Bajki Majki: „Kolorysie” Agata Matraś

Agata Matraś po raz drugi zaprasza do zatłoczonego, gwarnego świata zwierząt. Tym razem zapuścimy się do dzielnicy zamieszkanej przez rysie, a skoro, jak wkrótce się przekonamy, wielu przedstawicieli tego gatunku oddaje się malarskim pasjom, wraz z Rysiem i innymi bohaterami poznamy lub powtórzymy kolory.

W poszukiwaniu barw, wraz z rysiami odwiedzimy plażę, pole pełne maków, wiejskie gospodarstwo, targ, park, dżunglę, czy kurort narciarski. A w każdym z tych miejsc aż roi się od nawiązań do słynnych dzieł sztuki – można oglądać i oglądać, a i tak za każdym razem wypatrzy się coś nowego! Bardzo, bardzo mi się podoba!

Analogicznie do „Liczyświnek” książka jest podzielona na strony będące wstępem i przedstawieniem danego koloru oraz stronę z dotyczącymi go zadaniami – naprzemiennie.

Wśród zagadek są labirynty i wyszukiwanki i szukanie różnic trenujących skupianie uwagi i spostrzegawczość, ale też wyjątkowo dużo zadań na kojarzenie faktów – oczywiście związanych z kolorami, bo to przecież po kolorach rozpoznajemy smaki lodów, czy owoce są już dojrzałe, z którego kranu leci ciepła woda oraz deszczowe chmury. Każdej barwie towarzyszy również zadanie z mieszania kolorów – mały czytelnik dowie się, co trzeba uczynić, żeby uzyskać kolory nie należące do barw podstawowych, jak rozjaśnić farby i co nam wyjdzie z mieszania kolorów z czarnym.

Pojawią się też „trudne słówka” z dziedziny szeroko pojętego malarstwa, jak terpentyna, tusz, szkic, atrament, sprej, węgiel czy pastele – będzie więc również fajnym punktem wyjścia do rozmowy o technikach malarskich i, kto wie!, może również własnych prób.

A wszystko to wierszem, rymowanką, wyliczanką do melodyjnego czytania i zapamiętywania!

Temat kolorów jest chyba nieco łatwiejszy, niż cyferki, i trochę szybciej znudził moją czterolatkę, dlatego polecam tą książeczkę dla nieco młodszych dzieci – myślę że od 2 do 4 lat będzie idealnie. Z drugiej jednak strony nawiązania do światowego malarstwa to już trochę wyższy poziom jazdy i fajnie jest wspólnie z dzieckiem przeglądać oryginały i dopasowywać do nich rysiowe odpowiedniki. Nie mówiąc już o tym, że te przeróbki są naprawdę zabawne!

Agata Matraś, Kolorysie, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

 

Czas na czytanie: „Pippi Pończoszanka”, Astrid Lindgren

Panie i Panowie, przed Państwem najnowsza literacka miłość mojej córy i jej niekwestionowana idolka (szczególnie w kwestii smażenia naleśników) – Pippi Pończoszanka!

Zupełnie się nie spodziewałam, że przygody Pippi zainteresują już czterolatkę (gdyby Maja wiedziała, co piszę, zawołałaby, że przecież ma już cztery i pół!). Chociaż ta psotnica była nieodłączną częścią mojego dzieciństwa, obawiałam się trochę, że będzie mało wychowawcza, a kwestia związana z brakiem rodziców bardzo moją córkę zmartwi i będzie mnie czekało dużo tłumaczenia. Cóż, jeśli chodzi o drugą kwestię, to się myliłam – Majka jakoś nie przywiązała większej uwagi do tego, gdzie też się rodzice Pippi podziali i dlaczego. A jeśli chodzi o kwestie wychowawcze, to zachowanie  wychowanej na pirackim statku łobuzicy-siłaczki moją własną latorośl strasznie bawi, natomiast na całe szczęście nie próbuje jej naśladować. A przynajmniej nie, kiedy patrzę.

Niektóre z opowiadań lubimy bardzo, inne przeszły bez echa, ale właściwie przy każdym obie się świetnie bawiłyśmy! I bawimy się wciąż, bo Pippi wraca przynajmniej kilka razy w tygodniu.

„Przygody Pippi” to zbiór wszystkich opowiadań o rudowłosej psotnicy, które pojawiły się pierwotnie w trzech tomach: „Pippi Pończoszarka”, „Pippi wchodzi na pokład” oraz „Pippi na Południowym Pacyfiku”. Zazwyczaj nie przepadam za zbieraniem kilku książek w jedno opasłe tomiszcze, ale w tym przypadku to rozwiązanie sprawdziło nam się świetnie. Nie jest to co prawda książka, którą można podrzucić do plecaka wysyłając dziecko na wakacje, ale do wspólnego czytania przed snem, albo popołudniami w wielkim fotelu nadaje się idealnie. Książka ma duży format, a co za tym idzie – duże ilustracje i tekst o sporej interlinii, który jest dzięki temu bardzo przejrzysty i fajnie nadaje się do prób samodzielnego czytania u starszaka (albo dla zmęczonego rodzica, któremu już trochę kleją się oczy). A do tego pięknie wygląda na półce, bo z tej serii „wydań zbiorczych” mamy już Kubusia Puchatka. Bardzo fajnie sprawdzi się jako prezent-pamiątka z dedykacją na jakąś większą okazję, bo i jest to książka, do której dziecko na pewno będzie wracać jeszcze nie raz.

Astrid Lindgren, Przygody Pippi, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 320 s.

„Pippi w parku” to zapomniane nieco opowiadanie, które powstało na potrzeby gazetki z programem obchodów Dnia Dziecka w sztokholmskim parku Humlegården w 1949 roku i nigdy nie weszło w skład żadnej z książek poświęconych Pippi. W 2000 roku zostało wydane w Szwecji jako osobna książka, a wydawnictwo Zakamarki umożliwiło jego poznanie polskim czytelnikom z okazji 75. urodzin Pippi Pończoszanki.

Niedługa historyjka, w której Pippi wyrusza do stolicy by pomóc policji uporać się z chuliganami zakłócającymi porządek w sztokholmskim parku – oczywiście w swoim stylu. Przypomina nam nieco opowiadania o włamywaczach i zabawie w berka z policjantami. Majka bardzo ją lubi sięgać po nią samodzielnie ze względu na dużą ilość ilustracji.

Astrid Lindgren, Ingrid Vang Nyman, Pippi w parku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2020, 20 s.

„Pippi nie chce być duża i inne komiksy”            

Przygody Pippi pojawiły się również w formie komiksowej i okazuje się, że i ten sposób narracji świetnie pasuje do klimatu opowiadań. Ale jak Majce strasznie się podobają, tak ja jakoś nie umiem czytać komiksów na głos, więc tą książkę schowam gdzieś skrzętnie „na przyszłość”, jak już będzie umiała czytać sobie sama. Może to będzie dobra zachęta do nauki? Jest to co prawda trzeci i ostatni tom komiksów o Pippi, ale znając już trochę jej przygody, nie trzeba jakoś szczególnie przywiązywać wagi do kolejności. Wcześniej ukazały się „Pippi się wprowadza i inne komiksy” oraz „Pippi zawsze sobie poradzi i inne komiksy”.

Astrid Lindgren, Ingrid Vang Nyman, Pippi nie chce być duża i inne komiksy, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2020, 60 s.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia i Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „W sercu lasu. Wędrówka po lasach świata”, Christiane Dorion, Jane McGuinness

Po niesławnym zakazie wstępu do lasów sprzed kliku miesięcy nauczyliśmy się nieco bardziej doceniać luksus prozaicznego leśnego spaceru. Być może docenimy go jeszcze bardziej po lekturze tego pięknie zilustrowanego albumu pełnego ciekawostek prosto z lasów świata.

W jaki sposób z nasionka powstaje drzewo? A z drzewa las? Jakie mamy lasy na świecie? Z czego składają się drzewa, jak wyglądają podczas zmieniających się pór roku, kto żyje wśród ich liści i korzeni i co drzewa dają człowiekowi i całej naszej planecie? To dopiero sam wierzchołek olbrzymiej sekwoi dziecięcych pytań, na które odpowiedzi (przynajmniej częściowe!) znajdziemy na kartach tej książki.

To zdecydowanie bardziej opowieść o lesie i jego mieszkańcach, niż encyklopedia. Porusza wiele ciekawych zagadnień, ale odnoszę wrażenie, że jej celem jest przede wszystkim rozbudzenie zainteresowania i skłonienie do dalszego poszerzania wiedzy, niż udzielanie ostatecznych odpowiedzi. Dlatego też, choć znajdziemy tu przeróżne gatunki drzew, rozmaite zwierzęce domy i sposoby kamuflażu wśród roślin, nie spodziewajcie się odnaleźć w niej definicji. „W sercu lasu”, to dopiero sam początek waszej fascynującej wędrówki, a zawarte w książce informacje są raczej podstawowe i dalekie od ścisłej wiedzy. Są jednak bardzo przystępne i podane w intrygujący, niemalże baśniowy sposób w bardzo atrakcyjnej oprawie graficznej.

Tym, czego mi zabrakło, jest wyszczególnienie owoców (kasztanów, żołędzi itp.) przy omawianiu drzew liściastych. W przypadku drzew iglastych i tropikalnych owoce już się pojawiły, a w przypadku liściastych poprzestano na samej sylwetce drzewa i jego liściu, nie wiem dlaczego. Brakowało mi też trochę dokładnego określenia w jakiej części świata żyją przedstawione zwierzątka, bo albo jest to trochę wymieszane, albo nam się pomieszało podczas czytania i, by zaspokoić ciekawość mojego dziecięcia, sporo musiałam sprawdzać w internetach.

Zachęca do większej uważności podczas leśnych spacerów i uczy bardziej świadomego obcowania z naturą. W końcu każdy listek kryje swoją tajemnicę!

Christiane Dorion, Jane McGuinness, W sercu lasu. Wędrówka po lasach świata, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: Jeszcze więcej Skarpetek!

Po absolutnym sukcesie, jakim okazały się „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek”, czym prędzej sięgnęliśmy po kolejne części i po raz kolejny całą rodziną wsiąknęliśmy w skarpetkowy świat.

„Nowe przygody Skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)” to aż 13 kolejnych bohaterek i kolejnych niezwykłych wydarzeń. Na małych czytelników czeka między innymi wyprawa w kosmos (i do sklepu z zabawkami, a to równie fantastyczne miejsce!), do serowarni i kopalni, na teatralną scenę i… do pensjonatu pełnego strachów! Wraz ze Skarpetkami zostaniemy superbohaterami, strażakami, pomocnikami pisarki, a nawet pomocnikami Świętego Mikołaja. Pojawi się też pewna historia miłosna, która przełamie stereotyp Skarpet, jako spragnionych przygód samotników i indywidualistów.

Poza niekwestionowanie najsympatyczniejszymi skarpetkowymi bohaterami spotkamy również misia-ufoludka, garuki i ptakoryby, szalonego wynalazcę i jego robota do zmywania naczyń, a nawet wilka, który marzył o byciu żuczkiem!

Ale to nie wszystko! Tata Małej Be postanowił wreszcie ukrócić tajemnicze znikanie swojej ulubionej i tej mniej ulubionej garderoby i, uzbrojony w kit, gips oraz klej, decyduje się raz na zawsze zakleić dziurę pod pralką pozbawiając skarpetki drogi ucieczki. Czy to będzie koniec skarpetkowych wojaży?

 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Nowe przygody Skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite), Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2017, 168 s.

Po przeczytaniu pierwszego tomu przygód Skarpetek brakowało mi nieco przyjaźni wśród bohaterów, więzi między skarpetkami i pracy zespołowej. „Banda Czarnej Frotté” jest najlepszym dowodem dla stadną naturę Skarpet, które nie tylko tęsknią za swymi utraconymi parami, ale również świetnie odnajdują się w grupie. Tym razem mamy do czynienia z przełamaniem skarpetkowej konwencji – w przeciwieństwie do poprzednich zbiorów opowiadań, w tej książce czeka nas bowiem przygoda pełnometrażowa. W dwunastu pełnych emocji rozdziałach, na niemalże 170 stronach! A co to będzie za przygoda! Pełna piratów, olbrzymów, morskich bitew na hummus i zupę paprykową, podwodnych krain, mitologicznych herosów, egipskich bóstw, kiepskich poetów, podstępnych band białych rękawiczek i dobrego jedzenia. Poznamy etiopską księżniczkę, pająka amatora bananów i Królową Świata. Skarpetkową oczywiście! Będzie też sporo poezji, wzruszające spotkania po latach, odrobina romansu i spora dawka girl power!

Szalone, erudycyjne, nieprzewidywalne przygody, charakterni bohaterowie i mnóstwo poczucia humoru, a wszystko to w genialne oprawie graficznej. Pochłonęliśmy całą książkę w trzy dni, ale gdyby to od Majki zależało (a rodzice nie dostawaliby chrypki po czterech rozdziałach na raz), najchętniej przeczytalibyśmy ją za jednym razem. Bo już przedszkolak nie może się oderwać!

A kiedy i ta przygoda dobiegła końca, moje dziecię zapytało rozczarowanym głosem „Mamusiu, dlaczego nie ma więcej?”. I postanowiło w przyszłości zostać autorką, by wymyślać i spisywać kolejne skarpetkowe perypetie.

 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Banda Czarnej Frotté. Skarpetki powracają!, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 168 s.

Uwaga! Skarpetki uzależniają! Wszystkie trzy tomy są u nas w codziennym użyciu i nie zapowiada się wcale, jakoby miały się znudzić…

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K.

Bajki Majki: „Literkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Oto dowód na to, że książeczka do nauki liter, i to taka zawierająca minimalną ilość tekstu, nie musi być wcale nudna!

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka – jest piękna. Każda literka została wydziergana tak, by w swym kształcie zawierać rzeczownik, który się na nią zaczyna – D jest domkiem, na F pręży się smukły flaming, w I wbito igłę, a na L przyczaił się rudy lisek. Każda z nich jest bajecznie kolorowa i misternie przygotowana. Uwaga! Książkę ilustrują zdjęcia robótek, nie ma w niej żadnych elementów dotykowych, wszystko należy chłonąć oczami. A jest się czemu przyglądać, bo co cztery literki następuje przerywnik w postaci materiałowo-dzierganej ilustracji zawierającej jak najwięcej przedmiotów na poznane przed chwilą literki do wyszukania, nazwania i utrwalenia zdobytej wiedzy. Wraz z opisującym obrazek wierszykiem.

Ale to nie wszystko! Każdej z liter, poza jej fantazyjnie wydzierganą formą, towarzyszy zadanie – a te są bardzo różnorodne. Przy H trzeba zrobić hop! i podskoczyć jak najwyżej, a przy cukierkowym C należy dać rodzicowi całusa. Poza tym mały czytelnik będzie kwakał jak kaczka, liczył oczy ufoludka, wymieniał zwierzątka na f (znacie jakieś poza foką, fretką i flamingiem?) i rozważał umaszczenie lisiego futerka. Fantastyczna pozycja do aktywnego czytania – również dla maluchów, które nie do końca potrafią wysiedzieć długo w miejscu. I jeśli na początku miałam trochę obaw, że moja czterolatka będzie już na nią nieco za duża, to byłam w wielkim błędzie – bawi się świetnie. I może ten sposób przyswajania wiedzy całym ciałem przypadnie jej do gustu, bo z literami idzie nam wyjątkowo opornie.

Troszkę tylko szkoda, że nie jest dłuższa, bo aż się prosi, żeby polskie znaki wymienione na końcu dostały swoje własne pełnowymiarowe wyszywanki. Przynajmniej te, na które zaczynają się rzeczowniki. Tymczasem tylko Ł otrzymało własną stronę, reszta została przedstawiona zbiorczo na ostatnich kartach książeczki – już bez zagadek i poleceń do wykonania. Odczułyśmy przez to z córką niewielki niedosyt.

Pięknie wydana, w całości z grubszego kartonu o bezpiecznie zaokrąglonych rogach ma szansę posłużyć przez kilka lat – można już bowiem pokazywać i zupełnemu maluszkowi i przedszkolak wciąż będzie zainteresowany.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Literkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Liczyświnki” Agata Matraś

Ku mojemu rozczarowaniu i nieskrywanej radości męża Majeczkę od nauki literek i czytania zdecydowanie bardziej interesują cyferki i liczenie. Ale to nie jedyny powód, dla którego „Liczyświnki” zostały przyjęte w naszym domu z wyjątkowo dużym entuzjazmem. Świnki to wciąż jedno z najulubieńszych zwierzątek (obok kotków, foczek, szopów, wilków…), a humorystyczna koncepcja i rymowana forma książeczki nie pozwalają przejść obok niej obojętnie.

Każda strona prezentuje nam świnkową ciżbę i wyszczególnione w niej persony – w ilości zależnej od omawianej aktualnie cyfry. Najpierw mamy rozkładówkę wprowadzającą (na przykład z jedną świnką i zdaniem wierszyka), kolejna natomiast wypełniona jest zagadkami związanymi z daną cyfrą (na przykład „kto zebrał najmniej malinek?” gdzie odpowiedzią jest świnka, która ma jedną malinkę). Zadania są na spostrzegawczość, kojarzenie faktów, przeciwieństwa i liczenie oczywiście. Nie brak tu labiryntów i wypatrywania szczegółów. Każdej cyferce towarzyszy określony temat – wraz ze świnkami przejedziemy się komunikacją miejską, wybierzemy się do muzeum, do restauracji, na mecz, do parku, na plac zabaw i na przyjęcie urodzinowe. A co najciekawsze, wszystko to zrobimy… wierszem, bo i każda zagadka i każde zdanie w tej książeczce wpada w ucho dzięki wszędobylskim rymowankom.

Niewielka, bardzo kolorowa i niesamowicie zatłoczona i wyjątkowo ładnie ilustrowana kartonówka dla przedszkolaków. Bo chociaż twarde strony, stosunkowo niewielki ciężar i bezpiecznie zaokrąglone rogi pozwalają czytać ją i z zupełnymi maluszkami, to jednak mnogość szczegółów i niektóre z zadań wymagają już wprawy kilkulatka.

Urocza, przesympatyczna i pomysłowa, bardzo polecamy!

Agata Matraś, Liczyświnki, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Grajki Majki: „Spacer po Burano”, Wei-Min Ling

„Spacer po Burano” jest oparty na bardzo podobnym mechanizmie, co opisywany w zeszłym tygodniu „Boarding”, tylko zamiast w rolę pracowników linii lotniczych wcielamy się w architektów i urbanistów, a zamiast sadzania pasażerów budujemy kamienice. Ale i tu będziemy musieli się nieźle nakombinować, żeby osiągnąć określony cel!

Owym celem jest zbudowanie rzędu pięciu trzypiętrowych kamienic o kolorowych fasadach i bogatych dekoracjach, z elementów, które losowo pojawiają się na stole. Jak to w architekturze – ogranicza nas masa ściśle określonych zasad – między innymi trzeba budować od dołu, kamienice muszą mieć fasady w jednym kolorze, a dwa budynki jednakowego koloru nie mogą stać obok siebie. No, chyba, że wykorzystamy jedno z pozwoleń na budowę (chociaż mi to brzmi bardziej jak łapówka) w celu ominięcia pewnych ograniczeń (na przykład ustawy krajobrazowej…).

Warto jednak pamiętać, że stawiając nasze kamienice musimy się liczyć nie tylko z regułami sztuki i prawami fizyki, ale również z gustem mieszkańców i turystów, którzy będą mieszkać na naszej ulicy. A te są bardzo zróżnicowane – niektórzy turyści doceniają kwiaty zdobiące ich kamienice, inni doniczki pełne ziół różnorodnej proweniencji, a jeszcze inni towarzystwo kotów. Podobnie z mieszkańcami – krawcowa zwraca uwagę na kolorowe markizy, policjant na odpowiednie oświetlenie budynków, burmistrz na dużą liczbę przechodniów, a Święty Mikołaj na obecność kominów. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, dlatego nasze wybory muszą być przemyślane, bo to od zadowolenia turystów i mieszkańców zależy końcowa punktacja!

Sielskie, pełne nasyconych kolorów ilustracje, wysoka jakość wydania (te błyszczące pieniążki!) i duża ilość kotków bardzo dobrze zaspokajają moje potrzeby estetyczne, a element losowości i konieczność opracowania odpowiedniej strategii nie pozwoli za szybko się znudzić.

Co istotne w czasach pandemii, gra ma również wariant jednoosobowy. Rozgrywka trwa około 30 minut (w zależności od ilości graczy) i jest rekomendowana dla graczy od 10 roku życia.

Spacer po Burano
Autor: Wei-Min Ling
Ilustracje: Maisherly Chan
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” Justyna Bednarek, Daniel de Latour

Strasznie się cieszę, że Majka nareszcie dorosła do tej pozycji. Nasz egzemplarz skarpetek przywiozłam z Warszawskich Targów Książki dwa lata temu lat i mam w nim nawet dedykację autorów „Dla Majeczki na przyszłość”. Bo jak kupowałam tą książkę, moje dziecię miało ledwie dwa latka! Ale nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie – w końcu dobre książki dla dzieci to nie wydatek, a inwestycja (a przynajmniej tak stale tłumaczę i sobie i mężowi). No i wreszcie się doczekałam – jak znalazł na kwarantannę. Pochłonęłyśmy wspólnie przygody wszystkich skarpet w trzy dni, a i tak któraś z nich wraca codziennie.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie podziewają się wszystkie te skarpetki, które wrzucacie do prania parami, a wraca tylko jedna, smutna i samotna? Ta książka obnaża całą skarpetkową prawdę – one po prostu dają nogę! Uciekają w siną dal i podbijają świat – każda na swój sposób.

Jak sam tytuł wskazuje – jest to zbiór dziesięciu nie za długich opowieści, a każda jest przygodą innej skarpetki. Poznamy skarpetkę, która zrobiła karierę w polityce i skarpetkę, która zrobiła karierę na wielkim ekranie. Ze skarpetką w marynarskie paski wyruszymy w rejs tam i z powrotem, a ze skarpetką w kolorowe paski poznamy nieprawdopodobnie bajkową historię pewnego bezdomnego. Inne skarpetki uratują małego kotka i mysią rodzinę, uszczelnią wronie gniazdo, sprawdzą się w roli detektywa, rozśmiesza dzieci w szpitalu a jedna z nich zostanie nawet… najprawdziwszą różą. Troszeczkę zabrakło mi pracy zespołowej i większej interakcji między poszczególnymi bohaterkami – bo i każda z nich wyrusza w świat samotnie. Czuję jednak, że jeszcze wszystko przed nami!

Mądre, zabawne i w istocie nieprawdopodobne przygody śmiałych i nieustraszonych skarpetek bez trudu podbiją serca i małych i dużych czytelników. A do tego są pięknie wydane i fantastycznie zilustrowane. Moja czterolatka oszalała na ich punkcie, jak dobrze, że są jeszcze dwie części!

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych), Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2015, 160 s.

Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.