Grajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „PuzzloGra. Dżungla” Günter Bukhart, Marcin Minor

Cóż za niezwykłe połączenie, ta gra jest jak sałatka owocowa. Memory, puzzle, pionki i bajeczne ilustracje Marcina Minora to prawdziwie różnorodna, ale jakże udana mieszanka!

„Amazońska dżungla pogrążona w ciemnościach budzi się do życia. Promienie słoneczne sięgają coraz wyżej, ujawniając kolejnych mieszkańców dżungli”.

Zasady gry są bardzo proste i moim zdaniem spokojnie można się za nią brać i z czterolatkiem. Na podzieloną na krateczki planszę wypełnioną cieniami zwierząt należy rzucić trochę światła, by odkryć czające się wśród ciemnych chaszczy i mroków nocy dzikie pyszczki. Aby to zrobić gracze naprzemiennie losują odwrócone rewersem do góry kafelki ułożone pod planszą. Jeśli trafią na fragment obrazka, który można położyć na planszy (a wolno dokładać tylko te dolne elementy, pod którymi jest rant lub inny kafelek), mogą go dołożyć. Jeśli nie, należy go zakryć i odłożyć u góry planszy. Po ułożeniu całego zwierzaka dostajemy tyle punktów, z ilu kafelków się on składa. Punkty zaznaczamy przesuwając drewniane, stożkowate pionki po polach otaczających planszę. Co ciekawe, jeśli trafimy na pole, na którym stoi pionek innego gracza, możemy na niego wskoczyć i skorzystać z podwózki przy jego kolejnym ruchu. Chyba, że strąci nas napotkana na drodze liana.

Dla urozmaicenia, wśród kafelków z obrazkami ukryto cztery płytki specjalne z różnymi akcjami do wykonania. W skład zestawu wchodzą również trzy puste płytki, na których możemy wymyślić swoje własne akcje i dołączyć je do gry.

Kiedy wspólnymi siłami uda się ułożyć cały obrazek, wygrywa osoba, która zdobyła najwięcej punktów, a jej pionek „zaszedł” najdalej. Na deser czekają ciekawostki poświęcone występującym w grze zwierzakom umieszczone na odwrocie planszy.

Moja Majka uwielbia gry pamięciowe w typie „memorów” (i w nie wymiata), nic więc dziwnego, że nastąpiła miłość od pierwszego wejrzenia. Szczególnie, że tematem gry są super ciekawe zwierzęta fantastycznie zilustrowane przez Marcina Minora, którego pokochaliśmy już za „Sen”, „Kruki” i „Smoki” dla starszaków.

Pomysł jest świetny, wizualnie prezentuje się cudownie, ma możliwość personalizacji za pomocą dodatkowych kafelków i jest bardzo porządnie wykonana.

Łączy w sobie trening spostrzegawczości, cierpliwości, zapamiętywania i umiejętności strategicznych. No i jest po prostu piękna. Gramy całą rodziną i polecamy bardzo mocno.

A dla dopełnienia dżunglowego klimatu, spragnionym dzikich zwierząt i nienasyconym owocową sałatką proponuję dopełnić równie zwariowaną i pięknie zilustrowaną książką „Być jak tygrys” Przemysława Wechterowicza i Emilii Dziubak.

„PuzzloGra. Dżungla”
Autor: Günter Bukhart
Ilustracje: Marcin Minor
Sugerowany wiek: 5+
Ilość graczy: 2-4
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

(premiera 1.09.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Escape Quest „Arsene Lupin rzuca wyzwanie” David Cicurel, Frédéric Dorne, Tiffanie Uldry

Sięgając po ta książkę spodziewałam się czegoś podobnego do komiksów paragrafowych w stylu „Rycerzy” czy „Sherlock Holmes. Dookoła świata”. I faktycznie, sam mechanizm poruszania się po historii jest całkiem podobny, jednak w tym przypadku gra zdecydowanie bardziej przypomina faktyczną książkę. A każda jej strona to nowa zagadka przybliżająca nas do upragnionego celu.

W tej grze wcielamy się w postać włamywacza-pasjonata uprawiającego to hobby nie z potrzeby i zmagań z niesympatyczną sytuacją życiową, a z umiłowania do sztuki kradzieży – dlatego też naszym marzeniem jest nauka fachu pod okiem najwybitniejszych mistrzów zbrodni. Świetnie się więc składa, że sławny Arsène Lupin, dżentelmen-włamywacz, ogłosił wszem i wobec, że poszukuje ucznia. Jednak dostać się pod skrzydła mistrza to prawdziwe wyzwanie – nie tylko musimy dokonać niemożliwego i skraść najlepiej strzeżone klejnoty w całym Paryżu, ale również pokonać liczną konkurencję. Czy wystarczy nam sprytu, umiejętności i determinacji, by dopiąć swego? Nawet, gdy ktoś usilnie będzie próbował pokrzyżować nam szyki?

Czekają nas szyfry, mapy, łamigłówki, a nawet pewien test sprawności w posługiwaniu się narzędziami do cięcia szkła. Wszystko to by odkryć na jaką stronę powinniśmy udać się w następnej kolejności. W porównaniu do komiksów paragrafowych, jest tu zdecydowanie więcej tekstu – na każdą zagadkę przypada strona treści i całostronicowa ilustracja utrzymana w pięknym retro-secesyjnym klimacie XIX-wiecznego Paryża. W ogóle pod względem wizualnym ten tytuł jest fenomenalny, nie można się napatrzeć. Na szczęście są takie zagadki, że uważne przypatrywanie się jest bardziej niż wskazane.

Za każdym razem jestem zaskoczona faktem, że takie gry potrafią być naprawdę trudne! Nie jestem może jakimś szczególnym omnibusem – łamaczem łamigłówek, ale gra dla nieco starszych dzieci 12+ potrafi mnie nieźle zagiąć i to czasem już od pierwszych stron! A jednocześnie do rozwiązania takiego escape questa wystarczy tylko długopis i kilka godzin wolnego czasu, może więc towarzyszyć nam na przykład w podróży. Na końcu książkogry zostawiono miejsce na zapiski, można jednak bez skrępowania pisać i zaznaczać i robić notatki bezpośrednio przy zadaniach i na ilustracjach. A jeśli zdarzy nam się gdzieś utknąć, w zabezpieczonym dokumencie przygotowano podpowiedzi.

Kto jest gotowy na takie wyzwanie?

David Cicurel, Frédéric Dorne, Tiffanie Uldry, Escape Quest. Arsene Lupin rzuca wyzwanie, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Grajki Majki: „Monsters Hide&Seek” SmartGames

Dzieci mają czasami zainteresowania, które mogą nas zaskoczyć – moja Majka na przykład wykazuje słabość do gier z… potworami. I to od małego, bo zaczęło się od „Potwornych porządków” i „Potworów do szafy”, potem przyszedł czas na „Komnatę strachu”, którą kiedyś Wam pokazywałam i „Zakodowany zamek”. Dlatego też nowy tytuł od SmartGames poświęcony ukrywaniu i znajdowaniu potworów od razu przykuł moją uwagę. I to był dobry wybór, bo Maja przyjęła go ze sporym entuzjazmem.

Układanka logiczna składa się z podzielonej na cztery kwadratowe pola planszy wypełnionej potworkami o rozmaitych kształtach i kolorach oraz czterech elementów z wyposażeniem pokoju, gdzie każdy jest wycięty w inny kształt, przez co przypominają nieco puzzle. Celem gracza jest ułożenie puzzli na planszy w taki sposób, by pozakrywać wszystkie potworki, poza wyszczególnionymi w wybranym przez nas zadaniu. I chociaż na każdym polu planszy można umieścić tylko jeden z elementów, mamy pełną dowolność w obracaniu nimi na wszystkie strony, no i nigdy nie wiadomo który akurat będzie pasował do danego kwadratu, trzeba więc się sporo nagłówkować i próbować różnych opcji aż do skutku.

Książeczka z zadaniami zawiera aż 60 różnych wyzwań – jak zwykle podzielonych na cztery poziomy trudności, od startera po mastera, z odpowiedziami na samym końcu. Może się zdarzyć tak, że  będziemy musieli zostawić tylko dwa potworki, a czasami zostanie odkrytych aż siedem z nich. Czasem będziemy musieli znaleźć cztery takie same, a innym razem cztery kompletnie różne. Jedno jest pewne – nudno nie będzie, a kiedy będziemy już pewni ułożenia każdego z potworków na planszy, kolejne zadanie na pewno nas zaskoczy.

Kiedy już zrozumie się mechanizm działania, układanka jest bardzo przyjemna i nie nadmiernie frustrująca dla dziecka – moja przedszkolaczka dość płynnie przechodzi przez pierwszy poziom trudności.

Ponadto to fantastyczna propozycja na podróż – plansza jest jednocześnie pokrywką niewielkiego, płaskiego pudełka, w którym idealnie mieszczą się cztery elementy układanki i książeczka z zadaniami. Całą grę można więc zapakować w zgrabny i lekki kwadrat, który z łatwością zmieści się w maminej torebce albo wycieczkowym plecaczku przedszkolaka. No i wystarczy pilnować przed zgubieniem tylko czterech puzzli.

Bardzo polecamy na wakacje i nie tylko.

Monsters Hide&Seek
Autor: Raf Peeters
Ilość elementów: 5
Sugerowany wiek: 6+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Grajki Majki: „Wytęż wzrok”

Czy są tu jacyś fani wypatrywania szczegółów? A książki „Rok w przedszkolu”? Całkiem niedawno pokazywałam Wam inną nowość z tej serii – „Rok na zamku”.

Wszystkim  przyszłym przedszkolakom gorąco polecamy w tym temacie również:
książeczki ułatwiające adaptację
„Feluś i Gucio poznają emocje”
a obecnie do przedszkola uczęszczającym
serię o Dusi
„Przedszkole Pani Matyldy”
„Feluś i Gucio grają w sylaby”.

Tymczasem na podstawie wyszukiwanki Przemysława Liputa pt. „Rok w przedszkolu” stworzono bardzo prostą i jednocześnie absorbującą grę wzbogacającą dotychczasowe przyglądanie się szczegółowym ilustracjom o jakże motywujący element rywalizacji i ściśle określone zadania do wykonania.

Zestaw składa się z 48 dwustronnych kart. Z jednej strony (na awersie) znajduje się przedstawienie koloru lub kształtu, z drugiej zaś (na rewersie) ilustracja – wycinek z książki „Rok w przedszkolu”. Karty należy dokładnie potasować, a następnie ułożyć w stos awersem do góry. By rozpocząć grę, odkrywamy pierwszą kartę z góry i położyć z boku stosu, dzięki zobaczymy ilustrację. Następnie należy jak najszybciej odnaleźć na obrazku przedmiot o kolorze lub kształcie określonym przez kartę znajdującą się obecnie na szczycie stosu. Kto pierwszy znajdzie i nazwie poszukiwany przedmiot może bierze kartę. Wygrywa osoba, która zbierze najwięcej kart.

Wbrew pozorom nie jest to wcale taka prosta sprawa – czasami trafi się duży przedmiot o pożądanym kolorze, a innym razem będzie to tylko drobny szczególik, którego będzie trzeba chwilę poszukać. Albo zastanowić się nad jego nazwą. Ale to wszystko szybcikiem, zanim inny gracz nas wyprzedzi, dzięki czemu rozgrywka jest bardzo dynamiczna. A kształty są jeszcze trudniejsze od kolorów! Bo choć na kartach znalazły się jedynie wybrane fragmenty z rozbudowanych ilustracji książki Liputa i mamy je tu w sporym powiększeniu, to jednak wciąż mnóstwo się na nich dzieje.

Dzięki elementowi losowości rzadko kiedy zdarza się, ze w kolejnych grach musimy szukać tego samego elementu na danym obrazku, więc gra nie znudzi się szybko.

Grając ćwiczymy nie tylko spostrzegawczość, nazwy kolorów, przedmiotów i kształtów, ale również refleks, umiejętność skupiania uwagi i…oswajanie się z przegraną, bo jednak nie raz i nie dwa inny gracz nas wyścignie, choć mieliśmy już upragnione słowo na końcu języka.

Warto pod koniec gry wykorzystać karty również do treningu opowiadania prosząc malucha, by opisał nam scenę, którą widzi. A może uda mu się wymyślić do niej jakąś historię?

W moim odczuciu spokojnie można po nią sięgnąć już z trzylatkiem.

„Wytęż wzrok”
Autor: Przemysław Liput
Ilość elementów: 48 dwustronnych kart
Sugerowany wiek: 5+
Ilość graczy: 2-5
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Apple Twist” SmartGames

„(…)W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.”

czyli bardzo apetyczna łamigłówka dla przedszkolaków.

Na grę składają się tylko cztery elementy: ruchoma plansza w kształcie jabłuszka i trzy kolorowe robale – mama, tata (dłuższe) i dziecko (krótsze), jak to je Maja określiła.

Na samym początku należy ustawić planszę zgodnie z wybranym zadaniem. Jabłko składa się z 5 dwustronnych elementów, które można obracać niezależnie od siebie. Jedna strona została oznaczona literkami od A do E, druga cyframi od 1 do 5. Dzięki czemu możemy układać różne plansze, np. 12C4E. Układ planszy ma wpływ na liczbę i układ okrągłych wgłębień w jabłku, w które będziemy wpasowywać robaczki.

Bo ułożeniu planszy należy umieścić na niej wszystkie robale składające się z kolejno z 5 i 6 kuleczek. Każdy robaczek ma 2 ruchome przeguby, dzięki którym może przyjmować różne kształty, dając układającemu ogrom możliwości i kombinacji. A każdy z nich zgina się odrobinę inaczej. Robaczki muszą siedzieć dokładnie w dziurkach i nie mogą wystawać, dopuszcza się jednak, by w niektórych zadaniach pozostały wolne dziurki.

Do każdego z zadań, poza kodem ułożenia planszy, przygotowano podpowiedzi. Na najprostszym poziomie jest to oznaczenie położenia główek robaczków określonego koloru i dokładne położenie jednego z nich. Im trudniejszy poziom, tym mniej jasne podpowiedzi – czasami oznaczono tylko położenie głów, bez podania kolorów, a w najtrudniejszych zadaniach pojawia się tylko jedna główka, lub nie ma jej wcale.

Gra ma wyjątkowo atrakcyjną formę. Poza samym główkowaniem i szukaniem prawidłowego rozwiązania, wielką frajdę daje wyginanie robaczków na różne sposoby, a nawet już samo przygotowanie planszy.

Oczywiście jak zwykle mamy do wyboru 4 poziomy trudnościstarter, junior, ekspert i master, a na końcu czekają odpowiedzi.

Łamigłówka jest przeznaczona dla jednego gracza powyżej 5 roku życia. I moim zdaniem wiek został określony bardzo dobrze, bo moja pięciolatka całkiem sprawnie radzi sobie ze starterem, a kolejne poziomy stanowią dla niej coraz to większe wyzwanie. I nie tylko dla niej, bo jak zwykle sama muszę się chwilę pogłowić nad trudniejszymi zadaniami.

Bardzo fajna pomoc edukacyjna przy ćwiczeniu nie tylko wyobraźni przestrzennej, logiki, cierpliwości i planowania, ale również motoryki małej, bo wygimnastykowane gąsienice to świetna sprawa dla małych paluszków. I tych nieco większych również.

Apple Twist
Autor: Raf Peeters
Ilość elementów: 4
Sugerowany wiek: 5+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Grajki Majki: „Ubongo Trigo” Grzegorz Rejchtman

To moje pierwsze spotkanie z Ubongo, dlatego też nie macie co liczyć na rzetelne porównanie tej odmiany z oryginalną grą. Podejrzewam jednak, że różnice są niewielkie – Ubongo Trigo jest wersją podróżną, więc zapewne uproszczoną pod względem elementów i akcesoriów. I jak sama nazwa wskazuje, w tym wariancie kafelki i zadania zbudowane są z trójkątów.

To łamigłówka-układanka o banalnie prostych zasadach, których ogarnięcie zajmuje dosłownie moment – duży plus za przejrzystą i krótką instrukcję.

W pudełku znajdziemy 32 dwustronne karty z zadaniami – z jednej strony z łatwiejszym poziomem, z drugiej trudniejsze oraz cztery komplety kolorowych, numerowanych kafelków (po 7 w każdym zestawie). Na każdej z kart znajdziemy po dwa pola, które należy jak najszybciej przykryć kafelkami. Numery elementów, które będą potrzebne do rozwiązania danej łamigłówki zostały wyszczególnione po prawej stronie karty. I to tyle!

Liczy się szybkość – osoba, która jako pierwsza ułoży wylosowaną przez siebie łamigłówkę woła „ubongo”. Od tego czasu pozostali gracze mają 20 lub 30 sekund (w zależności od ustaleń i poziomu trudności) na rozwiązanie swojego zadania – liczenie we własnym zakresie, nie dołączono żadnego urządzenia do mierzenia czasu. Jeśli się uda – zdobywają kartę, jeśli nie, muszą ją oddać pierwszemu graczowi. Wygrywa osoba, która zgromadzi najwięcej kart na koniec gry.

Dodatkowym atutem jest wariant jednoosobowy, w którym gramy na czas – ile łamigłówek uda nam się rozwiązać w ciągu 20 minut.

W pierwszym momencie byłam nieco rozczarowana tekturowymi kafelkami, bałam się, ze będą mało wytrzymałe. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo je połamać i pozaginać, nawet jeśli człowiek naprawdę bardzo się spieszy (w tym przypadku bardziej delikatne są karty). Ładnie też wyszły z wytłoczki, więc wierzchnia warstwa kartonu się nie dorywa. Na pewno nie będzie to gra na pokolenia, ale też nie jest łatwo nieintencjonalnie szybko zrobić jej dużą krzywdę.

Gra faktycznie jest całkiem kompaktowa, jak najbardziej można zabrać ją ze sobą na wyjazd, aczkolwiek układanie elementów na kartach wymaga jednak posiadania jakiejś powierzchni płaskiej. Zawiera również całkiem sporo drobnych elementów, osobiście nie polecam jej więc na przykład na plażę, pod namiot czy do samolotu. Ale już do hotelu, do domku nad jeziorem czy do babci sprawdzi się bardzo dobrze. Moim zdaniem pudełko spokojnie mogłoby być jeszcze o połowę mniejsze, bo elementy zajmują jakoś 1/3 kartonika, reszta to wyprofilowany „wypełniacz”. Wolałabym też ograniczyć użycie folii, w którą owinięta była gra i którą wyrzuciłam od razu po odpakowaniu. Dwa kawałki taśmy klejącej z pewnością sprawdziłyby się równie dobrze.

Ubongo Trigo travel. Trójkątne szaleństwo
Autor: Grzegorz Rejchtman
Ilustracje: Nicolas Naubeuer, Karl-Otto Homes, Bernd Wagenfeld
Wydawnictwo: Egmont
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Grajki Majki: „Plus minus. Nauka liczenia” oraz „SY-LA-BY. Nauka czytania”

„Kluczem do zwycięstwa jest szybkie liczenie”

No dobra, nie oszukujmy się – szybkie liczenie nigdy nie było moją mocną stroną… ale podobno człowiek uczy się całe życie! I na całe szczęście gra obejmuje wyłącznie dodawanie i odejmowanie, bo rozłożyć się na tabliczce mnożenia przez swoim własnym dzieckiem to byłaby trochę siara. Zwłaszcza, że za kilka lat będę musiała ją przekonywać, że znajomość tabliczki mnożenie jest nie tylko niezbędnie potrzeba do przeżycia, jak i do uzyskania promocji do kolejnej klasy.

Dobrze, że ten etap jeszcze daleko przede mną. Dodawanie i odejmowanie to bardziej mój poziom. Szczególnie w zakresie 10.

W pudełku znajdziemy aż 110 kart w trzech rodzajach – zielone karty dodawania (z pomarańczowym paskiem) i odejmowania (z fioletowym paskiem) oraz nieco wyróżniające się wyglądem, bo niebieskie karty celów (z różowym paskiem). Karty dodawania i odejmowania składają się z dwóch wartości – umieszczonego w centralnej części karty wyniku oraz fragmenty równania w rogu.

Gra ma trzy warianty różniące się poziomem zaawansowania gracza – na rozgrzewkę, standardowy i dla wymiataczy.

W najłatwiejszym wariancie nie korzystamy z kart celów. Jeden z graczy (np. rodzic) wykłada karty działań i podaje cyfrę, a pozostali gracze muszą jak najszybciej wskazać kartę, na której znajduje się reszta działania.

W standardowej rozgrywce układamy karty działań w kwadrat. Następnie gracz losuje cel z talii kart celów i musi wyszukać jak najwięcej kart, spełniających wylosowany warunek (np. zbiera wszystkie karty, których wynik daje liczbę parzystą, jest mniejszy niż 5, jest identyczny, albo w inny sposób określony wylosowanym celem).

Najtrudniejsza wersja również nie wymaga użycia kart celów – z potasowanych kart działań każdy z graczy dostaje po 6 i w ramach kolejnych akcji w kolejce układa określony kilkoma zasadami ciąg w taki sposób, by na koniec gry zebrać jak najwięcej kart.

Dzięki prostym zasadom uczestnikom zostaje sporo energii na główkowanie podczas gry. Element rywalizacji zmusza do szybkiego myślenia i, choć bywa frustrująco, jest to zdecydowanie ciekawsza i bardziej motywująca opcja, niż rozwiązywanie kolejnych rzędów przykładów z zeszytu ćwiczeń. Można dopasować poziom trudności zarówno do początkujących w liczeniu, jak i do wprawionych matematyków wymagających zaledwie małej powtórki ;)

Plus minus. Nauka liczenia
Autor: Marcin Dudek
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Z tej samej serii mamy również, analogicznie, grę do nauki czytania.

Kto nie miał tego w szkole? Kto nie męczył się dukając sylabę za sylabą na głos przed snem? To był mój koszmar i strasznie się cieszę, że coraz częściej w nauce wykorzystuje się zabawę. W zeszłym tygodniu pokazywałam Wam grę w sylabizowanie z Felusiem i Guciem dla początkujących maluszków – spokojniejszą, ilustrowaną i ze zdecydowanie bardziej wytrzymałych materiałów. Ta propozycja skierowana jest do starszych dzieci i została oparta na rywalizacji, jest więc zdecydowanie bardziej dynamiczna i wymaga od uczestników posiadania już pewnych podstawowych umiejętności w zakresie sylabizowania.

„Odczytywanie całego słowa, jest jak budowanie domu z klocków. Łatwiej i szybciej buduje się dom z kilku dużych bloków, niż z wielu malutkich cegiełek”.

Ten zestaw również składa się ze 110 kart – 55 kart sylab i 55 kart spółgłosek. Można je wykorzystać do czterech różnych wariantów gry. Super fajnie, że litery na kartach są zarówno pisane (w centrum karty), jak i drukowane (na rogach).

W pierwszej propozycji wszystko polega na tym, żeby układać słowa z dwóch sylab (a w trudniejszej wersji również z użyciem spółgłosek). Im więcej kombinacji w jednej turze, tym lepiej, byle jak najszybciej wykorzystać (i tym samym pozbyć się ich) wszystkie karty z ręki.

Druga propozycja rozgrywki jest kooperacyjna, więc prawdopodobnie nie skończy się rodzinną awanturą. Wszyscy uczestnicy mają przed sobą te same karty i w określonym czasie muszą wspólnie ułożyć z nich jak najwięcej wyrazów.

Trzecia to sylabowa wariacja na temat gry w makao, a czwarta polega na jak najszybszym podaniu słowa zawierającego sylabę widniejącą na karcie, w celu jej zdobycia. Tym razem wygrywa te, kto zbierze najwięcej kart.

Ale tak naprawdę zasady gry nie muszą nas ograniczać. Spokojnie możemy wymyślać własne, albo po prostu ćwiczyć układanie wyrazów. Jak najdłuższych, jak najśmieszniejszych, byle zawsze poprawnych!

SY-LA-BY. Nauka czytania
Autor: Agnieszka Łubkowska, Michał Szewczyk
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-5
Sugerowany wiek: 7+

P.S. Mój mąż zgłasza pewne zastrzeżenie do tej serii, obiecałam przekazać: „Dlaczego wszyscy mają nos jak Pucio, skoro nikt tu nie jest Puciem?”.

Grajki Majki: „Feluś i Gucio grają w sylaby. Gra edukacyjna”

Fenomenalna sprawa, idealna na aktualny etap rozwoju mojej przedszkolaczki. Już w pierwszej rozgrywce mogłam usłyszeć, jak moje dziecię czyta! I rozumie sens przeczytanego słowa! Duma x3000!

Ale od początku.

Gra edukacyjna „Feluś i Gucio grają w sylaby” to zestaw 108 kafelków z obrazkami i sylabami oraz 4 plansze do układania na nich wyrazów z płytek z sylabami. Tematycznie i wizualnie nawiązująca do popularnej serii kartonówek dla najmłodszych z Felusiem i Guciem w roli głównej (Recenzje książeczek o Felusiu i Guciu znajdziecie TU i TU ).

Jest rekomendowana dla dzieci od 5 roku życia i rewelacyjnie ułatwia składanie liter w sylaby i samych sylab w słowa. Czyli to, z czym maluchy mają na pewnym etapie sporo problemów – rozpoznają wszystkie litery, ale nie potrafią połączyć ich w wyraz.

Na samym początku trochę się zdemotywowałam, bo jako najbardziej genialna matka pod słońcem, nie oświeciłam mojego dziecka co do istnienia liter małych, czyli pisanych. Nauczyłam Majkę tylko wielkich, drukowanych! A tutaj cała gra oparta jest o litery pisane, więc szykowałam się do zaserwowania mojemu dziecku sporej zmiany światopoglądowej jak na operację wojenną. Na szczęście moja chłonna gąbeczka przyjęła ta rewelację bez większych sprzeciwów i bardzo szybko zaczęła kojarzyć małe litery z dużymi. Ufff….

W pudełku znajdziemy 4 dwustronne plansze, gdzie jedna strona służy do układania słów dwusylabowych a druga trójsylabowych. My na razie gramy na tym łatwiejszym poziomie – Maja wybiera sobie trzy obrazki układa je na stronie z podpisami, a następnie szuka odpowiednich kafelków z sylabami. Tak ułożone słowo najpierw literuje, później czyta sylabami, aż wreszcie łączy w całe słowa! I to naprawdę działa, sama doszła do tego, że „ten dziwny kot z obrazka” to puma, a „różowy cukierek” to guma. Serce rośnie!

Bardziej zaawansowani gracze mogą obrócić płytki z obrazkami na stronę bez napisów i próbować układać słowa z pamięci. Można też wybrać stronę planszy ze słowami trójsylabowymi, gdzie jedna z sylab została już podpowiedziana. Można w ten sposób ćwiczyć czytanie samodzielnie, albo grać w maksymalnie 4 osoby (bo i tyle mamy plansz).

Do zestawu opracowano 7 propozycji zabaw na różnym poziomie trudności – gdzie składa się słowa dwu lub trzysylabowe, z podpowiedzą w formie podpisu lub bez, wybierając sylaby z mniejszej lub większej liczby kafelków, i tak dalej i tak dalej.

Wszystkie elementy zostały wykonane z naprawdę grubej tektury i wydają się być całkiem wytrzymałe. Wszystkie rogi są bezpiecznie zaokrąglone, a to dla mnie zawsze duży plus. Szata graficzna jest pastelowo-urocza, bardzo w moim typie, a obrazki na ilustracjach są łatwo rozpoznawalne.

I jeszcze na koniec wisienka na torcie – w całym tym wielkim zestawie wykorzystano dwa maleńkie kawałki plastikowego przylepca do złączenia pudełka. A poza tym nie było w nim grama plastiku – nawet opakowania. Da się? Da się!

Świetne narzędzie do nauki czytania przez zabawę. Myślę, że taka pomoc edukacyjna równie dobrze sprawdzi się też w przedszkolu. Bardzo polecam!

Feluś i Gucio grają w sylaby. Gra edukacyjna
Ilustracje: Marianna Schoett
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.