Grajki Majki: „Skaczące żabki” Viking Toys

Najprostsza zabawka świata, a ma tyle uroku!

To komplet 20 niewielkich, plastikowych żabek (po 5 w czterech kolorach), które podskakują po naciśnięciu odpowiedniego miejsca na ich… hmmm… tułowiach (właściwie to na dupkach, ale po konsultacji z biologiem już wiem, że żaby dupek ani odwłoków nie mają, a to co mają nie brzmi ładnie, zostańmy więc przy tułowiach). Żabki mieszkają w zamykanym wiaderku. Cały myk polega na tym, by rozsypane kolorowe płazy „wstrzelić/wpstrykać/wskakać/wkumkać/whopsiać” z powrotem do pojemnika. Osoba, która zrobi to pierwsza, wygrywa.

Teoretycznie to gra dla czterech osób, bo tyle mamy kolorów żabek, ale najczęściej gramy z Majką we dwie i każda ma po dwa żabie stada. A zdarza się i tak, że moje pełne samozaparcia dziecię pstryka żabki sama ze sobą w rozgrywce Maja vs. Wiaderko.

To dobry trening motoryki małej a do tego niezłe ćwiczenie dla cierpliwości i samozaparcia, bo wcale nie jest tak łatwo precyzyjnie wycelować, a wcześniej palce potrafią całkiem nieźle rozboleć. Ale warto się poświęcić, bo gra wciąga, a zwycięstwo smakuje słodko!

Żabki są starannie wykonane, bez najmniejszego zadziorka i mają ładne, nasycone kolory (czerwony jest nieco oszukany i wpada w ciemny róż, co jest dodatkową zaletą w oczach mojego dziecka). Są też całkiem spore, więc raczej nie ma ryzyka połknięcia nawet przez najbardziej ciekawskie młodsze rodzeństwo, choć zabawka polecana jest maluchom od trzeciego roku życia. Dodatkowym atutem jest możliwość mycia w zmywarce.

Gra występuje w dwóch zestawach – mniejszym, czyli 16 żabek w pojemniku albo większym, czyli 20 żabek w pojemniku + mata przypominająca nieco tarczę strzelecką. Na środku trawiaście zielonej maty ustawiamy wiaderko i próbujemy trafić żabkami z zaznaczonych na macie pól, a każde z nich premiowane jest inną liczbą punktów.

Rozwijająca dla dzieci, nie nudzi dorosłych i kosztuje niewiele – połączenie idealne! Świetny kandydat na drobny prezent na Wielkanoc, Mikołajki, czy Dzień Dziecka.

Skaczące żabki
Firma: Viking Toys
Sugerowany wiek: 3+

Skaczące żabki możecie kupić TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: „Gra słów”, Julien Percot

Ta nieskomplikowana gra to nie tylko trening dla pamięci i wyobraźni, ale również przyjmowania pomyłek z humorem, cierpliwości i… wytrwałości więzów rodzinnych. Szczególnie, kiedy twojemu mężowi piłka nożna bardziej kojarzy się ze słońcem, niż z nogą, bo „i to i to jest okrągłe”… To tak, gdyby ktoś wciąż myślał, że gry kooperacyjne wzbudzają mniej emocji i nie powodują małych domowych starć na gruncie męsko-damskim.
To taka w sumie gra terapeutyczna! Może wreszcie trochę lepiej poznamy wzajemnie swoje sposoby myślenia. A te są zatrważająco różne!

„Gra słów” została zaplanowana dla od 3 do 10 uczestników, ale zdecydowanie im więcej osób, tym lepsza zabawa. Jeśli dodamy do tego nieskomplikowane zasady i duże pole interpretacji, uzyskamy propozycję, która świetnie sprawdzi się na każdej imprezie – od dziecięcego piżama party, aż po rodzinny wyjazd na wakacje gdzieś w dzikość natury. Szczególnie, że zamknięta w porządnym pudełku z solidnej tektury gra nie zajmuje wiele miejsca w bagażu.

Zestaw składa się z 92 kart z obrazkami, które wykorzystujemy w różny sposób w następujących po sobie trzech fazach gry. Pierwsza z nich jest oparta o skojarzenia – musimy tak wybierać karty, żeby inny gracz, dzięki naszej wskazówce, mógł odgadnąć którą z 4 kart leżących przed nami mamy na myśli (a tą losujemy za pomocą żetonów z cyframi). Druga faza sprawdza nasze umiejętności w opowiadaniu krótkich historyjek pomagających zapamiętać ułożenie kart zdobytych w fazie poprzedniej. A w ostatniej sprawdzamy naszą pamięć i czy skojarzenia, które miały ją wspomóc okazały się trafne, czy może wręcz przeciwnie.

Do przeprowadzenia rozgrywki potrzebny jest tylko niewielki kawałek w miarę prostego terenu i współgracze. Jeśli wszyscy uczestnicy są pełnoletni, niewielka dawka alkoholu może okazać się bardzo pomocna :D

Gra słów
Autor: Julien Percot
Ilustracje: Małgorzata Wójcicka
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Zamek” Reiner Knizia, Roman Kucharski

To już kolejna gra, w przypadku której grubość instrukcji w pierwszym momencie wzbudza przerażenie, a której zasady już po pierwszej rozgrywce okazują się być banalnie proste.

Jest to gra dwuosobowa i warto zarezerwować sobie na nią dłuższą chwilę, gdyż rozgrywka trwa około 45 minut – aż do momentu wykorzystania wszystkich kafelków.

Celem graczy jest zbudowanie osady w obrębie murów. Naprzemiennie losując różnorodne kafelki gracze budują drogi, domy i chlewy tak, by jak najbardziej się wzbogacić. Im większe włości, tym więcej punktów za nie zdobywamy. Warto zwracać uwagę na drobne szczegóły kafelków, jak umieszczone na drodze dyby, czy kapliczki wotywne na łąkach, które zwiększają wartość danego terenu. Budowany obszar można zasiedlić stawiając lub kładąc na nim swój pionek nadając mu określoną funkcję – do domów wysyłamy giermków, na drogi heroldów, do chlewów rolników, a wylegiwanie się na łąkach możemy zlecić mnichom – trzeba jednak pamiętać, że ilość osadników jest ograniczona (po 5 na każdego gracza + jeden do liczenia punktów), a budowane tereny stale ulegają zmianom i szybko może się okazać, że dany osadnik mógł zostać ustawiony w atrakcyjniejszym miejscu. Należy zatem zarządzać swymi ludźmi z należytą rozwagą, by doprowadzić ich ziemie do rozkwitu i zapewnić swemu rodowi godną siedzibę i dostatnie życie.

Strasznie podoba mi się pomysł na liczenie punktów – jeśli w danej turze zdobędziemy jakieś punkty, przesuwamy nasz pionek po oznaczonych cyframi murach zamku. Nie trzeba niczego zapamiętywać ani zapisywać i w każdym momencie widzimy jak bardzo oddalamy lub zbliżamy się do przeciwnika. Ponadto zatrzymując się w wyznaczonych punktach u zbiegu murów, mamy szansę zdobyć atrakcyjne bonusy. Chyba, że przeciwnik już zdążył sprzątnąć je nam sprzed nosa.

Bardzo starannie wydana i świetnie zilustrowana (jak się człowiek dobrze przyjrzy, to na jednym z kafelków można dopatrzyć się nawet postawnego białowłosego mężczyzny na koniu z dwoma mieczami na plecach!) polska wersja gry słynnej gry Carcassonne.

Trochę losowa, trochę kombinowana, rozwija strategiczne myślenie, umiejętność planowania, zarządzania zasobami i dostosowywania się do zmiennych warunków.

Wyprawa do El Dorado
Autor: Reiner Knizia
Ilustracje: Roman Kucharski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Komnata Strachu”, David Wang, Maciej Szymanowicz

Kiedy napis na pudełku gwarantuje „wielkie emocje”, zawsze jestem nieco sceptyczna. Okazuje się jednak, że nie trzeba wiele, by chęć rywalizacji prześcignęła moje wszelkie oczekiwania i zmieniła mnie w małego potworka, który nagle baaardzo nie lubi przegrywać. Wystarczy jeden prosty czynnik – szybkość.

„Komnata Strachu” to gra z wyjątkowo prostymi zasadami, wymagająca dobrego refleksu i szybkiego kojarzenia faktów, utrzymana w strrrrasznie halloweenowym klimacie. Warto wspomnieć, że wieczorna pora wzmagająca atmosferę nie idzie w parze ze szczególną przytomnością umysłu, co może być dodatkowym utrudnieniem, jeśli jest się takim śpiochem, jak ja.

Każdy z graczy (od 2 do 4) otrzymuje zestaw pięciu żetonów z kolorowymi strachami. Kiedy w komnacie strachów, poprzez wyciągnięcie kart ze stosu, pojawią się potworki (a te zawsze chodzą trójkami), należy jak najszybciej wyciągnąć żetony, które odpowiadają owym potworkom kolorem lub kształtem, a następnie klepnąć w dołączony do zestawu włącznik światła. Brzmi prosto, prawda? Żeby nie było zbyt banalnie, możemy trafić na trzy karty z zadaniami specjalnymi w różnych konfiguracjach, które nieźle mieszają w głowach i na moment wywracają wcześniejszą zasadę (tą łatwą) do góry nogami.

Super sprawdzi się jako pomoc naukowa do ćwiczenia kolorów. Okazuje się bowiem, że mając lat 27 i magistra z historii sztuki nie jestem tak biegła w dopasowywaniu barw, jak mogłoby się to wydawać…

Moim zdaniem z zasadami spokojnie poradzi sobie już bardziej ogarnięty czterolatek. Waham się jednak nieco z włączeniem córki do gry ze względu na tematykę. Chociaż przedstawione przez Szymanowicza strachy są zdecydowanie bardziej sympatyczne i zabawne, niż straszne (no błagam, czy można brać na poważnie różowego pająka?), to jednak strachy i potwory pojawiają się coraz częściej w rozwijającej się wyobraźni mojej przedszkolaczki wyrywając ją ze słodkich snów. Chyba faktycznie poczekam jeszcze troszkę.

Gry wydawane przez Naszą Księgarnię zawsze są porządnie wykonane, zaskoczyła mnie jednak pancerna grubość żetonów. Aż do momentu, w którym po raz pierwszy chciałam rzucić nimi w męża, który znów mnie wyścignął. Niedługo później zamaszysty gest wysuwania strachów przed siebie zrzucił je ze stołu. Teraz już wiem, że tutaj wszystko jest przemyślane i przypadek nie wchodzi w grę.

Łatwa i faktycznie burząca krew w żyłach gra, która zmieści się w torebce. Fajny pomysł na imprezę, bo tłumaczenie zasad to dosłownie trzy minuty, a i sama rozgrywka jest bardzo dynamiczna. Równie trafiony pomysł dla dziecka, które grami szybko się nudzi i nie ma czasu i cierpliwości do zbierania grzybków do koszyczków albo obmyślania strategii działania. Tutaj nuda nie ma wstępu, trzeba szybko ogarniać!

Komnata Strachu
Autor: David Wang
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Wyprawa do El Dorado” Reiner Knizia, Vincent Dutrait

Czy może być lepszy pomysł na spędzenie długich, zimnych, jesiennych wieczorów, niż wyprawa do egzotycznej ameryki południowej w poszukiwaniu mitycznego El Dorado? Nie sądzę!

Nie da się ukryć, że to naprawdę rozrywka na cały wieczór – partia trwa bowiem mniej więcej 45 minut. Ponadto przygotowanie planszy i ułożenie wszystkich kart również jest dość czasochłonne (i wymaga naprawdę dużego stołu, albo po prostu przytulnej podłogi), a i lektura rozbudowanej instrukcji sporo zajmie. Ale gdy po kilku ruchach uda się zrozumieć mechanizm, gwarantuję, że na jednej rozgrywce się nie skończy!

Każdy z graczy wciela się w kierownika ekspedycji wyruszającej na karkołomną wyprawę, której celem jest złote miasto. Musi kompletować swoją załogę w taki sposób, by umiejętności jej członków umożliwiały przedostanie się przez różne pułapki terenu – marynarze i kapitanowie pomogą przedostać się przez rzeki, globtroterzy, zwiadowcy, czy odkrywcy poprowadzą ekspedycję przez dżunglę, a turystki, dziennikarki, czy milionerki najlepiej poradzą sobie w wioskach. Czasem jednak warto odwiedzić rynek, by wykupić usługi przewodnika, kartografa, czy doktora botaniki, którzy ułatwią nam wyprawę. A może uda się wynająć hydroplan? Albo po prostu zaopatrzyć się w wielką maczetę? Choć po planszy poruszamy się za pomocą pionków, to właśnie karty postaci – mające przeróżne wartości, właściwości i funkcje – pozwalają nam je przesuwać. I tylko od naszego sprytu i zaradności zależy powodzenie wyprawy. Kto pierwszy, ten lepszy, w końcu zwycięzca może być tylko jeden!

Fantastyczne jest to, że ta grą nie sposób się znudzić – każdy ruch to osobna decyzja, która czyni tury niepowtarzalnymi, a różne sposoby ułożenia plansz (o kilku poziomach trudności) daje możliwość stworzenia za każdym razem innej trasy. I to dosłownie, bo jest podobno 100.000 różnych kombinacji. A jeśli komuś by się przypadkiem udało wypróbować wszystkie z nich, to zawsze może zrobić to jeszcze raz w rozszerzonym wariancie gry z eksplorowaniem jaskiń.

21 rodzajów kart postaci, 10 różnych płytek terenu i jeszcze dodatkowych 36 żetonów jaskiń do rozszerzonej wersji gry. Naprawdę jest tu spory potencjał do kombinowania.

Warto wziąć pod uwagę, że solidne wykonanie poszczególnych elementów gry – drewniane pionki, dobrze wycięte żetony i plansze z twardej tektury – naprawdę mają szanse wytrzymać te tysiące tur. Pod tym względem najmniej odpornym elementem jest instrukcja, do której jednak, szczególnie na początku, całkiem często się zagląda. Gdyby jednak papierowa wersja poległa w boju, na stronie wydawnictwa można znaleźć wersję wideo.

Całkowicie nieprzewidywalna przygoda, wymagająca od uczestników umiejętności planowania, wytrwałości, sprytu i odrobiny szczęścia. A przy okazji ma w sobie coś z wakacji – ilustracje, choć pod względem krajobrazu proste i schematyczne, wprowadzają w klimat. A ten zyskuje rozwinięcie w kreacjach kolejnych członków wyprawy. Nic dziwnego, że mój mózg podczas większości rozgrywek śpiewa „Trail We Blaze” z bajki „Droga do El Dorado”.

Wyprawa do El Dorado
Autor: Reiner Knizia
Ilustracje: Vincent Durait
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Kociaki Łobuziaki” Jeffrey D. Allers, Maciej Szymanowicz

Ach, jaka życiowa gra! Każdy z graczy jest właścicielem strasznie zabałaganionego pokoju. Po pokojach w dzikim szale biegają koty – od ściany do ściany, od lampy do krzesła, od szafki do stołu i tak dalej, w zależności od elementów wystroju, które wylosujemy… Oczywiście tratując wszystko, co leży im na drodze, czyli porozrzucane zabawki graczy. A im więcej stratują, tym więcej punktów gracz zbierze. Żeby było jeszcze ciekawiej, trasy kotów wyznacza się kolorowymi sznureczkami. Wymaga to całkiem sporo sprytu i strategicznego myślenia, bo za każdą z zabawek, która znajdzie się pod nitką zyskuje się punkty, a im później zbierze się żeton z punktami za daną zabawkę, tym jego wartość jest wyższa. Trzeba jednak uważać, bo gdy żetony się skończą, możemy zostać bez niczego!

Jeśli ma się na stanie prawdziwe koty, rozgrywka zyskuje dodatkowy poziom trudności, bo sznurki są tym, co kociaki łobuziaki lubią najbardziej. Podobnie jak pudełka od gier i małe elementy, z którymi można zwiewać aż miło.

Chociaż na pierwszy rzut oka gra wydaje się całkiem rozbudowana – głównie ze względu na pieczołowite przygotowania, w którym dzielnie towarzyszą nam zawsze nasze prywatne łobuziaki (ach, któż byłby w stanie oprzeć się tym sznureczkom?), 12 rund mija bardzo sprawnie i rozgrywka faktycznie nie przekracza 20 minut, nawet kiedy gramy z prawieczterolatką, a koty podkradają nam kartoniki z punktami. Super, też że można grać już w dwie osoby!

Świetne ilustracje (nie wiem, jak to działa, że Szymanowicza doceniam dopiero w grach, pierwszy raz zachwyciłam się jego oprawą graficzną w Potwornych Porządkach) i fantastyczny pomysł z bardzo oryginalną koncepcją „pionków”. Nie da się ukryć, że sznureczkami jeszcze nie graliśmy, a dla dziecka to niespodziewanie duże wyzwanie! Już samo nawleczenie nitki na szpulkę wymaga sporo skupienia, a przewleczenie sznureczka przez planszę i to tak, by po drodze nazbierać jak najwięcej fantów, to już naprawdę wyższa szkoła jazdy – i dla paluszków i dla główki przedszkolaka!

I przy tym, jak zawsze w przypadku tego wydawnictwa, bardzo dobra jakość wykonania. Vincenty nam przeżuł chyba każdy element, bo nie sposób upilnować ich wszystkich, szczególnie próbując jednocześnie poznać zasady i mechanikę gry, a nie zostały żadne ślady kocich zębów i śliny. Kocio i dziecioodporna rozrywka dla CAŁEJ rodziny, włącznie z jej futurystami członkami.

Kociaki Łobuziaki
Autor: Jeffrey D. Allers
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.