Bajki Majki: „Sekret pustej książki” Marta Kucharz

Jak zachęcić dziecko do czytania? Interaktywnie! Zagadkami, tajemnicami i literackimi podchodami.

Kiedy Hania, z powodu przeprowadzki, otrzymuje w spadku po poprzednich właścicielach olbrzymi regał od góry do dołu wypełniony książkami, jest daleka od zachwytów. To w końcu raczej średnia atrakcja dla kogoś, kto nie lubi czytać. Z tego samego powodu jedyna sąsiadka w wieku zbliżonym do Hani wydaje się strasznie nudnym materiałem na przyjaciółkę – całymi dniami nic, tylko siedzi z nosem w książce. Takie nastawienie może zmienić tylko jakieś niezwykłe zdarzenie. Albo przygoda! A taką właśnie zapowiada zagadka odnaleziona w jednym z wiekowych tomów. Zagadka, do której rozwiązania przyda się oczytana znajoma, jej aportujący kot i… zdziwaczała staruszka z sąsiedztwa? Tajemniczy liścik prowadzi do kolejnego i jeszcze następnego, a na końcu tej zakręconej drogi ma czekać skrzynia ze skarbem!

Niedługa, intrygująca i bardzo pomysłowa historia poruszająca uniwersalne tematy, jak obawy związane ze zmianą środowiska, lęk przed odrzuceniem i przyjaźń – nie tylko między rówieśnikami. To po prostu międzypokoleniowe czytelnicze podchody!

To świetna propozycja dla dzieci, które radzą już sobie z samodzielnym czytaniem, ale jeszcze nie tak płynnie, by porywać się na powieść standardowego formatu. „Sekret pustej książki” budową przypomina kultowe książeczki o Hani Humorek, czy Koszmarnym Karolku – szczególnie pod względem sporej, wygodnej czcionki o dużej interlinii i krótkich rozdziałów bogato przetykanych ilustracjami. Jest jednak od nich bardziej atrakcyjny wizualnie. Wydanie jest wyjątkowo ładne – w twardej oprawie, na błyszczącym papierze, z kolorowymi ilustracjami Elżbiety Moyski, które wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Ciekawa, pomysłowa, ładna i dostosowana do potrzeb czytelnika stojącego na progu swej wielkiej książkowej przygody. Naprawdę warta uwagi, świetnie sprawdzi się jako prezent dla dziecka, które chcemy zarazić czytelniczą pasją.

Marta Kucharz, Sekret pustej książki, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 105 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Bajki Pani Basi”, Barbara Delimat + KONKURS

Przychodzę do Was dzisiaj z piękną historią – pewna pani napisała kiedyś króciutką bajkę dla swoich córek. Lata później tą samą bajkę pokochały również jej wnuczki. Z jednej bajeczki zrobiły się dwie, później trzy i cztery. A kiedy i wnuczki dorosły, pojawił się pomysł, by twórczością mamy i babci – Pani Basi – podzielić się również z innymi dziećmi. Znalazły uzdolnioną ilustratorkę, której pracy dodały opowieściom magii i wspomogły wyobraźnię. Wspólnymi siłami udało im się wydać niewielki nakład czterech sympatycznych, bajkowych historii, mniej lub bardziej magicznych, pełnych ciepła i delikatnego uroku.

Wszystkie książeczki zostały wydane w wyjątkowy sposób – są wielkości A4, ale w orientacji poziomej, co bardzo korzystnie wpływa na odbiór ilustracji. Ze względu na miękki papier, rekomenduję je już nieco bardziej wprawionym czytaczom, albo pod czujnym okiem rodzica.

DSC_0472.jpg

„Przygody Krasnala Kichusia”, czyli ta, od której wszystko się zaczęło, to ślicznie zilustrowana, króciutka opowieść o leśnym krasnalu, znanym nie tylko z uprzejmości i przyjacielskiego stosunku do sąsiadów, ale również z pewnej specyficznej przypadłości – naprawdę solidnych kichnięć, od których las trzęsie się w posadach! Nigdy nie zgadniecie co się stało, kiedy pewna psotna mucha postanowiła spłatać naszemu bohaterowi figla i, wlatując mu do nosa, skłoniła biedaka do nieprzerwanego kichania. Czy przyjaciele zdołają uwolnić Kichusia od pasażerki na gapę?

Tekst tej bajeczki łatwo wpada w ucho – jest melodyjny, a rymy należą do tych prostych, dobieranych niemalże intuicyjnie i dzięki temu łatwych w odbiorze nawet dla malutkiego odbiorcy. Tekstu nie ma wiele – prym zdecydowanie wiodą tu barwne, rozmalowanie ilustracje, które wraz z zabawną, rytmiczną treścią przypadną do gustu już najmłodszym przedszkolakom. A jeśli jakiś maluszek nie ma niszczycielskich ciągot do stron z cienkiego papieru, to moim zdaniem spokojnie można czytać ją i młodszym molikom.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Przygody Krasnala Kichusia, wydanie prywatne 2016, 13 s.

Ulubiona książeczka Majki (głownie ze względu na spory udział kocich bohaterów) – „Babcia Mania” zabiera czytelników na wycieczkę na wieś, gdzie mogą poobserwować nieco sielskiego życia. A to nie jest nudne ani trochę! Babcia Mania ma wielkie serce i w jej zagrodzie zawsze można znaleźć pomoc w potrzebie, pełną miskę i suchy kąt. Dlatego też to gospodarstwo tętni życiem – gołębie, wróbelki i inne ptactwo zlatuje się na okruszki, słoninkę i ziarenka, ranne leśne zwierzęta przychodzą po leczenie, a samotna kotka znajduje tu swój dom. To pełna domowego ciepła, cierpliwości i wyrozumiałości opowieść o otwartym sercu i pomaganiu sobie wzajemnie.

Jest to już bardziej obszerna książeczka, nie tylko dłuższa, ale również o większej objętości tekstu. Choć delikatne ilustracje wciąż pełnią tu bardzo ważną rolę, zajmują jedynie jedną stronę, druga w całości poświęcona jest treści, tym razem opowieści pisanej prozą.

A na samym końcu na czytelników czeka mała niespodzianka – miejsce, gdzie mogą upiększyć swoją książeczkę ozdabiając ją własnym portretem Babci Mani i jej przyjaciół.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Babcia Mania, wydanie prywatne 2017, 27 s.

Niedługa książeczka „Bazyli w podróży”, czyli wakacyjna przygoda krasnala Bazylego, to tak naprawdę przewodnika po Wrocławiu dla małych odkrywców. A właściwie przewodnik po wrocławskich krasnalach – nie miałam pojęcia, że jest ich tak wiele! Bazyli dostaje zaproszony w odwiedziny do kuzyna Bazylego, który wraz z resztą rodziny zamieszkuje wrocławskie uliczki, zaułki i fontanny. Krewniacy prześcigają się w pomysłach dokąd najpierw zabrać gościa i jaki rodzaj aktywności zainteresuje go najbardziej – zwiedzanie zabytków, Ogród Botaniczny, dzielnica artystów, a może drzemka na parkowej ławce? Na każdą atrakcję znajdzie się chwila!

Choć to sympatyczni, brodaci przyjaciele oprowadzają nas po mieście, nie sposób nie docenić cudnych ilustracji, równie istotnych przy wyobrażaniu sobie odwiedzanych miejsc. Szczegółowe, klimatyczne akwarele dodają miastu nutkę bajkowości – tak pasującą do niezwykłych bohaterów tej opowieści. Podobnie jak nieoczywiste, znacznie trudniejsze, niż w przypadku pierwszej krasnoludkowej bajki, rymy i stylizowany szyk zdania.

Barbara Delima, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Bazyli w podróży, wydanie prywatne 2017, 13 s.

Najnowsza i najobszerniejsza jak dotąd bajka Pani Basi – „Jaś Nie” to zdecydowanie moja faworytka. Może dlatego, że zachowanie głównego bohatera czasem kogoś mi przypomina?

Jaś to gagatek jakich mało – jego najulubieńszym na świecie słowem jest „nie”, szczególnie gdy chodzi o pomoc mamie, słuchanie dobrych rad, czy dzielenie się zabawkami. Uwielbia też robić na przekór, a każdy z nakazów i zakazów opiekuńczych rodziców to nieoparta pokusa, by robić na przekór. Jaś nie wie jeszcze, że słowa rodziców powodowane są troską o jego bezpieczeństwo, a zakazy i zabezpieczenia broniące dostępu do studni, czy maszyn w garażu mają za zadanie go chronić. Jednak już wkrótce to zrozumie, gdy tylko wymknie się niepostrzeżenie przez niedomkniętą furtkę. A w lesie bardzo łatwo się zgubić…

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Jaś Nie, wydanie prywatne 2018, 29 s.

Więcej o Bajkach Pani Basi możecie przeczytać na jej stronie internetowej, a niedługo również na budowanym dopiero profilu na Instagramie. Również tam można dokonać zakupu – cena jest symboliczna, a ze względu na mały nakład bajeczki mają szansę stać się niedługo białymi krukami.

Możecie również spróbować swoich sił w KONKURSIE.

Dzięki uprzejmości autorek mam dla was cały zestaw Bajek Pani Basi do wygrania. Wystarczy napisać o jakim bohaterze chcielibyście przeczytać bajkę i dlaczego. Konkurs trwa od dziś do 15.08, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu dwóch dni.

Wzięcie udziału w konkursie jest równoznaczne ze zgodą na udostępnienie (drogą mailową) danych niezbędnych do wysyłki nagrody oraz przekazanie ich sponsorowi konkursu.

Bajki Majki: „Ilustrowany inwentarz kwiatów” Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel

To już czwarty „Ilustrowany Inwentarz”, jaki został wydany w Polsce i drugi na naszej domowej półce, ale pierwszy, który tak dobrze wpisał się w nasze aktualne potrzeby.

Co prawda zaniżamy nieco skalę wieku – Maja ma dopiero (aż!) 3,5 roku, a sugerowany wiek odbiorcy, to 6+, ale wchodzimy właśnie pomalutku w etap pytań o wszystko. A co najskuteczniej przyciąga wzrok małego człowieka na przełomie wiosny i lata? Kolorowe, pachnące kwiaty znajdujące się akurat na wysokości przedszkolaka. Generujące 1000 pytań na sekundę. Z jakiegoś powodu, kiedy nie wiem jak dany kwiatek się nazywa, Maja każe mi go powąchać, żebym się dowiedziała. Ten sposób niestety nie działa tak dobrze, jak wspólne poszukiwania danej roślinki w przepięknie ilustrowanej encyklopedii, w której kwiaty zostały posegregowane… kolorami!

Co prawda inwentarz zawiera ryciny i opisy zaledwie 65 z około 230 000 gatunków roślin kwiatowych (nie, nie jestem taka mądra – wyczytałam to we wstępie), ale przynajmniej sześć z nich udało nam się już wspólnie odszukać w przydomowym ogródku. Bo większość z wybranych okazów to rośliny występujące w naszym klimacie i możliwe do odnalezienia poza kwiaciarnią, czy palmiarnią, a to ogromny plus.

Każda plansza przyciąga widza misterną ryciną wyrysowaną tuszem i pokolorowaną akwarelą. Towarzyszy jej krótki opis rośliny wraz z jej polską i łacińską nazwą, klasyfikacją, informacjami na temat miejsca występowania, czasu kwitnienia i zapadającymi w pamięć ciekawostkami. Bo czy wiedzieliście, że cebulka hiacynta jest trująca?! Albo, że listki nasturcji nie tylko można jeść, ale są w dodatku prawdziwą bombą witaminową? Znacie rozbudowaną symbolikę lilii i mityczną historię jej powstania? Jeśli nie, to zachęcam do zgłębiania tajemnic, które zainteresują nie tylko dziecko. Szczególnie, że opisywanym kwiatom towarzyszą różnorodne okazy owadów, a nawet niewielkie ptaki i ssaki, dzięki czemu robi się jeszcze ciekawiej.

Zbiór ukwieconych plansz poprzedza niedługi wstęp wprowadzający czytelnika w temat. Dowiemy się dzięki niemu co nieco na temat budowy, rozmnażania i wzrostu roślin kwitnących, a także poznamy podstawową terminologię.

Ta książka wyjątkowo satysfakcjonuje pod względem wizualnym nie tylko ze względu na ilustracje, ale również na sposób wydania. Elegancki papier, twarda oprawa i rozplanowanie stron pozwalają popuścić wodzy wyobraźni i dojrzeć w Inwentarzu nie książkę, a notes botanika sprzed stulecia. Piękny pomysł na przekazywanie wiedzy i zaspokajanie dziecięcej ciekawości.

Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel, Ilustrowany inwentarz kwiatów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 68 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba” Przemysław Wechterowicz, Gabriela Cichowska

Prozę Przemysława Wechterowicza znamy już nie od dziś – „Uśmiech dla żabki”, „Proszę mnie przytulić” i, swego czasu najulubieńsza na świecie, „Być jak tygrys” stopniowo zadomowiały się na majeczkowej półce towarzysząc nam w naszej czytelniczej przygodzie niemalże od samego jej początku. I każda kolejna książka potwierdza tylko wielkość autora.

„Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu…” znacznie się wyróżnia wśród znanych nam już opowieści Pana Wechterowicza. Może dlatego, że napisana została dla starszych dzieci, które są już w stanie nieco więcej zrozumieć (sugerowany wiek odbiorcy to 5+), ale przede wszystkim ze względu na jej klimat. To faktycznie baśń z prawdziwego zdarzenia – oniryczna, tajemnicza, trochę smutna i skłaniająca do refleksji. Złożona aż z trzech osobnych historii szkatułka wprowadza małego czytelnika w zupełnie nowy sposób odbioru opowieści. Uczy łączenia faktów i szukania analogii w pozornie nie związanych ze sobą narracjach.

To opowieść o zupełnie zwyczajnym misiu, jakich w lasach żyją zapewne setki. Kiedy ten na swojej drodze natrafia na tajemniczy przedmiot – książkę – nie spodziewa się nawet jak bardzo umiejętność czytania i przeżywania opowieści zamkniętych na kartach książek potrafi zmienić życie. Pragnie podzielić się ze swoim wspaniałym odkryciem ze wszystkimi mieszkańcami lasu, szybko okazuje się jednak, że nikt go nie rozumie i wcale nie tak łatwo jest zarazić kogoś swoją pasją.

Nostalgiczna historia o samotności w tłumie, braku zrozumienia i inności. O głębokiej potrzebie przyjaźni, poszukiwaniach bratniej duszy i wytrwałości. O marzeniach i prawdziwych przyjaciołach. I o tym, że czasami najlepszym ratunkiem jest po prostu przy kimś trwać.

O pasji czytania i o tym, że rozsmakowując się w książkach mamy szansę na przeżywania miliona żyć. O niecodziennych rozwiązaniach i odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. O tym, że inny znaczy wyjątkowy.

Nastrojowa i nieco poetycka historia tchnąca przykurzonym nieco duchem romantyzmu.

I, co wyjątkowo ważne – przepięknie opracowana graficznie. Monochromatyczne ilustracje w odcieniach szarości i brązu są połączeniem pasteli, kolarzu i delikatnych pociągnięć ołówka. Oddzielają od siebie poszczególne historie i jednocześnie łączą je w nierozerwalną całość. Budują nastrój, wzbudzają emocje i zachwycają na każdej ze stron.

To jedna z książek będących małymi dziełami sztuki, w których słowo idealnie współgra z obrazem, a ponadczasowe przesłanie ma szansę zostać z czytelnikiem na zawsze. Książka, która potrafi choć na chwilę zatrzymać pęd codzienności. Z pewnością nie tylko dla dzieci.

Przemysław Wechterowicz, Gabriela Cichowska, Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2019, 72 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: „Szczęście. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastian Van Doninick

Trzymam w rękach książkę, która spełnia wszystkie aspekty prezentu idealnego. Niejednokrotnie spotkałam się z pytaniem o najlepszą książkę-pamiątkę dla dziecka. Taką, którą nie tylko będzie się z przyjemnością czytało, ale która będzie również niosła jakąś naukę na przyszłość i sprawdzi się w roli uniwersalnego drogowskazu.

„Szczęście. Opowiastki dla dzieci” to zbiór 10 króciutkich historyjek (słowo „opowiastki” pasuje tu idealnie, bo to kondensacja treści w naprawdę niewielkiej ilości tekstu), każda z ptasim bohaterem w roli głównej. Proste, ale niezwykle rozćwierkane scenki przybliżają małemu czytelnikowi wartości, które, według badaczy z London School of Economics (co brzmi mądrze) i samego autora, będącego twórcą psychologii pozytywnej (jeszcze mądrzej) mogą być kluczami do szczęścia. Chociaż sformułowania takie jak „umiejętność określania własnych celów”, „wchodzenie w relacje”, czy „uważność i docenianie otaczającego nas świata” zdają się nie tylko sztywniackie, ale i zniechęcające na pierwszy rzut oka, to poszczególne opowiadania, będące przykładami zastosowania owych wartości w praktyce (i to ptasiej praktyce!) rozwiewają wszelkie wątpliwości. Pomysłowe, dopasowane do możliwości poznawczych dziecka, przepełnione świergocącymi onomatopejami i momentami całkiem zabawne historie wyjątkowo wdzięcznie przemieniają kanciaste słowa teorii i codzienną praktykę.

Każda opowiastka zakończona została rzetelnym opracowaniem – pytaniami, które można zadać dziecku (dotyczącymi zarówno treści, jak i tematu w ogóle), tematami do wspólnych rozważań, opisem „szczęśliwego zagadnienia”, pomocniczymi pytaniami do rodzica, zachęcającymi do dzielenia się z dzieckiem własnymi doświadczeniami i przykładowymi pomysłami zadań związanych z tekstem – zarówno plastycznych, jak i ruchowych.

Pięknie zilustrowane ptaki, mogą nie tylko stanowić dla dziecka wzorce postępowania, ale również zaszczepić w nim ciekawość i chęć obserwacji świata przyrody. Szczególnie, że każdy ze skrzydlatych bohaterów doczekał się krótkiego opisu.

Pomijając kwestie filozoficzne, sama dowiedziałam się ciekawostek na temat gatunków ptaków, o których istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Wraz z córką poznałyśmy sposób budowania gniazd przez Sporopipes frontalis, dowiedziałyśmy się w jaki sposób kakadu odstraszają drapieżniki, jakiego koloru są małe flamingi i jakie ptaki potrafią latać również pod wodą.

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 6-9 lat, uważam, że to książka dla każdego. Trzylatka słucha z chęcią i jest oczarowana ilustracjami, a i dorosły chętnie poświęci chwilę na refleksję.

„Szczęście” zostało fantastycznie wydane – ma duży format, twardą oprawę, strony ze sztywnego papieru i mnóstwo dużych, klimatycznych ilustracji. To jedna z tych niewielu książek, które aż proszą się o wzruszającą dedykację i podarowanie dzieciatym przyjaciołom. Dajemy w ten sposób nie tylko książkę, która być może okaże się pomocna w poszukiwaniach szczęścia i życiowej satysfakcji, ale przede wszystkim największą wartość – czas spędzony wspólnie.

Leo Bormans, Sebastian Van Doninick, Szczęście. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Grajki Majki: „Kruki”, Thorsten Gimmler

Nie wiem, jak to się stało, ale aż do momentu zagłębienia się w instrukcję, byłam przekonana, że „Kruki” są dodatkiem do „Snu”. Okazuje się jednak, że to zupełnie odrębna gra – i to o całkowicie odwróconych wartościach. Podczas gry w „Sen” staraliśmy się, by nasze krainy miały jak najmniejszą liczbę kruków, tutaj natomiast wcielamy się ni mniej, ni więcej, jak właśnie w role kruków odwiedzających ludzkie sny. I prawdę powiedziawszy ta koncepcja wychodzi grze na dobre. Wygląda na to, że kruki były nie tylko moimi ulubionymi bohaterami…

Dwuosobowa rozgrywka ma formę wyścigu, w którym udział biorą biały i czarny kruk. Przed nimi rozpościera się trasa złożona z przeróżnych krain sąsiadujących ze sobą w zupełnie losowy sposób. Dzięki kartom lotu przedstawiającym dane krainy i kartom akcji specjalnych, gracz przemieszcza swojego kruka z jednej krainy, do drugiej. I musi zrobić to szybciej, niż jego przeciwnik.

W moim odczuciu to gra jest łatwiejsza niż „Sen”, bo nie wymaga liczenia i notowania wyników. Wszystko, co zostało nam dane, widzimy przed sobą i możemy w spokoju knuć intrygi. I udaremniać intrygi przeciwnika. A wybór, czy lepiej pomagać sobie, czy szkodzić współgraczowi nigdy nie jest łatwy! Bo w tej grze można poważnie zamieszać – do tego właśnie służą karty akcji. Poza grzecznymi i poprawnymi poleceniami przesuwania swojego pionka o pole do przodu, lub cofania pionka przeciwnika, można również zupełnie zmienić trasę wyścigu poprzez przesunięcie, obrócenie, lub zamianę kart, a nawet… stworzyć objazd, czy drogę na skróty! A że niestety jestem jedną z tych osób, którym duch rywalizacji nie pozwala przemyśleć strategii „na chłodno”, wychodzą mi czasami zupełnie zaskakujące rzeczy.

Fantastycznie, że udało się zachować ulotny, nieco niepokojący i absolutnie fantastyczny senny klimat. „Kruki” to pięć zupełnie nowych onirycznych krain do odwiedzenia, które jednocześnie cieszą oko i powodują dreszcze.

Idealna do grania wieczorem, chociaż nie gwarantuję, że adrenalina pozwoli szybko po niej zasnąć.

Swoją drogą marzy mi się wersja „Magazyniera”, w której będę mogła grać wszędobylską myszką szabrującą towary.

Kruki
Autor: Thorsten Gimmler
Ilustracje: Marcin Minor
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Bajki Majki: „Ratunku! Najmilszy smok na świecie” Jonny Lambert

Wszyscy już chyba doskonale wiedzą, że KOCHAM SMOKI! Majka jest aktualnie na etapie, kiedy to zdecydowanie bardziej ceni się wyfiokowane, obsypane brokatem księżniczki, niż wielgachne, latające gadziny, ale małymi kroczkami staram się to zmienić. A ta książeczka idealnie się nadaje do ocieplania smoczego wizerunku.

Smoczyca Safi ma już dość samotnego odciskania sobie pośladków na zimnych kamieniach wysokich gór, postanawia więc poszukać nowego domu i najprawdziwszych przyjaciół. Czy łatwo jest jednak zrobić odpowiednie pierwsze wrażenie, kiedy jest się kichającym językami ognia, olbrzymim smokiem poruszającym się na ziemi z wdziękiem słonia w składzie porcelany? Są takie chwile, kiedy najlepsze nawet chęci nie wystarczą, by zaskarbić sobie czyjąś sympatię. Jednak każdy smok dobrze wie, że nie należy się poddawać!

To książeczka, która nie tylko rozczula, tak już przecież oklepaną historią zdobywania przyjaźni i podbija serca przesympatyczną bohaterką. To też opowieść o niedopasowaniu i odmienności. O trudnych początkach, nieporozumieniach i nieporadnych staraniach. O nieustawaniu w pracy nad osiągnięciem celu, o dawaniu drugiej szansy i potrzebie ochrony słabszego. O niezrozumieniu intencji drugiej osoby, nieszczęśliwych przypadkach i wyzwaniu, jakim jest komunikacja. O słuchaniu i otwartości na drugiego człowieka (albo smoka). O zwyczajnej codziennej uprzejmości. Tak mało tekstu, tak wiele treści.

Koniecznie trzeba wspomnieć o ilustracjach, bo te są prawdziwie bajeczne! Obrazy zbudowane zostały za pomocą przenikających się, tęczowych barw, wycinanek, odcisków w farbie, różnorodnych kształtów i tekstur. A wszystko to, poukładane na białym tle, przywodzi mi na myśl wycinane niegdyś pieczołowicie szkolne teatrzyki. Efekt jest rewelacyjny. Bez krztyny przesady.

Jeśli, podobnie jak ja, macie słabość do smoków, nie wahajcie się ani chwili. A jeśli jeszcze na smoki nie wymiękacie, to po tej lekturze na pewno je pokochacie!

Jonny Lambert, Ratunku! Najmilszy smok na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Nie bój się, misiu!” Steve Smallman, Caroline Pedler

„Nie bój się, misiu!” to książeczka, która przyciągnie do siebie każdego, kto ma słabość do książek dziecięcych samą swoją obecnością na półce. I większość tych, którzy takiej słabości na co dzień nie przejawiają.

Przepiękne, delikatne, bajkowe ilustracje sprawiają wrażenie, że niemalże możemy poczuć pod dłonią miękkość futerka zwierzątek, których historię poznajemy. W dodatku utrzymane są w niesamowitej kolorystyce – turkusowo-niebieskie odcienie nocnego lasu połączone zostały z ciepłym brązem niedźwiedziowego futerka. Cudo. Nie mogę się napatrzeć.

Warto też zwócić uwagę na fakt, że zazwyczaj lubię, kiedy jednak ilustracja jest podzielona na dwie strony – bardzo często prowadzi to do deformacji ilustracji. Na szczęscie nie w tym przypadku. To jedna z niewielu książek, w których ten zabieg został zrobiony prawidłowo – ksiażka łatwo się rozkłada i łączenie stron nie ma wpływu na odbiór wizualny.

A jednak po pierwszych stronach czułam się nieco zniechęcona – podczas wieczornych czytanek, królicza mama stara się nakłonić synka do pójścia spać strasząc go tajemniczym Włochaczem Olbrzymim mieszkającym w lesie i wychodzącym nocą. Odnosi jednak zupełnie odmienny skutek, bo gdy tylko sama zasypia… odważny króliczek Bobuś, uzbrojony w ostro zakończoną marchewkę, wymyka się z domu, by odszukać i przegonić strasznego stwora. Nie da się ukryć, że zarówno zachowanie mamy, jak i synka jest nieszczególnie edukacyjne. I prawdę mówiąc wolałabym nie podsuwać córce takich pomysłów…

Historia szybko jednak przeradza się w bardzo ładną opowieść o przyjaźni, akceptacji, otwarciu na drugą osobę, odnajdywaniu w sobie odwagi i bronieniu słabszych. O tym, że pozory czasem mylą, a wygląd zewnętrzny nie determinuje cech charakteru.

Nasz odważny króliczek, zamiast na potwora, trafia w lesie na nieśmiałego i strachliwego niedźwiadka. To początek dość niespotykanej, pełnej przygód znajomości. A kiedy wspólnie muszą zmierzyć się z groźnym zwierzęciem, odkrywają coś zupełnie niespodziewanego…

Mimo nieszczególnie udanego początku, przygoda króliczka Bobusia i niedźwiadka Bobo skradła moje serce i bardzo zainteresowała Małą Słuchaczkę. A nieszczęsne zachowanie głównego bohatera z pierwszych stron książki posłużyło nam jako pretekst do rozmowy o różnicach między odwagą, a nieostrożnością i możliwych konsekwencjach wymykania się z domu, kiedy rodzice śpią. Zainspirowały mnie również do dwukrotnego sprawdzania, czy zabarykadowałam drzwi wejściowe, nim pójdziemy z mężem spać…

Ciepła, puchata i sympatyczna. Ponadto pod względem wizualnym idealnie wpasowuje się w mój gust. I z tego, co widzę, również w kształtujący się gust mojej córeczki.

Steve Smallman, Caroline Pedler, Nie bój się, misiu!, Warszawa: wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawanictwa Wilga.

Grajki Majki: „Ślimaki to mięczaki”, Eugeni Castano

Jeśli chcecie zerwać ze schematami i całkowicie postawić na głowie swoje postrzeganie gier planszowych opartych na koncepcji kostki i pionków, Ślimaki będą dla Was idealne.

Bo w tej grze wszystko jest na opak! Każdy gracz może poruszać się wszystkimi pionkami. Nie wiemy, który pionek należy do którego gracza – to tajemnica! I co najważniejsze – wygrywa ten ślimak, który idzie najwolniej i w momencie zakończenia gry jest… najdalej od mety!

Im dalej od mety jesteśmy, tym pole, na którym stoimy jest wyżej punktowane. Zdobyte punkty symbolizowane są przez żetony-śmieci – guziki, kapsle i puszki. Spacerując przez las zbieramy śmieci. A im nasz ślimak wolniej się porusza, tym ma więcej czasu na sprzątanie lasu. Czyż to nie fantastyczne przesłanie?

Jak niemalże każda gra, ta również nie tylko bawi, ale również uczy – koncentracji, cierpliwości, abstrakcyjnego myślenia, kreatywności i strategii. A przy okazji wychowuje i kształtuje dobre nawyki. Pomysł zwrócenia uwagi dziecka na problem zanieczyszczenia lasów jest mega, wielkie brawa!

A skoro już przy kształtowaniu jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć również o kształtowaniu gustu i wrażliwości estetycznej. Bo oprawa graficzna – potraktowana całościowo (wraz z instrukcją i kartonową wkładką w pudełku!) – jest naprawdę bardzo dobra.

To w sumie całkiem zabawna sprawa – oglądałam całkiem sporo książek z ilustracjami Macieja Szymanowicza i żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Z jakiegoś powodu jego rysunki wydają mi się groteskowe i przerysowane, szczególnie, jeśli chodzi o mimikę twarzy. Choć to przecież jeden z najbardziej docenianych polskich ilustratorów, nie mamy z Majką w swoich zborach ani jednej jego książki. Za to wydaje się, że w przypadku gier tendencja jest wręcz przeciwna. To już druga planszówka opracowana graficznie przez tego autora i druga, którą uwielbiamy – również pod względem wizualnym. I kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale prawda jest taka, że ślimaki chyba nie mogą się nie podobać. Szczególnie, że sprawiają wyjątkowo sympatyczne wrażenie i mocno mi się wydaje, że niezłe z nich psotniki. Może dlatego tak łatwo ulec ich urokowi.

Gra jest rekomendowana dla dzieci powyżej 5go roku życia i wydaje mi się, że w tym przypadku nie ma co zaczynać wcześniej. Majka ma 3,5 roku i, chociaż zakochała się w ślimaczkach od pierwszego wejrzenia – sama wypatrzyła je u mnie na półce i zaprosiła mnie do gry – to jednak jest jeszcze zbyt przywiązana do klasycznych zasad rządzących tego typu grami i nie potrafi się przestawić. W końcu dopiero, co je porządnie przyswoiła. Zależy jej na posiadaniu własnego pionka (zielonego!) i jak najszybszym dojściu do mety. Pewnie, że można grać i w ten sposób, jestem wielką entuzjastką traktowania reguł gry jako jednej z opcji i wymyślania własnych zasad. Ale w tym przypadku koncepcja jest tak oryginalna, pomysłowa i przemyślana, że po prostu mi jej szkoda. Dlatego też pobawimy się trochę ślimakami i schowam je na przyszłość. Ani się obejrzę, a dzieć mi dorośnie i odkryjemy ją wspólnie na nowo.

Ślimaki to mięczaki
Autor: Eugeni Castano
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.