu nie byłam w stanie odmówić sobie poznania przygód Dżema, szczególnie, że jego matka nosiła wdzięczne imię Çiçek. Jestem żenująco niedojrzała, wiem, ale przecież każdy powód, dzięki któremu decydujemy się na spędzenie kilku chwil z książką jest dobry!

Jestem zachwycona pobudkami, z jakich powstała ta książka – zafascynowana historią i kulturą Al Osman autorka nie jest w stanie uzyskać odpowiedzi na wszystkie swoje pytania i wątpliwości. Tworzy więc własną wersję wydarzeń, gdzie historyczna prawda płynnie miesza się z literacką fantazją, a wpleceni w narrację i wyposażeni w uczucia, słabości i emocje bohaterowie szkolnych podręczników zyskują nowe życie.

To tak naprawdę moja pierwsza wyprawa w odległy świat orientu i przyznaję, że nie czuję się do końca pewnie w tym temacie i mimo chęci chyba nie udało mi się wczuć w klimat. Spodziewałam się (dość naiwnie) krainy pięknej jak ze snu, pełnej wykształconych i honorowych ludzi, ociekającej bogactwem i potęgą. Otrzymałam za to znany na całym świecie wyścig aspiracji, niekończącą się walkę o władzę i, występujące na każdej szerokości geograficznej, podłe manipulacje. A wszystko to w kraju, gdzie osoba u władzy każde dziecko ma z inną faworytą i każde odsyła jak najdalej od siebie bojąc się zamachu na tron ( w końcu nic nie działa na więzy krwi bardziej umacniająco, jak ich rozluźnianie…). Gdzie możliwość, a nawet nakaz wymordowania własnego rodzeństwa jest uregulowany aktem prawnym, a po spojrzeniu na kobietę należy się umyć. Książka pełna jest adekwatnego słownictwa i przyznaję, że moja znajomość tureckiego znacznie się podniosła, podobnie jak rozeznanie w osmańskich strojach. Zabrakło mi jednak smaków potraw, zapachów i gwaru targowisk, szorstkości końskiej sierści pod palcami, odcisków od naciągania cięciwy łuku, niezmierzonej głębi nocy i gorąca piasku pod stopami, legend, które wprowadziłyby mnie w ten rozbudowany świat, zwyczajów i obyczajów – tych wszystkich niewielkich szczegółów, które składając się w całość pozwalają czytelnikowi opuścić miejsce biernego obserwatora i znaleźć się w środku akcji. Przyznaję, że swobodnie poczułam się dopiero wtedy, gdy główny bohater znalazł się na Rodos, w Nicei, czy w Rzymie Borgiów.

W tym magicznym, niezrozumiałym i niegościnnym świecie poznajemy Dżema – najmłodszego z synów Zdobywcy Konstantynopola, który od dziecka lęka się o swoje życie i nie pragnie niczego, co związane jest z władzą. Okazuje się być jednak wspaniałym materiałem do pałacowych intryg i manipulacji. Przez swój słaby charakter i uległość wobec pięknych kobiet pozwala sobą kierować praktycznie każdemu w swym najbliższym otoczeniu – matce, nauczycielom, kochankom, służącej (!) i kolejnym sojusznikom, którzy rozpalają w nim ogień ambicji i głód sukcesu, który przynieść może tylko zgubę. Niekonsekwentny uzurpator podejmuje kolejne nietrafione decyzje, a jego postanowienia upadają jedno po drugim wciągając go coraz głębiej w wir historii i osobistych tragedii.

„Władza, potęga, siła – właśnie tak to wyglądało. Ty podejmujesz decyzję, a twoi poddani muszą ginąć. Za twoją władzę, za twoje zwycięstwo, za twoją chwałę!”

Zniechęcił mnie nieco baśniowy początek, a kolejne wizje, nadprzyrodzone wydarzenia i głębokie metafory wzmocniły tylko mój sceptycyzm. Po książce inspirowanej wydarzeniami historycznymi nie spodziewała się zupełnie jaśniejących w środku lasu mędrców, chodzących gór i ich przepowiedni, niezidentyfikowanych „podszeptów Szatana” i chciwej ambicji ubieranej w skórę rdzawego wilka. Czy to przenośnie, sny, czy szaleńcze majaki, jedno jest pewne – to zupełnie nie moje klimaty i w moim odczuciu cała powieść bardziej na tym traci, niż zyskuje.

Zdarzało mi się również zgubić wątek przez charakterystyczne dla autorki rozbudowane wtrącenia, nie ułatwiał również fakt, iż co druga osoba nazywa się Ahmed (ewentualnie Davud albo Sulejman).

Niemniej jednak książka naprawdę mi się podobała i uważam ją za świetną przygodę, a sam bohater okazał się być upartym romantykiem goniącym za marzeniami, które nigdy nie miały prawa się ziścić. Tym bardziej, że spojrzenie na historię Europy od tej drugiej – wschodniej – strony okazało się bardzo pouczające.

To książka, która ocieka chciwością, ambicjami i rządzą włady. A każdy kolejny bohater dorzuca do puli swoje pragnienia.

Mimo mile spędzonego czasu nie planuję na razie powrotu do tureckiej literatury i historycznych romansów, a „Wspaniałe Stulecie” i przygody arabskich księżniczek zostawię sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość, co za dużo, to niezdrowo – chyba jednak nie „złapałam bakcyla”.

Demet Altinyeleklioğlu, Sułtan, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 590 s.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.