Okołoksiążkowy miszmasz: Grudniowe pudełko-niespodzianka „Winter Wonderland” od Once upon a candle

Moja słabość do pudełek-niespodzianek jest tutaj powszechnie znana. Podobnie jak upodobanie do książkowych gadżetów. Nie byłam jednak dotychczas w stu procentach przekonana do coraz bardziej popularnej mody na świeczki zapachowe inspirowane książkami i książkowymi bohaterami. Może to dlatego, że nie jestem wielką fanką syntetycznych zapachów (a odświeżacze powietrza już w ogóle wzbudzają we mnie odrazę). A może dlatego, że samo kolekcjonowanie świec budzi we mnie wewnętrzny sprzeciw – to przecież niemalże oksymoron! W końcu świece powinny się palić, gasnąć i przemijać. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.

Ale jest pora roku, która po prostu wymaga towarzystwa świec. Zima – czas światełek, rozedrganego płomienia i ciepła ogniska. Zimą zużywam świeczki wręcz hurtowo. Dotychczas były to zawsze świeczki woskowe, bezwonne i przywiezione prosto z IKEA. Ale pomysłem na tajemniczy box o tematyce „Winter Wonderland” firma Once upon a candle przełamała mój dotychczasowy opór i zachęciła do spróbowania czegoś nowego. Czy było warto?

Co znalazłam w pudełku „Winter Wonderland” by Once upon a candle:

„Let it snow” i „Ohh deer”, czyli dwie świece 60 ml w blaszanych puszkach. Wydaje mi się, że jestem fanką świeczek w słoiczkach, ale chętnie przetestuję nowy pomysł. Szczególnie, że obie pachną intrygująco – słodki aromat cukrowej laseczki z miętą i suszonymi owocami oraz świeża mieszanka eukaliptusu i mięty z nutą pomarańczy (w składzie jest też śnieg, co bawi mnie za każdym razem). To właśnie one pachniały tak bardzo, że było je czuć już po otwarciu skrytki w paczkomacie.

„Winter Wonders”, czyli świeczka w słoiczku 135 ml o zapachu jaśminu (uwielbiam!), cytrusów, sosny i cynamonu. Nigdy nie pomyślałabym, żeby połączyć jaśmin z cynamonem, ale zdecydowanie lubię to!

Winter Tea – herbata jest moim artykułem pierwszej potrzeby mniej więcej od września do kwietnia, więc taki prezent zawsze mnie cieszy. Mieszanka wydaje się być całkiem standardowa – czarna herbata z cynamonem, jabłkiem, czarną porzeczką, skórką pomarańczy i imbirem – warto jednak czasem postawić na klasykę. A i fiolka z „herbatą na raz” jest całkiem urocza.

Mroźna bransoletka – i to dosłownie, bo białe koraliki okazały się lodowate w dotyku w pierwszych chwilach po założeniu, a zawieszka z płatkiem śniegu dodatkowo podkreśla ten fakt wizualnie. Prosta i uniwersalna. A do tego ślicznie zapakowana.

Artprint z cytatem z Dickensa – czy potrzeba tu dodatkowego komentarza? Trudno wyobrazić sobie zimę bez tego autora!

Poszewka na poduszkę – jest idealna. Ośnieżona latarnia i trzy słowa, a przypomina się całe dzieciństwo spędzone pod kołdrą z latarką i „Opowieściami z Narni”. Magiczna, zimowa i podnosi na duchu.

Uczciwie przyznam, że spodziewałam się mniej. Mile zaskoczyła mnie przede wszystkim różnorodność gadżetów – w paczce znalazły się nie tylko świeczki, choć wszystko jest przesiąknięte ich zapachem. Bardzo doceniam też dbałość o każdy szczegół – estetyczne opakowanie, liścik z opisem specyfiki świec, dopasowanie poszczególnych elementów. Pudełko z powodzeniem mogłoby służyć za zestaw ratunkowy do przetrwania zimy. Tylko jeszcze zima mogłaby wpaść na dłużej!

Nie zapaliłam jeszcze wszystkich trzech świeczek, ale chyba złapałam bakcyla. Coś czuję, że będę kontynuować tą przygodę. A już zimą na pewno!

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w lutowym pudełku magicznym od Sowiej Poczty

Skoro moje emocje po otwarciu fantastycznego niespodziankowego pudła już trochę opadły, pokażę Wam zawartość drugiego pudełka, na które skusiłam się w lutym – boxa magicznego od Sowiej Poczty.

Co znalazłam w pudełku:

Maskotka Harry Potter od fesswybitnie – podobnie jak fantastyczny John z fantastycznego boxa, Harry umościł się wygodnie w fioletoworóżowym sianku. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o uniwersum Pottera, to wolę bardziej gadżety bardziej realistyczne, niż zabawne. Hogwart kojarzy mi się z dość snobistycznym i ekskluzywnym miejscem dla wybranych, dlatego kojarzy mi się raczej z eleganckimi przedmiotami. Ale dla tego uroczego pluszaka mogę zrobić wyjątek. Bo właśnie to słowo najlepiej oddaje charakter produktów z fabryki fesswybitnie – uroczy. Uroczy Harry z Magicznego Boxa ma około 20 cm i jest obficie wypchany mięciutkim wypełnieniem. Z jednej strony wykonany został z czerwonego materiału z nadrukiem postaci, z drugiej ma czerwoną dresówkę. W sam raz do przytulania.

„Harry Potter. Podróż przez historię magii” – ta, jeszcze gorąca nowość premierę miała 15 lutego. I w tym przypadku jestem bardzo wdzięczna załodze Sowiej Poczty za sneak peak informujący jakiej książki można się spodziewać w zamówionym pudełku, bo inaczej z pewnością sprawiłabym sobie dubla. Książka jest magiczna od pierwszej, do ostatniej strony – pasuje do tego boxa idealnie!

Przypinka z miniaturowym Uroczym Harrym od fesswybitnie – ja akurat jestem #teammagnesnalodówkę i faktycznie wolałabym ten wzór na magnesie albo lusterku (choć i jednego i drugiego mam całe stosy). Ale i przypinka się nie zmarnuje, nie ma strachu!

Karty go gry w metalowej puszce od Dystrykt Zero – strzał w dziesiątkę, właśnie takie gadżety uwielbiam! Są po prostu piękne, świetnej jakości, subtelnie ozdobione herbami hogwardzkich domów i ich symbolami, zamknięte w eleganckiej puszce. Nie mogę się na nie napatrzeć, to moje najulubieńsze znalezisko w tym boxie! Zaraz po książce.

Magiczna zakładka od Molom – jest po prostu czadowa. Z Harrym – wybrańcem w wersji kociej, z pełnym tęsknoty oczekiwaniem na list z Hogwartu wyrażonym na rewersie. Ładna, zabawna i z kotem. Idealna zakładka każdego potteromaniaka.

Jak zawsze nie mogło zabraknąć odręcznego listu z wyszczególnioną zawartością paczki, który za każdym razem cieszy mnie tak samo i firmowej naklejki z sówką, która stała się wizytówką Sowiej Poczty. Na każdym kroku widać, że sowie boxy robią ludzie z pasją.

Podobnie jak dbałość o prezencję samego opakowania – dobrze dopasowany karton i różowe sianko, które za każdym razem robi mi dzień i uszczęśliwia mojego kota, dbają o stan zachowania produktów podczas podróży. A znaczek z sówką i wypełniona ręcznym pismem adresówka to wisienki na torcie. Dwie wisienki na jednym torciku, czy można być bardziej rozpieszczanym?

Moja dusza potterfana została w pełni usatysfakcjonowana. Zamawiam gadżetów, jak te przepiękne karty w przyszłości! A na razie bez najmniejszych wyrzutów sumienia, z prawdziwą przyjemnoscią wystawiam magicznemu boxowi Wybitny!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w lutowym pudełku fantastycznym od Sowiej Poczty

Miesiąc temu miałam przyjemność testowania pierwszego boxa subskrybcyjnego od nowej firmy zajmującej się komponowaniem takich paczek – recenzję styczniowego pudełka pielęgnacyjnego możecie przeczytać TUTAJ. Przyznaję, że jestem trochę zakręcona na punkcie tego rodzaju niespodzianek – do tego stopnia, że w lutym zamówiłam aż dwa takie tajemnicze pakunki. Obie od Sowiej Poczty, czekają Was zatem aż dwie pudełkowe recenzje. Na pierwszy ogień idzie box fantastyczny.

Bardzo lubię fantastykę, ale nie jestem na tyle na bieżąco, by znaleźć książkę, którą już czytałam, za to fantastyczne gadżety mam wyłącznie z fandomu HP i nieliczne z Gwiezdnych Wojen, więc przesyłka była dla mnie jedną wielką niewiadomą.

Co znalazłam w pudełku:

 

Maskotka John Snow od fesswybitnie – otwieram paczkę, a tam na wsciekle różowym sianku leży sobie radośnie uśmiechnięty, pluszowy John Snow! Mam pluszowego Johna Snowa! Już możecie zacząć mi zazdrościć! Fesswybitnie znam i lubię, choć do tej pory wymiękałam raczej na ich gadżety z lamami i paczkami frytek, które, choć słodziachne, do Johna się nie umywają. Maskotka ma mniej więcej 20 cm, a jej mocno ubite wypełnienie jest naprawdę mięciutkie. Z jednej strony jest tkanina w kropeczki z nadrukiem postaci, z drugiej szara dresówka. To całkiem konkretny i przeuroczy gadżet, nie sposób nie odwzajemnić jego uśmiechu! Co więcej, próżno szukać go w sklepie – wygląda na to, że mam w rękach ekskluzywny towar wyłącznie dla odbiorców Sowiej Poczty.

„Roar” Cora Carmiac – to dla mnie zupełna nowość, nie spotkałam się wcześniej z twórczością tej autorki, choć w fantastykę młodzieżową uwielbiam i ostatnimi czasy intensywnie nadrabiam. Najwyrażniej wciąż nie jestem do końca „na czasie”, ale że to pozycja z 2017 roku, to sobie wybaczam. Zapowiada się bardzo ciekawie – ma być romans, walka o utrzymanie władzy, przymusowe małżeństwa, czarny rynek i magia burzy. Szczególnie ten ostatni aspekt mocno działa na moją wyobraźnię, nie mogę się już doczekać lektury! Świetny wybór Sowia Poczto, dzięki!

Brelok do kluczy od dystryktzero – na moim widnieje Chewie z Gwiezdnych Wojen i choć odrobinę było mi żal, że nie trafiłam na R2D2 albo Vadera, to jednak Chewbacca jest znacznie mniej oklepany = bardziej hipsterski. No i z takim ochroniarzem klucze na pewno nie zginą! Brelok jest gumowy, porządnie wykonany i w wyrazistych kolorach – sporo wytrzyma i pomoże odnaleźć klucze nawet w czeluściach damskiej torebki.

Fantastyczna zakładka książkoholika, czyli mój drugi najulubieńszy gadżet z tej paczki. Nie wiem, czy były różne rodzaje, ale na moim jest kot-czytacz i hasło „Nie jestem statystycznym kociakiem, lubię czytać książki”, a na rewersie obrazkowe równanie idealne. Całość wydrukowano na porządnym, sztywnym papierze, ale chyba i tak ją zalaminuję, bo będzie mocno eksploatowana.

Odręcznie napisany list z wymienioną zawartością pudełka – świetnie, że załoga SP nie zrezygnowała z tego pomysłu. Imienna, ręcznie pisana notatka to pozornie banalny szczegół, który bardzo dobrze świadczy o indywidualnym podejściu do klienta. Nie mamy tu do czynienia z masówką wyskakującą z drukarki w setkach odbitek. I to jest super.

Wisienką na torcie jest naklejka z sówką – maskotką Sowiej Poczty. Tym razem moje dziecko cudem ją przeoczyło i trafiła prosto do mojego kalendarza. Taki drobiazg to najlepsza wizytówka.

Bardzo się cieszę, że tym razem udało się uchronić starannie wypełniane adresówki przed naklejką firmy przewozowej. W ogóle całość zapakowana została perfekcyjnie i bardzo estetycznie – odpowiednio dobrana wielkość kartonika i kolorowe sianko jako wypełnienie zapewniły wszystkim elementom boxa najwyższy komfort podróży – nawet rulonik listu przetrwał bez jednego zagniecenia! Pudełka zostały starannie owinięte szarym papierem (mógłby mi ktoś wytłumaczyć dlaczego właściwie ten brązowy papier nazywanym „szarym”? Anyway, papier pakowy – taki retro vintage.) i opatrzone odręcznie wypisaną etykietą adresową i znaczkiem Sowiej Poczty. Uwielbiam, kiedy przesyłki są dopieszczone w najmniejszym nawet szczególe, paczuchy prezentowały się naprawdę bardzo dobrze – nawet jeszcze przed otwarciem!

Lutowego boxa fantastycznego oceniam na mocną 5, a nawet 5+, chociaż podobno nawet nie ma takiej oceny! Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, wybrano niebanalne, dobre jakościowo przedmioty i świetnie zapowiadającą się książkę, której na oczy jeszcze nie widziałam. Brawo! Poproszę więcej takich paczek!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.