Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarny mag. Ostatnia walka” Rachel E. Carter

„Czarny mag” to seria, która rozkręcała się powoli, a autorka stopniowo, z tomu na tom, dawkowała czytelnikom emocje. Aż do czwartej i zarazem ostatniej części, w której akcja pędzi jak lawina – od pierwszej aż do ostatniej strony. A nawet jeśli wydarzenia na chwilę przystopują, to nie ma co liczyć na odpoczynek – wyrzuty sumienia, konieczność podejmowania tragicznych wyborów i mierzenia sie z ich konsekwencjami, intrygi i knowania na pewno na to nie pozwolą.

Jak wiele można poświęcić dla pokoju? Ryiah przysięgała być wierną Koronie i chronić Jerar. Ale co, jeśli to zdradziecki król jest największym zagrożeniem dla państwa, którym włada? I zupełnie przy okazji jest ukochanym bratem twojego ukochanego, żeby przypadkiem nie było za łatwo? Czy szczęście jednego mężczyzny, nawet jeśli to twój mąż, jest ważniejsze od setek istnień, które pochłonie wojna podstępnie wywołana przez chciwego tyrana? Nawet, jeśli odpowiedź wydaje się być oczywista, to podjęcie takiej decyzji wcale oczywiste nie jest. Szczególnie, że nawet tyran wzbudza współczucie.

Trochę było mi żal Mariusa – po poprzednich częściach miałam względem niego pewne podejrzenia, które niestety się nie sprawdziły. Mam więc wrażenie, że potencjał tej postaci, choć epizodycznej, został zmarnowany. Jestem za to bardzo pozytywnie zaskoczona Ianem i Alexem, których gdzieś już w głębi serca spisałam na straty, a dostali takie zakończenia, na jakie w pełni zasługiwali. Teraz spokojnie mogę uważać ich za z moich ulubieńców.

Jeśli ktoś spodziewa się słodko-cukierkowego zakończenia, w którym dobro zwycięża nad złem, a prawdziwa miłość przetrwa wszystko, to raczej się rozczaruje. To trudna i brutalna część – pełna tortur, frustracji, samotności, zdrady, poczucia winy, samoobrzydzenia i wybierania między złem, a złem, które wcale nie jest mniejsze. Bezwzględny świat kołyszący się na skraju wyniszczającego konfliktu, w którym nic nie jest czarno-białe, a każda decyzja okupiona zostanie cierpieniem. Aż w końcu trzeba będzie pozbierać i poskładać do kupy gruzy, które z niego zostaną. Czy miłość naprawdę jest w stanie wybaczyć każdy błąd?

P.S. Nikt z Was nie zgadnie, kto będzie rządził Jerarem. A jakby ktoś przez przypadek jednak zgadł, to stawiam mu frytki!

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Ostatnia walka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 280 s. (premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Czas na czytanie: „Światło w środku nocy” Jojo Moyes

„My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice”.

Książki Jojo Moyes pokochałam przede wszystkim za szalone i rozbrajające poczucie humoru, dlatego też moimi ulubionymi tytułami z miejsca zostały „Razem będzie lepiej” i „Zanim się pojawiłeś”. Sięgając po „Światło w środku nocy” spodziewałam się zupełnie innego klimatu – i słusznie. Nie miałam jednak pojęcia, że już od pierwszych stron trafi do panteonu moich najukochańszych i to z zupełnie innego powodu, niż książki wymienione powyżej.

Moyes pisze o silnych babkach, więc to w sumie nic nowego. Ale takiej kumulacji girl power i bohaterek, które nie tylko polubiłam, ale i całym serduchem kibicowałam im na każdym kroku nie spotkałam chyba nigdy. To chyba nagroda za te wszystkie lata rozczarowania nudnymi, kiepsko wykreowanymi i potraktowanymi sztampowo postaciami kobiecymi. Było warto!

Ponadto koniecznie trzeba zaznaczyć, że to nie tylko książka o kobietach, ale o bibliotekarkach. Konnych bibliotekarkach. W czasach kryzysu dwudziestolecia międzywojennego. W górach Kolorado. Czy słyszeliście kiedykolwiek o piękniejszej i bardziej karkołomnej idei? Idei walki z wyobcowaniem, analfabetyzmem, surową siłą natury i lękiem przed nieznanym?

Niesamowicie wciągająca opowieść o przyjaźni, miłości, oddaniu i potrzebie posiadania misji. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, w świecie rządzonym przez mężczyzn i to najczęściej ciężką ręką. W świecie, którym wszystko trzeba wyszarpywać – nie tylko wytrwałością ciężką pracą, ale często również zębami i pazurami. O prawach kobiet, edukacji, tolerancji, despotyzmie, rządzy pieniądza i nieposzanowaniu środowiska naturalnego. O sprawiedliwości, kobiecości, macierzyństwie i tworzeniu domu. O pokonywaniu przeciwności losu. Małymi krokami i wielkimi susami. Każdego dnia.

Styl autorki ma w sobie coś magicznego – jej książki praktycznie czytają się same. I to w błyskawicznym tempie. Kiedy opadam w fotel łapiąc oddech po gonitwie codzienności i obiecuję sobie w nagrodę chociaż kilka akapitów, do 22:00, a o 22:00 okazuje się, że minęło 200 stron. Jak i kiedy? Nie wiadomo. Czary.

Ciepła, wzruszająca, przywracająca wiarę w ludzkość.

Uwaga! Nie zaleca się czytania przez kobiety niezamężne – zawiera nieprzyzwoite opisy nierealnie przyzwoitych mężczyzn idealnych, które mogą utrudniać przyszłe zamążpójście niezdrowo zawyżając standardy podatnych na wpływy umysłów młodych panien!

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Przejdź przez wodę, krocz przez ogień” Christian Unge

Rzadko zdarza się książka, w której nie uda mi się przewidzieć chociaż części wątków, za to w przypadku tej – poza fatalistycznym przeczuciem odnośnie kondycji głównej bohaterki – nie spełniło się żadne moje podejrzenie!

A poszlak, podsuwanych czytelnikowi wskazówek i budzących podejrzenia okoliczności jest mnóstwo (i każda z nich zostanie wyjaśniona!), bo i cała historia jest dość rozbudowana i poznajemy się jednocześnie z perspektywy kilku kompletnie różnych bohaterów, których losy splatają się mniej lub bardziej przypadkowo.

Tekla Berg jest błyskotliwą lekarką robiącą zawrotną karierę. Ciężki przypadek pracoholika, nie stroni od kontrowersyjnych metod, w każdej minucie troczy nierówną walkę z koszmarem fotograficznej pamięci (swoją drogą to pierwsze, z którym się spotykam, przedstawienie ejdetyzmu zdecydowanie jako bardziej jako przekleństwa, niż „daru”). To chyba najlepsza kreacja kobieca, o jakiej miałam o ostatnio przyjemność czytać. Nieoczywista, inteligentna, obdarzona olbrzymim powołaniem, słaba i silna jednocześnie. Gdyby doktor House i Lisbeth Salander mieli dziecko, to właśnie byłaby Tekla. Naprawdę da się lubić.

I z pewnością nie nuda jej w życiu nie grozi. Kiedy jej niefrasobliwy i przyciągający kłopoty jak magnes młodszy brat zaginie w wyjątkowo niesprzyjającym momencie, Tekla będzie operować gangsterów, zmagać się z przywódczymi sztokholmskiej mafii narkotykowej, umawiać się z antyterrorystą i ścigać niedoszłych zabójców. A wszystko to między dyżurami na OIOMie, skargami bezpośrednich przełożonych i spotkaniami z dystyngowaną dyrektorką szpitala.

W tej książce non stop coś się dzieje. Od pierwszych stron zostajemy rzuceni w samo centrum wydarzeń i staramy się ogarnąć plątaninę przyczyn i skutków otaczającego nas chaosu. Będą pożary, pościgi, śmiertelne poparzenia, aresztowania, strzelaniny, mafijne porachunki, przekręty i układy, wybuchy i walki wręcz na łodzi. I nawet, jeśli trafi się jakaś retrospekcja, to też nie pozwoli na długo odsapnąć.

Dodatkowym atutem są opisy przypadków medycznych. Szczególnie cenię sobie, kiedy autor wie o czym pisze – bardzo szanuję dobry research i wykorzystywanie własnych doświadczeń podczas kreowania świata przedstawionego, a ponadto jestem największą na świecie fanką opisów. Dlatego też lekarz piszący thriller z miejscem akcji na oddziale ratunkowym i intensywnej terapii to dla mnie jak pączek z podwójną porcją różanego dżemu. Jeśli „opis” wciąż kojarzy Wam się z liściem spadającym z drzewa przez pięć stron, to spróbujcie weekendowego wieczoru Tekli Berg na ratunkowym!

Christian Unge, Przejdź przez wodę, krocz przez ogień, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Kandydatka” Rachel E. Carter

„I tak to właśnie jest z wrogami. Nigdy nie wiadomo kim tak naprawdę są”.

Stopniowanie poziomu emocji między kolejnymi częściami „Czarnego Maga” jest niesamowite. „Pierwszy rok” był zupełnie spokojny, bez większych wzruszeń, z lekkim dreszczykiem przedegzaminacyjnego stresu na końcu. „Adeptka” do frustracji i nerwów związanymi z przechodzeniem przez kolejne etapy edukacji dorzuciła uczuciowy rollercoaster zakazanego romansu, niepokój związany z nadciągającą wojną i żałobę pierwszych strat. A „Kandydatka”? „Kandydatka” trzyma w napięciu niemalże przez cały czas. Jak się czytelnik nie wkurza na główną bohaterkę przechodzącą trudny okres i próbującą swoich sił w czasie prawdziwej służby, to kibicuje jej podczas królewskich negocjacji z ambasadorem potencjalnego sojusznika. Jak nie śledzi z zapartym tchem wyjątkowo brutalnego magicznego turnieju (Te opisy walk! Ciągnęły się przez wiele stron, a nie były ani trochę monotonne!), to próbuje połapać się w międzynarodowym spisku. I wewnętrznym spisku również.

Są bale i bajkowe śluby, teściowie z piekła rodem i urocze księżniczki, gorące momenty w bibliotece i mordercze treningi. I przede wszystkim to, co tak bardzo lubię – pałacowe intrygi. Bardzo, bardzo dużo pałacowych intryg, walki o tron i pragnienia władzy. Prowokacje, ataki, kruche sojusze i głód zemsty. Wyścig chorobliwie ambitnych, zakompleksionych i niedocenianych osób osiąga punkt krytyczny. A większe i mniejsze potyczki toczą się o coś znacznie więcej, niż satysfakcja i połyskująca klejnotami szata Czarnego Maga.

Leje się krew i wszyscy tracą bliskich. Rozpadają się rodziny i przyjaźnie, jedne marzenia rozwiewają się w pył, a inne – cudem osiągnięte – mają gorzki smak rozczarowania. Buntownicy mogą czaić się wcześnie i nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ryiah jak zwykle stoi w samym oku cyklonu. Ryzykuje wszystkim i w którą stronę się nie obróci, konsekwencje będą tragiczne.

Nie wiem, jak ja doczekam do premiery kolejnego tomu…

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Kandydatka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 415 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Adeptka” Rachel E. Carter

„Każda dziewczyna chce mieć księcia. Każdy książę pragnie dziewczyny, której mieć nie może. To żadne zaskoczenie”.

Mój główny niedosyt po pierwszym tomie – mało rozwinięty opis świata, a „Adeptce” zostaje w pełni zaspokojony. Okazuje się, że morderczy trening pierwszego tomu był tylko łagodnym wstępem do prawdziwego magicznego szkolenia, frakcja bojowa to nie przelewki. Nie mówiąc już o prawdziwym życiu… Opuszczając przytulne mury Akademii wraz z Ryiah mamy szansę dowiedzieć się więcej nie tylko o geografii, czy stosunkach społeczno-politycznych Jeraru, ale również o poszczególnych miastach, w których stacjonują adepci, sposobach życia i metodach walki zależnych od danego ośrodka, funkcjonowaniu dworu, życiu wojska i ludności cywilnej, kruchych sojuszach z państwami ościennymi i punktach zapalnych. A nawet co nieco o sukniach i dworskiej etykiecie.

A i porywcza Ryiach nie rozczarowuje pakując się stale w nowe tarapaty i doświadczając jednego przypału za drugim. Na szczęście z prawie każdego potrafi wyciągnąć nieco mądrości na przyszłość.

Zarówno metody nauki, jak i relacje między bohaterami stają się zdecydowanie ciekawsze i bardziej urozmaicone. Całkiem jeszcze subtelny i niewinny wątek romantyczny z „Pierwszego roku” ulega rozwinięciu gwałtownemu jak sami jego uczestnicy. Zakazana miłość w końcu musi być burzliwa i emocjonująca. Przyciągają się i odpychają, raz wygrywają porywy serca, raz rozsądek, jednego dnia się kochają, drugiego nienawidzą. Uszczęśliwiają się i ranią na przemian, nie oszczędzając przy tym osób postronnych, bo przez większość czasu to nawet nie jest miłosny trójkąt, a czworokąt. Czy taki emocjonalny galimatias może prowadzić do szczęśliwego zakończenia? I dla kogo właściwie okaże się ono szczęśliwe? Oj tak, ten tom to zdecydowanie romansidło z nutą brazylijskiego serialu, gdzie ekscytacja miesza się z odrobiną zażenowania i szczyptą zniecierpliwienia. Ale za to je w końcu kochamy. A fantastyczni bohaterowie (choć nie raz miałam ochotę pourywać mi głowy) i coraz ciekawiej prezentujący się świat wynagradzają wszystkie chwile, w których przewracałam oczami nad głupimi miłostkami.

Również akcja mocno przyspiesza – pierwszy tom opisywał rok próby, w drugim przyglądamy się reszcie edukacji głównej bohaterki przez cztery kolejne lata dzielące ją od upragnionej szaty maga. I choć autorka stosuje całkiem sporo czasowych przeskoków, są to lata bogate nie tylko w doświadczenia teoretyczne, symulowane bitwy i burzę nastoletnich hormonów.  Ignorowane dotychczas sabotaże wrogiego sąsiada Jeraru przybierają na sile, a ich coraz bardziej zuchwałe ataki zaczynają uderzać bezpośrednio w bohaterów. Nerwy związane ze szkolnymi testami zaczyna przesłaniać widmo wojny.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Adeptka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 447 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Pierwszy Rok” Rachel E. Carter

Wrzesień rozpoczęłam aresztem domowym z powodu anginy, którą Majka postanowiła inaugurować nowy rok przedszkolny. W związku z przymusowymi pobudkami, absorbującą obolałą trzylatką i ogólnym poddenerwowaniem własnym i otoczenia zaczęłam się rozglądać za lekką, ale wciągającą lekturą z na tyle nieskomplikowaną fabułą, by móc ją odłożyć w dowolnym momencie (maaaaamo pić!/boli!/a koty się biją!/a czemu Elsa ucieka?/mogę czekoladkę?…) i bez problemu wrócić do czytania bez konieczności przypominania sobie wszystkich przeczytanych wcześniej wątków. W ten sposób uszczknęłam nieco jesienno-zimowe zapasy i w ramach reaktywacji akcji #nadrabiammłodzieżówki sięgnęłam po serię „Czarnego Maga”.

Do świata wykreowanego przez Rachel Carter nie trzeba się przyzwyczajać, uczyć się go, czy z nim oswajać. Już od momentu otwarcia „Pierwszego Roku” miałam wrażenie, że jestem świadomym uczestnikiem akcji, a nie takim, który stoi na środku i rozglądając się wokół zagubionym wzrokiem zastanawia się co tak właściwie się tutaj wyprawia.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że świat ten nie jest szczególnie rozbudowany. Realia są mniej więcej średniowieczne – z królewskim dworem i pospólstwem, gdzie szansą na dobre życie jest dla młodego człowieka kariera rycerza albo wstąpienie do zakonu. Tylko nieliczni mają odwagę marzyć o wstąpieniu do osławionej Akademii Magów – nie tylko dlatego, że by się tam dostać, trzeba mieć szczególny dar. Poza talentem do władania magią trzeba przetrwać rok morderczego, pełnego bólu i upokorzeń treningu, który z ponad stu śmiałków wyłoni zaledwie piętnastu kandydatów do podjęcia właściwego szkolenia.

Jedną ze śmiałków jest porywcza, uparta do granic możliwości Ryiah, która wraz z bratem bliźniakiem próbuje swoich sił w murach Akademii. Jest naszą przewodniczką po szkole, w której od samego początku radzi sobie raczej przeciętnie, w raz z nią przeżywamy zarówno sadystyczne lekcje, jak i typowe nastoletnie kłopoty nie tak do końca typowego, ale wciąż „szkolnego życia”, jak poszukiwanie przyjaciół, porywy serca, nienadążanie z pracą domową, czy złośliwości „bogatych dzieciaków”.

W związku z tym jest to lektura w dużej mierze przewidywalna i tendencyjna, wiecie – przystojni, zadufani w sobie książęta emanujący mroczną tajemnicą aż kolana miękną, złośliwe zołzy gotowe na każdym kroku podstawić Ci nogę, stałe ryzyko publicznego blamażu, historie w stylu od nienawiści do przyjaźni i ciężka praca, która się opłaca. Trochę nastoletnich fochów i błahych dramatów, ale warto pamiętać, że bohaterowie mają po 15 lat, choć wybrali sobie ścieżkę kariery łzami i krwią wybrukowaną, to właśnie na tyle się zachowują. I mimo, że tak naprawdę czytelnik od początku przeczuwa, jak to wszystko się skończy, to jednak nie sposób Ryiah nie kibicować (a kiedy doceniam kobiecą postać, to jest to już wydarzeniem samym w sobie!) – jest na tyle uparta, zawzięta i zdeterminowana, że nie da się nie podziwiać jej samozaparcia. A przy tym czyta się sprawnie, łatwo i przyjemnie. Z pominięciem tej chwili strasu przedegzaminacyjnego.

Lekka, choć całkiem emocjonująca magiczna historia o nie poddawaniu się, przyjaźni, wierze we własne możliwości i pokonywaniu własnych słabości.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Pierwszy rok, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: Dziewczyńskie komiksy

Nie ukrywam, że nie mam prawie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o komiksy. Nie czytałam nawet słynnego „Kaczora Donalda”, bo jakoś ten typ literatury zawsze był degradowany przez moich rodziców i bliższych znajomych jako „mniej ambitny” i „dla chłopaków”. W liceum liznęłam co nieco mangi i odkryłam, że te „nieambitne opowiadanka z obrazkami” to tak naprawdę małe dzieła sztuki. A jeśli można znaleźć wartościowe komiksy dla dzieci, to jestem zdecydowanie na tak! I właśnie trafiłam na takie – podejmujące ważne tematy, pełne przygód, pod szyldem girl power, siły wyobraźni i magicznej mocy przyjaźni! Z pewnością pewnego dnia podsunę Majce te tytuły:

„Prawdziwe przyjaciółki” Shannon Hale, LeUyen Pham

Zdobywanie przyjaciół to ciężki kawałek chleba. Szczególnie kiedy masz 11 lat, rude włosy, krwiożerczą starszą siostrę i musisz nosić okulary… Autobiograficzna powieść Shannon Hale w bardzo trafny, a mimo to całkiem zabawny sposób obrazuje rozterki dziecięcych przyjaźni. Chęć imponowania innym, powstawanie „grup fajnych dziewczyn”, lęk przed samotnością, pierwsze uszczypliwości i niekoleżeńskie zachowania, sympatie i antypatie, nieporozumienia, potrzebę akceptacji, odwagę bycia sobą i olbrzymią siłę wyobraźni. A także nerwy i stres z tym związane, które mogą prowadzić nawet do stanów lękowych i nerwic najróżniejszych. Zwykła historia zwykłej dziewczynki w komiksowym wydaniu. A jednak ta wczesnoszkolna codzienność w pewien sposób wymiar uniwersalny, w końcu chyba każda z nas może znaleźć w swojej biografii właśnie taki okres. Nie ważne, czy była tą nieśmiałą dziewczynką kryjącą się po krzakach, tą fajną przywódczynią paczki, czy tą wredną małpą kopiącą pod innymi dołki. A może każdą po trochu?

Shannon Hale, LeUyen Pham, Prawdziwe przyjaciółki, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 224 s.

„Strzeżcie się, olbrzymy!” to genialny dowód na to, że jeśli coś jest o dziewczynach i dla dziewczyn, to wcale nie musi być nudne i dotyczyć malowania paznokci. Rosado i Aguirre stworzyli komiks tak bardzo w dechę, jak to tylko możliwe. Z bohaterką tak fajną, że normalnie nie mogę! Claudette jest energiczną córką zrzędliwego kowala, która marzy o karierze wojowniczki, sławie i chwale. Poddając wątpliwościom zasadność zachowania osławionego bohatera wiejskiej legendy postanawia naprawić jego błąd. Wraz z niedocenionym młodszym bratem o kucharskiej pasji i najlepszą przyjaciółką pretendującą do miana księżniczki wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż, by zgładzić olbrzyma. I to nie byle jakiego olbrzyma, a takiego, który zagraża dziecięcym stópkom! Wspólnie stawią czoła żyjącemu lasowi śmierci, jabłkowej wiedźmie i bezwzględnemu królowi rzeki, by dowiedzieć się… że siła i odwaga tkwią w przyjaźni, potwór nie zawsze jest taki straszny, jak go malują i nie w każdej opowieści tkwi ziarno prawdy.

A druga część, „Strzeżcie się, smoki!” jest jeszcze lepsza. Przede wszystkim dlatego, że są w niej smoki, a jak powszechnie wiadomo, KOCHAM SMOKI! Ale są też bitwy magów (!!!), smoki, zamienianie wrogów w bursztynowe inkluzje, latanie na smokach, tajemnicze księgi zaklęć, epickie smocze wymioty, czy względnie wyględni książęta-adoratorzy. To też wyjątkowa lekcja o sile, jaki stanowi rodzina i pielęgnowaniu swoich talentów. I o tym, ze nigdy nie wiadomo, który wróg stanie się naszym przyjacielem i kiedy przyda się sekretna moc dyplomacji.

Pełne akcji, całkiem mądre i fantastycznie narysowane komiksy. Nie mogę się doczekać trzeciej części!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, olbrzymy!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 212 s.
Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, smoki!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 153 s.

Recenzje powstały dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.