Czas na czytanie: „Piorun. Czy można mu się oprzeć?” Angel Payne

To się nazywa mieć pecha – jeszcze w styczniu zaliczyć gniota roku. I to nie tak, że sięgając po tą książkę, nie wiedziałam na co się piszę, wręcz przeciwnie! Ja naprawdę lubię od czasu do czasu zgrzeszyć nieszczególnie ambitnym erotykiem – nieco naiwny romans nie wymagający szczególnego skupienia ani dobrej kondycji umysłowej, ale za to gwarantujący lekką rozrywkę i trochę czerwone uszy. Najlepiej, jeśli jest w dodatku potraktowany nieco niepoważnie i „z jajem”. Świetną książką z tego gatunku był na przykład „Pucked” i miałam nadzieję, że „Piorun” będzie do niej nieco podobny, bo (sądząc po opisie) taka fabuła musi być potraktowana ze sporym poczuciem humoru i dystansem.

Niestety.

Pomysł jest tragicznie absurdalny – łączy w sobie eksperymenty genetyczne i tworzenie superbohaterów o świecącej spermie (Edward, czy to ty?) oraz romansowanie z przystojnym szefem. I wszystkie te elementy potraktowane są zupełnie poważnie.

Do tego językowo jest gorzej, niż w Greyu. Serio, nie sądziłam, że to możliwe. A to już kompletny gwóźdź do trumny, po zamiast rumieńców na policzkach czułam głównie zażenowanie. Jeśli dodamy do tego płytkich, nie reprezentujących sobą niczego poza popędem bohaterów, akcję jak z sensacyjnego filmu klasy Z i puentę w stylu Paolo Coelho o tym, że każdy ma prawo do szczęścia wygłoszoną patetycznym tonem na środku imprezy (oczywiście wszyscy klaszczą), to zyskamy kompletne dno. I pięć metrów mułu.

Bardzo się starałam, ale niestety nie znalazłam tu nic, co zasługuje na komplement. Chyba jeszcze mi się to nie zdarzyło. A jedynym plusem tej książki jest objętość mniejsza niż 300 stron.

Dla potwierdzenia swojej smutnej tezy zabawię Was kilkoma cytatami, trzymajcie się mocno:

„Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin”.

„Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?
Obecność. Aura. Tajemnica”.

I tak przez prawie 300 stron…

„Musze walczyć z wizjami, jakby to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym minimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe….”.

„Obserwując ją czuję się jakbym po raz pierwszy widział wieżę Eiffla albo Tadż Mahal. Nigdy już nie spotka mnie podobny moment, pełen zdumienia, pozbawiający tchu…
Ściskający mnie centralnie za jaja.
Ściskający. Chwytający. Łomoczący.”

„Doprowadzona do doskonałości sztuka walenia konia również nauczyła mnie paru rzeczy, na przykład tego, że moja sperma świeci teraz jak odpad nuklearny, kiedy wiruje w odpływie prysznica”.

Nie, to nie wirowanie tak na nią wpływa.

„Mój mózg protestuje przy każdej sylabie [MÓJ TEŻ!], ale każda komórka mojego ciała i ducha pędzi ku temu. By pochwycić klejnot pożądania stworzony w jaskiniach przeznaczenia w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy”.

„Jego warkot to moja tratwa w tej powodzi, moja ucieczka przed potępieniem. Jesteśmy parą upadłych aniołów, które torują sobie ścieżkę pomiędzy gwiazdami ogniem pieprzenia”.

Co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że nie tylko ktoś to wydał, ale w dodatku uznał za dobre na tyle, by przetłumaczyć i wydać za granicą?

Pannie Emmalinie i jej złaknionej szczelinie lepiej już podziękujmy.

Angel Payne, Piorun. Czy można mu się oprzeć?, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 296 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Bajki Majki: „Serce na sznurku” Małgorzata Domagalik

Dzisiaj kilka słów o książkowym rozczarowaniu.

Długo zabierałam się na napisania tej recenzji próbując dociec dlaczego właściwie ta książka zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wydaje mi się, że spory udział miał w tym jej opis nieszczególnie adekwatny do treści. To miała być przepiękna historia o bezgranicznej miłości, wrażliwości i akceptacji, dlatego też usiadłam do lektury z wielkim entuzjazmem – uwielbiam opowieści będące ciepłym kompresem na serducho, szczególnie podczas zimowo-świątecznej aury. Zwłaszcza, że staranność wydania i klimatyczne ilustracje, szczególnie okładka zapowiadały piękną historię.

DSC_1193

A ta pozycja niestety zupełnie nie spełniła moich oczekiwań. Początek był dobry, choć smutny – mała foka straciła mamę, która uratowała ją przed kłusownikiem – zapowiadało się na poruszającą historię. Uciekając przed zagrożeniem trafiła do jamy jednego ze swoich największych naturalnych wrogów – niedźwiedzia polarnego.

A niedźwiedź Ksawery – stary kawaler, samiec alfa okolicy i wielki mruk dbający o swoją samotność i pielęgnujący reputację – przytłoczony ważnymi sprawami rodzinnymi zapomina jej zjeść i zostawia ją samą w swoim domu, podczas gdy sam wyrusza na ratunek córce przyjaciela.

Kiedy wraca poturbowany, foczka robi wszystko, by utrzymać go przy życiu.

To prawda, że podczas lektury nie można się nudzić – ciągle coś się dzieje, przed bohaterami trudne wybory, heroiczne wyprawy i próby charakteru. Pojawiają się istotne wartości, jak pomoc w potrzebie, solidarność, akceptacja, odwaga i chęć obrony słabszych.

Przede wszystkim język jest kompletnie niedostosowany do małego odbiorcy. To prawda, że sama uwielbiałam w dzieciństwie wszystkie „trudne słówka”, ale konfabulacja? Serio?

Największy problem jednak tkwił w tym, że ta historia nie wzbudza emocji. Trudno mi to określić, ale książka wydała mi się płaska, niewciągająca. Czytelnik nie czuł złości niedźwiedzia, jedynie przeczytał o tym, że niedźwiedź się złościł, bo tak właśnie napisała autorka.

Nie podobała mi się stereotypizacja, z jaką potraktowano bohaterów. Naiwność młodej foki jestem jeszcze w stanie zrozumieć, chociaż kompletny brak instynktu samozachowawczego już nieszczególnie. Ale wyobraźcie sobie taką sytuację: bohaterka jest sama w domu, słyszy przez drzwi, jak dwa wilki snują plany włamania z rabunkiem, dlatego robi co może, bo przekonać ich, że dom nie jest pusty. Po wszystkim wygląda przez szybę i na jej widok ostatni pozostały napastnik ucieka. Więc foka czuje smutek, bo już myślała, że będzie mogła sobie z kimś porozmawiać. I to jest dla mnie irracjonalne. Kreowanie głupiutkiej bohaterki, która irytuje niedźwiedzia swoim ciągłym paplaniem i krzątaniną w jego domu, a na widok pierwszego w życiu ocieplacza na płetwę (butów) od razu życzy sobie dostać trzy pary niestety do mnie nie przemawia.

Podobnie jak podejście niedźwiedzia Ksawerego w stylu „męczące to babsko, szarogęsi się w domu, ale bez niego jakoś tak cicho i dziecko jest smutne”.

A koncepcja, że żywiące się fokami niedźwiedzie jednocześnie powinny ich nienawidzić jest dla mnie kompletnie bez sensu. Ludzie jedzą kurczaki i nie wiąże się to z nienawiścią. I owszem, czasami się z kurczakami przyjaźnią. Dlatego wciskanie negatywnych emocji między oczka łańcucha pokarmowego nie jest dla mnie niczym pożytecznym. Fakt, że zwierzęta zjadają inne zwierzęta to coś naturalnego, a nie złego. Rozumiem, co autorka miała na myśli, ale uważam, że przykład jest nietrafiony.

I chociaż każdy z bohaterów docelowo rozumie swoje błędy i zachowuje się w odpowiedni moralnie sposób, nie dopatrzyłam się w tym tekście ani wielkiej miłości, ani wzruszeń. Za to sporo narzucania się ze strony foki, która tak naprawdę nie bardzo ma co ze sobą zrobić i niedźwiedziowego pogodzenia się z losem. W moim odczuciu ich relacja jest bliższa syndromowi sztokholmskiemu, niż „bezgranicznej miłości”.

Mało tego, Ksawery doznaje tak wielkiej przemiany, że inicjuje ruch równościowy wszystkich zwierząt. Modne pojęcie tolerancji i konieczność utworzenia wspólnego frontu przeciwko zagrożeniu, jakim jest człowiek zostały mocno podkreślone. Co prawda ten pomysł będzie dokładniej opisany dopiero w kolejnym tomie, ale jestem bardzo ciekawa co wszyscy rewolucjoniści będą jedli?

Da się przeczytać, ale ani nie porywa, ani nie niesie ze sobą istotnych wartości w przekonujący sposób. Nie podsunę jej mojej córce, ale też nie będę miała nic przeciwko, jeśli kiedyś sama zechce po nią sięgnąć. Opierając się na szkolnym ocenianiu dałabym mocną trójkę.

Magdalena Domagalik, Serce na sznurku, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 144 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Jak upolować pisarza” Sally Franson

Chyba już dawno nie było tutaj porządnego narzekania na nietrafiony wybór, dlatego też przychodzę z recenzją książki, która niestety nie spełniła moich oczekiwań.

DSC_0453

Sięgając po „Jak upolować pisarza” spodziewałam się pełnej humoru satyry „życia na szczycie”, szefowej z piekła rodem, miłości do książek i płomiennego romansu.
Okazało się jednak, że z tego wszystkiego zaliczyć można uzależnienie od słowa pisanego i, w pewnym stopniu, krytykę coachingowej korpomowy. Romans pełni marginalną rolę, szefowa co prawda jest wredną wykorzystywaczką, ale do demona jej daleko. Najbardziej rozczarowuje jednak główna bohaterka, która jest… nijaka. I choć zapewne taki był zamysł autorki, by zrobić z niej utalentowaną, ale zagubioną, ulegającą wpływom, rządną sławy i poklasku zarozumiałą gąskę, która nie wie czego chce, to mimo tych wszystkich cech, jej postać nie budzi żadnych intensywnych odczuć – ani nie jest wkurzająca, ani godna podziwu, ani współczucia. Zniecierpliwienie i politowanie – te dwie emocje towarzyszyły mi podczas śledzenie jej przygody. A chyba jedyną wartościową rzeczą jest jej przyjaźń z Susan.

„Susan chłonęła życie całą sobą, jak rybie skrzela chłoną obecny w wodzie tlen. A teraz ja wyciągnęłam ją na brzeg i patrzyłam, jak cierpi. Wyszłam nie mówiąc już nic więcej. Tak dobry człowiek jak Susan zasługiwał na coś lepszego niż moje głupie intrygi”.

Bliżej jej do Brigdet Jones (chociaż brigdet Jones była urocza!) niż do Andrei Sachs, jak sugeruje okładka. Tak, jak szefowej Casey brakuje klasy Mirandy, tak samej książce brak błyskotliwości i ciętego humoru „Diabeł ubiera się u Prady”. Rozumiem porównanie pracy w firmie marketingowej do redakcji modowego magazynu, ale zestawienie tych dwóch debiutów niestety nie przynosi korzyści Pani Franson.

„Byłam tak pogrążona w pracy, że straciłam poczucie czasu. Łatwo mi się było zagubić we własnych myślach, czasem zapominałam nawet, że jestem człowiekiem. Do tego stopnia dawałam się pochłonąć temu, co robiłam lub – bądźmy szczerzy – osobie, z którą to robiłam, że moje poczucie „ja” w pewien sposób zatracało swoje granice. To chyba anomalia porównywalna z wybiórczą przepuszczalnością ścian komórkowych – miałam wrażenie, ze do mojego wnętrza przenika cały wszechświat”. – Co ja własnie przeczytałam?

Oj dawno tak nie narzekałam, chociaż tak naprawdę to nie jest jedna z najgorszych książek, które wpadły mi w ręce. Nie ma szans na tytuł gniota roku, jest przeciętna i nie porywa, ale ma również swoje momenty. A dokładniej swoje postacie – zakręcona na punkcie astrologii, mocy kryształów i innych specyficznych rzeczy Lindsay to bardzo fajnie dopracowana bohaterka, aż żal, że to nie o niej jest ta powieść. Podobnie ciepłe odczucia mam do Osoby zwanej Chris. Podobał mi się jest hipsterski klimat małych księgarni i bezkompromisyjny girl power, który uosabia tu postać Ellen.

Książka porusza też ważne tematymolestowanie seksualne, uzależnienie od social mediów, hejt w internecie, czy kradzież wartości intelektualnej. Jest konflikt wewnętrzny pomiędzy spełnieniem zawodowym a zasadami moralnymi, jest potępienie płytkiego konsumpcjonizmu, jest w końcu pytanie o etykę w marketingu. Szkoda tylko, że książka nie ma w sobie „tego czegoś”, co nie pozwalałoby odłożyć jej na bok.

„Umysł i serce są takie kruche. Na jakiś czas straciłam oba. Tylko wyjątkowi ludzie i wyjątkowe książki – które przypominają ci, że owszem, jakiś czas temu umarłeś, ale wciąż możesz powrócić do życia – pomagają ci je odzyskać”.

Niby jest Vegas, balowanie za firmowy hajs, amory z przystojnym pisarzem i wielki internetowy skandal, ale głównie wieje nudą. Gdyby wyrzucić wszystkie górnolotne cytaty i przemyślenia rodem od Paolo Coelho i połowę akapitów pełnych bełkotu, który niczego nie wnosi, książka straciłaby 1/3 objętości, za to zdecydowanie zyskałaby na atrakcyjności.

„Chyba uważał, że nie potrafiłabym go zrozumieć. Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie to samo”.

Być może moje negatywne emocje wynikają ze zbyt wygórowanych oczekiwań – spodziewałam się, że dostanę więcej humoru, więcej romansu i więcej wyzwań. Bo tak naprawdę Pannie Pendergast wszystko przychodzi bez trudu (czy jest coś bardziej wkurzającego?) a jej niepowodzenia wynikają z faktu, że… no cóż, faceci bywają świniami.

„Rodzimy się na tym świecie z wielkim, nienazwanym brakiem. I prześladowana przez tą pustkę, przez ten zionący brak, kilka godzin później w końcu zasnęłam”.

Mam nadzieję, że kolejna książka autorki będzie lepsza pod względem stylu i prowadzenia akcji. Trzymam kciuki, bo książkoholizm łączy!

Sally Franson, Jak upolować pisarza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dizęki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Promyk słońca” Katarzyna Michalak

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Michalak i nie ma co ukrywać – czekałam na nie z niecierpliwością. Na temat książek tej autorki czytałam chyba tyle samo zachwytów, co bezwzględnej krytyki i dosłownie spalała mnie ciekawość jak ja odbiorę jej historie. I w końcu trafiła się okazja!

 

„Promyk słońca” to drugi tom serii Mazurskiej, co było dla mnie dodatkową zachętą, bo Mazury uwielbiam, a książki, których akcja toczy się właśnie w Krainie Tysiąca Jezior wręcz ubóstwiam. I faktycznie – Mazury jako tło historii sprawdziły się świetnie, choć mi jak zwykle było ich trochę mało.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Wszystko zaczęło się fajnie, bo czytelnik został wrzucony w sam środek akcji i miałam nadzieję, że będzie ciekawie i wciąż będzie się coś działo. Ale mocno się rozczarowałam, bo kiedy już udało mi się poznać trochę bohaterów, odniosłam wrażenie, że fabuła nagle zwolniła i zaczęła się ciągnąć niczym guma balonowa przyklejona do spodni.

Ale to i tak nic w porównaniu z bohaterami. Na pierwszy ogień idzie płomiennowłosa Oliwia o równie płomiennym charakterze, która szybko okazuje się być rozpieszczoną, pretensjonalną zołzą. I co gorsza wydaje się mieć rozdwojenie jaźni. W jednym momencie tęskni za normalnymi relacjami z matką, a już po chwili obwinia ją o całe zło tego świata. Zaczyna myśleć, że się zakochała i trafiła w końcu na księcia z bajki, by (pod wpływem jednej rozmowy!) wrócić do przekonania, że mężczyźni służą wyłącznie do uwodzenia i porzucania, a miłość nie istnieje. Chce zostać, by zaraz po chwili wyjechać. Tęskni i chce być sama. I tak w kółko. Jest niedojrzała, lekkomyślna, zmienna jak pogoda i niesamowicie wręcz męcząca. I jeszcze mogłabym uznać to za całkiem ciekawą kreację postaci niestabilnej emocjonalnie ze względu na traumę przeszłości, gdyby nie fakt, że w tej książce wszyscy tak mają!

„- Mamo, tak bardzo mi przykro – mówiła Oliwia, łykając łzy. – Tak strasznie cię przepraszam. Nie chciałam tego. Nie chciałam cię znienawidzić i tak naprawdę… kochałam cię przez cały ten straszny czas. Wybacz mi…”

Nataniel – wzór cnót wszelakich, facet ideał, o złamanym sercu i wielkim szacunku do kobiet nade wszystko pragnie miłości. A mimo to potrafi znienawidzić Oliwię w jednej chwili, by kilka dni później stwierdzić, że jednak jest piękna i ulec jej wdziękom, by na nowo ją znienawidzić, a potem na nowo ulec. Potem robi się jeszcze ciekawiej – po tym, jak zmienił się w damskiego boksera pada na kolana i prosi ją o rękę! Oczywiście kilka dni później wszystko odwołuje. Ale autorka cały czas zapewnia nas, że to taki dobry chłopiec…

„Czy to, że była dziwką cos zmieniało? Umniejszało zdradę? W jego oczach – tak. Spodziewać się po dziwce wierności, to jak wyglądać deszczu na pustyni. Ale Nataniel nie znał jej drugiego oblicza.”

Marta – stęskniona matka Oliwii – zapewnia, że zrobi wszystko, by tylko zatrzymać przy sobie córkę. Ale kiedy ta wyjeżdża, grzecznie odwozi ją na dworzec i nawet palcem nie kiwnie. Za to bez najmniejszej refleksji przerzuca swoje uczucia na pewną małą dziewczynkę. Której również nie omieszka się porzucić, gdy tylko znajdzie sobie coś ciekawszego do roboty. Złota kobieta.

Ponadto wszyscy ciągle marudzą! Licytują się kto ma w życiu gorzej, decydują się na pogodzenie z losem i nie robią dosłownie nic, by go zmienić. Nie uczą się na błędach, popełniają ciągle złe decyzje, miotają się jak ćmy w swojej własnej egzaltacji. Ja wiem, że Polacy lubią sobie ponarzekać, ale bez przesady!

I choć ich życie pełne jest małomiasteczkowych dramatów, całość wzbudza zaskakująco mało emocji. Chyba właśnie dlatego, że reakcje bohaterów zdają się sztuczne, odegrane i po prostu płytkie.

Nie pomaga również niesamowicie męczący, wszechwiedzący, przemądrzały i fatalistyczny narrator dorzucający swoje trzy grosze gdzie tylko się da. Chyba ma być czymś w rodzaju przewodnika dusz edukującego czytelnika swoimi dydaktyczno-moralizatorskimi wtrąceniami. Ta idea niestety zupełnie mi nie leży.

Irytowała mnie również toporna stylizacja języka, a szczególnie wciskane na siłę „li”, którym posługują się wszyscy bohaterowie po równo.

„Czy potrafiłby ją taką pokochać? Czy też pokochał li tylko ponętne ciało?”

„Co, jeśli sprowadził nieszczęście na ludzi, których on nazywał przyjaciółmi, nawet jeśli oni darzyli go li tylko nienawiścią?”

„Nie potrafię być li tylko wolontariuszką.”

Mimo tych wszystkich uwag, rozumiem dlaczego Katarzyna Michalak ma aż tylu fanów – książkę czytałam kiedy Bobasa była chora, po nieprzespanej nocy, wymęczona fizycznie i psychicznie. I wciąż czytało się bardzo sprawnie – cała lektura zajęła mi może ze trzy godziny. To lekka rozrywka dla zmęczonych życiem odbiorców, podobna nieco do jednego z tych przewidywanych, tak popularnych ostatnimi czasy seriali. Przywodzi mi na myśl również Sagę o Ludziach Lodu, która była podobną dłużyzną pełną kołtuniących się emocji i oszałamiających przystojniaków dręczonych poczuciem winy i niesprawiedliwości. Lektura nie wymaga najmniejszego nawet wkładu własnego – wszystko zostaje czytelnikowi podane na tacy, włącznie z refleksjami na temat bohaterów i życia samego w sobie.

Osobiście wymieniłabym połowę patosu na poczucie humoru i wyszłaby z tego całkiem sympatyczna, lekka powieść.

Ach! I jeszcze podobało mi się zakończenie – nareszcie coś się zaczęło dziać!

Powieść została przepięknie wydana – tego szczegółu nie można pominąć! Dawno tak nie podobała mi się okładka – intensywnie lawendowa, z tłoczonymi na złoto napisami, estetycznie zadrukowana nawet po wewnętrznej stronie skrzydełek. Na grubym papierze wysokiej jakości, wydrukowana elegancką czcionką… Aż się chce zebrać na półce wszystkie książki tej autorki. Oj, trudno będzie mi się z nią rozstać, nawet jeśli z tak płytkich pobudek.

Katarzyna Michalak, Promyk słońca, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Poszukiwani Poszukiwany” Małgorzata Falkowska

Lektura tej książki skłoniła mnie do przedsięwzięcia naprawdę poważnego postanowienia noworocznego, jakim jest staranniejsza selekcja tytułów do recenzji. Dotychczas w swoich wyborach sugerowałam się przede wszystkim porywem serca sięgając po książki, które wydawały mi się ciekawe, zabawne, czy intrygujące i zwykle moja intuicja sprawdzała się mniej więcej w połowie przypadków – trafiałam i na książki rewelacyjne i na przeciętne, ale w każdej pozycji potrafiłam znaleźć coś dla siebie. Każda lektura zapewniła mi rozrywkę, czegoś mnie nauczyła albo skłoniła do luźnej refleksji, szczególnie, że bardzo cenię sobie różnorodność i próbowanie nowych autorów i gatunków. I tak było aż do tej chwili. Bo oto trafiłam na książkę, która jest tak absurdalnie zła, że gorszej chyba nie czytałam.

DSC_0680

Na powieści Małgorzaty Falkowskiej już od dawna miałam ochotę. Wyobrażałam sobie, że jej powieści to coś pomiędzy „Przyjaciółmi”, a „Lejdis” w książkowej wersji – luźny, pełny humoru babski gang pakujący się w zaskakująco komiczne, ale jakże życiowe sytuacje. Wybór padł na trzecią część cyklu ze względu na jej tematykę – polowanie na męża już nie mieści się w granicach moich zainteresowań, za to macierzyństwo jak najbardziej. No i pomyślałam, że będzie tak jak z „Przyjaciółmi” właśnie – nie ważne, że zaczynasz swoją przygodę od 13 odcinka piątego sezonu – i tak będziesz się świetnie bawić! I faktycznie, książkę można spokojnie czytać bez znajomości poprzednich części – każda z bohaterek została w przedstawiona w kilku zdaniach, a po około 20 stronach wiemy już kto z kim i dlaczego. I to by było na tyle, jeśli chodzi na plusy.

Minusów jest trochę więcej – przede wszystkim kuleje konstrukcja postaci. To wciskanie czytelnikowi papierowych schematów nieskażonych siłą osobowości, mdłych, nieciekawych wydmuszek. Marietta jest kreowana na poważną i ułożoną dyrektorkę, wobec czego nosi okulary, całkiem poważnie zgłasza się do roli protokolanta babskiego spotkania (zwanego również sabatem). Kiedy dowiaduje się, że jej partner ma 18 letniego syna wybucha płaczem, ale nie z powodu życia w kłamstwie, a dlatego, że ten chciałby mieć kolejne dziecko. Z nią. A dzieci są takie niehigieniczne.

„Chcę dziecko, ale to takie niesterylne, brudne i nieuporządkowane (…). Wyobrażacie sobie moje białe dywany, na których byłyby okruszki jedzenia lub walające się zabawki? Dziecka nie nauczy się segregacji jak jest takie małe. To przyjdzie z czasem, a ja nie wiem, czy wytrzymam ten czas oczekiwania, dopóki nie stanie się idealną kopią mnie.” – Tak, to są słowa pani dyrektor, dorosłej kobiety. Tej najrozsądniejszej w towarzystwie.

Za to hitem jest Zosia, która chyba miała być kreowana na rozpuszczoną, roztrzepaną, pełną szalonych pomysłów córeczkę bogatego tatusia, a wyszła po prostu na przygłupią dziewoję myląca znaczenie słów „skorumpowana” i „skomplikowana”…

„Przecież wiadomo, że jak się z wami prześpi, to nie będzie zdrada, bo wy i tak wolicie siebie, znaczy się kobiety. Więc taki trójkąt w czworo nie byłby niczym złym”. – czyż to nie oczywiste?

Ale najlepsze są główne bohaterki tej części – Jola i Monika to będące ze sobą w związku lesbijki pragną dziecka. Ale nie jednego, a dwóch – każda własnego. Synchronicznie – żeby razem być w ciąży, razem rodzić, razem wychowywać. To nie ważne, że jeszcze nawet razem nie mieszkają. I pomijam tu zupełnie naiwne myślenie o tym, że tak łatwo zajść w ciążę, bo sama również miałam na początku wszystko zaplanowane (moja urodzona w styczniu Majka miała być sierpniowym Frankiem :D), ale one nie za bardzo wiedzą jak się do całej sprawy zabrać. Wiec pytają przyjaciółek i wspólnie porównują dostępne opcje.

„Pomysł banku spermy wydawał się całkiem dobry, jednak dla mnie był ostatecznością. Niby jak miałabym z Monią się zapłodnić. Wstrzyknąć sobie spermę strzykawką, czy może wkładać drewnianym patyczkiem?”

Jako, że in vitro jest za drogie, ich przyjaciółki, nie widząc w tym żadnego dylematu moralnego ani najmniejszych powodów do zazdrości (sic!), jako potencjalnych kandydatów na partnera do poczęcia naturalnego rozważają własnych mężów! Ale Jola z Monią odrzucają te propozycje ze względu na charaktery proponowanych im reproduktorów. Wobec tego dwie kochające się, zadeklarowane lesbijki będące wybierają poszukiwanie potencjalnego ojca swoich dzieci na dyskotece. Bo przecież to lepsze wyjście niż dowiedzieć się czy zapłodnić się patyczkiem, czy strzykawką przez pewnego dawcę z banku…

Nie muszę chyba zatem mówić, że bohaterki są infantylne, a ich sposób podejścia do poważnych życiowych decyzji pasowałby bardziej do średnio rozgarniętych trzynastolatek, niż do dorosłych kobiet. W tym momencie (jak już zniechęcona wróciłam do czytania po dobrym miesiącu odrazy do tej książki) sprawdziłam dokładniej autorkę. I faktycznie, jest to osoba stosunkowo młoda – tylko trzy lata starsza ode mnie. Ale jednak 28 lat to nie -naście i jakieś pojęcie o świecie już się ma. To może jest to książka skierowana do nastolatek (chociaż problematyka jakoś mało nastolatkowa)? Też nie – podobno literatura obyczajowa/romans. Nie jest to też debiut autorki… To dlaczego jest tak źle, tak naiwnie? Bo niestety dalej wcale nie robi się lepiej.

Cała książka jest przegadana, męcząca i mało zabawna, a momentami wręcz żenująca. Wypełniona desperacją tragikomedia pozbawiona dojrzałości i zdrowego rozsądku. Pomysł wydawał się fajny, ale w moim odczuciu, jego realizacja jest tragiczna. Chociaż, licząc na odprężającą rozrywkę, nie miałam względem tej książki szczególnie wygórowanych oczekiwań, to i tak mocno się przejechałam – po prostu źle się ją czyta. Bridget Jones była głupawa, ale zabawna. Może dlatego, że była jedyna w swoim rodzaju, a sześć idiotek w jednej powieści to zdecydowanie zbyt wiele nawet dla naprawdę tolerancyjnego czytelnika.

Małgorzata Falkowska, Poszukiwani Poszukiwany, Chorzów: Wydawnictwo Videograf S.A, 2017, 304 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

 

Czas na czytanie: „Kobieta dość doskonała” Sylwia Kubryńska

Oto i ona – książka, którą kiedyś wygrałam jako niespodziankę w pewnym facebookowym konkursie. Czytałam o niej sporo pozytywnych opinii więc do lektury podeszłam entuzjastycznie. Za pierwszym razem nie udało mi się wciągnąć i odłożyłam ją na lepsze czasy. Tak samo było również za drugim i trzecim razem – po prostu już po 50 stronach miałam dość. Spodziewałam się czegoś z ironicznym humorem i sporą dawką dystansu. A dostałam, no cóż, gniota.

Do kolejnego podejścia zainspirowało mnie jedno z wyzwań wakacyjnego bookAThonu – ta pozycja była pierwszą, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu hasła „zła książka”. I chociaż było ciężko, zawzięłam się i zmęczyłam ją do końca, chociaż trwało to ponad trzy dni i nieco pokrzyżowało moje maratonowe plany.

IMG_20170705_212142_854

„Kobieta dość doskonała” to opowieść o uniwersalnej bohaterce o wielu imionach (a może po prostu ja gdzieś się w pewnym momencie pogubiłam), będącej trochę sobą, a trochę każdą z polskich kobiet. Kasia jest również Zosią, a także córką, dziewczyną, narzeczoną, żoną, matką polką i babką. Jest specjalistką od odejmowania błędnych życiowych wyborów i magnesem na wszelkie zawirowania.

To smutny portret dziewczynki z rozbitej rodziny, dorastającej w czasach PRLu, która samotnie mierzy się z pierwszymi (i kolejnymi) kompleksami kobiecości. Nikomu nie ufa, nie potrafi odpoczywać, stale obarcza siebie coraz to kolejnymi obowiązkami. Jest zakompleksiona, chaotyczna i beznadziejna w planowaniu. Żyje ciągłymi skurczami w pogoni za nieosiągalnym ideałem. Miota się od euforii do rozpaczy, od tragedii do tragedii i wszystkie dokładnie rozpamiętuje wpędzając się w coraz głębszy dołek. A za całe swoje psychiczne rozedrganie i życiowy bałagan oskarża praktycznie wszystkich ludzi, których spotkała na każdym kolejnym etapie swojego rozwoju.

Niestety, moim zdaniem ta powieść to po prostu bełkot. Jeden wielki ciąg niepoukładanych emocji, pełen przesady, patosu i egzaltacji. I kiedy bohaterka jest jeszcze nastolatką, tego typu narracja jest do przyjęcia. Ale kiedy cieleśnie (wreszcie!) wyrasta z tego okresu, mentalnie nie podlega żadnemu rozwojowi i staje się po prostu potwornie męcząca. Podobnie jak składnia, stylistyka i porównania autorki.

Co ja tu, kurwa robię?!
Człowiekowi niełatwo jest zrozumieć, co on tu, kurwa, robi. Człowiek może sobie takie pytanie powtarzać jak mantrę, ale odpowiedzi nie zna. Człowiek w przestrzeniach wewnętrznych może się trząść jak zmarznięty ratler, ale wewnętrznych przestrzeni nie opuszcza. Trzęsie się więc, ale przecież biega, biega jak w kołowrotku. A póki biega (choćby w kółko), zdaje mu się, że w tej bieganinie jest jakiś sens.
Żeby ujrzeć obraz, trzeba opuścić jego ramy.
Ale człowiek ram nie opuści, człowieka z tych ram musi coś wyrzucić, wystrzelić brutalnie a boleśnie.”

I tak dalej i tak dalej. Prawie 300 stron obramowanego zmarzniętego ratlerka w kołowrotku bezsensu. I nasuwa się refleksja: „Co ja czytam?!”.

Ani przez sekundę nie udało mi się utożsamić z żadnym z bohaterów tej książki, nie nawiązaliśmy najcieńszej nawet nici porozumienia, chociaż naprawdę się starałam. Czasem wydawało mi się, że już, już będziemy miały jakąś wspólną cechę, ale wszystkie te momenty kończyły się totalnym rozczarowaniem.

Może mój problem w zrozumieniu sytuacji głównej bohaterki tkwi w tym, że jest ode mnie kompletnie różna – jak mogłabym ogarnąć wszystkie te małe wielkie tragedie, skoro sama jestem typową „dziewczynką z dobrego domu”, która wychowała się w szczęśliwej i kochającej rodzinie, w dużym mieście, w czasach kapitalizmu, a w dzieciństwie nigdy nie widziała wódki na stole? Jak mogłabym zrozumieć te dramaty samoakceptacji, kiedy moja mama nie miała najmniejszego problemu, by porozmawiać ze mną o miesiączce, a poza oczywistymi wymaganiami samych piątek i grzecznego dziewczyńskiego zachowania wpoiła mi również sporą dawkę pewności siebie, wiarę we własne możliwości, umiejętność podejmowania decyzji i akceptację samej siebie. Wiadomo, że kiedy przyniosłam do domu nieszczęsne cztery z plusem zawsze słyszałam „A co dostała Asia?”. Wiadomo, że zawsze towarzyszyły mi większe lub mniejsze kompleksy, ale mimo to zawsze bardzo Asię lubiłam i podziwiałam jej trud włożony w naukę, a eksperymenty z farbowaniem włosów i pierwszym makijażem były zawsze wyłącznie dobrą zabawą, a nie desperackimi próbami naprawienia błędów natury.

Może jestem ze zbyt młodego pokolenia. Może miałam „zbyt dobre” dzieciństwo i zbyt wiele do powiedzenia i dlatego kompletnie mi ta książka nie leży?

A może to dlatego, że znalazłam sobie fantastycznego męża i nie mam problemu z poproszeniem go o pomoc, ani (o zgrozo!) z oddaniem mu części domowych obowiązków, żebym mogła sobie (o zgrozo na z zgrozami!) odpocząć?

Ale jakoś mimo wszystko nie żałuję.

Owszem, zgadzam się, że stały pościg za nieosiągalnymi ideałami prowadzi do samooceny, i mnie w moim, jak na razie bardzo krótkim, życiu zdążyła już dopaść deprecha (chociaż w porównaniu z opisywanym w tej książce przypadkiem jestem oazą spokoju i mistrzynią zen całkowicie pogodzoną z kosmosem). Ale wobec tego mamy się nie starać? Zaniżać do „gorszych” zamiast starać się dorównać „lepszym”? Z własnego doświadczenia wiem, że babskie emocje są trudne do opanowania, ale w połączeniu z odrobiną zdrowego rozsądku potrafią stać się olbrzymią siłą napędową. Bo nie da się ukryć i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, a biadolenie nad złem tego świata w niczym nie pomoże.

Dlatego dzięki Ci Mamo, za wspaniałe dzieciństwo i za wspaniałego Tatę i świetne dzieciństwo, nawet kiedy raz za razem planowałam ucieczki z domu (bo przecież tak mi w nim źle, skoro rodzice każą odrabiać lekcje i zachowywać się przywozicie, zamiast skakać po drzewach do późnej nocy i zachowywać się „jak chłopak”). Dzięki wam za to, że jestem „dziewczynką z dobrego domu” i że mogę spokojnie uznać tą książkę za beznadziejną, bo nie o mnie. I wiecie co? Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby moja córka też taka była. Bo mam na to wpływ.

_20170706_161828

I jeszcze jedna przemądrzała uwaga do autorki:

Ze szpitala poszłyśmy z matką do kościoła i tam zobaczyłam ten obraz, „Sąd Ostateczny” Memlinga, I wtedy dopiero poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, pojęłam występną, acz wielce kuszącą urodę „poliamoryzmu”. Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na którą się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Pani Sylwio, pani bohaterka nie mogła w latach 80., ani tym bardziej 90. zobaczyć obrazu „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga „w kościele” (mniemam iż chodzi o Kościół Mariacki), gdyż od 1958 roku ołtarz ten był przechowywany w Muzeum Pomorskim (dziś Muzeum Narodowe w Gdańsku). Wiem, że obejrzenie obrazu w świątyni jest znacznie romantyczniejszą wizją, ale jednak w takiej sytuacji mało realistyczną. Chyba, że Kasia przeżyła swoją małą ekstazę pod wpływem bardzo kiepskiej dziewiętnastowiecznej kopii, która obecnie się tam znajduje, ale to uważam za jeszcze mniej realistyczne. Wiem, wiem – trochę się czepiam, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać.

Suma summarum z całej książki za wartościowe uważam dosłownie kilka stron, do których niezwykle trudno się dostać, bo wymaga to przebrnięcia przez skłębioną masę infantylnej emocjonalnej burzy bez szansy na jakikolwiek rozwój. Po prostu szkoda czasu na tego gniota.

Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, 286 s.