Bajki Majki: „Kocia Szajka i ucho różowego jelenia” Agata Romaniuk

Może zacznę od opinii mojej Majki, lat 5:

„Mamo, pierwsza część też mi się podobała, ale ta jest jeszcze bardziej super!”

I chyba wyczuła to od pierwszej chwili, bo kiedy tylko weszłam do jej pokoju z informacją, że przyszła nowa część „Kociej Szajki”, zaczęła skakać po łóżku z radości.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części czeka nas (i koty!) kryminalna zagadka do rozwiązania.

Tym razem w śledztwie od samego początku prym wiodą dziewczyny. Lola i Poziomka, podczas sesji kociej jogi w kawiarnianym ogródku zostają świadkami zbrodni – nieznany sprawca dopuścił się zamachu na uroczy i cieszący się powszechną sympatią symbol Cieszyna – różowego jelonka. Misternie zaplanowana zbrodnia, czy zwykłe chuligaństwo? Kto byłby zdolny do popełnienia takiego przestępstwa i jakie powody mogły nim kierować? I przede wszystkim – czy zagadka tego kalibru będzie wystarczająca, by przykuć uwagę osławionej Kociej Szajki, która przecież ostrzyła już sobie pazurki na zdecydowanie bardziej poważnych zagadkach?

„Powinnością kotów jest bronić rzeczy dobrych i pięknych!”

Kiedy do kocich detektywek dołącza aspirantka Walerka, powodzenie śledztwa wydaje się być przesądzone. Nie zabraknie jednak podążania tropem przestępcy, analizowania śladów i przesłuchiwania świadków. W końcu nawet najmniejszy, pozornie nic nie znaczący detal może się okazać kluczem do rozwiązania sprawy! Czeka nas również spływ kajakowy, frytowane szproty, czepek w krokodylki, różowe kocie pazurki, jednorożce, obalanie stereotypów płci, połączenia przez koci internet, salto mortale i spora dawka girl power. No i fantastyczne ilustracje oczywiście, to wciąż jedna z najbardziej efektownych pod względem wizualnym książek na majkowej półce! A kiedy doprawimy to wszystko sporą dawką poczucia humoru, wyjdzie książka, od której nie sposób się oderwać. Gdyby tylko moje gardło temu podołało, moja przedszkolaczka przymusiłaby mnie do przeczytania jej całej jednego wieczora, co samo w sobie może stanowić najlepszą rekomendację.

Tylko w następnej części zamawiamy trochę większą rolę dla naszej najulubieńszej bohaterki – Bronki od Cieślarów. Zaczynamy już nawet troszkę rozumieć cieszyńską gwarę!

Po raz kolejny polecamy kociarzom, fanom detektywistycznych zagadek i wielbicielom genialnych ilustracji. A poza tym to po prostu świetna przygoda!

Agata Romaniuk, Malwina Hajduk, Kocia Szajka i ucho różowego jelenia, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2021, 128 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Bajki Majki: „Kod Oracle” Marieke Nijkamp, Manuel Preitano

Pierwsza książka z serii „DC Powieść graficzna 13+”, jaką czytałam – „Catwoman” – była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem i podstawiła poprzeczkę bardzo wysoko. Teraz już spodziewałam się treści wychowawczych i wzięcia na ruszt „trudnych tematów” do przepracowania z młodymi odbiorcami. Za to dla odmiany sama postać i historia Barbary Gordon były mi wcześniej nieznane.

Przybliżę więc dla tych, którzy charakteryzują się w tym temacie ignorancją podobną mojej: Barbara Gordon jest genialną hakerką o analitycznym umyśle i córką komisarza Gordona. Tego komisarza od Batmana. Pewnego dnia jej ciekawość sprawiła, że znalazła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu i została postrzelona podczas napadu, co skończyło się dla niej niepełnosprawnością. By nauczyła się żyć na wózku inwalidzkim, rodzina umieszcza ją w elitarnym ośrodku – Centrum Rehabilitacji Arhkam. A tam dzieją się naprawdę niepokojące rzeczy. A może to tylko efekt nadmiernie wybujałej wyobraźni pacjentów i ich problemów psychicznych, nieprzepracowanych traum i okropnych wspomnień?  Czy dociekliwość Barbary doprowadzi do kolejnej tragedii, czy może uda jej się rozwiązać zagadkę zaginionych podopiecznych?

„(…) gdybym się nie bała, toby znaczyło, że mi nie zależy. To strach sprawia, że dajemy z siebie wszystko, że przemy do przodu, że próbujemy zrozumieć to, czego nie rozumiemy”.

Tym razem temat przewodni wydaje się być oczywisty – niepełnosprawność i stawiane przez nią ograniczenia, mozolny proces godzenia się z nową sytuację i dalekie od oczekiwanych reakcje najbliższych. Znajdziemy tu jednak również sporo na temat nawiązywania przyjaźni, wyrzutów sumienia, zaufania drugiej osobie, zawierzenia intuicji, nie poddawania się i wątpliwych kwestii moralnych. W połączeniu z niepokojącą zagadką do rozwiązania i świetnymi, oddającymi nieco upiorny klimat ilustracjami wychodzi historia tak wciągająca, jak i edukacyjna. Powiedziałabym nawet, że w przeciwieństwie do historii Catwoman, tutaj mamy nawet mniej moralizowania, albo jest ono po prostu bardziej subtelne, bo ani trochę nie wybija się na pierwszy plan.

Za to jak najbardziej odczuwalna jest duża dawka girl power, nawet jeśli nie tak oczywista, jak to zwykle bywa w historiach o superbohaterach.

Marieke Nijkamp, Manuel Preitano, Kod Oracle, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Catwoman: W blasku księżyca” Lauren Myracle, Isaac Goodhart

Dotychczas pokazywałam Wam powieści graficzne będące adaptacjami światowych dzieł literatury – „Zabić drozda”, „Folwark zwierzęcy”, czy „Rok 1984”. Tym razem czas na coś dla młodszego czytelnika – lekką historię luźno opartą na kultowych komiksach DC. Co ciekawe, „lekką”, nie znaczy mało „zaangażowaną społecznie”.

To opowieść o dorastaniu Seliny Kyle, szkolnej znajomości z Bruce’m Wayne’m i początkach jej przemiany w Catwoman – na razie dopiero bardzo subtelnie zarysowanej.


Kiepska sytuacja rodzinna, poczucie wyobcowania wśród rówieśników i niedopasowania do szkolnej rzeczywistości popychają bohaterkę do dramatycznej decyzji. Kiedy jej ojczym z czystej złośliwości krzywdzi przygarniętą przez Selinę kotkę, dziewczyna ucieka z domu i usiłuje odnaleźć się w życiu na ulicy. W trakcie swojej tułaczki trafia do grupy młodych wyrzutków i decyduje się wziąć udział w planowanym przez nich włamaniu do luksusowej rezydencji. Tymczasem po ulicach Gotham grasuje maniakalny morderczy pies z piekła rodem…

W historii poruszono całą masę trudnych tematów – od zaniedbania rodzicielskiego i przemocy domowej, przez życie na gigancie, samookaleczanie, kradzież, tolerancję dla osób o innej orientacji seksualnej czy w kiepskiej sytuacji materialnej, aż po poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. W pewnym momencie miałam aż wrażenie, że Selina trochę za bardzo moralizuje, ale też nie jestem pewna, czy nastolatki, do których skierowana jest ta pozycja, będą odczuwać to w podobny sposób. W końcu z drugiej strony Selina jest tak bardzo cool – ładna, sprawna fizycznie, ćwicząca parkour, empatyczna, wygadana, nad wiek dojrzała i radząca sobie w każdej sytuacji. Po prostu świetna kumpela. A takiej łatwo wybaczyć nawet małe kazanie od czasu do czasu.

I jak z niecierpliwością oczekiwałam świetnej szaty graficznej, bo i książka wygląda obłędnie, tak cała ta warstwa dydaktyczno-moralizatorska była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Lauren Myracle, Isaac Goodhart, Catwoman: W blasku księżyca, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 192 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Czas na czytanie: „Tamara Łempicka” Virginie Greiner, Daphné Collingnon

Mikołaj dobrze wiedział, co mi przynieść, nie sposób przejść obojętnie obok takiej pozycji, spójrzcie tylko na tą okładkę!

Komiks prezentuje drobny wycinek życia jednej z ikon dwudziestolecia międzywojennego, Tamary Łempickiej. Poznajemy artystkę, gdy ta zaczyna wspinać się na sam szczyt, kiedy zdobywa sławę i uznanie paryskiej socjety, a jej pierwsze małżeństwo zaczyna chylić się ku upadkowi – od momentu poznania śmietanki towarzyskiej aż do poznania jednej z jej głównych muz i namalowania jednego z najsłynniejszych dzieł, „Pięknej Rafaeli”.

Z jednej strony życie w luksusach i przyjemnościach artystycznej bohemy, bardzo sensualne, kipiące erotyzmem i napięciem, które Tamara przenosiła na płótno. Z drugiej to również walka  o dobrobyt, jaki gwarantują tylko liczne zlecenia od najznamienitszych klientów oraz niesłabnące zainteresowanie publiki, a także odważne stawianie czoła konwenansom, gdzie rola żony i matki niekoniecznie daje się pogodzić z pozycją wyzwolonej artystki, która robi co chce i nie musi nikogo pytać o zdanie. To wreszcie nieustanna pogoń za ideałem i początki emancypacji kobiet.

Bardzo klimatyczne ilustracje utrzymane w stonowanych kolorach, stylistyką nawiązują do wyrafinowanej i nieco szalonej epoki międzywojnia i samego stylu art déco. Oddają zarówno ducha szalonych czasów, jak i niepokorną duszę malarki. Można na nie patrzeć godzinami, zanim jeszcze zaczęłam czytać przejrzałam książkę przynajmniej trzy razy ciesząc się samą formą wydania i sycąc oczy ilustracjami, to czysta przyjemność.

Książkę kończy kilkustronicowe streszczenie biografii artystki autorstwa Dimitria Joannidèsa dające czytelnikowi szerszy kontekst zarówno życia Tamary, jak i samej epoki.

Przyznaję, że czuję lekki niedosyt. Z przyjemnością poznałabym w ten sposób zarówno wcześniejsze, jak i późniejsze losy artystki. Jednak ten maleńki fragment również ma swój urok – jest jak wykwintne czekoladki – tym bardziej się nimi delektujemy i rozpamiętujemy ich smak, im rzadziej mamy przyjemność się nimi raczyć. A ich celem nie jest przecież nasycenie, a jedynie rozbudzenie apetytu.  

Virginie Grenier, Daphné Collingnon, Tamara Łempicka, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy 2019, 58 s.

Bajki Majki: Siła kobiet dla małych i dużych

Trafiłam wczoraj na bardzo przydatny poradnik jak rozmawiać z dzieckiem o protestach, które ogarnęły Polskę  i prawach kobiet. Jedną z rad było wspólne sięgnięcie po „literaturę tematu” i rzut oka na naszą biblioteczkę zainspirował mnie do stworzenia dla Was zestawienia książeczek dla dzieci i młodszej młodzieży o kobietach, które zmieniały świat i girl power. O większości z nich pisałam tu i ówdzie, myślę jednak, że dobrze będzie mieć je w jednym miejscu.

Najbardziej chyba znaną książką o dziewczynach, które zmieniały świat są „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” – 100 króciutkich i fantastycznie ilustrowanych biogramów 100 wyjątkowych kobiet. Znajdziemy tu królowe, modelki, kolarki, artystki, pisarki, działaczki, aktywistki, lekarki i pielęgniarki, naukowczynie… jest królowa, caryca i faraon, jest paleontolożka, pięściarka i tatuażystka. Jest nawet piratka! (a tymczasem Word radośnie podkreśla mi większość feminatywów. Ale „feminatywy” też podkreślił, więc wszystko się zgadza). Polskę dumnie reprezentują Irena Sendlerowa, Maria Skłodowska – Curie i Tamara Łempicka.  Po jednej stronie tekstu na tak imponujące biografie to skandalicznie mało i trzeba było mocno się ograniczać, przez co bywają aż za bardzo uproszczone ale zawarte w nich informacje są wystarczające, by mieć jaki taki ogląd i nadają się na początek poszukiwań. Spokojnie można też sięgnąć po nie z młodszym dzieckiem. Po raz pierwszy zaczęłyśmy czytać z Mają, kiedy przyszła z przedszkola rozczarowana, bo „chłopcy mówią, że dziewczynki nie mogą pilotować samolotów”. W tym momencie mamusia sięgnęła po książkę i zaczęłyśmy opowieść o Amelii Earhart. Opowieść chyba została przekazana dalej, bo chłopcy nie próbowali już swoich sztuczek ani przy zabawie w policjantów, ani w strażaków, ani nawet w dinozaury ;)

Elena Favilli, Francesca Cavallo, Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek, Katowice: Wydawnictwo Debit, 2017, 212 s.

Nie sposób pominąć „Kosmicznych dziewczyn”, to chyba moja ulubiona pozycja z babskimi biografiami, bo jednak fascynacji kosmosem nie sposób nie ulec. A tutaj doceniono wszystkie etapy jego podboju. I we wszystkich brały udział kobiety.

Poza sylwetkami badaczek, ta genialnie wydana książka zawiera zarówno historię kosmicznych podbojów (dzięki czemu żaden czytelnik nie będzie czuł się nieprzygotowany do zgłębiania zagadnienia), jak i osobistą historię fascynacji tym tematem samej autorki. Następnie wszystkie kosmiczne babeczki zostały podzielone na pięć etapów eksploracji kosmosu – przedpole podróży kosmicznych (od 1957), zaranie ery kosmicznej (1957-1972), stacje i promy kosmiczne (1972-2000), życie i działalność w kosmosie (2000-2017), oraz przyszłość podbojów kosmicznych (po 2017). Na końcu znalazło się nawet miejsce na „formularz” pozwalający zaplanować swoją własną misję – wraz z wyborem przyszłego zawodu i miejscem na zapisanie inspiracji.

Każdej z kosmicznych kobiet poświęcono osobny, dwustronicowy biogram (poza kilkoma połączonymi w grupy ze względu na charakter osiągnięć) składający się z imienia i nazwiska, zawodu, narodowości, roku urodzenia (i opcjonalnie śmierci), opisu dokonań, a także świetnej ilustracji z inspirującym cytatem. Dzięki tej encyklopedycznej formie łatwo odnaleźć to, czego akurat szukamy, a jednocześnie wciąż jest to niesamowicie wciągająca lektura. Wraz z badaczkami i pionierkami w swych dziedzinach mamy możliwość uczestniczenia w tak doniosłym przedsięwzięciu, jak podbój kosmosu. Kroczek za kroczkiem, cegiełka po cegiełce, dokonanie po dokonaniu, jako ludzkość wznosimy się coraz wyżej i wyżej. Każda rola jest ważna. I okazuje się, że zawzięte i pewne swych marzeń kobiety nie ustępują pola mężczyzną w naprawdę wielu dziedzinach.

Tym, co zadziwia (a przynajmniej zadziwiło mnie), jest świadomość jak wiele różnych osób parających się przeróżnymi zawodami połączyło wysiłki, by umożliwić nam poznawanie tajemnic wszechświata. Poza kosmonautkami i pilotkami mamy tu matematyczki, fizyczki, inżynierki, uczone, tłumaczkę, pilotkę balonu stratosferycznego, chemiczki, spadochroniarkę, pielęgniarkę i lekarki, psycholożkę i fizjolożkę, astrofizyczkę, astrobiolożkę, biochemiczkę, geolożki, polityczkę, prawniczki, programistkę, fizjolożkę i dietetyczkę, szwaczki, a nawet aktorkę, włókniarki i zegramistrzynie (i jednocześnie emerytki!) oraz żony astronautów. Przeczytamy tu o kierowniczkach misji, kosmicznych turystkach i tajkonautkach. I każda z tych funkcji była pełniona przez kobietę. Bo właściwie czemu nie?

W książce nie opisano żadnej Polki, więc do dzieła, dziewczyny! Jest błękitny ocean do zajęcia, miejsca w drugim tomie same się nie zapełnią! ;)

Libby Jackson, Kosmiczne dziewczyny. 50 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do podboju kosmosu, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2017, 147 s.

„Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” Anny Dziewit-Meller to książka, w której autorka niemalże dosłownie oddała głos bardziej lub mniej zapomnianym kobiecym postaciom historycznym. Mamy szansę poznać okrutną i budzącą postrach córkę Mieszka I, pierwszą kobietę trudniącą się chirurgią w Polsce, kobietę-króla, zuchwałą malarkę, kolekcjonerkę osobliwości, modernistyczne architektki, a nawet pierwowzór ukochanej Jamesa Bonda. Poetki, dziewczyny oddane zgłębianiu tajemnic otaczającego ich świata, wojowniczki o dostęp do wiedzy, bohaterki wojenne, artystki i himalaistki. Awanturnice, marzycielki i naprawdę równe babki.

To 17 miniaturowych biografii, bo których oprowadza nas… jedna z opisanych dziewczyn – Henryka Pustowójtówna. Ta przesympatyczna, bezpośrednia i bardzo nietypowa przewodniczka wprowadza świetny, prawdziwie koleżeński klimat. Przedstawia czytelniczce po kolei przeróżne inspirujące postacie – swoje koleżanki z kart historii – które jakoś dziwnym trafem bywają omijane w większości podręczników. Poza samym faktem przynależności do „płci pięknej” łączy je jeszcze coś – wychodzenie poza ścisłe ramy społecznego status quo. Heńka przybliża nam nie tylko same sylwetki dziejowych dziewuch, ale robi to wraz z całym entouragem – opowiada o czasach, w jakich żyły, o ich codzienności i normach, które je obowiązywały. W ten sposób mamy możliwość odwiedzić między innymi paryski uniwersytet, dwór królowej Jadwigi, zimną Skandynawię, krakowską bohemę i warszawskie getto. Poza samą opowieścią, po każdej z historii czeka na nas miniaturowy słowniczek rozwijający kilka pojęć związanych z czasami opisanej wcześniej dziewuchy – w ten sposób dowiemy się co bywało przechowywane w lamusach, kim były entuzjastki, na czym grał gęślarz, czym charakteryzuje się secesja, a czy modernizm, jak czuła się dziewczyna w dziewiętnastowiecznej sukni i dlaczego czamara była znacznie wygodniejsza i kiedy powstały pierwsze muzea.

Pewnie, każda z biografii zawiera jedynie cząstkowe informacje (na przykład w rozdziale o Marii Skłodowskiej-Curie nie ma ani słowa o promieniotwórczości, a przy nazwisku Zofii Stryjeńskiej nie pada tytuł żadnego z obrazów) i bardziej ma za zadanie zainteresować czytelniczkę i skłonić ją do dalszych poszukiwań, niż nadać się na szybką powtórkę przed sprawdzianem, ale wydaje mi się, że właśnie taki był jej cel – poczucie klimatu epoki i „wiatru zmian” na twarzy bez zanudzania dokładnymi datami i zmuszania do samodzielnej selekcji informacji.

Jeśli czegoś mi brakowało, to bibliografii, lub chociaż kilku podpowiedzi, gdzie szukać dalszych informacji o przedstawionych paniach. Podsycanie ciekawości to jedno, podobnie jak zachęcanie do prowadzenia własnych badań, jednak wykonanie własnej agendy bibliotecznej na tak mało opracowany temat jest dość trudnym zadaniem.

Zabawna, intrygująca i inspirująca lektura nie tylko dla dziewczyn (a już na pewno nie tylko dla małych!). Świetna językowo – bo mówić o trudnych sprawach prostymi słowami to prawdziwa sztuka, dopełniona zawadiackimi ilustracjami Joanny Rusinek i podzielona na niezbyt długie rozdziały gwarantuje sto procent przyjemności z lektury. Plus walor edukacyjny.

Ta wyjątkowa podróż przez historię (a może jest to już raczej HERstoria?) to niesamowita przygoda.

Anna Dziewit-Meller, Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2017, 160 s.

Druga część babskiej opowieści Anny Dziewit-Meller – „Podróże w spódnicy” – jak sama nazwa wskazuje, poświęcona została podróżniczkom.

Tym razem naszą przewodniczką po babskim świecie została Nellie Bly – XIX-wieczna dziennikarka, która postanowiła pobić rekord verneowskiego Phileasa Fogga i okrążyła świat w… niecałe 73 dni!

Zgodnie z zawodem naszej bohaterki, cała książka została zbudowana tak, by imitować wydanie specjalne gazety. I to jest prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo już sama forma nie pozwala czytelnikowi nudzić się ani przez chwileczkę. Raz bowiem czytamy list do redakcji, by kilka stron później zagłębić się w wywiadzie albo artykule na temat wyjątkowo niewygodnej kobiecej mody (równie problematycznej, co tnące moskity), z jaką przed laty zmagały się podróżniczki albo w relacji z pokazów lotniczych. Nie brakuje również innych prasowych szczegółów – reklam, horoskopy (wygląda na to, że czeka mnie poparzenie słoneczne. I w sumie coś w tym jest, bo w tym roku jeszcze nie sięgnęłam po krem z filtrem), czy prognozy pogody. A każdy artykuł, podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, kończą ciekawostki i trudne słówka związane z tematem.

A i same opisywane kobiety i ich historie inspirują, budzą podziw, a momentami nawet przerażenie. Tym razem autorka odchodzi od pomysłu poświęcenia książki wyłącznie polskim kobietom, choć nasz kraj dumnie reprezentują podróżniczka Maria Czaplicka i żeglarka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. W pełni zasługują na miejsce w tak zaszczytnym i nieco zwariowanym babskim gronie. Bo tutaj narodowość, język, wiek, czy epoka historyczna nie grają roli. Wszystkie bohaterki łączy ciekawość świata i odwaga, by ten świat zdobywać. A zabiorą nas w niesamowite miejsca – od Dzikiego Zachodu na szczyty Himalajów, przez oceany i pod niebo, a nawet w kosmos. A dłuższe wyprawy, poza samym opisem, zwizualizowano również na mapie.

Anna Dziewit-Meller, Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy, Kraków:Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Nieco młodszym czytelniczkom zadedykowano książkę „Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które tworzyły historię”. I w tym przypadku mamy do czynienia z biogramami trzynastu bardziej i mniej słynnych babeczek, które miały sporo do powiedzenia i nie wahały się działać. Tutaj jednak informacje są bardziej dostosowane do możliwości poznawczych młodego odbiorcy – skupiono się przede wszystkim na krótkich ciekawostkach, a wszystko to przedstawiono w fantastycznie graficzny sposób. Dzięki sympatycznym ilustracjom maluchom łatwiej identyfikować się z bohaterkami i wyobrazić sobie realia, w których przyszło im żyć. W ramach podsumowania działalność każdej z opisanych bohaterek została skrócona do łatwego do zapamiętania hasła, a książka zakończona jest słowniczkiem tłumaczącym pojawiające się w tekście trudne słówka.

Z tej serii pojawiły się również inne części „Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które zmieniły świat” i „Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które ratowały planetę”.

Kate Pankhurst, Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które tworzyły historię, Warszawa: Grupa wydawnicza K. E. Liber, 2018, 32 s.

„Sufrażystki i sufrażetki” Davida Robertsa to encyklopedia babskiej walki o wolność, równość i siostrzeństwo.

Pierwszym, co rzuca się w oczy są świetne, pełne charakteru i momentami bardzo zabawne ilustracje, zajmujące niekiedy całe strony, jak i samo opracowanie graficzne książki zdecydowanie ociepla encyklopedyczny wizerunek książki. Bo tak, to jest kawał cegły zawierający kawał konkretnej i niełatwej wiedzy historycznej. A jednak czytając nie czuje się tego ani trochę!

Opracowanie zawiera historię dążenia brytyjskich kobiet do uzyskania praw wyborczych od 1832 roku aż do zwycięstwa. I to w sposób i przy użyciu języka przystępnego i zrozumiałego dla młodego odbiorcy.

Bardzo mi się podoba systematyczne „poukładanie treści”. Pomijając fakt chronologicznego przedstawienia istotnych wydarzeń, całość ma ręce i nogi. Książkę rozpoczyna obrazowe wytłumaczenie nie tylko kim są owe sufrażystki, ale również czym tak właściwie są te upragnione „prawa wyborcze”. A to nie jest przecież łatwe zagadnienie. Autor nie zapomniał również wprowadzić młodego czytelnika w realia świata sprzed niemalże dwustu lat, który, choć pozornie wcale nie tak odległy w czasie, w niektórych aspektach różni się wręcz niewyobrażalnie. Jest więc wprowadzenie, wytłumaczenie trudnych słówek, rys historyczny, a na koniec wisienka na torcie w postaci krótkich biogramów światowych działaczek w imię wolności kobiet. I szokujące kalendarium uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Wiecie, że Szwajcaria dopuściła kobiety do urn dopiero w 1971 roku? To o 50 lat później, niż Azerbejdżan! A w Arabii Saudyjskiej kobiety uzyskały prawo wyborcze dopiero… pięć lat temu.

David Roberts, Sufrażystki i Sufrażetki. Walka o równość, Warszawa: Wydawnictwo Egmont ART., 2019, 128 s.

„Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul to o połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką książki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Druga książka Caroline Paul „Masz moc! Poradnik zmieniania świata” to must have młodziutkich aktywistek. Dowiemy się z niego co można zrobić, kiedy czujemy niesprawiedliwość – od zmiany własnych nawyków, przez organizację bojkotu aż do wniesienia sprawy do sądu. Dowiemy się jak zostać wolontariuszem, napisać petycję, zorganizować protest, czy działać za pośrednictwem mediów społecznościowych. A wszystko to poparte przykładami innych młodych aktywistek z całego świata, każdego dnia walczących z przeciwnościami losu.

Wbrew pozorom nie jest to pozycja „awanturnicza” – została mądrze zbalansowana, a większość proponowanych rozwiązań to rozwiązania jak najbardziej pokojowe i dążące do dialogu. Bardzo dobra pozycja na te czasy i dla starszych i dla młodszych.

Caroline Paul, Lauren Tamaki, Masz moc! Poradnik zmieniania świata, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 114 s.

I jeszcze na koniec, żeby nie było żadnych wątpliwości – „Ada, to wypada!”, czyli fantastyczny tytuł pełen dobrego przesłania prosto od współczesnych polskich superbabek. Bo wypada nam mieć swoje zdanie, zabierać głos, zadawać pytania, stawiać granice, dbać o siebie i robić to, co sprawia nam przyjemność!

„Katarzyna wie, że choć nie wszystko jej wypada, to udawanie, że nie widzi problemu, jest najgorszą z możliwych strategii. Lepiej powiedzieć wprost, na co nie dajemy przyzwolenia.”

Sylwia Stano, Zofia Karaszewska, Ada, to wypada!, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 128 s.

Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Klątwa Kreatorów” Trudi Canavan

Obawiałam się, że po prawie trzech latach oczekiwania na ostatni tom Prawa Milenium nie będę mogła się wkręcić i minie przynajmniej pół książki, zanim przypomnę sobie o co chodziło w poprzednich tomach. Nic bardziej mylnego. Nie jestem pewna, czy to dlatego, że miałam na podorędziu recenzję „Obietnicy następcy”, która pomogła mi wczuć się w klimat, czy raczej to wszystko zasługa autorki, która w pierwszych rozdziałach nienachalnie naprowadziła czytelnika na właściwe tory przypominając wydarzenia z poprzednich tomów, ale właściwie od samego początku wiedziałam gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje.

A dzieje się sporo, bo i wszyscy mają pełne ręce roboty. Tyen, wraz z uczniami, ucieka przed prześladowaniami byłych kolegów z Liftre zazdrośnie strzegących przywileju naucznia, Rielle – najpotężniejsza kreatorka – zajmuje się odnawianiem martwych światów, a przed Baluką i Odnowicielami niełatwe wyzwanie utrzymania pokoju we wszechświecie. Tymczasem magia mechaniczna rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i jest wykorzystywana do tworzenia coraz potworniejszych machin bojowych. Pojawia się nowy wróg, który niesie zagładę na każdy świat, który napotka na swej drodze. Rozpoczyna się wyścig z czasem – czy ktokolwiek jest w stanie pokonać stale ewoluujący postęp wojennej mechaniki? Czy można się oprzeć mocy bezwzględnego uzurpatora podbijającego świat za światem?

By mieć jakiekolwiek szanse, trzeba będzie pokonać uprzedzenia, sprzymierzyć się z byłym wrogiem, zjednoczyć się  i zaryzykować poświęcenie tego, co jest bohaterom najdroższe.

„Żuczek jest trochę podobny do mnie (…). Jest starszy, umie więcej, ale zasadniczo wciąż ma tę samą postać. Choć potrafię dużo więcej, mam nadzieję, że takie skromne zajęcia, jak zabawianie dzieci i dbanie o rodzinę nigdy nie będą mi się wydawały zbyt trywialne”.

Powrócą pradawne przepowiednie, epickie bitwy magów – tym razem z rojami maszyn, wyścig zbrojeń, pogoń za wiedzą i zapomnianymi tajemnicami wymarłych cywilizacji. Pacyfistyczne przekonania Tyena zostaną wystawione na próbę, gdy wojna zagrozi jego najbliższym, Quall będzie musiał bardzo szybko dorosnąć, a Rielle… stać się jeszcze potężniejsza, niż jest dotychczas. Przed czytelnikami wizja świata rodem z Terminatora wymieszana z dążeniem do stworzenia nadczłowieka, wypaczonymi ideami socjalizmu i nienawiścią wobec magii, jako przewagi dostępnej jedynie nielicznym. Będą pościgi, wybuchy, rozrywanie światów i magia generowana podczas tworzenia piękna. To jedna z tych książek, które nie zwalniają ani przez chwilę.

Jak zwykle nie zabraknie też ogromnej dawki girl power!, pochwały różnorodności oraz walki z dyskryminacją i uprzedzeniami.

Oj, będzie mi brakować tego fascynującego wszechświata!

Trudi Canavan, Klątwa Kreatorów (Prawo Milenium – księga czwarta), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2020, 616 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Galeria Książki.

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarny mag. Ostatnia walka” Rachel E. Carter

„Czarny mag” to seria, która rozkręcała się powoli, a autorka stopniowo, z tomu na tom, dawkowała czytelnikom emocje. Aż do czwartej i zarazem ostatniej części, w której akcja pędzi jak lawina – od pierwszej aż do ostatniej strony. A nawet jeśli wydarzenia na chwilę przystopują, to nie ma co liczyć na odpoczynek – wyrzuty sumienia, konieczność podejmowania tragicznych wyborów i mierzenia sie z ich konsekwencjami, intrygi i knowania na pewno na to nie pozwolą.

Jak wiele można poświęcić dla pokoju? Ryiah przysięgała być wierną Koronie i chronić Jerar. Ale co, jeśli to zdradziecki król jest największym zagrożeniem dla państwa, którym włada? I zupełnie przy okazji jest ukochanym bratem twojego ukochanego, żeby przypadkiem nie było za łatwo? Czy szczęście jednego mężczyzny, nawet jeśli to twój mąż, jest ważniejsze od setek istnień, które pochłonie wojna podstępnie wywołana przez chciwego tyrana? Nawet, jeśli odpowiedź wydaje się być oczywista, to podjęcie takiej decyzji wcale oczywiste nie jest. Szczególnie, że nawet tyran wzbudza współczucie.

Trochę było mi żal Mariusa – po poprzednich częściach miałam względem niego pewne podejrzenia, które niestety się nie sprawdziły. Mam więc wrażenie, że potencjał tej postaci, choć epizodycznej, został zmarnowany. Jestem za to bardzo pozytywnie zaskoczona Ianem i Alexem, których gdzieś już w głębi serca spisałam na straty, a dostali takie zakończenia, na jakie w pełni zasługiwali. Teraz spokojnie mogę uważać ich za z moich ulubieńców.

Jeśli ktoś spodziewa się słodko-cukierkowego zakończenia, w którym dobro zwycięża nad złem, a prawdziwa miłość przetrwa wszystko, to raczej się rozczaruje. To trudna i brutalna część – pełna tortur, frustracji, samotności, zdrady, poczucia winy, samoobrzydzenia i wybierania między złem, a złem, które wcale nie jest mniejsze. Bezwzględny świat kołyszący się na skraju wyniszczającego konfliktu, w którym nic nie jest czarno-białe, a każda decyzja okupiona zostanie cierpieniem. Aż w końcu trzeba będzie pozbierać i poskładać do kupy gruzy, które z niego zostaną. Czy miłość naprawdę jest w stanie wybaczyć każdy błąd?

P.S. Nikt z Was nie zgadnie, kto będzie rządził Jerarem. A jakby ktoś przez przypadek jednak zgadł, to stawiam mu frytki!

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Ostatnia walka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 280 s. (premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.