Czas na czytanie: „Królowa Salwatora” Emma Popik

Poza jednym wyczerpującym spacerem z lokalnym przewodnikiem i kilkoma informacjami zapamiętanymi jeszcze ze studiów nie mogę się pochwalić jakąś szczególną wiedzą na temat Biskupiej Górki, chociaż był taki czas, że przejeżdżałam przez nią autobusem dwa razy dziennie.

Zarówno chęć pogłębienia wiedzy na temat tego miejsca, sama tematyka ratowania i odbudowy zabytków, jak i umiejscowienie akcji w moim kochanym Gdańsku sprawiły, że nie byłam w stanie przejść obok tej książki obojętnie.

Bardzo odpowiada mi podejście do problemu, bo jużna pierwszy rzut oka widać, że dla Emmy Popik najważniejsi są ludzie. Bez nich dzielnica byłaby jedynie pusta wydmuszką. Zarówno społeczny kontekst odbudowy i oddolna potrzeba ocalenia miejsca ważnego dla lokalnej wspólnoty są wielką siłą tej książki. Nie do końca zdefiniowana wewnętrzna potrzeba oraz towarzysząca jej niemoc mieszkańców i brak umiejętności zwerbalizowania problemu to głos, który z pewnością charakteryzuje nie tylko to miejsce. Uniwersalne wołanie o ratunek ludzi, którzy możliwości ratunku nie widzą.

To zainspirowany zbyt dynamicznymi zmianami i intensywną rozbudową terenów wokół dzielnicy. Dzielnicy tak atrakcyjnej ze względu na umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, jak i uciążliwej poprzez przepiękne historyczne zabudowania w potwornym stanie. Zmianami budzącymi opór nie tylko niewykształconej i biednej społeczności lokalnej.

Autorka dorzuca do tego tajemniczą aurę miejscowych podań tchniętych w postać półrealnego dobrego ducha Biskupiej Górki uzyskując dzięki temu klimat romantycznej niesamowitości z malowniczymi ruinami w tle.

Książka zdaje się więc składać z samych zalet – bardzo „mój” temat, poruszenie aktualnego, „gorącego” problemu, kontekst społeczno-kulturowy, a nawet świetna okładka i zaskakująco zachęcający blurb (i to piszę ja – wielka przeciwniczka blurbów!) przemawiają na jej korzyść. Ale niestety mimo wszystko nie mogę zaliczyć tej lektury do udanych.

Nie do przeskoczenia okazał się być dla mnie specyficzny styl autorki, który wyjątkowo mi nie odpowiada. Uwznioślona forma balansująca na granicy patosu nie pozwalała mi brać opisywanych wydarzeń na poważnie. Krótkie, pourywane zdania o nienaturalnej konstrukcji, z czasownikami w dziwnych miejscach były dla mnie niesamowicie uciążliwe, a nieskończona liczba krótkich podrozdziałów szatkujących powieść na miazgę uniemożliwiały mi płynne czytanie i „wczucie się” w klimat historii.

Ciężkostrawnemu stylowi towarzyszą histeryczni bohaterowie – główna bohaterka tak szybko zmienia swoje nastawienie, że już w pierwszym rozdziale zaczęłam ją podejrzewać o zaburzenia dwubiegunowe. I chociaż ten brak zdecydowania, uleganie emocjom i problemy z occeną intencji innych ludzi czynią ją bohaterką bardzo prawdziwą, to również niezwykle męczącą. Nie lubię obcować z tego rodzaju osobami w rzeczywistości, teraz już wiem, że nie lubię również o nich czytać.

Jestem pewna, że nie każdy odbierze to w ten sam sposób. Co więcej, ten typ narracji z pewnością ma swoich fanów. Dlatego też nie chciałabym Was zniechęcić, wręcz przeciwnie! – sięgnijcie po tą pozycję podczas wizyty w księgarni i poświęćcie chwilę na przeczytanie kilku stron. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać Emmie Popik i jej pełnej sprzeczności opowieści o jednej z bardziej zaniedbanych dzielnic Gdańska, czy odłożycie ją na półkę przekonani, że dobry pomysł został zaduszony przez grafomański bełkot. Próbujcie, doświadczajcie i koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Emma Popik, Królowa Salwatora, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2019, 342s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Bajki Majki: 5 książek o Gdańsku dla małego podróżnika

Chociaż nie zaplanowaliśmy żadnego wyjazdu na tegoroczną majówkę, nie znaczy, że nie ruszymy na zwiedzanie. O ile tylko pogoda pozwoli, zamierzamy poznawać wspólnie naszą małą ojczyznę – miasto Gdańsk. I Was do tego serdecznie zapraszamy – czasami najpiękniejsze miejsca możemy znaleźć tuż za rogiem. A jeśli kiedyś będziecie wybierać się w nasze strony, skorzystajcie z tego niewielkiego zestawienia książek przybliżających to najpiękniejsze z miast najmłodszym podróżnikom.

DSC_0228

Chociaż przez przypadek urodziłam się w Gdyni, jestem mieszkanką Gdańska odkąd tylko pamiętam (rodzice utrzymują, że mniej więcej od drugiego roku życia) i moje korzenie wrosły tu wyjątkowo mocno, co zapewne można poznać już czytając wstęp. Mimo to moja znajomość miejskich legend jest praktycznie znikoma – w szkole liznęłam jedynie co nieco o kaszubskich stworach, jak olbrzymy Stolemy, psotne Kraśnięta, czy księżniczka Damroka. A i to wyłącznie za sprawą nazw ulic z osiedla, na którym kiedyś mieszkałam.

Na ratunek takiej ignorancji przychodzi najsłynniejszy chyba propagator historii naszego miasta, autor kilkunastu publikacji na temat zabytków i mieszkańców Gdańska, Andrzej Januszajtis i jego „Legendy dawnego Gdańska”. Zbiór zawiera ponad 70 opowieści uszeregowanych zgodnie z miejscami, których dotyczą. Znajdziemy tu zatem nie tylko historie dotyczące poszczególnych zabytków Kościoła Mariackiego, Dworu Artusa, czy głównomiejskich kamieniczek, ale również legendy morskie, opowieści reformacyjne, historie wywodzące się z poszczególnych dzielnic (nawet z Osowy!), a także przybyłe z terenu niedalekich Żuław i Kaszub. Dzięki nim mamy szansę choć na chwilę uczestniczyć w „bitwie na obrazy” między Hansem Vredemanem de Vries i Antonem Möllerem, poznac papugę Jana Hewelisza, czy dowiedzieć się w której gdańskiej wieży można spotkać duchy.

Chociaż poszczególne legendy są bardzo krótkie, a publikacja wzbogacona została nie tylko o przedruki historycznych rycin, ale również duże wklejki z barwnymi ilustracjami, rozmiar i układ tekstu wymagają od czytelnika pewnej wprawy i mogą zniechęcać. Świetnie sprawdzi się jako książka do wspólnego czytania, nawet z nieco już starszym dzieckiem. Osobiście traktuję ją jako materiały przygotowawcze – po lekturze będę wiedziała jakie niesamowite historie opowiadać córce podczas zwiedzania.

Andrzej Januszajtis, Legendy dawnego Gdańska, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 89 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Nie sposób nie sięgnąć po drugą książkę z „Gdańskiej Kolekcji 1000-lecia” dedykowanej dzieciom. Jerzy Samp rozpościera przed czytelnikami „Gdańsk w baśniowej szacie”. Ozdobą tej publikacji są kolorowe wklejki z ilustracjami oraz ozdobne inicjały rozpoczynające każdą z opowieści, w przeciwieństwie do książki Januszajtisa, nie obejrzymy tu rycin. Natomiast, co jest dużym plusem i ułatwieniem dla początkujących samodzielnych czytelników – zastosowaną większą czcionkę i ułożenie tekstu w jednej kolumnie, dzięki czemu czyta się znacznie wygodniej. Te opowieści są już nieco dłuższe. Znajdziemy tu między innymi opowieść o młodym Nikodemie, który wymienił rzeźbę Madonny na ślimaku na najprawdziwszego lwa, czy o bogu wojny broniącego dostępu do Wielkiej Zbrojowni. Dowiemy się też co wspólnego mają kotwice i kocie pazurki. A jak to już z baśniami bywa, również w tych odnaleźć można ziarnka prawdy.

Idealne na wieczorne czytanie w hotelowym łóżku, przed kolejnym dniem zwiedzania.

Jerzy Samp, Gdańsk w baśniowej szacie, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 148 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Zupełnie odmienny pod względem formy przekazu jest „7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców” gdańskiego wydawnictwa Adamada. Jak sam tytuł wskazuje – jest to siedem propozycji tras na rodzinne zwiedzanie Gdańska i okolic. Piesze wycieczki trasą trzech wież z Muzeum Bursztynu i Kościołem Mariackim w pakiecie, albo trasą Portu nad Motławą zawierającą fantastyczną interaktywną wystawę w Muzeum Morskim i mój kościół św. Jana, kajakowa wyprawa wokół centrum miasta po Motławie i Martwej Wiśle, tramwajem wodnym na Westerplatte, czy rowerem wzdłuż plaży – w Gdańsku nie można się nudzić. Znajdziemy tu propozycje na deszcz i na słońce, dla tych bardziej wytrwałych i tych szybciej się męczących podróżników.

Atrakcyjna, komiksowa forma, sympatyczni bohaterowie, zagadki do rozwiązania i mnóstwo ciekawostek i „torebkowy format”. Można również ściągnąć aplikację na smartfona „Adamada czyta dzieciom” i posłuchać jeszcze więcej o odwiedzanych miejscach.

Tomasz Małkowski, 7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 111 s.

Drugim tytułem o charakterze przewodnika, skierowanym do zupełnie młodziutkich, bo wczesnopodstawówkowych odbiorców jest „Gdańsk dla młodych podróżników”. Autorem jest Jacek Friedrich – historyk sztuki, jeden z moich wykładowców z czasów studenckich, obecnie również dyrektor Muzeum Miasta Gdyni.

Podobnie, jak w przypadku powyższego tytułu, w podróży po mieście towarzyszy nam dwoje dzieci – chłopiec i dziewczynka. W tym przypadku nie mamy jednak zaproponowanych kilku tras zwiedzania, a wędrujemy od zabytku, do zabytku. Każdemu z nich poświęcono dwie strony krótkiego wyjątkowo przystępnego opisu, będącego bardziej ciekawostką, niż notą z dziecięcej encyklopedii.

Na wyjątkowo atrakcyjną szatę graficzną przewodnika składają się nie tylko ilustracje Adama Pękalskiego, ale również naprawdę liczne zdjęcia zabytków. Ten pomysł jest świetny.

Niestety ta niewielka książeczka jest obecnie nie do kupienia. Można ją natomiast wypożyczyć aż w 25 filiach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki w Gdańsku (łącznie biblioteka ma aż 46 sztuk! Nic dziwnego, że wyczerpał się nakład…). Warto zatem zaplanować początek zwiedzania… w bibliotece!

Jacek Friedrich, Gdańsk dla młodych podróżników, Gdańsk: Agencja Reklamowa „O2”, 2005, 138 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Ostatnią książkę – „Z uśmiechem przez Gdańsk” – pokazuję bardziej w ramach ciekawostki dla rodziców – przede wszystkim dlatego, że przez lata zdążyła się już znacznie zdezaktualizować. Warto jednak zwrócić na nią uwagę choćby i z ciekawości, bo różnica w podejściu do młodego czytelnika teraz i przed ponad półwieczem jest kolosalna. Przewodnik sprzed lat, choć ewidentnie skierowany do dzieci w wieku mniej więcej podstawówkowym, jest prawdziwą skarbnicą informacji. Szczegółowo, encyklopedycznie skonstruowane opisy poszczególnych zabytków poprzedzone zostały rozbudowanym rysem historycznym przedstawiającym życie w dawnym Gdańsku na wielu płaszczyznach – od sztuki, przez szkolnictwo, aż po gospodarkę. Choć książka ta prezentuje stan wiedzy z lat 60. i współcześnieobecnie jest raczej bezużyteczny dla współczesnego turysty, tak kompleksowego opracowania historycznego trudno dziś szukać w przewodnikach dla dorosłych, o dziecięcych nawet nie wspominając. Ponurą rzeczywistość heroicznego podnoszenia miasta z gruzów pozostałych po Drugiej Wojnie Światowej osładzają humorystyczne (a humor ten bywa bardzo cięty) ilustracje satyryka Zbigniewa Jujki.

Andrzej Januszajtis, Zbigniew Jujka, Z uśmiechem przez Gdańsk, Gdynia: Wydawnictwo Morskie, 1968, 290 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A jak już będziecie się wybierać do Gdańska, koniecznie dajcie znać! Najlepsze miejsca na kawę z dzieciakami chętnie pokarzę Wam osobiście!

 

Okołoksiązkowy miszmasz: Pierwsze Gdańskie Targi Książki 16-18.03.2018

Trudno o miasto bardziej handlowe niż Gdańsk. Co jak co, ale targ książki naprawdę były tu potrzebne i to marzenie nareszcie się spełniło. Zapraszam na moje wrażenia z wizyty na pierwszych Gdańskich Targach Książki!

Choć cała impreza rozplanowana została na trzy dni, udało mi się wziąć udział wyłącznie w sobotniej części. I może całe szczęście, bo z moim książkowym zakupoholizmem, trzydniowe szaleństwo mogłoby skończyć się tragicznie dla stanu finansów mojej rodziny. Bo oczywiście poszłam „tylko pooglądać”, a wyszło jak zwykle

Pierwsza edycja Gdańskich Targów odbyła się w historycznym budynku Filharmonii Bałtyckiej – dawnej hali turbin miejskiej elektrowni. Wybór tak ciekawego budynku, a także udział przede wszystkim mniejszych, trudniej rozpoznawalnych wydawnictw przesądził o kameralnym klimacie wydarzenia. Przyznaję jednak, że z punktu widzenia matki z dzieckiem w wózku, lub osoby z niepełnosprawnością ruchową wybór miejsca mógł wydawać się znacznie mniej czarowny – spora część stoisk była dla nich nie dostępna ze względu na dużą ilość schodów.

Zapewne ze względu na ograniczoną ilość miejsca, część wydarzeń towarzyszących imprezie zaplanowano w innych instytucjach kultury rozsianych po głównym i starym mieście – w obu siedzibach Nadbałtyckiego Centrum Kultury, Instytucie Kultury Miejskiej, jednej z filii Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, a nawet we wrzeszczańskiej Sztuce Wyboru. Przyznaję, że lodowaty wiatr bardzo szybko rozwiał moje plany dotyczące udziału w jednym ze spotkań autorskich poza samą Filharmonią, ale gdybym nie miała Gdańska na co dzień i przyjechała na targi z daleka, połączenie książkowej imprezy ze zwiedzaniem zabytkowego centrum miasta byłoby dla mnie dużym plusem. Moim zdaniem to super pomysł – szczególnie, że przejrzysty plan wydarzeń zawiera również całkiem czytelną mapkę (choć może warto byłoby poświęcić więcej uwagi dojazdowi do Wrzeszcza, na przykład poprzez podanie alternatywnych środków komunikacji miejskiej).

Drugą wielką siłą targów, poza niebanalnym, nastrojowym miejscem, był udział niewielkich, mniej znanych wydawnictw, które zazwyczaj giną gdzieś w natłoki gigantów. Jestem również bardzo pozytywnie zaskoczona silną reprezentacją instytucji kultury – swoje stoiska miały między innymi gdańska i gdyńska biblioteka publiczna, Nadbałtyckie Centrum Kultury, Gdańska Galeria Miejska, czy Europejskiej Centrum Solidarności. Mam wrażenie, że ta impreza dała możliwość poznania czegoś zupełnie nowego.

Podobnie literatura dziecięca miała wielu ciekawych reprezentantów, co było super – przynajmniej z mojej perspektywy. Naprawdę było w czym wybierać!

Pod względem organizacyjno-komunikacyjnym widać było, że jest to pierwsza edycja imprezy – plan wydarzeń pojawił się późno, a i o wiele szczegółów trzeba było dodatkowo dopytywać, najczęściej z apośrednictwem facebooka. Osobiście bardzo zabolała mnie… cena torby z logo targów. Nie mogłam nie skusić się na torbę z lwem, zwłaszcza, że samo logo uważam za bardzo udane, ale łamałam się baaardzo długo – za te fundusze spokojnie mogłabym kupić dobrą książkę na większości stoisk. Opłata za wstęp była raczej symboliczna – 5 zł za dwa dni, ale nie ukrywam, że bezpłatna wejściówka byłaby miłym gestem. Jednak, jak się później okazało, o taki gest trzeba było się długo i intensywnie dopominać ;) Są to jednak szczegóły, które z pewnością można poprawić w kolejnych edycjach.

Moim zdaniem nieszczególnie trafiony był sam termin – pokrywał się między innymi z dwoma dużymi warszawskimi imprezami literackimi – Targami Fantastyki i targami literatury dziecięcej Przecinek i Kropka.

Prawdę mówiąc liczyłam również na bardziej atrakcyjne ceny. Chociaż udało mi się „upolować kilka okazji”, większość wydawnictw zdecydowała się na rabaty wysokości 10-20%, co przy ofertach księgarni internetowych nie wystarczy, by skusić kupującego. Szczególnie, kiedy przekłada się na zniżkę 5-7 złotych od ceny okładkowej.

Spotkań autorskich nie było wiele, ale brzmiały całkiem zachęcająco. Podobał mi się ich szeroki przekrój tematyczny – były spotkania między innymi z dziedziny podróży, reportażu, muzyki i sztuki, czy – najbardziej chyba popularne – z popularnymi autorkami kryminałów. Na żadne z nich nie dotarłam, ale udało mi się zdobyć kilka autografów. W tym przypadku po raz kolejny dużym plusem okazała się kameralność imprezy – zaczęłam swoje „zwiedzenie” w sobotę około 10:30 i bez najmniejszego problemu mogłam podejść do każdego ze stoisk, podotykać, pooglądać i porozmawiać. Później podobno zrobił się większy tłum, ale nie ma żadnego porównania z kilkugodzinnymi kolejkami, które pamiętam z warszawskich targów.

DSC_1059a

Osobiście poświęciłabym trochę więcej miejsca na gastronomię i „strefę chillout” – targi okazały się świetnym miejscem spotkań i z przyjemnością poświęciłabym więcej czasu na książkowe ploty przy kawie. Ewa, Aleksandra, Dominika, Zuza, Dorota – wielkie dzięki za świetnie spędzone przedpołudnie, dałybyśmy radę nawet z ciastkiem na parapecie!

Uwielbiam próbować nowości i miałam ku temu wiele świetnych okazji. Chętnie podzielę się z Wami moimi największymi targowymi odkryciami:

Wydawnictwo Wolno – o którym nie słyszałam wcześniej ani słowa, przyciągnęło mnie z daleka ilustracjami Gosi Herby. Okazali się być skarbnicą przepięknych pozycji – zarówno pod względem literackim, jak i wizualnym. Wydają książki dla małych i dużych czytelników zręcznie łączące teks z obrazem. Z bólem serca odeszłam od ich stoiska tylko z książką „Lodorosty i bluszczary”, bo ofertę mieli fantastyczną – niewielką, ale dopieszczona w każdym szczególe – i przy tym chyba najlepsze promocje na całych targach. Na pewno będę do niech wracać!

DSC_1050

Wydawnictwo Literatura – na które nie trafiłam wcześniej chyba dlatego, że swoją ofertę kierują do nieco starszych odbiorców niż moja Maja. Ale i tak zakupiłam co nieco „na wyrost” i zachowam ich w pamięci.

„Niedobry kotek” Adam Stower, Wydawnictwo Łajka – na kotka wymiękłam totalnie, a odejście od stoiska Jacobsonów tylko z tą jedną pozycją wcale nie było łatwe, bo mieli piękną ofertę książeczek dla dzieci i gier edukacyjnych.

DSC_1048

Podsumowując: To prawda, trochę czepiam się szczegółów, ale moje wrażenia z Gdańskich Targów są bardzo pozytywne. Atmosfera była super, trochę zbankrutowałam (prawie wszędzie można było płacić kartą i to własnie mnie zgubiło!), ale wyszłam obładowana jak wielbłąd i spędziłam fantastyczny dzień. Już nie mogę doczekać się kolejnych!

 

Czas na czytanie: „Sąd ostateczny” Anna Klejzerowicz

„Morze ognia falowało w ciemnościach nocy.”

Czasami pierwsze zdanie wystarczy, by wyrobić sobie opinię o książce. Niestety w tym przypadku dokładnie oddaje charakter całego utworu.

 

 

Sam pomysł na powieść bardzo mi się spodobał i od razu wzbudził skojarzenia z serialem „Castle”, gdzie morderca, pozując swoje ofiary, inspirował się scenami z kryminałów poczytnego pisarza. A kiedy nieuchwytny zbrodniarz układa ciała brutalnie zamordowanych wzorując się postaciami potępionych z Sądu Ostatecznego Memlinga, może być tylko ciekawiej – dlatego mimo nie do końca pozytywnego pierwszego wrażenia podeszłam do tej książki z wielką dawką entuzjazmu.

Jednak toporny styl autorki, męczący główny bohater i mnogość błędów logicznych odebrały historii sporo czaru.

Emil Żądło podążając (chyba) za marzeniami rezygnuje z posady w policji na rzecz kariery dziennikarskiej. Tym samym traci żonę, syna i źródło utrzymania, bo choć (podobno) reporterem jest dobrym i cieszy się „wyrobioną marką”, to od dłuższego czasu nie ma pracy. Co z kolei wpędza go w depresję, nędzę i pierwsze symptomy choroby alkoholowej.

Z marazmu wyciąga go dopiero tajemnicze morderstwo znajomej, tuż po ich spotkaniu po latach.

I mogłoby się wydawać, że jest to dobry materiał na kultowego bohatera (na podobnej zasadzie Rowling wykreowała Cormorana Strike’a), gdyby nie to, że Emilowi brakuje pewnej… lotności umysłu i smykałki do kojarzenia faktów, cechującej poczytnego detektywa. Pojawiają się co prawda trafne przeczucia, ale jego zdolność do ignorowania ostrzeżeń i porywania się do akcji bez chwili pomyślunku są porażające.

Co tu dużo mówić, to egoista i użalający się nad sobą mizantrop, który stale gubi się w zeznaniach – w jednej chwili narzeka, że zła żona ogranicza mu kontakty z ukochanym synkiem, a kilka stron później oświadcza, że jak dla niego koniec świata może nadejść i dziś, bo na niczym mu nie zależy. Cóż moim zdaniem Armagedon to raczej kiepski prezent dla malucha, ale co ja tam wiem.

Nie ogarnia własnego życia, jest nie przedsiębiorczy i nie myśli o przyszłości. Jest głodny, więc za ostatnie pieniądze kupuje ciastko i kawę w kawiarni. Najtańsza kawa to koszt około 7 zł, a za tyle można ugotować całkiem sycący obiad (ale co ja tam wiem). Ciastka i kanapek na bułkach z Biedronki nie będę nawet porównywać. Alimentów nie płaci, bo nie ma za co, ale na piwo i papierosy jakoś się fundusze znajdują. Mimo szczerych wysiłków nie potrafię obdarzyć sympatią takiego bohatera.

Podobną fuszerkę odstawia „prowadząc śledztwo”. Ważne dla fabuły objawienie nachodzi go na widok „witraża” z reprodukcją Sądu Ostatecznego, który od 2006 do 2011 roku wypełniał jedno z okien Dworca Głównego w Gdańsku. Wobec tego nasz detektyw „dokładnie mu się przygląda”, a nawet robi zdjęcia i dostrzega szczegóły. Nie bardzo rozumiem dlaczego marnuje tyle energii i ekscytacji na analizę repliki wydrukowanej na przezroczystej folii i umieszczonej dobrych kilkadziesiąt metrów nad ziemią zamiast przejść się kawałek (ewentualnie przejechać dwa przystanki tramwajem) i poświęcić swoją uwagę oryginałowi, do którego można podejść na odległość kilku centymetrów. Okazuje się, Emil- Gdańszczanin nie ma pojęcia gdzie ów oryginał się znajduje (nie, żeby na reprodukcji wisiała tabliczka z wymownym napisem „Muzeum Narodowe w Gdańsku”. Najwidoczniej podczas swoich gruntownych oględzin obrazu jej obecność jakoś mu umknęła, podobnie jak autorce…), więc zanim wreszcie trafia do muzeum zaspokaja swoją ciekawość fragmentami z kupionej na szybko broszurki (siedząc w kawiarni kilka metrów od Biblioteki Gdańskiej oferującej większość literatury na temat tryptyku) i bardzo kiepskiej jakości kopią z Bazyliki Mariackiej. Nie mogę się też nadziwić, że szukając informacji żaden z bohaterów nie sięga po Wikipedię, co na pewno bardzo usprawniłoby śledztwo. Swoją drogą zjawisko internetu pojawia się dopiero na 105 stronie, a wcześniej jako źródła informacji używa się książek telefonicznych (sic!). Uprzedzając argumenty o kiepskiej sytuacji finansowej głównego bohatera informuję szanownego pana Emila, że zarówno dworzec pkp, jak i Literacka oferują darmowe wi-fi, a biblioteka również dostęp do komputera. [edit: Faktycznie, pod koniec 2006 roku dostęp do internetu nie był tak powszechny jak dziś, choć można było z niego skorzystać na przykład w bibliotece. Ale, jako że książka została wydana w 2014 roku, przyjęłam za czas akcji mniej więcej lata 2010-2011. Być może w tym tkwi mój błąd.] Ale nasz ekspolicjant i samozwańczy śledczy zgrabnie omija wszystkie łatwo dostępne źródła informacji o obrazie… Z biblioteką przeprasza się dwa dni później (zaraz po przypomnieniu sobie o dobrodziejstwie internetu), tuż po zakupieniu pięknego (i drogiego) albumu na temat obrazu w księgarni. Pisałam już o przedsiębiorczości i priorytetach bohatera?

Autorka podaje w tekście tytuł bardzo dobrego opracowania na temat obrazu i sama przytaczana przez nią historia tryptyku, choć bardzo skrótowa i opowiedziana raczej w sposób „przewodnikowy”, niż porywający, nie budzi zastrzeżeń. Główny bohater podchodzi do dzieła sztuki w sposobu bardzo emocjonalny i może właśnie przez skupienie się na sferze wrażeń zdarzają się błędy w szczegółach – między innymi pisarka myli ołtarzyk z relikwiarzem (sic!), a Rogiera van der Weyden przechrzciła na angielsko brzmiącego Rogera.

Ale najbardziej zabolał mnie absurd wyjątkowo dramatycznej, kulminacyjnej sceny spotkania z mordercą. Poszukiwany zbrodniarz spotyka się z główną bohaterką w jej pracowni konserwatorskiej po godzinach zamknięcia muzeum, gdzie wchodzi podając się za przedstawiciela firmy produkującej odczynniki, czy inną chemię. Po czym ganiają się po całym muzeum, od części administracyjnej, do ekspozycyjnej, od sali do sali, od rzeźby do obrazu.

Szkoda tylko, że autorka zupełnie pomija wszystkie procedury bezpieczeństwa panujące w tego rodzaju instytucjach. Interesant przychodzący do muzeum poza godzinami jego otwarcia wchodzi wejściem administracyjnym, gdzie ochrona, po konsultacji z pracownikiem, z którym był wcześnie umówiony, wystawia mu przepustkę na podstawie dowodu osobistego. Następnie interesant jest z tego miejsca odbierany przez owego pracownika – nie ma takiej opcji, że osoba nie zatrudniona w instytucji swobodnie porusza się po jej korytarzach po zamknięciu. Drugim dużym zgrzytem jest domniemana pogoń, w której autorka zupełnie ignoruje istnienie wielkiej metalowej kraty oddzielającej część ekspozycyjną i administracyjną muzeum oraz fakt zamykania i pieczętowania każdego pomieszczenia ekspozycyjnego każdego wieczora. W powieści Anny Klejzerowicz drzwi, kraty i rolety nie istnieją… Za to w sklepie z pamiątkami można kupić relikwie Archanioła Michała.

Jasne – mam do czynienia z fikcją literacką. Ale jednak kiedy owa fikcja dzieje się w realnej przestrzeni wymagam od autora zachowania jak największego autentyzmu. Bez tego nie ma szans na „wczucie się” w powieść i, co za tym idzie, nie ma dobrej powieści. A w tym przypadku najwyraźniej po prostu odpuszczono wywiad środowiskowy, choć sam bohater historii o niego zadbał. I owszem, w tym przypadku może dopadła mnie słynna „klątwa wiedzy”, ale to naprawdę nie są trudno dostępne informacje. Wystarczy trochę zainteresowania i jedna wizyta w muzeum.

Jeśli zaś chodzi o styl autorki, szczególnie męczyły mnie momenty krótkich, bełkotliwych zdań i wyjątkowo patetyczne, górnolotne wtrącenia. Nie bardzo rozumiem sens tych zabiegów.

„Światło gubiło się gdzieś pośród potężnych sklepień i kolumn, podobnie jak echo kroków Emila. A kolor to w końcu światło. Światło przyjazne człowiekowi. Gra świateł. Bez światła barwy przecież gasną.”

„To bardzo piękny obraz. Podobno czyni cuda. On sam jest cudem, ale to nikogo nie obchodzi! Mnie tam już nic nie zdziwi.”

„Dopóki facet bawi się z nami w kotka i myszkę, ona jest bezpieczna. Tak czuję. To jest jego gra. Dlatego telefonował. Rajcuje go to. Poza tym będę chronił Martę. Czekaj, musze do niej zadzwonić!”

„Odpuścić nie zamierza. Dorwie sukinsyna. Choćby nawet miał postradać przy tym własne życie. Ono nie jest w końcu aż tak wiele warte.”

I tak co kilka stron…

Podsumowując: sam pomysł bardzo mi się podoba – zarówno na zbrodnię, jak i na sylwetkę samego mordercy – jego motyw, historię i chorobę. Podobnie jak umiejscowienie akcji na ulicach Gdańska. Główny bohater niestety nie przypadł mi do gustu – miałam wrażenie, że wciąż wyprzedzam go o krok, a w przypadku powieści detektywistycznej chyba powinno być dokładnie odwrotnie? Irytujące zabiegi językowe mogłyby zostać wygładzone na etapie korekty, ale samej korekty chyba nie było, co tłumaczy również niewyłapane drobne błędy rzeczowe. Ale brak dbałości o realizm istotnych szczegółów zabija potencjał książki. Strasznie szkoda.

Anna Klejzerowicz, Sąd Ostateczny, Zakrzewo: Wydawnictwo Replika, 2014, 316 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.