Grajki Majki: „Monsters Hide&Seek” SmartGames

Dzieci mają czasami zainteresowania, które mogą nas zaskoczyć – moja Majka na przykład wykazuje słabość do gier z… potworami. I to od małego, bo zaczęło się od „Potwornych porządków” i „Potworów do szafy”, potem przyszedł czas na „Komnatę strachu”, którą kiedyś Wam pokazywałam i „Zakodowany zamek”. Dlatego też nowy tytuł od SmartGames poświęcony ukrywaniu i znajdowaniu potworów od razu przykuł moją uwagę. I to był dobry wybór, bo Maja przyjęła go ze sporym entuzjazmem.

Układanka logiczna składa się z podzielonej na cztery kwadratowe pola planszy wypełnionej potworkami o rozmaitych kształtach i kolorach oraz czterech elementów z wyposażeniem pokoju, gdzie każdy jest wycięty w inny kształt, przez co przypominają nieco puzzle. Celem gracza jest ułożenie puzzli na planszy w taki sposób, by pozakrywać wszystkie potworki, poza wyszczególnionymi w wybranym przez nas zadaniu. I chociaż na każdym polu planszy można umieścić tylko jeden z elementów, mamy pełną dowolność w obracaniu nimi na wszystkie strony, no i nigdy nie wiadomo który akurat będzie pasował do danego kwadratu, trzeba więc się sporo nagłówkować i próbować różnych opcji aż do skutku.

Książeczka z zadaniami zawiera aż 60 różnych wyzwań – jak zwykle podzielonych na cztery poziomy trudności, od startera po mastera, z odpowiedziami na samym końcu. Może się zdarzyć tak, że  będziemy musieli zostawić tylko dwa potworki, a czasami zostanie odkrytych aż siedem z nich. Czasem będziemy musieli znaleźć cztery takie same, a innym razem cztery kompletnie różne. Jedno jest pewne – nudno nie będzie, a kiedy będziemy już pewni ułożenia każdego z potworków na planszy, kolejne zadanie na pewno nas zaskoczy.

Kiedy już zrozumie się mechanizm działania, układanka jest bardzo przyjemna i nie nadmiernie frustrująca dla dziecka – moja przedszkolaczka dość płynnie przechodzi przez pierwszy poziom trudności.

Ponadto to fantastyczna propozycja na podróż – plansza jest jednocześnie pokrywką niewielkiego, płaskiego pudełka, w którym idealnie mieszczą się cztery elementy układanki i książeczka z zadaniami. Całą grę można więc zapakować w zgrabny i lekki kwadrat, który z łatwością zmieści się w maminej torebce albo wycieczkowym plecaczku przedszkolaka. No i wystarczy pilnować przed zgubieniem tylko czterech puzzli.

Bardzo polecamy na wakacje i nie tylko.

Monsters Hide&Seek
Autor: Raf Peeters
Ilość elementów: 5
Sugerowany wiek: 6+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Grajki Majki: „Apple Twist” SmartGames

„(…)W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.”

czyli bardzo apetyczna łamigłówka dla przedszkolaków.

Na grę składają się tylko cztery elementy: ruchoma plansza w kształcie jabłuszka i trzy kolorowe robale – mama, tata (dłuższe) i dziecko (krótsze), jak to je Maja określiła.

Na samym początku należy ustawić planszę zgodnie z wybranym zadaniem. Jabłko składa się z 5 dwustronnych elementów, które można obracać niezależnie od siebie. Jedna strona została oznaczona literkami od A do E, druga cyframi od 1 do 5. Dzięki czemu możemy układać różne plansze, np. 12C4E. Układ planszy ma wpływ na liczbę i układ okrągłych wgłębień w jabłku, w które będziemy wpasowywać robaczki.

Bo ułożeniu planszy należy umieścić na niej wszystkie robale składające się z kolejno z 5 i 6 kuleczek. Każdy robaczek ma 2 ruchome przeguby, dzięki którym może przyjmować różne kształty, dając układającemu ogrom możliwości i kombinacji. A każdy z nich zgina się odrobinę inaczej. Robaczki muszą siedzieć dokładnie w dziurkach i nie mogą wystawać, dopuszcza się jednak, by w niektórych zadaniach pozostały wolne dziurki.

Do każdego z zadań, poza kodem ułożenia planszy, przygotowano podpowiedzi. Na najprostszym poziomie jest to oznaczenie położenia główek robaczków określonego koloru i dokładne położenie jednego z nich. Im trudniejszy poziom, tym mniej jasne podpowiedzi – czasami oznaczono tylko położenie głów, bez podania kolorów, a w najtrudniejszych zadaniach pojawia się tylko jedna główka, lub nie ma jej wcale.

Gra ma wyjątkowo atrakcyjną formę. Poza samym główkowaniem i szukaniem prawidłowego rozwiązania, wielką frajdę daje wyginanie robaczków na różne sposoby, a nawet już samo przygotowanie planszy.

Oczywiście jak zwykle mamy do wyboru 4 poziomy trudnościstarter, junior, ekspert i master, a na końcu czekają odpowiedzi.

Łamigłówka jest przeznaczona dla jednego gracza powyżej 5 roku życia. I moim zdaniem wiek został określony bardzo dobrze, bo moja pięciolatka całkiem sprawnie radzi sobie ze starterem, a kolejne poziomy stanowią dla niej coraz to większe wyzwanie. I nie tylko dla niej, bo jak zwykle sama muszę się chwilę pogłowić nad trudniejszymi zadaniami.

Bardzo fajna pomoc edukacyjna przy ćwiczeniu nie tylko wyobraźni przestrzennej, logiki, cierpliwości i planowania, ale również motoryki małej, bo wygimnastykowane gąsienice to świetna sprawa dla małych paluszków. I tych nieco większych również.

Apple Twist
Autor: Raf Peeters
Ilość elementów: 4
Sugerowany wiek: 5+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Grajki Majki: „Diamond Quest” SmartGames

Tym razem to post raczej z cyklu „Grajki Matki”, bo łamigłówka, którą chciałabym Wam dziś pokazać jest od 10 lat. I to minimum, bo ja mam prawie trzy razy tyle i muszę przyznać, że w miarę swobodnie czuję się tylko na poziomach starter i junior (i to wcale nie w przypadku wszystkich zadań!), a potem zaczynają się schody.

Gra jest przepiękna, szczególnie dla takiej sroki, jak ja. Składa się z zamykanego pudełka z 13 wgłębieniami oraz 13 przezroczystych diamentów w czterech kolorach i trzech kształtach. Diamenty niebieskie, zielone, pomarańczowe i żółte są w komplecie po trzy – w kształtach zbliżonych do koła, kwadratu i trójkąta. Czerwony diament jest natomiast jeden jedyny i najważniejszy. Bo i cała zabawa w tym, by, kierując się wskazówkami z zadań, umieścić go na właściwym miejscu.

W każdym z zadań znajdziemy wskazówki zdradzające ułożenie części elementów na planszy (lub określające miejsca, w jakich określone diamenty nie mogą się znajdować) – czasem elementy pokazane są dokładnie, innym razem zdefiniowano jedynie kolor albo kształt elementu. Czasem też pokazana jest cała plansza, a czasem jedynie jej mniejszy lub większy fragment. Na każde zadanie może przypadać jedna, lub więcej podpowiedzi – zdarza się, że otrzymujemy nawet 6 wskazówek, które trzeba do siebie dopasować by rozwiązać zagadkę.  

Podobnie jak w innych tytułach tej serii, mamy do wyboru cztery poziomy trudnościstarter, junior, expert i master. A jeśli już naprawdę jesteśmy pewni, że nie uda nam się znaleźć rozwiązania, albo chcemy się upewnić, czy ułożyliśmy dobrze, to na końcu każdego działu znajdują się odpowiedzi.

To zdecydowanie nasza najbardziej skomplikowana z układanek SmartGames. I, co za tym idzie, chyba najbardziej satysfakcjonująca, kiedy już uda się rozwikłać łamigłówkę. Nieźle potrafi wymęczyć mózgownicę, nawet w przypadku dorosłego. Albo przynajmniej takiego niezbyt wprawionego w grach logicznych, bo do takich zdecydowanie przynależę (chociaż niedługo może się to zmienić!). Mino to zaskakująco mało towarzyszy mi przy niej frustracji – może po prostu nie potrafię się złościć przekładając diamenty.

Nie dajcie się zwieść wielkości kartonu – sama gra jest całkiem zgrabna i kompaktowa, diamenty wraz z książeczką z zadaniami i instrukcją zamykają się w pudełku z planszą układanki. Wystarczy drobne zabezpieczenie w postaci gumki recepturki i spokojnie można wrzucić grę do torebki albo plecaka. Dobrze sprawdzi się wiec w roli gry podróżnej.

Diamond Quest
Autor: Alain Brobecker & STUDIO SMART
Ilość elementów: 13
Sugerowany wiek: 10+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Grajki Majki: „Ubongo Trigo” Grzegorz Rejchtman

To moje pierwsze spotkanie z Ubongo, dlatego też nie macie co liczyć na rzetelne porównanie tej odmiany z oryginalną grą. Podejrzewam jednak, że różnice są niewielkie – Ubongo Trigo jest wersją podróżną, więc zapewne uproszczoną pod względem elementów i akcesoriów. I jak sama nazwa wskazuje, w tym wariancie kafelki i zadania zbudowane są z trójkątów.

To łamigłówka-układanka o banalnie prostych zasadach, których ogarnięcie zajmuje dosłownie moment – duży plus za przejrzystą i krótką instrukcję.

W pudełku znajdziemy 32 dwustronne karty z zadaniami – z jednej strony z łatwiejszym poziomem, z drugiej trudniejsze oraz cztery komplety kolorowych, numerowanych kafelków (po 7 w każdym zestawie). Na każdej z kart znajdziemy po dwa pola, które należy jak najszybciej przykryć kafelkami. Numery elementów, które będą potrzebne do rozwiązania danej łamigłówki zostały wyszczególnione po prawej stronie karty. I to tyle!

Liczy się szybkość – osoba, która jako pierwsza ułoży wylosowaną przez siebie łamigłówkę woła „ubongo”. Od tego czasu pozostali gracze mają 20 lub 30 sekund (w zależności od ustaleń i poziomu trudności) na rozwiązanie swojego zadania – liczenie we własnym zakresie, nie dołączono żadnego urządzenia do mierzenia czasu. Jeśli się uda – zdobywają kartę, jeśli nie, muszą ją oddać pierwszemu graczowi. Wygrywa osoba, która zgromadzi najwięcej kart na koniec gry.

Dodatkowym atutem jest wariant jednoosobowy, w którym gramy na czas – ile łamigłówek uda nam się rozwiązać w ciągu 20 minut.

W pierwszym momencie byłam nieco rozczarowana tekturowymi kafelkami, bałam się, ze będą mało wytrzymałe. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo je połamać i pozaginać, nawet jeśli człowiek naprawdę bardzo się spieszy (w tym przypadku bardziej delikatne są karty). Ładnie też wyszły z wytłoczki, więc wierzchnia warstwa kartonu się nie dorywa. Na pewno nie będzie to gra na pokolenia, ale też nie jest łatwo nieintencjonalnie szybko zrobić jej dużą krzywdę.

Gra faktycznie jest całkiem kompaktowa, jak najbardziej można zabrać ją ze sobą na wyjazd, aczkolwiek układanie elementów na kartach wymaga jednak posiadania jakiejś powierzchni płaskiej. Zawiera również całkiem sporo drobnych elementów, osobiście nie polecam jej więc na przykład na plażę, pod namiot czy do samolotu. Ale już do hotelu, do domku nad jeziorem czy do babci sprawdzi się bardzo dobrze. Moim zdaniem pudełko spokojnie mogłoby być jeszcze o połowę mniejsze, bo elementy zajmują jakoś 1/3 kartonika, reszta to wyprofilowany „wypełniacz”. Wolałabym też ograniczyć użycie folii, w którą owinięta była gra i którą wyrzuciłam od razu po odpakowaniu. Dwa kawałki taśmy klejącej z pewnością sprawdziłyby się równie dobrze.

Ubongo Trigo travel. Trójkątne szaleństwo
Autor: Grzegorz Rejchtman
Ilustracje: Nicolas Naubeuer, Karl-Otto Homes, Bernd Wagenfeld
Wydawnictwo: Egmont
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Grajki Majki: „Boarding”, Daryl Chow

Dla odmiany przychodzę dziś z propozycją gry „dla starszaków”, czyli 10+. I dla rodziców, bo na kwarantannie wieczór przy planszówce w ramach randki to szczyt romantyzmu.

W grze „Boarding” wcielamy się w stewardów i stewardes obarczonych obowiązkiem usadzenia wszystkich pasażerów samolotu. Oczywiście w sposób jak najbardziej ekonomiczny i zgodny z preferencjami klientów linii lotniczych. W końcu zakochani życzą sobie siedzieć obok siebie, dzieci nie powinny zostać bez opieki dorosłych, a biznesmeni, turyści i ekolodzy najlepiej czują się w swoim towarzystwie. Jeśli dorzucimy do tego wymagania odnośnie miejsc przy oknie, przy wyjściu, czy w środku rzędu, wychodzi z tego niezła układanka! Tym trudniejsza, że kolejność usadzania pasażerów zależy od losu – nie sposób bowiem przewidzieć jakie trafimy karty. Wyjątkowo problematycznych pasażerów możemy wyprosić z samolotu, ale uwaga!, otrzymamy za to punkty ujemne.

W pudełku znajdziemy cztery dwustronne plansze samolotów, 96 kart pasażerów, 150 drewnianych znaczników pasażerów (po 30 w 5 kolorach) oraz vouchery na posiłek, którymi będziemy mogli przebłagać problematycznych pasażerów, by poczekali jeszcze trochę na usadzenie.

Gra ma wiele różnych wariantów – z osobnymi planszami dla rozgrywek w 1-3 osoby i osobnymi dla 4-osobowych, z opcjonalnymi kartami trudnymi i kartami wydarzeń. Zasady, choć na pierwszy rzut oka skomplikowane, szybko dają się oswoić i po pierwszej rozgrywce nie stanowią już problemu. „Boarding” wymaga trochę szczęścia, dużo kombinowania i… talentu do porządków. Rozgrywka jest płynna, nie ma w niej długiego oczekiwania na ruch przeciwnika, ale zdarzają się kapryśni pasażerowie gotowi przyprawić nas o pierwsze siwe włosy.

Zawsze doceniam przemycone nutki poczucia humoru – w tej grze uwielbiam nazwy linii lotniczych, w których pracowników się wcielamy. Osobiście najbardziej lubię usadzać pasażerów Bryanaira, natomiast mąż mój wdziewa zazwyczaj uniform linii NIELOT. Do wyboru jest jeszcze SOS i RadomGlobalAir. Złoto!

Jeśli jednak nie macie drugiej połówki, a izolacja dłuży wam się niemożebnie, albo nie wiecie czym zainteresować plączące się pod nogami dziecko, podczas, gdy wy ślęczycie przed ekranami pracy zdalnej, ten tytuł też świetnie się sprawdzi, bo gra ma również wariant jednoosobowy. Przypomina wtedy nieco skrzyżowanie układania pasjansa z tetrisem.

Jak zawsze starannie i estetycznie wydana, chociaż ograniczyłabym nieco jednorazowy plastik przy pakowaniu.

Boarding
Autor: Daryl Chow
Ilustracje: Roman Kucharski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.