Bajki Majki: „Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili” Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud

Ta książeczka jest PRZEUROCZA! Już od samej koncepcji począwszy, są to bowiem rozmówki ludzko-bobasowe.

Każda strona służy przedstawieniu jednego prostego słówka bądź onomatopei, którymi okruszki zaczynające dopiero swoją przygodę z mówieniem opisują swój świat. Znajdziemy tu zatem obiekty i osoby z najbliższego otoczenia dziecka wraz z krótkim wytłumaczeniem znaczenia:

„Bam, kiedy się przewracam”, „Fuj, brzydko pachnie”, czy „Niania, kiedy nie ma taty ani mamy”. I moje ulubione: „Mama to mama”.

Poza wypisanymi różnymi kolorami słówkami, na białym tle stron znajdują się również ilustracje przedstawiające daną czynność, przedmiot, czy osobę. Ilustracje Benjamina Chauda, co koniecznie trzeba zaznaczyć. Bajecznie kolorowe, „kredkowe” i z poczuciem humoru (mina taty na ilustracji obrazującej siusanie mówi wszystko), a jednocześnie w łatwo rozpoznawalny sposób pokazujące rzeczywistość. Osobiście ujęło mnie przedstawienie piersi karmiącej mamy wyciągniętej przez maluszka, że aż samo patrzenie niemalże sprawia ból. Prawdziwe tak bardzo! A w „Tuli, tuli” dzidziusia dopatrzyliśmy się podobieństw do imprezowego przebrania nieco starszego kolegi z książki „Feralne urodziny ze Skarpetką”. Więcej ilustracji autora znajdziecie w serii o Lalo, Babo i Bincie oraz w książeczkach o słoniku Pomelo.

Specyficzny, wąski i wysoki format sprawia, że książeczkę bardzo wygodnie się trzyma i łatwo sięgnąć paluszkami do wszystkich elementów ilustracji – nawet gdy posiada się bardzo krótkie rączki. Twarda tektura stron wydaje się być odporna na upadki i zagrożenie ze strony małych ząbków (jak dobrze, że ten etap już za nami!), a ze śliskich kartek łatwo będzie zetrzeć kapiącą z ekscytacji ślinę bez większych szkód dla ochlapanej treści. I jeszcze to, co jest dla mnie podstawą w książkach dla maluszków – bezpiecznie zaokrąglone rogi, dzięki którym bez strachu można podać dziecku książkę do samodzielnej „lektury”.

Przemyślana pod względem formalnym, słodka i zupełnie śliczna. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja dźwiękonaśladowcza dla dzieci 6m+, tuż obok „Księgi dźwięków”. Więc jeśli szukacie prezentu dla świeżo upieczonej mamy i jej maleństwa, to polecam bardzo!

Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud, Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Liczymy razem” Matsumasa Anno

Książka „Liczymy razem” składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku. Całość dopełnia krótka biografia autora.

Wbrew pozorom ta książka wcale nie jest tak prosta w odbiorze, jak mogłoby się wydawać! Szczegółów jest dużo, a malarskie ilustracje to czasami naprawdę miniaturki i trzeba się porządnie skupić, żeby je wypatrzyć i policzyć. Również ze względu na sposób wydania polecam ją raczej przedszkolakom, niż zupełnym maluszkom – jest to książka papierowa w twardej oprawie z rogami bez zaokrąglenia, dlatego „czytanie” wymaga już pewnej wprawy w używaniu rączek i paluszków.

Wyjątkowo śliczna, logiczna i wciągająca historia. Uczy liczenia, miesięcy, pór roku i zegara, pomaga ćwiczyć koncentrację, cierpliwość, umiejętność porównywania i spostrzegawczość. A ponadto wyrabia dobry gust estetyczny. Polecam bardzo mocno.

Swoją drogą kto by się spodziewał, że książeczka o liczeniu może być taka ładna!

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Jestem artystą” Marta Altés

Zakochałam się w tej książeczce od pierwszego wejrzenia. Jest genialna – zarówno z perspektywy historyka sztuki, jak i z perspektywy mamy małej artystki. Nie mogę się doczekać, aż pokażę ją córce i jednocześnie trochę się tego boję.

To książka trzech bohaterów:
synka – domorosłego artysty zakochanego w kolorach, kształtach i fakturach, nie stroniącego od śmiałych eksperymentów, czerpiącego inspiracje z otaczającego go świata, stanowiącego awangardę nowej dziedziny sztuki zwanej roboczo home art;
kota – wspólnika artystycznej zbrodni, niestrudzonego modela, obiektu eksperymentów, wiernego towarzysza, dzieło sztuki;
mamy – bezkompromisowej krytyczki home artu, sceptycznej wobec dekonstrukcji domowego ładu na rzecz szeroko rozumianej wolności artystycznej.

Pełen entuzjazmu synek o salvadorowych wąsach domalowanych czarną farbą i głową pełną pomysłów w każdym przedmiocie i miejscu widzi sztukę. Nie jest więc w stanie powstrzymać się od tworzenia kolejnych imponujących realizacji, czerpiąc inspiracje zarówno z dorobku wielkich artystów, jak i z własnej wyobraźni. Osobiście uwielbiam jego interpretację „Wielkiej szyby”. A „Autoportretu wielokrotnego” z pewnością pozazdrościłby mu sam Picasso. A mimo to mama nie jest zachwycona. By przekonać ją o tym, że sztuka jest cenniejsza, niż złoto, synek szykuje coś specjalnego…

Głównym środkiem przekazu są tu barwne ilustracje pełne asamblaży ze sprzętów domowych wzbogaconych o zawartość lodówki, autoportretów, pastiszy i  dzieł przekraczających ramy obrazów, wypełniające całe powierzchnie stron. Wzbogacone zostały o krótkie, jednozdaniowe, ale jakże trafne komentarze budujące nie tylko sens, ale również rewelacyjny humor opowieści.

„Tam, gdzie ja widzę „Samotność marchewki”, mama widzi „Niedojedzony obiad”.

A kiedy rewelacyjny pomysł spotyka się z przesympatycznymi bohaterami, lekkim (ale jakże życiowym!) humorem, świetnymi ilustracjami i imponującą erudycyjnością w wyjątkowo krótkim tekście opcja jest tylko jedna – musi z tego powstać dzieło sztuki. I basta.

Marta Altés, Jestem artystą, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Bajki Majki: „Świąteczne życzenie” Katherine Rundell

To zdecydowanie pozycja z gatunku „na wyrost”, bo Majka z pewnością musi na nią poczekać jeszcze ze 3-4 lata, ale nie mogłam odmówić sobie przyjemności tej lektury.

Nie da się ukryć, że na równi z nazwiskiem autorki, do której po „Dachołazach” mam pełne zaufanie, skusiło mnie samo wydanie – jak na zdeklarowaną książkową srokę przystało. Bo wydana jest przepiękne – w twardej, bogato połyskującej oprawie i z przepięknymi, bardzo klimatycznymi ilustracjami.

I choć grubość książki zdaje się to sugerować, nie jest wcale szczególnie długa – bo ilustracji jest mnóstwo, często również na całe rozkładówki, a tekst wydrukowano dużymi literami o eleganckim kroju, dzięki czemu „Świąteczne życzenie” dobrze nadaje się dla początkujących samodzielnych czytaczy.

To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt.

Ta historia bywa momentami wyjątkowo zakręcona – włamanie do sklepu z zabawkami poprzedza pełnienie straży przy żłóbku nowo narodzonego Dzieciątka, a najlepszym sposobem doklejenia piór do anielskich skrzydeł okazuje się być… guma do żucia! A jednak ta dowcipna i nieprzewidywalna narracja kieruje myśli czytelnika ku temu, co naprawdę ważne – empatii, pomocy bliźniemu, rodzinie, spędzaniu czasu razem i słuchania siebie wzajemnie.

Jest piękna (cudowny pomysł na prezent!), magiczna i bardzo, bardzo świąteczna!

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Bajki Majki: Książeczki dla dzieci o zimie i świętach, cz. II

Tegoroczne przygotowania do świąt w dużej mierze spędzamy wraz ze sporą częścią zimowo-świątecznych książeczek, które opisywałam w zeszłym roku („Najpiękniejsze książeczki o zimie i swiętach dla maluszka i nie tylko”). Jednak nasz książkoholizm jest nie do opanowania i lista ukochanych książek w tym klimacie powiększyła się tak znacząco, że pojawiła się konieczność stworzenia drugiej części. A jest się czym zachwycać!

„Dębowy Las. Borsukowe Boże Narodzenie” Alan&Linda Parry – nasz tegoroczny numer jeden, odkrycie 2018 i hit nad hitami. Przepięknie ilustrowana książeczka w arcyciekawej formie. W bożonarodzeniowy poranek Borsuk przyodziewa strój Mikołaja i wędruje od domu do domu swoich przyjaciół podrzucając im prezenty w skarpetach. W trójwymiarowych skarpetach – do każdej z nich mały czytelnik może zajrzeć i znaleźć jakiś skarb – kalendarz adwentowy w okienkami w skarpetce Myszki, prosta grę planszową w skarpetce Krecika, labirynt norki Zajączka, czy sprawdzone świąteczne przepisy kulinarne Wiewiórki. Na sam koniec podróży, mądra Sowa przypomina bohaterom, że prawdziwy sens Świąt nie tkwi wcale w obdarowywaniu się prezentami. I w prostych słowach przybliża swoim słuchaczom biblijną historię Bożego Narodzenia. Mądra, piękna i pomysłowa.

Alan Parry, Borsukowe Boże Narodzenie, Poznań: Wydawnictwo Św. Wojciecha, 2003, 15 s.

„Boże Narodzenie w Bullerbyn” Astrid Lindgren, Ilon Wikland – czy może być coś bardziej w magicznym duchu Świąt, niż nostalgiczny podróż do czasów dzieciństwa? Dla mnie takim wydarzeniem jest zawsze podróż do Bullerbyn, w tym roku mam przyjemność oprowadzać córkę po tym niepowtarzalnym miejscu.

A Bullerbyn zimą ma mnóstwo uroku – jest wesoło, świątecznie i psotnie. Dzieci dokarmiają ptaki, pieką pierniczki w kształcie świnek, jeżdżą na saniach z drewnem, ubierają choinki, śpiewają, pakują prezenty, jedzą pyszności i tańczą wokół choinki. Do kościoła wybierają się na saniach z dzwoneczkami i nie odmawiają sobie zimowego szaleństwa. 100% świąt w świętach!

Nasz egzemplarz zawiera trzy opowiadania z Bullerbyn – wraz z historiami o wiośnie i Dniu Dziecka. Jednak wszystkie trzy opowiadania zostały również wydane jako osobne książeczki.

Astrid Lindgren, Ilon Wikland, Boże Narodzenie w Bullerbyn [w:] Bullerbyn. Trzy opowiadania, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2017, 88 s.

„Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko” Astrid Lindgren, Ilon Wikland – skoro już odwiedza się Bullerbyn, to nie można przejść obojętnie obok ulicy Awanturników! A tam psotna Lotta jak zwykle nieźle broi. W tym przezabawnym świątecznym opowiadaniu czytelnicy przeczytają jak mała bohaterka przez przypadek wyrzuciła do śmieci swojego ukochanego Niśka, próbowała nauczyć się jeździć slalomem i uratowała święta cudem zdobywając choinkę. Z Lottą nie ma nawet chwili wytchnienia!

Astrid Lindgren, Ilon Wikland, Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 30 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Kosmiczne święta” Ingelin Angerborn, Per Gustavsson  – koncepcja książki będącej jednocześnie kalendarzem adwentowym to dla mnie nowość, ale jestem absolutnie na tak. Tekst został podzielony na 24 rozdziały – po jednym na każdy dzień oczekiwania. Przyznam się jednak, że nie wytrwałam i przeczytałam całą historię na raz. Ale co to była za historia! Tak niestandardowych świątecznych przygód, jakie przydarzyły się Rutce, na pewno nie znacie! Kiedy jej najlepsza przyjaciółka musi się wyprowadzić, nasza bohaterka prosi Mikołaja o nowego przyjaciela. I nie spodziewa się ani przez chwilę, że ten przyjaciel spadnie jej z nieba. W formie bardzo sympatycznego, małego kosmity.
To chyba najbardziej zakręcona wersja adwentu, o jakiej czytałam – wypełniona planami budowy statków kosmicznych, włamaniami do obserwatorium, zaklęć o absurdalnym brzmieniu, chrupanych gwoździ i nowych przyjaciół – zarówno tych widzialnych, jak i nie. A tyle, ile w tekście szaleństwa, tyle też mądrości. I dobrej zabawy. Są świąteczne zwyczaje, dziecięca fantazja i moc przyjaźni. Nie można się nudzić.

Ingelin Angerborn, Per Gustavsson, Kosmiczne święta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 100 s.

„Jak Winston uratował święta” Alex T. Smith – Jako, że moja Maja jest jeszcze trochę za mała na kosmiczną wersję oczekiwania na święta, miałam nadzieję, że razem poczytamy o adwentowej przygodzie Winstona. Niestety okazała się jeszcze zbyt obszerna dla mojej prawie trzylatki, zrobimy drugie podejście w przyszłym roku. Na razie czytam więc sama –  i tym razem staram się być grzeczna – po jednym rozdziale książki-kalendarza na jeden dzień. Pomijając fakt, że książka jest pięknie wydana, ślicznie ilustrowana i zapowiada się na fantastyczną przygodę (związaną z arcyważną misją dostarczenia mikołajowi listu od pewnego małego chłopca), poza rozdziałem na każdy dzień, książka zawiera również codzienne zadania do wspólnego wykonania w rodzinne popołudnie. Znajdziemy tu pomysły na ozdoby choinkowe z masy solnej, przepis na świąteczne krakery (czyli angielskie papierowe „cukierki” z drobnymi upominkami w środku), pachnące goździkami pomarańcze, śnieżne kule, stołowe stroiki, świąteczne słoje, poszukiwania skarbów, dobre uczynki, teksty kolęd i tak dalej. Jest w czym wybierać. Piękna i pomysłowa, polecam bardzo.

Alex. T. Smith, Jak Winston uratował święta. Dwadzieścia cztery i pół opowiadania na każdy dzień grudnia, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 176 s.

„Gwarna stajenka” Jan Godfrey, Paula Doherty – ta książka to chyba jakaś moja kara za grzechy. Pod względem wizualnym jest po prostu koszmarna. Ilustracje są tak złe, że aż mnie oczy bolą od samego myślenia o nich, a tekst napisany Comic Sansem jest gwoździem do trumny. Za to pomysł pierwsza klasa. Nic dziwnego, że dzieci ją uwielbiają, bo to historia Bożego Narodzenia przedstawiona przez pryzmat wyrazów dźwiękonaśladowczych. Maria i Józef przyjeżdżają do bardzo hałaśliwego miasta, gdzie osiołek stukocze podkowami, a ludzie zatrzaskują okiennice. Schronieni w stajence podróżni witani są odgłosami przeróżnych zwierząt wychwalających Pana na swój własny sposób. Sposób, który dzieci uwielbiają naśladować. Jestem pod wielkim wrażeniem tej koncepcji – biblijna historia została idealnie dopasowana do potrzemy i możliwości poznawczych najmłodszego odbiorcy. Jak to się stało, że tak dobry pomysł dostał tak okropną oprawę? Jedyna nadzieja w tym, że niedługo nauczę się jej na pamięć i będę mogła czytać z zamkniętymi oczami.

Jan Godfrey, Paula Doherty, Gwarna stajenka, Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne Sandomierz, 2013, 29 s.

„Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka” Petr Horáček – po tą książeczkę koniecznie trzeba sięgnąć choćby ze względu na ilustracje. Bo są absolutnie przecudowne, niebanalne i fantastycznie oddają klimat zimowej nocy. Natomiast sama historia jest krótka i nieskomplikowana (po jednym, maksymalnie dwa zdania na stronę), ale z ładnym przesłaniem i w wersji dwujęzycznej.  Gąska Zuzia wraz z przyjaciółmi przystroili choinkę, do pełnej satysfakcji zabrakło im jednak gwiazdy na szczycie. Nasza bohaterka wyrusza więc w samotną podróż, by zdobyć najpiękniejszą ozdobę – gwiazdkę prosto z nieba. Jednak mimo jej największych starań gwiazda stale pozostaje poza jej zasięgiem. A kiedy zmarzniętej i zagubionej gąsce udaje się wreszcie wrócić do przyjaciół, odkrywa, że najważniejsze w święta, to być razem z bliskimi. I wtedy nawet gwiazdki same przychodzą.

Petr Horáček, Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2011, 34 s.

„Świąteczne życzenie” Katherine Rundell – świetny pomysł na prezent, bo książka prezentuje się fantastycznie. W złoconej oprawie, z wyjątkowymi ilustracjami zajmującymi niejednokrotnie całe strony.
To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt. Wyjątkowo świąteczna, magiczna przygoda pięknej oprawie.

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

„Wyprawa Świętego Mikołaja” Marcello Conti – wielka siła tej pozycji tkwi bez wątpienia w rozbuchanym świątecznym bogactwie iście barokowych ilustracji. To właśnie one stanowią tu główną siłę przekazu wypełniając całe strony. Tekst w ozdobnych kartuszach jest tylko niewielkim dopełnieniem historii powstawania prezentów w fabryce św. Mikołaja od otrzymania listu aż do umieszczenia upominku pod choinką. Świąteczny klimat gwarantowany, trudno oderwać wzrok.

Marcello Conti, Wyprawa Św. Mikołaja, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2016, 40 s.

„Paddington i świąteczna niespodzianka” Michael Bond –  misia Paddingtona kojarzę przede wszystkim z serialu animowanego oglądanego wyrywkowo w dzieciństwie, nigdy jednak nie zaprzyjaźniliśmy się jakoś bliżej. Ta książeczka przyciągnęła mój wzrok uroczymi ilustracjami i , trochę wstyd się przyznać – błyszczącą okładką (jestem taką książkową sroką!), dlatego nasze pierwsze literackie spotkanie z tym bohaterem odbyło się w świątecznym klimacie. I było bardzo udane! Zacznijmy od tego, że wydanie jest piękne – bogate ilustracje od razu przykuły uwagę Majki, dzięki czemu cierpliwie słuchała opowiadania. A to odbiega nieco od standardowego ujęcia tematu – Paddington broi w centrum handlowym, co jest dla niego chyba całkiem typowe, przez co siłą rzeczy historia dotyka tego bardziej komercyjnego wydźwięku świąt. Mianowicie atrakcji, jaką jest Zimowa Kraina Cudów, czyli warsztat elfów i wizyta Świętego Mikołaja w markecie. Jako, że w głębi serca jestem fanką świątecznej komerchy, ta narracja całkiem przypadła mi do gustu. Szczególnie, że miś jest psotnikiem, jakich mało (mógłby się mierzyć z Lottą…), opowieść jest sympatyczna, genialnie zilustrowana i kończy się wielkim słojem marmolady. Super sprawa, koniecznie musimy sięgnąć również po inne przygody tego misia.

Michael Bond, Paddington i świąteczna niespodzianka, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2008, 32 s.

„Świąteczne listy od Feliksa. Mały zając odwiedza Świętego Mikołaja” Anette Langen, Constanza Droop – listy do Mikołaja już napisane? Zawsze uwielbiałam ten zwyczaj i samą koncepcję wysyłania i odbierania listów również. Może dlatego za każdym razem, kiedy trzymam w dłoniach nową część „Listów od Feliksa”, czytam strasznie szybko, żeby wreszcie dowiedzieć się co ukryto w kopertach.

Mała Zosia ma pewien problem – dzieci w klasie powiedziały jej, że Święty Mikołaj nie istnieje. Dlatego też jej ukochany Feliks wysyła własny list na Biegun Północny chcąc dowiedzieć się jaka jest prawda. I otrzymuje fantastyczną odpowiedź wraz z zaproszeniem do domu Mikołaja, gdzie wcieli się w jego pomocnika. Dzięki korespondencji między dziewczynką i jej pluszakiem, mali czytelnicy mają szansę poznać świąteczne zwyczaje z wielu miejsc na ziemi, poznać legendę o świętym roznoszącym prezenty najuboższym i przeżyć fantastyczną przygodę oblatując z Mikołajem cały świat w jedną noc.

I przy tym jest bardzo świątecznie – są pierniki, jarmark bożonarodzeniowy, mandarynki, pochód Trzech Króli, prezenty, stajenka i wszystko, co tylko można sobie zamarzyć. Bardzo fajna kombinacja tradycji z nowoczesnością w wyjątkowo oryginalnej formie.

Anette Langen, Constanza Droop, Świąteczne listy od Feliksa. Mały zając odwiedza Świętego Mikołaja, Warszawa: Wydawnictwo Mamika, 2018, 36 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Basia i zwierzaki” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak – Ta lista nie mogłaby być kompletna bez udziału naszej ulubionej bohaterki! Od zeszłego roku towarzyszy nam „Basia i Boże Narodzenie” (Majka nie pozwoliła jej schować, więc czytaliśmy o świętach również w lipcu…), w tym roku sięgnęłyśmy po drugą świąteczną pozycję z tej serii – „Basia i zwierzaki”. Ta część skupia się wokół szykowania choinkowych dekoracji, które przybierają naprawdę niespodziewane kształty. Są tak lwy, zebry i dinozaury, w końcu dzieci chcą umieścić na wyjątkowym drzewku to, co lubią najbardziej.

Książka występuje w dwóch wersjach – klasycznej i rozszerzonej o zestaw basiowych dekoracji choinkowych do samodzielnego wykonania. My mamy ten drugi, ale cała zabawa jeszcze przed nami, bo książka jest jednym z zadań w majkowym kalendarzu adwentowym.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2016, 64 s.

„Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Idą Święta” Agnieszka Mielech, Magdalena Babińska – ta książka trafiła na tegoroczną listę właściwie przez przypadek, bo dotychczas nie miałam przyjemności poznać Emi i jej przyjaciół. Książkę dostałam jednak w przedświątecznym prezencie – chciałam przejrzeć ją na szybko i nawet nie zauważyłam, kiedy mnie wciągnęła mnie na dobre. Bo czyta się lekko i płynnie, a i pomysł jest super – bardzo przypadła mi do gustu koncepcja niskobudżetowych świąt DIY pozbawionych przedświątecznej sklepowej gorączki i kompletny luz zamiast bożonarodzeniowej gorączki. Świetna sprawa! Opowiadanie dopełnione zostało garścią przepisów prosto z archiwum Tajnego Klubu Superdziewczyn – zarówno tych kulinarnych (gorączka czekolada niesamowicie mnie kusi!), jak i na prezenty i dekoracje własnej produkcji. Dla zaczytanej nastolatki będzie jak znalazł!

Agnieszka Mielech, Magdalena Babińska, Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Idą Święta, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 199 s.

I jeszcze co nieco w trzeszczących mrozem, zimowych klimatach:

„Skrzat nie śpi” Astrid Lindgren, Kitty Crowther – XIX-wieczny wiersz szwedzkiego wiersza przepuszczony przez wyjątkową wyobraźnię Astrid Lindgren, czyli zimowa opowieść napisana prozą o bardzo poetyckim klimacie i filozoficznym wydźwięku. Ogrzewająca serca historia zakopanej w zaspach zagrody i jej baśniowego, małego opiekuna czuwającego nad spokojnym snem i dobrobytem mieszkańców.

Astrid Lindgren & Kitty Crowther, Skrzat nie śpi, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki: 2015, 28s.

„Mama Mu na sankach” – czasami człowiek myśli, że widział już w życiu wszystko. I wtedy trafia na książkę o krowie zjeżdżającej na sankach. Sięgnijcie po nią choćby dla okładki, a potem wraz z dziećmi poznajcie historię o radości czerpanej z prostych przyjemności, perfekcjonizmie, który wcale nie jest taki niezbędny w życiu i upadkach, które czasami bywają nie porażką, a najlepszą częścią zabawy.

Jujja Wieslander, Tomas Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na sankach, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2007, 28 s.

„Zimowa wyprawa Ollego” Elsa Beskow – nikt nie potrafi tak cieszyć się ze wszędobylskiego śniegu i siarczystego mrozu, jak dzieci. Kilkuletni Olle marzy o wypróbowaniu nowych nart, dlatego nie może doczekać się zimy okraszonej porządnie sporymi opadami śniegu. Kiedy biały puch nareszcie się pojawia, jego radość nie ma końca, szczególnie, że mama pozwala mu zostać na dworze aż do zmroku. Uszczęśliwiony chłopiec, zachwycony malowniczym krajobrazem głośno dziękuje Królowi Zimy za przybycie. I właśnie w ten sposób zaczyna się jego wielka przygoda.

Ma zaszczyt poznać poczciwego Wujka Szrona, który staje się jego przewodnikiem po magicznym świecie śniegu i lodu – odwiedzają wspólnie pałac Króla Zimy i poznają małych pracusiów bez wytchnienia szykujących wymarzone prezenty dla dzieci – narty, sanki i łyżwy.

To odświerzający odpoczynek od komercyjnego wizerunku św. Mikołaja i jego fabryki pełnej elfów – oparty na tym samym schemacie, a jednak jakoś bardziej prawdziwy, być może ze względu na mniejszą krzykliwość.

Co prawda pojawia się tutaj tematyka świątecznych prezentów – najpierw szykowanych w pałacu Króla Zimy, a następnie dostarczanych przez Wujka Szrona, kwintesencją tej historii jest zdecydowanie zima, nie święta. Ta książka to kwintesencja dziecięcego zachwytu zimą w prawdziwie  baśniowym opakowaniu.

Elsa Beskow, Zimowa wyprawa Ollego, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 32 s.

„Opowieści z parku Percy’ego. Mroźna noc” Nick Butterworth – jeśli szukacie opowieści idealnej do wspólnego przytulania się pod kocem w wyjątkowo lodowaty zimowy wieczór, to ta będzie idealna. Percy troskliwie dba o zwierzęta w swoim parku, karmi je i dogląda. Przychodzi jednak wieczór, kiedy zimowa aura zmusza jego małych przyjaciół do proszenia o ciepłe schronienie. Czy wszyscy mieszkańcy lasu zmieszczą się w łóżku gospodarza?  Bardzo ładnie ilustrowana, niedługa i przesympatyczna zimowa historia o przyjaźni, współczuciu i dzieleniu się tym, co się ma. W sam raz dla przedszkolaka.

Nick Butterworth, Opowieści z parku Percy’ego. Mroźna noc, Łódź: Wydawnictwo AMEET, 2008, 27 s.

„Reksio. Zimowa przygoda” – niejednokrotnie już wspominałam, że Reksia zdecydowanie lepiej nam się czyta i słucha w formie audiobooka, niż ogląda na telewizorze. Dlatego też książkowa wersja jednego z zimowych odcinków popularnej dobranocki to dla nas strzał w dziesiątkę. Duży format, twarda oprawa i ilustracje na całych stronach czynią z tej pozycji książkę, która zaciekawi każdego malucha. Nie mówiąc już o Reksiu samym w sobie. I o zimie, bo tej jest tu mnóstwo – od gwiazdek śniegu na czubku nosa, przez rozmaite zabawy i harce w śniegu, mrożącą krew w żyłach przygodę aż po przestrogę dotyczącą bezpieczeństwa podczas wchodzenia na lód. Sympatyczna, ładna i mądra. I jednak pojedyncze opowiadanie czyta się trochę wygodniej, niż cały zbiór w jednym tomie.

Reksio. Zimowa przygoda, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 32 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania” Marta Galewska-Kustra – całokartonowych, dźwiękonaśladowczych książeczek o rodzinie Pucia do nauki mówienia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Trzeci, czyli już na całkiem zaawansowanym poziomie, tom poświęcony jest zimowej wycieczce w góry. Pucio jedzie do cioci i wujka, gdzie wyczekuje śniegu, karmi zwierzęta w lesie, buduje karmnik dla ptaków, a kiedy śnieg wreszcie sypnie, oddaje się białemu szaleństwu, a nawet jedzie psim zaprzęgiem! Osobiście najbardziej lubię ten fragment, w którym puciowy tata nie słucha napomnień mamy i łamie nogę. Poza bogato ilustrowaną historią, w książce znajdziemy również margines prezentujący poszczególne obiekty wraz z ich nazwami, a także czynności wraz z pytaniami pomocniczymi, np. „Co robi?”. A dwie ostatnie strony to wielka powtórka słownictwa.

Marta Galewska-Kustra, Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Bajki Majki: „Księżniczki i smoki” Christina Björk, Eva Eriksson

Nie jest łatwo być smokiem. Ani księżniczką, prawdę powiedziawszy. Ale jakby na to nie patrzeć, chyba najtrudniej jest być rodzicem. Nie ważne którego gatunku.

„Księżniczki i smoki” to zbiór siedmiu niedługich, bardzo bogato ilustrowanych opowiadań – po jednym na każdy dzień tygodnia. Dzięki nim poznajemy siedem wysoko urodzonych kuzynek i mamy przyjemność spędzić z każdą z nich jeden dzień. I z każdą z nich przeżyć przygodę, od której włosy się na głowie jeżą.

Bo te historie są kompletnie nieedukacyjne i absolutnie niepoprawne! W końcu czy wiedzieliście, drodzy rodzice, że sceptyczne podejście do higieny i unikanie mydła może kiedyś uratować Wasze córki przed porwaniem przez smoka?

Przede wszystkim jest komicznie i zaskakująco (serio, te opowiadania wymykają się wszelkim standardom, nie tylko tym ze smoczo-księżniczkowego kanonu, ale również tym po prostu zdroworozsądkowym!), ale znajdziemy tu również garść mądrości. Bo księżniczki potrafią się dzielić, nieźle negocjować, bronić młodszego rodzeństwa, obstawać przy swoim i generalnie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Mają też jednak pozłacane telewizory i komputery. Bywają humorzaste, nadąsane, leniwe i uparte. Nie słuchają rodziców (którym swoją drogą też daleko do ideału). To w końcu małe dziewczynki.

A i sprytne smoki nieźle kombinują! Mają zęby w kształcie korkociągu i podpijają poziomkowe wino z królewskiej piwnicy. I oczywiście stale próbują porwać nasze bohaterki.

Jest też księżniczka, która spotyka w internecie złego smoka, po czym pomaga mu szukać miłości na stronach z ogłoszeniami matrymonialnymi.

Nigdy nie widziałam czegoś takiego i wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku.

Ta książka jest zła. Genialnie, cudownie zła. Dzieci będą ją uwielbiać!

PS. Ilustracje są boskie, kiedy zwątpicie w wychowawcze walory tekstu, po prostu cieszcie oczy obrazkami, a wasze rodzicielskie serca wypełni otucha.

PS.2. Czy wspominałam już kiedyś, że UWIELBIAM SMOKI?

Christina Björk, Eva Eriksson, Księżniczki i smoki, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 36 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” Eric Carle

Po fenomenalnej „Bardzo głodnej gąsienicy” z dziurkami i całkiem uroczym „Pajączku” z wypukłymi elementami, trafiłyśmy z Maj na kolejną książkę Erica Carle, która skradła nasze serducha – do tego stopnia, że Maja sama przyszła do mnie po pieniążki, bo chciałaby kupić sobie jedną książeczkę na pikniku literackim.

Ta nowość (a przynajmniej w polskim tłumaczeniu, bo zdaje się, że oryginał został napisany jakoś w latach osiemdziesiątych) to dla odmiany książeczka – rozkładanka.

Główna bohaterka, Monika, ma pewne marzenie – bardzo chciałaby pobawić się z księżycem. A któż nadaje się lepiej do spełniania dziecięcych marzeń, niż tata? Zaopatrzony w naprawdę długaśną drabinę wyrusza zdobyć księżyc dla swojej córeczki. Ten co prawda okazuje się być nieco zbyt duży, ale na całe szczęście, jak możemy zaobserwować na przeciągu miesiąca, księżyc przecież maleje.

Strasznie sympatyczny pomysł na wytłumaczenie ciekawskiemu maluszkowi zjawiska faz księżyca i przy okazji (a może przede wszystkim!) pełna ciepła opowieść o cudach, do jakich jest zdolny tata zakochany w swojej małej córeczce. A my kochamy książeczki o tatusiowej miłości.

Książeczka jest niewielka i całokartonowa, dzięki czemu sprawia wrażenie naprawdę wytrzymałej, mimo ruchomych, otwieranych elementów. Bo część stron rozkłada się tak, by pokazać wyjątkową długość drabiny, wysokość, na jaką wspina się tata, czy ogrom księżyca.

W całej historii niewiele jest słów (dla porównania, mniej więcej o 1/3 mniej niż w książeczce o gąsienicy) – zdecydowanie dominują charakterystyczne dla autora, malarskie ilustracje, głównie w pięknych odcieniach ultramaryny. Tekst jest jedynie dopełnieniem i objaśnieniem sytuacji – po jednym, dwóch zdaniach (a czasem nawet słowach) na stronę. Co ciekawe, ani trochę nie umniejsza to całej historii.

Od niedawna to nasza ulubiona książeczka na dobranoc. Bardzo polecamy.

Eric Carle, Tato, zdobądź dla mnie księżyc, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2018, 34 s.

Bajki Majki: „Mitologia. Przygody słowiańskich bogów” Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło

Tak, to jedna z tych książek, które z pełną premedytacją kupiłam dla siebie zasłaniając się faktem posiadania dziecka (niecałe 3 lata, oj tam oj tam!) i budowania biblioteczki na przyszłość. Ale prawda jest taka, że w swoim czasie z prawdziwą przyjemnością podsunę ją mojej córce. A na razie sama skorzystam.

Strasznie się cieszę, że nareszcie powstają pozycje takie jak ta – dotychczas nasza rodzima, słowiańska mitologia traktowana była po macoszemu przygnieciona popularnością monumentalnego dziedzictwa grecko-rzymskiego i coraz częściej pojawiających się motywów zaczerpniętych z kultury skandynawskiej. O ile dobrze pamiętam, w szkole poznaje się wyłącznie jeden słowiański mit, chyba o Światowidzie, bogu o czterech obliczach.

Sama dowiedziałam się nieco więcej na temat słowiańskich bogów całkiem niedawno z fantastycznych książek „Bestiariusz słowiański” i „Mitologia słowiańska”. I chociaż tą pierwszą widziałam ostatnio na dziale dziecięcym w markecie, to jednak nieszczególnie rekomenduję tą encyklopedię jako źródło wiedzy dla najmłodszych, a raczej dla ciekawskich kończących już pomału podstawówkę. Natomiast książka Melanii Kapelusz skierowana jest właśnie do tych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją szkolną przygodę. Według mnie można ją spokojnie sprezentować już ośmiolatkowi. I będzie to piękny i wartościowy prezent.

No właśnie – ta książka jest piękna i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Jak większość pozycji z egmontowej serii ART, została starannie wydana i jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Duży format, twarda oprawa i magiczne ilustracje zakomponowane na całych stronach to już uczta dla wyobraźni sama w sobie. A do tego tekst faktycznie traktujący wierzenia naszych przodków jako cudowne i zaskakujące przygody.

Pięć mitów przybliżających czytelnikowi w jaki sposób Słowianie tłumaczyli sobie istnienie świata i zjawiska pogodowe zakończonych zostało krótkim słowniczkiem z krótkimi opisami bogów, jakbyśmy podczas lektury zapomnieli kto jest kim. I jedynym, czego trochę zabrakło, jest spis treści.

Mi osobiście czytało się świetnie. Znalazłam tu nie tylko znane mi już mity subtelnie przystosowane do sugerowanego wieku odbiorców, ale również zupełnie nowe opowieści. Bez wahania polecam i małym i dużym, bo to przygoda dla czytelnika w każdym wieku.

Piękna i wartościowa. I nareszcie mamy się czym pochwalić, bo przygody naszych bogów, szczególnie tak atrakcyjnie przedstawione, nie odstają w niczym heroicznym opowieściom o bogach greckich, czy nordyckich.

Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło, Mitologia. Przygody słowiańskich bogów, Warszawa: Wydawnictwo EGMONT ART, 2018, 82 s.