Grajki Majki: „Smoki”, Kevin Kichan Kim

Pamiętacie, jak w recenzji „Snu”, jak i „Kruków” pisałam, że to kruki są moimi ulubionymi sennymi bohaterami? Myliłam się. Oczywiście najfantastyczniejsze na świecie są smoki! Tym razem poświęcono im całą grę i mnóstwo bajecznych ilustracji.

W trzeciej części serii wracamy do pierwotnej koncepcji – naszym zadaniem jest tworzenie jak najmilszych i najbardziej pozytywnych snów, czyli zależy nam na uzbieraniu jak najniższej wartości kart (krain) przed sobą – jak w „Śnie” (w „Krukach” było zupełnie na odwrót). Ale tym razem smoki nie grają już tylko i wyłącznie roli negatywnego bohaterów – pojawiają się zarówno w mrocznych, jak i błogich snach. A niektóre z nich są tak urocze, że och!

Podczas kreowania swojego snu szyki mogą pokrzyżować nam trzy rodzaje podstępnych kruczych kart specjalnychkrainy kruków, które potrafią nieźle namieszać nie tylko w naszym śnie, ale i w śnie przeciwnika. Pewną nowością są żetony smoka pomocne w liczeniu wygranych rund, bo zwycięzca zawsze otrzymuje jeden żeton.

Jak zwykle grę można rozegrać w kilku różnych wariantach –  dłuższych wersjach, zamiast wykorzystywać żetony smoka, możemy sumować punkty lub wygrane rundy, do czego przydadzą się dołączone do zestawu notes i ołówek.

Po raz kolejny nie mogę się napatrzeć na obłędną szatę graficzną stworzoną przez Marcina Minora. Każda część gry ma boskie ilustracje, ale tu dodatkowo roi się od smoków, więc są jeszcze lepsze, niż poprzednie (tak, też nie sądziłam, ze to w ogóle możliwe).

Absolutnie przepiękna, całkiem prosta (wystarczy jedna runda, by przyswoić wszystkie zasady), a jej długość i poziom trudności możemy dowolnie modyfikować poprzez ilość rozegranych rund lub liczbę punktów. Świetna propozycja dla całej rodziny, a do tego pomaga ćwiczyć się w liczeniu i myśleniu strategicznym. Nie mówiąc już o tym, że rozwija wyobraźnię i poczucie estetyki.

Smoki
Autor: Kevin Kichan Kim
Ilustracje: Marcin Minor
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Strażnicy kosmosu” Néstor Romeral Andréas

Do Ziemi zbliżają się oddziały kosmicznych najeźdźców! Wciel się w Strażnika Kosmosu, wsiądź w myśliwiec, staw czoło kosmitom i poczuj klimat lat 90.!

Na samym szczycie planszy groźnie majaczą cztery rzędy wielookich i wielokolorowych kosmitów, na samym dole widnieje ojczysta planeta, a dostępu do niej bronią tylko wasze myśliwce. Poruszaj się na planszy tak, by zestrzelić jak najwięcej wrogów z jak największą ilością oczu (bo im więcej oczu, tym więcej punktów!), wykup rakietę, by zlikwidować więcej wrogów za jednym strzałem ale wybieraj przeciwników rozważnie, bo zlikwidowanie całej kolumny powoduje pojawienie się kolejnego rzędu kosmitów i ich zbliżenie do Ziemi. Uważaj, żeby nie zderzyć się z miną, jednym z najeźdźców lub innym myśliwcem!

Z jednej strony graczy łączy wspólny cel – muszą powstrzymać hordę atakujących kosmitów przed dotarciem do Ziemi. Z drugiej jednak to wciąż rywalizacja – wygrywa ten, kto zestrzeli najwięcej wysoko punktowanych najeźdźców, będziecie więc „kopać pod sobą dołki” – zajeżdżać drogę, blokować strzały i podbierać upatrzone zdobycze.

Zwycięzca musi wykazać się sporymi umiejętnościami strategicznymi, przyda się też umiejętność szybkich kalkulacji i przewidywania ruchów przeciwnika.

Gra posiada również wersję dla zaawansowanych, w której czekają ulepszone, wielostrzałowe myśliwce i doładowania pozwalające oddać więcej strzałów w turze.

Mój mąż mówi, że to taka trochę „Galaga” w wersji planszowej, ale ja się już nie załapałam na ten etap, więc nie mam porównania (może ciągle dlatego przegrywam…).  Za to moje serce kompletnie skradło manualne przesuwanie rzędów najeźdźców i losowanie kolejnych kosmitów wchodzących do gry. Nie potrafię też nie wydawać (przynajmniej w myślach!) odgłosów strzelania podczas swojej rundy. No i szata graficzna stylizowana na gry komputerowe z przełomu lat 80. i 90. to mistrzostwo świata.

Jak zwykle jestem pod wrażeniem starannego wykonania gry. Zdecydowanie nie jest to propozycja na podróż, bardziej na wakacyjny deszczowy dzień na podłodze w salonie, gdyż składa się ze sporej liczby elementów. Część z nich wykonana została z drewna (myśliwce i bomba), co zawsze bardzo lubię, plansza i reszta elementów jest z grubej tektury (żetony z kosmitami, doładowania i rakiety). Tekturowe kwadraciki zostały bardzo starannie wycięte z matrycy, dzięki czemu ani jeden z nich nie zaczął się nadrywać podczas „wypychania” przed pierwszym użyciem, a to bardzo duży plus. No i wielki szacunek za wyprodukowanie w Polsce!

Strażnicy kosmosu
Autor:
Néstor Romeral Andréas
Ilustracje: Przemysław Fornal
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Najlepsza gra o kotach” Josh Wood

Gry o kotach i z kotami w roli głównej od dawna są mile widziane w  naszym domu, ta jest chyba jednak najbardziej urocza ze wszystkich. I dla starszych graczy, co jest super ekstra, bo dotychczas królowały u nas kocie gry dla przedszkolaków (koniecznie przeczytajcie o „Kotku Psotku” i „Kociakach Łobuziakach”!).

Chociaż „Najlepsza gra o kotach” to karcianka, a pudełko ma niewielkie rozmiary, nie polecam zabierania jej w podróż z dziećmi ze względu na sporą ilość małych elementów (również szalenie uroczych) i dość spore wymagania stołowe, bo rozłożenie kart i smakołyków wymaga nieco przestrzeni. Świetnie za to sprawdzi się w domowym zaciszu, a ile tylko koty nie rozłożą się Wam na stole w samym środku rozgrywki.

Gra polega na zbieraniu i dogadzaniu kotom wybieranym z karty dostępnych na stole. Każdy z kotów ma inne wymagania kulinarne, zazwyczaj im kudłacz bardziej wybredny, tym więcej punktów daje pod koniec rozgrywki. Wśród kart z kotami znajdziemy również karty przysmaków niezbędnych do wykarmienia naszego stadka, karty z ogłoszeniami o zaginionym kocie, które możemy później wymienić na kociaki przybłędy, które odwdzięczą nam się rozmaitymi punktami specjalnymi, kart z walerianką, spryskiwaczem, kocimi zabawkami i ubrankami – a wszystko to odpowiednio punktowane.

Zawsze trzeba zebrać cały rząd kart ze stołu (i przy tym nie może być to ten sam rząd, z którego przed chwilą wziął przeciwnik!) i trzeba dokonywać rozważnych wyborów, bo może się zdarzyć, że nie zdołamy wykarmić wszystkich przygarniętych kociaków (koty głodne punktów nie dają…). A i za chomikowanie nadmiarowych smakołyków są punkty ujemne! Chociaż cała punktacja jest dość skomplikowana, przynajmniej podczas pierwszych rozgrywek, dużym ułatwieniem jest notesik z tabelą punktów, który wypełniamy po zakończeniu gry.

Ogromy plus za tłumaczenie (chociaż sama zostałabym jednak przy „dosłownym” tłumaczeniu tytułu „Cat Lady” jako „Kociara”), szczególnie imion kotów – Wincent van Kot, Kocilla, Kotangens, Brandonek, Kikomora czy Mruczeł kompletnie skradli moje serducho. Szczególnie w zestawieniu z tymi słodkimi mordkami. A i ilustracje robią robotę, zwróćcie choćby uwagę na ubranka dla kotów i pałające entuzjazmem pyszczki przebranych w nie futrzaków!

Wydaje mi się, że wypatrzyliśmy drobny błąd w oznaczeniu kart, a dokładniej w kolorach kotów – rude koty powinny być oznaczone literką R, a część z nich oznaczono literką P – prawdopodobnie ktoś się nie dogadał i uznał koty rude za pomarańczowe, albo po prostu był głodny i zjadł laseczkę. Nie wpływa to jednak zupełnie na komfort grania, jak już się dojdzie do tego, że P i R należy traktować jednakowo.

Nie mogę się doczekać, aż zagramy w większym gronie, bo w rozgrywce dwuosobowej wykorzystuje się ograniczoną liczbę kart, jeszcze tyle kociaków czeka na nakarmienie! Dostałam też zestaw do tworzenia własnych kart specjalnych, (czyli przybłęd) dzięki czemu mogłam dorobić kartę Jego Mechatości Figla! Daje bardzo dużo punktów, ale trudno skubańca wykarmić :-D

Najlepsza gra o kotach
Autor: Josh Wood
Ilustracje: Marco Morte
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Grajki Majki: „Paszczaki”, Tim Roediger

Przesympatyczne Paszczaki żadnej pracy się nie boją! W pudełku znajdziemy 54 karty z przedstawicielami tego przedziwnego gatunku w roli astronautów, superbohaterów, lekarzy, tancerzy, kucharzy, malarzy, nurków, mistrzów walki… w przeróżnych rozmiarach i kolorach. Na początku rozgrywki każdy z graczy otrzyma po 5 losowych kart z paszczakami, a gra polega na naprzemiennym układaniu paszczakowych rzędów na stole przed sobą – w dużej grupie, bo to stworzenia stadne i nie lubią samotności. Jeśli na początku i końcu rzędu znajdą się dwa takie same Paszczaki, gracz może zabrać cały rząd. Kto zbierze najwięcej kart z Paszczakami, wygrywa!

Łatwizna, prawda? Przyda się jednak dobra pamięć i umiejętności strategiczne, bo na każdej karcie mamy podaną informację, ile razy dany Paszczak występuje w talii (1, 2, 3 lub 4 razy) – dobrze więc zapamiętać, czy przypadkiem pozostali przedstawiciele danego zawodu nie zostali już zdobyci przez innego gracza. A niektóre Paszczaki są unikatowe i w ogóle nie mają pary!

Ten tytuł świetnie sprawdzi się jako gra na podróż, bo sam kartonik nie zajmuje wiele miejsca, a jeśli w plecaku wciąż mamy zbyt mało przestrzeni, spokojnie można zabrać same karty spięte gumką recepturką albo w samotnej skarpetce w roli futerału. Bo po jednej rozgrywce reguły zostaną w głowie i pakowanie instrukcji zupełnie nie będzie potrzebne. A do gry wystarczy zaledwie kawałek stołu albo innej w miarę płaskiej powierzchni i dobre towarzystwo.

Ponadto karty z Paszczakami świetnie sprawdzają się u nas również jako nieco udziwniona wersja gry w memory – tym ciekawsza, jako że nie wszystkie paszczaki występują podwójnie i czasem można odszukać trójkę, albo dwie takie same pary. A kilka Paszczaków zostanie samotnych.

Jak to zwykle bywa – ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia!

Paszczaki
Autor: Tim Roediger
Ilustracje: Christopher Lee
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-6
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Boarding”, Daryl Chow

Dla odmiany przychodzę dziś z propozycją gry „dla starszaków”, czyli 10+. I dla rodziców, bo na kwarantannie wieczór przy planszówce w ramach randki to szczyt romantyzmu.

W grze „Boarding” wcielamy się w stewardów i stewardes obarczonych obowiązkiem usadzenia wszystkich pasażerów samolotu. Oczywiście w sposób jak najbardziej ekonomiczny i zgodny z preferencjami klientów linii lotniczych. W końcu zakochani życzą sobie siedzieć obok siebie, dzieci nie powinny zostać bez opieki dorosłych, a biznesmeni, turyści i ekolodzy najlepiej czują się w swoim towarzystwie. Jeśli dorzucimy do tego wymagania odnośnie miejsc przy oknie, przy wyjściu, czy w środku rzędu, wychodzi z tego niezła układanka! Tym trudniejsza, że kolejność usadzania pasażerów zależy od losu – nie sposób bowiem przewidzieć jakie trafimy karty. Wyjątkowo problematycznych pasażerów możemy wyprosić z samolotu, ale uwaga!, otrzymamy za to punkty ujemne.

W pudełku znajdziemy cztery dwustronne plansze samolotów, 96 kart pasażerów, 150 drewnianych znaczników pasażerów (po 30 w 5 kolorach) oraz vouchery na posiłek, którymi będziemy mogli przebłagać problematycznych pasażerów, by poczekali jeszcze trochę na usadzenie.

Gra ma wiele różnych wariantów – z osobnymi planszami dla rozgrywek w 1-3 osoby i osobnymi dla 4-osobowych, z opcjonalnymi kartami trudnymi i kartami wydarzeń. Zasady, choć na pierwszy rzut oka skomplikowane, szybko dają się oswoić i po pierwszej rozgrywce nie stanowią już problemu. „Boarding” wymaga trochę szczęścia, dużo kombinowania i… talentu do porządków. Rozgrywka jest płynna, nie ma w niej długiego oczekiwania na ruch przeciwnika, ale zdarzają się kapryśni pasażerowie gotowi przyprawić nas o pierwsze siwe włosy.

Zawsze doceniam przemycone nutki poczucia humoru – w tej grze uwielbiam nazwy linii lotniczych, w których pracowników się wcielamy. Osobiście najbardziej lubię usadzać pasażerów Bryanaira, natomiast mąż mój wdziewa zazwyczaj uniform linii NIELOT. Do wyboru jest jeszcze SOS i RadomGlobalAir. Złoto!

Jeśli jednak nie macie drugiej połówki, a izolacja dłuży wam się niemożebnie, albo nie wiecie czym zainteresować plączące się pod nogami dziecko, podczas, gdy wy ślęczycie przed ekranami pracy zdalnej, ten tytuł też świetnie się sprawdzi, bo gra ma również wariant jednoosobowy. Przypomina wtedy nieco skrzyżowanie układania pasjansa z tetrisem.

Jak zawsze starannie i estetycznie wydana, chociaż ograniczyłabym nieco jednorazowy plastik przy pakowaniu.

Boarding
Autor: Daryl Chow
Ilustracje: Roman Kucharski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Pucio. Domino” i „Pucio. Gdzie to położyć?”, Marta Galewska-Kustra

Jeden z ulubionych książkowych bohaterów dzieci stawiających swoje pierwsze kroki w literackim świecie powraca. Znamy go z serii czterech książek towarzyszących czytelnikowi w rozwoju mowy, dwóch niewielkich książeczek dźwiękonaśladowczych dla bobasów, puzzli i pierwszej prostej gry dla maluchów – oczywiście pełnej dźwięków i nakłaniającej do ich powtarzania.

Całkiem niedawno pojawiły się dwie nowe puciogry, również skierowane do najmłodszych odbiorców, oparte na prostych i znanych schematach.

Pierwsza z nich, to puciowa wersja domina. 28 dwudzielnych kartoników zostało z jednej strony oznaczonych ilustracjami bohaterów kultowej serii, z drugiej zaś kropkami, jak to zazwyczaj bywa. Postaciom z książek o Puciu towarzyszą podpisy, dzięki czemu mały gracz ma szansę „opatrzyć się” i zapamiętać niektóre określone słowa podczas pierwszych „zabaw w czytanie”. Strony z kropkami pomogą starszym uczestnikom utrwalić umiejętność liczenia. Gra rozwija spostrzegawczość, umiejętność rozwiązywania problemów, cierpliwość i kreatywne myślenie. A także umiejętność przegrywania, jeśli zdecydujemy się na współzawodnictwo (chociaż z równym powodzeniem możemy nagiąć trochę zasady i dołożyć wspólnych wysiłków, by ułożyć jak najdłuższego „węża”).

Pucio. Domino
Autor: Marta Galewska-Kustra
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 2-9 lat

„Gdzie to położyć?” może przypominać nieco loteryjkę, ale została zaplanowana dla jednego gracza – oczywiście przy aktywnym udziale rodzica. Zestaw składa się z 6 plansz z przedstawiających pomieszczenia w domu Pucia i jego rodziny – przedpokój, kuchnię, łazienkę, salon, pokój Pucia i Misi oraz pokój rodziców i Bobo. Do każdego z nich jest po 6 żetonów z przedmiotami charakterystycznymi dla tych pomieszczeń. Instrukcja proponuje kilka różnych pomysłów na zabawę – dla dzieci młodszych i starszych. Na przykład dziecko może odkładać przedmioty słuchając poleceń rodzica („Połóż ręcznik na pralce”, „Schowaj garnek do szafki w kuchni” itp.), może również samodzielnie „zrobić porządki” wedle własnego uznania, a następnie opowiedzieć rodzicowi gdzie co się znalazło i dlaczego, możemy też sami odkładać wylosowane przedmioty na miejsca, kierując się poleceniami dziecka, albo zrobić zawody w odkładaniu wylosowanych rzeczy na miejsce na czas. Dzięki tej zabawie dziecko ćwiczy określanie przedmiotu w przestrzeni trenując przyimki „w”, „na”, „pod”, „nad”, „obok” itp, a także słownictwo, spostrzegawczość i skupianie uwagi.

Do zestawu dołączono tekturowe figurki Pucia, Misi, Bobo, psa i kota, dzięki czemu gra może pełnić również formę „domku dla lalek” do zabawy albo możemy rozszerzyć rozgrywkę o czynności wykonywane przez postacie.

Pucio. Gdzie to położyć?
Autor: Marta Galewska-Kustra
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 2-6 lat

Nie jest łatwo o gry dla dzieci poniżej 3go roku życia, dlatego każdy nowy pomysł bardzo mnie cieszy, bo to wspaniały sposób na spędzanie czasu również z maluchem. Proste zasady, ulubieni bohaterowie i rozwijająca forma rozgrywki to przepis na sukces, szczególnie, że sposób wykonania jest więcej, niż zadowalający – grupa tektura nie oprze się wszędobylskiej ślinie, ni nieśmiałym próbom podgryzania. I nie wykorzystano ani odrobiny plastiku, nawet do opakowania!

Żałuję, że nie pojawiły się wcześniej, bo kilka lat temu wszędzie szukałam nieskomplikowanych gier dla dwulatki.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Gra słów”, Julien Percot

Ta nieskomplikowana gra to nie tylko trening dla pamięci i wyobraźni, ale również przyjmowania pomyłek z humorem, cierpliwości i… wytrwałości więzów rodzinnych. Szczególnie, kiedy twojemu mężowi piłka nożna bardziej kojarzy się ze słońcem, niż z nogą, bo „i to i to jest okrągłe”… To tak, gdyby ktoś wciąż myślał, że gry kooperacyjne wzbudzają mniej emocji i nie powodują małych domowych starć na gruncie męsko-damskim.
To taka w sumie gra terapeutyczna! Może wreszcie trochę lepiej poznamy wzajemnie swoje sposoby myślenia. A te są zatrważająco różne!

„Gra słów” została zaplanowana dla od 3 do 10 uczestników, ale zdecydowanie im więcej osób, tym lepsza zabawa. Jeśli dodamy do tego nieskomplikowane zasady i duże pole interpretacji, uzyskamy propozycję, która świetnie sprawdzi się na każdej imprezie – od dziecięcego piżama party, aż po rodzinny wyjazd na wakacje gdzieś w dzikość natury. Szczególnie, że zamknięta w porządnym pudełku z solidnej tektury gra nie zajmuje wiele miejsca w bagażu.

Zestaw składa się z 92 kart z obrazkami, które wykorzystujemy w różny sposób w następujących po sobie trzech fazach gry. Pierwsza z nich jest oparta o skojarzenia – musimy tak wybierać karty, żeby inny gracz, dzięki naszej wskazówce, mógł odgadnąć którą z 4 kart leżących przed nami mamy na myśli (a tą losujemy za pomocą żetonów z cyframi). Druga faza sprawdza nasze umiejętności w opowiadaniu krótkich historyjek pomagających zapamiętać ułożenie kart zdobytych w fazie poprzedniej. A w ostatniej sprawdzamy naszą pamięć i czy skojarzenia, które miały ją wspomóc okazały się trafne, czy może wręcz przeciwnie.

Do przeprowadzenia rozgrywki potrzebny jest tylko niewielki kawałek w miarę prostego terenu i współgracze. Jeśli wszyscy uczestnicy są pełnoletni, niewielka dawka alkoholu może okazać się bardzo pomocna :D

Gra słów
Autor: Julien Percot
Ilustracje: Małgorzata Wójcicka
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Zamek” Reiner Knizia, Roman Kucharski

To już kolejna gra, w przypadku której grubość instrukcji w pierwszym momencie wzbudza przerażenie, a której zasady już po pierwszej rozgrywce okazują się być banalnie proste.

Jest to gra dwuosobowa i warto zarezerwować sobie na nią dłuższą chwilę, gdyż rozgrywka trwa około 45 minut – aż do momentu wykorzystania wszystkich kafelków.

Celem graczy jest zbudowanie osady w obrębie murów. Naprzemiennie losując różnorodne kafelki gracze budują drogi, domy i chlewy tak, by jak najbardziej się wzbogacić. Im większe włości, tym więcej punktów za nie zdobywamy. Warto zwracać uwagę na drobne szczegóły kafelków, jak umieszczone na drodze dyby, czy kapliczki wotywne na łąkach, które zwiększają wartość danego terenu. Budowany obszar można zasiedlić stawiając lub kładąc na nim swój pionek nadając mu określoną funkcję – do domów wysyłamy giermków, na drogi heroldów, do chlewów rolników, a wylegiwanie się na łąkach możemy zlecić mnichom – trzeba jednak pamiętać, że ilość osadników jest ograniczona (po 5 na każdego gracza + jeden do liczenia punktów), a budowane tereny stale ulegają zmianom i szybko może się okazać, że dany osadnik mógł zostać ustawiony w atrakcyjniejszym miejscu. Należy zatem zarządzać swymi ludźmi z należytą rozwagą, by doprowadzić ich ziemie do rozkwitu i zapewnić swemu rodowi godną siedzibę i dostatnie życie.

Strasznie podoba mi się pomysł na liczenie punktów – jeśli w danej turze zdobędziemy jakieś punkty, przesuwamy nasz pionek po oznaczonych cyframi murach zamku. Nie trzeba niczego zapamiętywać ani zapisywać i w każdym momencie widzimy jak bardzo oddalamy lub zbliżamy się do przeciwnika. Ponadto zatrzymując się w wyznaczonych punktach u zbiegu murów, mamy szansę zdobyć atrakcyjne bonusy. Chyba, że przeciwnik już zdążył sprzątnąć je nam sprzed nosa.

Bardzo starannie wydana i świetnie zilustrowana (jak się człowiek dobrze przyjrzy, to na jednym z kafelków można dopatrzyć się nawet postawnego białowłosego mężczyzny na koniu z dwoma mieczami na plecach!) polska wersja gry słynnej gry Carcassonne.

Trochę losowa, trochę kombinowana, rozwija strategiczne myślenie, umiejętność planowania, zarządzania zasobami i dostosowywania się do zmiennych warunków.

Wyprawa do El Dorado
Autor: Reiner Knizia
Ilustracje: Roman Kucharski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Komnata Strachu”, David Wang, Maciej Szymanowicz

Kiedy napis na pudełku gwarantuje „wielkie emocje”, zawsze jestem nieco sceptyczna. Okazuje się jednak, że nie trzeba wiele, by chęć rywalizacji prześcignęła moje wszelkie oczekiwania i zmieniła mnie w małego potworka, który nagle baaardzo nie lubi przegrywać. Wystarczy jeden prosty czynnik – szybkość.

„Komnata Strachu” to gra z wyjątkowo prostymi zasadami, wymagająca dobrego refleksu i szybkiego kojarzenia faktów, utrzymana w strrrrasznie halloweenowym klimacie. Warto wspomnieć, że wieczorna pora wzmagająca atmosferę nie idzie w parze ze szczególną przytomnością umysłu, co może być dodatkowym utrudnieniem, jeśli jest się takim śpiochem, jak ja.

Każdy z graczy (od 2 do 4) otrzymuje zestaw pięciu żetonów z kolorowymi strachami. Kiedy w komnacie strachów, poprzez wyciągnięcie kart ze stosu, pojawią się potworki (a te zawsze chodzą trójkami), należy jak najszybciej wyciągnąć żetony, które odpowiadają owym potworkom kolorem lub kształtem, a następnie klepnąć w dołączony do zestawu włącznik światła. Brzmi prosto, prawda? Żeby nie było zbyt banalnie, możemy trafić na trzy karty z zadaniami specjalnymi w różnych konfiguracjach, które nieźle mieszają w głowach i na moment wywracają wcześniejszą zasadę (tą łatwą) do góry nogami.

Super sprawdzi się jako pomoc naukowa do ćwiczenia kolorów. Okazuje się bowiem, że mając lat 27 i magistra z historii sztuki nie jestem tak biegła w dopasowywaniu barw, jak mogłoby się to wydawać…

Moim zdaniem z zasadami spokojnie poradzi sobie już bardziej ogarnięty czterolatek. Waham się jednak nieco z włączeniem córki do gry ze względu na tematykę. Chociaż przedstawione przez Szymanowicza strachy są zdecydowanie bardziej sympatyczne i zabawne, niż straszne (no błagam, czy można brać na poważnie różowego pająka?), to jednak strachy i potwory pojawiają się coraz częściej w rozwijającej się wyobraźni mojej przedszkolaczki wyrywając ją ze słodkich snów. Chyba faktycznie poczekam jeszcze troszkę.

Gry wydawane przez Naszą Księgarnię zawsze są porządnie wykonane, zaskoczyła mnie jednak pancerna grubość żetonów. Aż do momentu, w którym po raz pierwszy chciałam rzucić nimi w męża, który znów mnie wyścignął. Niedługo później zamaszysty gest wysuwania strachów przed siebie zrzucił je ze stołu. Teraz już wiem, że tutaj wszystko jest przemyślane i przypadek nie wchodzi w grę.

Łatwa i faktycznie burząca krew w żyłach gra, która zmieści się w torebce. Fajny pomysł na imprezę, bo tłumaczenie zasad to dosłownie trzy minuty, a i sama rozgrywka jest bardzo dynamiczna. Równie trafiony pomysł dla dziecka, które grami szybko się nudzi i nie ma czasu i cierpliwości do zbierania grzybków do koszyczków albo obmyślania strategii działania. Tutaj nuda nie ma wstępu, trzeba szybko ogarniać!

Komnata Strachu
Autor: David Wang
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.